26 lipca 2017


JOHN GRANT Grey Tickles, Black Pressure, [2015] Bella Union || W kategoriach uprawianej sztuki John Grant to self-made man idealny. Oczywiście, każdy artysta w mniejszym lub większym stopniu sięga do własnych przeżyć, doświadczeń i historii, ale każdy wers Granta, każda jego piosenka, płyta, każdy element jego osobowości, światopoglądu i nawet języka krzyczy głębią jego przeżyć. Niekoniecznie zresztą krzyczy, częściej ironicznie pomrukuje, wkrada się niezauważalnie do naszego życia stając się najlepszym przyjacielem, starszym bratem, dobrym wujkiem. John Grant - najlepszy pieśniarz i wzór męskości XXI wieku.

Urodzony w małym miasteczku w Michigan, wychowany w stanie Colorado, który dziś uchodzić może za względnie liberalny, ale znajduje się jednak na mentalnej granicy konserwatywnego Południa, Grant był niemal predestynowany do przegranej w boju o pogodzenie się z własną orientacją seksualną. Ukojenie przynosiła mu popkultura, literatura, zamiłowanie do języków, ale popadł w całe spektrum różnorakich uzależnień, od alkoholu przez narkotyki po autodestrukcyjny seks. Alternatywnie rockowy zespół The Czars, który zdołał zdobyć sobie pewną popularność, rozpłynął się w niebycie pozostawiając Granta samemu sobie. Początek kariery solowej naruszyła wieść o zakażeniu wirusem HIV, do czego publicznie przyznał się podczas występu z Hercules & Love Affair. Przy okazji nagrywania drugiej solowej płyty wyruszył na Islandię, gdzie zdecydował się pozostać, szlifując języki, współpracując z przedstawicielami nie tylko tamtejszej sceny muzycznej i nareszcie prowadząc zdrowe, szczęśliwe życie.

Brak pewności siebie i ciągły samokrytycyzm jednak pozostają, jak u każdego nadwrażliwego intelektualisty który otarł się o mentalne problemy. Grant analizuje siebie, otaczającą go rzeczywistość, ulega też pokusie analizy swej przeszłości, ale czyni to przez pryzmat bezbłędnie rozwiniętego zmysłu krytycznego oraz ironicznego poczucia humoru, które w dzisiejszym świecie jest zarówno mechanizmem samoobrony, jak i ekwiwalentem fizycznej przemocy dla w gruncie rzeczy miłych ludzi. Zręczny, inteligentny język Granta wydaje się być kolokwialnym, pełno w nim jednak odniesień do amerykańskiej popkultury, literatury wysokiej, historii LGBT, jego ironiczny dowcip jest jednak życzliwie prostolinijny, choć skrywa się za nim piekło dorastania w Ameryce. Pełen zakres emocji, które Grant rejestruje i analizuje, przekazuje oczywiście pod postacią swego lejącego się niczym miód głosu, lecz nie zawsze posługuje się banalną, choć widowiskową siłą. Emocje zagęszcza barwą, niesioną narracją, nie ulega przy tym pokusie prześpiewania i pozostawia sporo przestrzeni na wybrzmienie swej ponadczasowej, uniwersalnej muzyce.


Jej podstawa zawsze była prosta. Pianino i gitara akustyczna wystarczyły do wypełnienia debiutu "Queen Of Denmark" bez wyjątku zjawiskowymi kompozycjami. Sięgnięcie po mroźną, przestrzenną elektronikę Gus Gus na "Pale Green Ghosts" sytuacji tej w najmniejszym stopniu nie zmieniło, piosenki Granta pozostały równie melodyjne, pomysłowe, hymniczne niemal, choć bez niepoważnego patosu. Muzycznie "Grey Tickles, Black Pressure" nie jest ani powrotem do konwencjonalnego brzmienia pierwszej płyty, ani prostą kontynuacją elektronicznego oblicza drugiej. Grant nie stoi w miejscu, przesuwa akcenty, po nowe środki sięga z odwagą i wiedzą o ich pochodzeniu, stąd też album miejscami jest wyraźnie nieociosany, kanciasty, w porównaniu z poprzednikami wręcz agresywny. Cynizm (You know it takes an ass like yours to make it possible for me / To have developed such a very high tolerance for inappropriate behaviour), narcyzm i ataki paniki w "Snug Slacks" przystrojone są w twarde, narkotyczne disco lat siedemdziesiątych, zdewastowanemu sercu w "Guess How I Know" towarzyszy agresja brzmieniowa i wizualna. Wycedzona złość łączy się z kabaretowym humorem w zaśpiewanym wspólnie z Amandą Palmer "You & Him" (You and Hitler oughta get togetherYou oughta learn to knit and wear matching sweaters). Bezsilność pomocy w obliczu klinicznej depresji skrywa się w "Voodoo Doll" pod postacią rytmicznej elektronicznej piosenki. Obrazom ludzkiej ignorancji w "Global Warming" i uwłaczających związków w "No More Tangles" (No more reindeer games with narcissistic queers) przygrywają zaś gustowne orkiestracje.

Tytułowe "Grey Tickles, Black Pressure" pogrywa z potrzebą akceptacji, konfrontuje problemy własne z tymi światowymi i wyraźnie sugeruje, że motywem przewodnim płyty jest męski kryzys średniego wieku, trudny szczególnie jeśli ma się za sobą życie pełne dewastujących doświadczeń. Album spina jednak klamra miłości rodem z Pierwszego Listu do Koryntian, "Grey Tickles, Black Pressure" jest więc o odwadze konfrontacji między ideą a jej przejawami w rzeczywistości. Na szczęście miłość nie realizuje się tylko pod postacią narcyzmu, wykorzystywania, uzależnień, religijnego fanatyzmu, ale też w sposób czysty i prosty. Stąd też "Disappointing", nie tylko jedna z najbardziej przebojowych piosenek Granta, ale i tak po ludzku jego najpiękniejsza obok "GMF" piosenka miłosna. Poturbowana męskość wychodzi z tego zwycięsko. Inteligencja, ciekawość świata, analiza i krytyka, humor i życzliwość, emocjonalna szczerość, wrażliwość, cienie minionych przeżyć, to wszystko tworzy dziś mężczyznę może i w średnim wieku, ale na nowych warunkach seksownego. 10/10 [Wojciech Nowacki]

20 lipca 2017


JAMES HARRIES Until The Sky Bends Down, [2015] Tranzistor || Muzyka pochodzi zewsząd i choć kraj pochodzenia, potrzebnie lub nie, często dostarcza tak atrakcyjnych dla krytyki pól interpretacyjnych to zwyczajny słuchacz ich jednak nie potrzebuje, nie analizuje, muzykę odbiera na najbardziej oczywistym emocjonalnym poziomie. Uniwersalność muzyki to piękna idea i jak każda wzniosła myśl przegrywa w konfrontacji z rzeczywistością. Nasz modelowy słuchacz nie będzie zatem świadomie poszukiwać muzyki z krajów anglosaskich, ale to na jej działanie wystawiony będzie w niemal bezbronny sposób. Słuchacz odrobinę bardziej zaangażowany będzie już sobie zdawał sprawę z tego, że za światową, przebojową muzykę może odpowiadać nie tylko zespół z Wysp, ze Stanów, ale i np. Sundays On Clarendon Road z Czech.

Rynkowa niesprawiedliwość komplikuje się jeszcze bardziej, gdy nie tylko sama muzyka okazuje się być internacjonalistyczną, ale i stojący za nią ludzie. Nie ma nikogo bardziej zaabsorbowanego analizowaniem własnej tożsamości niż my, expats, emocjonalni migranci, narodowe mniejszości. Znacznie bardziej bowiem problematyczne niż pisanie z Czech polskiego bloga muzycznego musi być prowadzenie muzycznej kariery, zwłaszcza dla kogoś pochodzącego z Manchesteru. Obłędnie radiowe piosenki Jamesa Harriesa mogłyby przecież w Wielkiej Brytanii z łatwością konkurować z największymi imionami, zdobywając sobie zasłużoną drogę do rynku światowego. Z drugiej jednak strony, rynek brytyjski jest tak konkurencyjny i zabójczo nasycony, że gwarancji zasłużonego sukcesu nie ma się tam żadnych. Tymczasem jako rezydent Pragi Harries pracuje nad lokalnymi ścieżkami dźwiękowymi, koncertuje nie tylko w kraju, ale też przynajmniej za tą bliska granicą, przede wszystkim zaś niespiesznie nagrywa kolejne albumy, spośród których ten najnowszy, "Until The Sky Bends Down", jest wyjątkowo starannie dopracowanym popisem songwritingu.


Mniej niż na "Days Like These" czy "Growing Pains" jest tutaj rocka i indie-folku, znacznie więcej zaś, zwłaszcza w pierwszej połowie płyty, klasycznego popu i scenicznego rozmachu, którego nie powstydziłby się Rufus Wainwright. Począwszy od "Salvation" niosą się te piosenki w silnie radiowym duchu, ba, przypominać mogą zespół, którego nazwę niekoniecznie chcę tutaj wyróżniać. Gdzieniegdzie zabrzmią soft-rockowo, gdzie indziej odezwie się lekkie country, część łatwo sobie wyobrazić w mocniejszych, (post)grunge'owych aranżacjach, ale wszystkie prezentują się najzwyczajniej w świecie ponadczasowo. Aranżacje są gęste, ale nieprzeładowane, produkcja nie męczy, co chwali się szczególnie w przypadku tak szczodrych orkiestracji. Pierwszoplanową rolę odgrywa jednak wokal Harriesa, mocny, lekko nosowy, czasem zbliżający do granic lekko histerycznego rozemocjonowania, ale nigdy nieirytujący. Ta część albumu może zatem budzić skojarzenia z samoekscytacją Arcade Fire, z muzyką pełną patosu, ale jednak niepatetyczną.

Podział na strony jest jednak na płycie wyraźny. Od utworu tytułowego smyczki i popowy rozmach ustępują dźwiękom pianina, akustycznej gitary, silniejsze są też echa indie-folku znanego z poprzednich albumów Harriesa. Pojawia się tam nawet "Carolina", markowa wręcz dla niego kompozycja, która wcześniej otwierała kolekcję "Voice Memos: A Collection Of Songs I Recorded On My Phone". Najlepszy fragment płyty znajduje się jednak na samym jego końcu w postaci dziewięciominutowego "The Hillside". Wciągająca, narracyjna kompozycja, którą wieńczy niemal post-rockowy fade out, równie dobrze odnalazłaby się na płytach Grizzly Bear czy Efterklang. Choć więc James Harries do tej pory najlepiej czuł się w roli albo w roli folkowego songwritera, albo popowego piosenkarza to ta jedna nowość budzi największe nadzieje na przyszłość. Ale bez pośpiechu, "Until The Sky Bends Down" w pełni tymczasem satysfakcjonuje jako najlepszy jego album. 8/10 [Wojciech Nowacki]

18 lipca 2017


FEIST Pleasure, [2017] Polydor || The pleasure was mine, śpiewała Leslie Feist dawno temu, jeszcze zanim płytą "The Reminder" osiągnęła sukces komercyjny i zainspirowała szereg ambitniejszych komedii romantycznych, zanim album "Metals", mądry, pełen rozmachu i boleśnie niedoceniany, przyniósł jej sukces artystyczny. Powrót do przyjemności wydawać się mógł nośnym motywem dosłownego powrotu Feist, nawet jeśli nie musiał oznaczać nawiązania do frywolnego niby-debiutu "Let It Die". Od wydania "Metals" upłynęło jednak aż sześć lat, werwa tytułowego singla "Pleasure" musiała zatem przypomnieć o Feist porównaniami z jednej strony do niezatapialnej PJ Harvey, z drugiej zaś do artystek, które jak St. Vincent pozycję zdołały zdobyć sobie w międzyczasie.

"Pleasure", a w dalszym ciągu na myśli mamy piosenkę, to prawdopodobnie najzadziorniejsza kompozycja w karierze Feist, ekstatycznie przybrudzona, efektownie eskalująca gitarą i okrzykami w stronę zaskakująco świeżych ech grunge'u. Pomysłową rewitalizację równie sugestywnie zapowiadało "Century", bez natychmiastowej siły poprzednika, przyćmione udziałem Jarvisa Cockera w epilogu, ale z rozmachem narastające i efektownie przypominające jak zręcznym zabiegiem jest gwałtowne przerwanie utworu. Równie zręcznie wykreowana zatem została iluzja "Pleasure" jako prawdziwie rockowego albumu, który nie tylko przypomni o Feist, ale też fali silnych kobiet w muzyce przywróci ich gitarowy aspekt. Rozczarowanie płytą zaciążyło zatem podwójnie, choć osobiście zależało mi bardziej na godnym następcy "Metals" niż rockowej Feist bojującej z własnymi epigonkami.


Wybór singli, w oczywisty sposób niereprezentatywnych dla płyty i jedynych na niej pełnych kompozycji, poważnie zastanawia. Czy to tylko nasza autosugestia czy może jednak samoświadomość artystki? Przy postaci kalibru Feist wybór musiał być świadomy, ba, założyć nawet możemy, że nie chodziło tylko o zręczne wypromowanie przeciętnej całości materiału, lecz niejasny zamysł stojący za albumem. Tak czy inaczej, "Pleasure" pozostaje płytą, którą w największym stopniu definiuje to, czym nie jest.

Oszczędność "Pleasure" kontrastuje nie tylko dość dramatycznie z singlami, ale i poprzednimi albumami Feist, choć rysującej się na nich stopniowo drogi ku minimalizmowi można było się dopatrzeć. Jest jednakże wyraźna różnica między minimalizmem skupionym, pełnym subtelnych detali, lecz krystalicznie czystym a ledwie nakreśloną szkicowością. W samej naturze szkicu tkwi jego niedomknięcie oraz potencjał do bycia rozwiniętym w jakąkolwiek stronę. Wytrąca ta z rąk podstawowe narzędzia krytyki, pozostawia bezradnym w obliczu utworów, które nie są nawet jeszcze kompozycjami i mogą okazać się czymkolwiek. W niemal każdym bowiem utworze słychać potencjał, ślady tradycyjnego warsztatu Feist, nawet możliwe przeboje, ale fizycznie obcujemy jedynie z kompozycjami in spe. Próby wartościowania, oceniania nadziei wydają się zaś głęboko niesprawiedliwe.


Zastanawia przybrudzona produkcja oraz dlaczego utwory oparte na szczątkowych pomysłach dłużą do nawet pięciu, sześciu minut ("Baby Be Simple", nomen omen). Z każdym kolejnym Feist odziera zbędne warstwy aranżacyjne i kompozycyjne, starając się jakby dotrzeć do pieśniarskiego jądra. Efekt pieśniarki z gitarą samotnie i spontanicznie snującej swe opowieści na scenie pustawego klubu zostaje zatem osiągnięty dość zręcznie. Muzyczny ekwiwalent twórczego bazgrolenia istotnie skrywa w sobie zalążki potencjalnych przebojów, pełniejszych kompozycji, wyraźniejszej struktury, całość brzmi zatem jak taśma demo. Okazjonalnie wyłoni się podobieństwo a to do Cat Power ("I Wish I Didn't Miss You"), a to Bon Iver ("The Wind"), większość albumu tkwi jednak w przedziwnym stanie na granicy bezkompozycyjności. Z wyjątkiem w postaci "I Am Not Running Away", jedynej pełnoprawnej kompozycji dorównującej singlom "Pleasure" i "Century", w której Feist równie zręcznie co Anna Calvi przywołuje atmosferę gitarowego noir bluesa.

Kluczem do albumu być może są słowa A man is not his song / Though we all wanna sing along / We all heard those old melodies / Like they're singing right to me / More than a melody's needed z utworu "A Man Is Not His Song", przed którym nieprzypadkowo pojawia się repetycja najbardziej chwytliwego fragmentu singlowego "Pleasure". Feist zwiodła nas pozorem przyjemności, której pomimo jego wyraźnych słabości na albumie bynajmniej nie brakuje, ale "Pleasure" w najlepszym razie wydaje się być eksperymentem na słuchaczach i na samej idei pieśniopisarstwa. 6/10 [Wojciech Nowacki]

14 lipca 2017


SPACESLUG Time Travel Dilemma, [2017] Oak Island || "Lemanis", debiutancki album Spaceslug, był bez najmniejszej wątpliwości płytą genialną. Wszystkie elementy na tej płycie wskoczyły na odpowiednie miejsce, kosmiczny klimat, przestrzenna gra gitary, spokojne, wycofane, ale momentami niepokojące wokale i zgrana, bardzo uzdolniona sekcja rytmiczna wybijająca rytm pełnych kosmicznego pyłu utworów. Tym ciekawiej skonfrontować się z kolejnym longplayem w dorobku wrocławian.

Oczywiście z drugim albumem zawsze wiąże się niebezpieczeństwo, nie bez powodu zwane "syndromem drugiej płyty". Niektóre formacje, gnane naprzód wielkimi nadziejami, dają z siebie tak wiele przy okazji debiutu, że przy kolejnym albumie, gdy nadziei wiązanych z karierą nie udaje się zrealizować, płoną jak tanie rosyjskie zapałki. Formacji Spaceslug to jednak nie dotyczy. Po pierwsze, Kamil Ziółkowski i Jan Rutka nie są nowicjuszami na scenie stoner rockowej, grając w równie udanym, chociaż tworzącym na bardziej Kyusową modłę, projekcie Palm Desert. Zresztą to samo można powiedzieć o Bartoszu Janiku i jego Legalize Crime. Po drugie, każdy kto dokładnie wsłuchał się w "Lemanis" musiał pojąć, że nie mamy tu do czynienia z chwilowym rozbłyskiem supernowej, lecz z dobrze budowanymi, inteligentnymi i technicznie skomplikowanymi kompozycjami. Takich płyt nie nagrywa się przez przypadek. I rzeczywiście, o przypadku nie ma również mowy gdy odpalimy "Time Travel Dilemma", jest to bowiem pyta bliska stonerowemu ideałowi.


Piszę to jako osoba zauroczona tą bogatą sceną muzyczną. Nie brakuje na niej płyt fenomenalnych, wspomnę chociażby instrumentalne Stone From The Sky, King Weed, świetne riffy Green Yeti czy ciężar Humulus i narkotczne wizje Hazy Sea. Zespołów zwracających uwagę jest prawdziwe bogactwo, Witchfinder, Elbrus, Child, grające odpowiednio doom / stoner rocka, psychodelię i bluesa. Wszystkie charakteryzują się profesjonalizmem, gęstym brzmieniem i dobrymi pomysłami. A jednak żadna z nich nie jest w stanie nawiązać otwartej walki ze Spaceslug, jakkolwiek patetycznie by to nie brzmiało.

Wszystko dlatego, że Spaceslug wie dokładnie czego chce i w jaki sposób to realizować. Na albumach formacji nie ma stylistycznych wycieczek zaburzających odbiór płyty. Longplay stanowi zamkniętą całość, jak w najlepszych czasach koncept-albumów z początku lat 70-tych, gdy hard rock nie wyzbył się jeszcze psychodelicznych naleciałości odziedziczonych po poprzedniej dekadzie. Koherentne kompozycje na "Time Travel Dilemma" służą przede wszystkim budowaniu głębokiego klimatu. Oczywiście, mamy tu zróżnicowane wokalizy (ale nie na tyle zróżnicowane by wprowadzać zamęt w odbiorze płyty), chwytliwe, ale głęboko ukryte pod warstwą efektów i przesteru melodie oraz świetne wykonanie techniczne. Nie to jednak decyduje o potędze obu materiałów formacji. W utworach Spaceslug jest coś nieokreślonego i nieuchwytnego, eterycznego nawet. Słuchając albumu ma się wrażenie patrzenia z bardzo wysoka na oddalającą się Ziemię. Niemal czuć chłodny powiew wiatru na twarzy i pył pustyni wzbijający się wraz ze startem. Czyli są to dokładnie te odczucia, które powinny towarzyszyć zespołowi o tak jasno określonej stylistyce. Nie brakuje tu również kosmosu i pustki. I nie chciałbym abyście pomyśleli sobie, że po prostu dałem się zwieść graficznej prezentacji zawartej na okładkach płyt zespołu. Obie są przepiękne i naprawdę wspaniale uzupełniają przekaz muzyczny. Tyle, że gdyby projektowi graficznemu nie dorównywała warstwa kompozycyjna, to okładki digipaka posłużyć mogłyby co najwyżej za artystycznie wyrafinowaną podstawkę pod piwo. Nie przeczę jednak, że w osobie Macieja Kamudy zespół zyskał kogoś, kim dla Pink Floyd był Storm Thorgerson. W warstwie graficznej drugiej płyty widać bowiem prawdziwe zrozumienie przekazu zespołu.

Nie ma sensu rozwodzić się z osobna nad każdą z kompozycji, ponieważ jak już pisałem, poszczególne utwory przenikają się i dopełniają. To nie jest płyta do samochodu ani zapychacz tła. A w każdym razie przy takim podejściu słuchacz bardzo, bardzo dużo straci. Warto odpalić album dopiero wówczas, kiedy możemy liczyć na godzinę spokoju i wyciszenia. W tak sprzyjających okolicznościach Spaceslug okaże się płytą wartą każdych pieniędzy. Proponuję, aby każdy niezdecydowany posłuchał przynajmniej kompozycji tytułowej z płyty "Time Travel Dilemma". Już te dziesięć minut może dać jasną odpowiedź jak blisko, bądź jak daleko jest wam do stoner rocka. 9/10 [Jakub Kozłowski]

12 lipca 2017


ULVER The Assassination Of Julius Caesar, [2017] House Of Mythology || Nie tak dawno temu Depeche Mode wydali album "Spirit", który podzielił zwolenników zespołu na dwa obozy, rozczarowanych i żyjących w złudzeniach. W roku 2017 nową płytę wydała jednak także inna formacja, której nazwa od kilku miesięcy niemal zawsze pojawia się w kontekście Depeche Mode. Norweski, "eks" black metalowy Ulver.

Od premiery "Spirit" stoję na stanowisku, że płyta ta wyraźnie pokazuje olbrzymi wręcz spadek formy Brytyjczyków. Nie wydaje mi się, aby były to wyłącznie malkontenckie dywagacje recenzenta, w swojej opinii bynajmniej nie jestem odosobniony. Wielu oddanych miłośników Depeche Mode zwróciło się w stronę Norwegii, dając tym samym wyraz odrobinę desperackiej próbie znalezienia alternatywy dla dotychczasowych idoli. Ich zainteresowanie wzbudziła formacja Ulver, która najnowszą płytą postanowiła ponownie zadziwić i doprowadzić do konsternacji środowisko muzyczne. Dawni black metalowcy, przedstawiciele ambientu i wczorajsi orędownicy art rocka (każdy kto zna dorobek Ulver będzie wiedział, co mam na myśli) postanowili bowiem nagrać "najlepszy od lat album Depeche Mode". A w każdym razie takie głosy zaczęły dosyć powszechnie podnosić się wśród zawiedzionych płytą "Spirit".

Nie jestem w stanie stwierdzić, kto po raz pierwszy w ten sposób określił "The Assassination Of Julius Caesar", ale przyjęli je tak znani dziennikarze muzyczni jak Jarosław Szubrycht czy Maciej Krzywiński, znawcy metalu, interesujący się dokonaniami Ulver już wówczas, gdy zespół wgłębiał się w o wiele mroczniejszą stylistykę niż prezentowana na najnowszym albumie. Sformułowanie to jest jednak moim zdaniem uproszczeniem i pewnego rodzaju skrótem myślowym, Ulver nawet na "The Assassination Of Julius Caesar" pozostaje odległy formie, którą Depeche Mode kształtowali i udoskonalali przez dziesięciolecia swojej kariery. Już chociażby w samym fakcie, że stylistycznie Ulver przeszedł właściwie odwrotną od Depeche Mode drogę, Norwedzy zaczynali od grania gitarowego przechodząc stopniowo do elektroniki.

Trudno wyrokować na podstawie jednego albumu o stylistycznych fundamentach formacji, tym bardziej jeżeli chodzi o Ulver. Można jednak w miarę bezpiecznie stwierdzić, że oba zespoły bezspornie łączy jedynie wspomniana elektronika, co nie wystarcza do snucia porównań. Dopiero gdy bliżej przyjrzymy się mistrzowsko budowanym kompozycjom i wczujemy w budowany duszny klimat to odnajdujemy na "The Assassination Of Julius Caesarelementy zbieżne z takimi płytami jak "Ultra" czy "Exciter". Ponadto utwory skomponowane przez Norwegów ociekają melancholią, nieoczywistą przebojowością i specyficznie artykułowanym mrokiem. Cechy te pięknie budowały twórczość Depeche Mode, ale nie określają przecież wyłącznie tego zespołu, ani nawet nie wszystkie jego płyty.


Porównywanie obu formacji będzie jednak powracać. W ten sposób najłatwiej bowiem w widowiskowy sposób spuentować dokonania, bądź co bądź, mało znanej formacji. Osobiście nie chciałbym odbierać Ulver niezwykłej nutki geniuszu poprzez proste sprowadzanie ich albumu do roli muzycznego epigona. Norwegowie nigdy nie byli i nigdy nie będą Depeche Mode. Ich najnowsza propozycja to album genialny w obrębie szerokiej stylistyce muzycznej alternatywy i w taki sposób powinien być odbierany.

Ostatnie miesiące przynosiły mi kilka muzycznych zawodów. Zresztą najczęściej ze strony uznanych na świecie artystów, którzy niczego nie muszą już udowadniać i nie dążą już do wstrząsania posadami muzycznego establishmentu. Nie ma w tym nic złego, do czasu, kiedy artyści nie stają się ofiarami stylistycznej sztampy. Również z tego powodu tak wielką przyjemność sprawia mi "The Assassination Of Julius Caesar", zespół Ulver stworzył bowiem longplay bez oglądania się na mody i bez nawiązań do własnej przeszłości. W przygotowanych kompozycjach niemal namacalnie czuć jasno określoną wizję artystyczną. Album jest spójny i logicznie rozwijany. Utwory "Nemoralia", "Rolling Stone", "Southern Gothic" czy "1969" sprawiają, że od płyty nie można się oderwać. I nie jest to wyświechtana formułka typowa dla muzycznych pismaków. Od "The Assassination Of Julius Caesar" naprawdę nie da się uwolnić. Każda z kompozycji wyróżnia się bardzo zgrabną, popową niemal melodią, ale ukrytą pod elektroniką zaaranżowaną tak by wydźwięk kompozycji przybierał bardziej niepokojący niż radosny charakter. To jednak nostalgia decyduje o potędze albumu. Muzycy Ulver już zresztą wielokrotnie udowadniali, że doskonale żonglują emocjami. Na myśl przychodzi mi przede wszystkim bardzo ciekawy album "Shadows Of The Sun", ale tamto na wpół ambientowe dzieło przegrywa z "The Assassination Of Julius Caesar" pod względem zwartości materiału. Rozciągane w nieskończoność pasaże i instrumentalne wycieczki na najnowszej płycie ustąpiły pierwszeństwa dobrze skomponowanym utworom. I przez to siła oddziaływania Ulver jeszcze wzrosła.

Pomimo syntetycznych dźwięków utwory Ulver cechują się organiczną, niemal namacalną siłą wyrazu. Gwarantuje Państwu, że "The Assassination Of Julius Caesar" pozostaje w głowie na długo po tym, jak w pokoju zapada cisza. 10/10 [Jakub Kozłowski]

7 lipca 2017


GORILLAZ Humanz, [2017] Parlophone || Zakładając, że w początkach XXI stulecia Gorillaz było czymś więcej niż substytutem Blur, pamiętać należy o dwóch najważniejszych aspektach sukcesu tego, fikcyjnego przecież, zespołu. Po pierwsze, silne osadzenie w przebiegającej równolegle internetowej rewolucji. Odbiór muzyki poprzez radio, przegrywane kasety, wypalane płyty, muzyczne miesięczniki zastępowany był przez rosnącą blogosferę, flashowe strony, pierwsze gify, YouTube'a, torrenty i sieciowy marketing, którego inkorporującą te wszystkie fenomeny forpocztą byli właśnie Gorillaz. Po drugie, co wydawać się może szczególnym paradoksem w przypadku zespołu, który nie istnieje, wyjątkowe znacznie miała jego tożsamość. Przy całej swej kalejdoskopowej różnorodności piosenki Gorillaz z łatwością mogły uchodzić za kompozycje rzeczywistej formacji z ukształtowanym spójnym brzmieniem, nie zaś za producencki projekt Damona Albarna.

Nawet "The Fall", album, który za regularną płytę Gorillaz można uważać w takim samym stopniu, w jakim za solowy debiut Albarna uchodzić może "Democrazy", wpisywał się w ten kontekst eksperymentując z uchodzącymi wtedy za technologiczną nowość mobilnymi aplikacjami i iPadem. Animowana tożsamość Gorillaz zaczęła się jednak rozwadniać już na "Plastic Beach", pierwszej płycie, która nie miała powstać (jeśli ktoś pamięta jeszcze deklaracje, że "Demon Days" miało być drugim i ostatnim albumem formacji). Albarn nie tylko zaczął wtedy występować z żywym zespołem, porzucając koncertowe skrywanie się za ekranami z animacjami, ale i zdecydowanie przekształcił Gorillaz w platformę do kolaboracji i plejady gościnnych występów. "Plastic Beach" było wyraźnym rozczarowaniem, ale znalazło się na tej płycie przynajmniej kilka wyraźniejszych przebojów oraz charakterystyczne poczucie humoru. "Humanz" nie oferuje już żadnej z tych rzeczy.


Słuchaniu tej płyty często towarzyszy dość silne poczucie zażenowania i konieczność usprawiedliwienia się w oczach przygodnych słuchaczy, że nie, nie słucha się właśnie amerykańskiego radiowego popu pośledniego sortu, ale muzyki wywodzącej się jednak w jakiś sposób z kręgów alternatywy. Pojawia się też złość, zagęszczenie hip-hopu jest bowiem tak wielkie, że sprzeciw zarówno wobec jako ilości, jak i jakości, spycha nas niemal na konserwatywno-terazrockowe pozycje. Problemem jest jednak zarówno przesyt, jak i jego przeciętność, szereg hip-hopowców zabija bowiem kluczową niegdyś dla Gorillaz różnorodność (gdzie podziały się gospel, disco, punk, dub?), płoży się ponadto na wyjątkowo przeciętnym muzycznym tle.

O lenistwie Albarna pisze się często w kontekście jego charakterystycznego wokalu, ewentualnie rozczochranej aparycji, ale dotyczy też zdolności kompozycyjnych, czemu paradoksalnie towarzyszy bipolarna niemal nadpobudliwość. Stąd też mamy pozbawione filtra szkicowe wydawnictwa w rodzaju "The Fall" i "Democrazy", ale też niezliczone projekty, zespoły i kolaboracje. Nie jest więc przypadkiem, że najlepsze tytuły z udziałem Albarna to te, w których nie jest pozostawiony sam sobie ("Magic Whip" vs "Everyday Robots") lub podporządkowuje się odgórnej idei ("Dr Dee"). Zarówno jego geniusz, jak i lenistwo, przejawia się w tym, że zdolny jest do stworzenia zjawiskowego wersu, przebojowego motywu, obezwładniającego zaśpiewu, ale często brakuje mu sił do rozwinięcia pojedynczego przebłysku w pełnoprawną kompozycję. I tak oto odkrywamy klucz do "Humanz", płyty, na której lepsze lub częściej jednak słabsze wyjściowe pomysły Albarna pociągnięte zostały przez dość męczący szereg gości.


W efekcie nowy album Gorillaz brzmi jak przydługi hip-hopowy mixtape z okazjonalnym featuringiem Damona Albarna. Otwierające go utwory "Ascension" i "Strobelite" jeszcze zachowują jakąś świeżość, ale chałupnicze "Saturn Barz" już drażni impresją taniego alkoholu i brudnego klubu. Kelela w "Submission" udanie nawiązuje do udziału Little Dragon na "Plastic Beach", co i tak popsute zostaje hip-hopem nie do powstrzymania. Wokale Albarna są co najwyżej symboliczne, dopiero gdzieś w połowie albumu zyskuje sobie więcej przestrzeni, ale z efektami przypominającymi najmniej fascynujące i najbardziej ckliwie fragmenty jego solowej płyty i ostatniego Blur ("Busted And Blue"). Z dwoma wyjątkami reszta albumu przemija jako przeciętna, przyciężka masa. Jedynie "Charger" z udziałem Grace Jones intryguje swoją wciągającą anty-przebojowością, zaś "We Got The Power" z Jehnny Beth z Savages wreszcie przynosi odrobinę (bo trwa zaledwie dwie minuty) dawnej ekstatycznej, komiksowej energii Gorillaz. Właśnie, przeciętność kompozycji to tylko część problemu, gorzej, że tylko nieliczne brzmią jak piosenki Gorillaz  a jeśli już, to na poziomie dawnych B-side'ów ("Andromeda").

"Humanz" jest więc płytą nie tylko bez kontekstu, ale i bez tożsamości. Nie ma na niej przebojów, nie ma barwnych pomysłów, nie ma zbyt wiele Albarna, nie ma tu już Gorillaz. Przegrzane oczekiwania oczywiście przesadnie wydźwignęły ten album w momencie premiery, ale większość singli została hurtowo udostępniona jeszcze przedtem, dziś więc o płycie już się nie mówi, nie pisze i niespecjalnie wierzę, że się jej słucha. Jedynym jej wymiernym efektem było natychmiastowe nakręcenie sprzedaży biletów na tegoroczne koncerty Gorillaz, czymkolwiek ten zespół jest obecnie na scenie. To jednak nie piosenki z "Humanz" będą po nim oczekiwane. 3.5/10 [Wojciech Nowacki]

28 czerwca 2017


ALT-J Relaxer, [2017] Infectious Music || Dość niespodziewanie "3WW" okazał się singlem naprawdę udanie zapowiadającym trzeci album alt-J. Po pierwsze dlatego, że wydawało się, że trio jeszcze jakiś czas pociągnie swoją karierę za pomocą letnich festiwali i chyba nikt jeszcze specjalnie nie wyczekiwał nowej płyty. Po drugie zaś, sama kompozycja, jak i towarzysząca jej otoczka wizualna, sugerowały potencjalnie wielki album. "3WW" to bowiem klasyczny antysingiel, piosenka daleka od bycia przebojową, ale niezwykle sugestywnie sugerująca, że pełni rolę introdukcji do niemniej niebanalnej całości. Światotwórczy efekt kompozycji wzmacnia tylko brak piosenkowej struktury oraz pojawienie się harmonicznych wokali dopiero po dwóch minutach. Usypiające folkowe napięcie wiedzie przez soft-rockową eskalację i symbolicznie naznaczone indie by powrócić do motorycznie niepokojącego folku. Ambicje zakreślone zostały szeroko. "Relaxer" miał być dla alt-J tym, czym dla Radiohead było "Kid A".

Bardziej tradycyjny drugi singiel niekoniecznie musiał zaburzać ten obraz. Grupa zdolna do napisania "Left Hand Free" czy "Every Other Freckle" nawet na hipotetycznie ambitniejszym albumie mogła jak najbardziej zaznaczyć swój przebojowy potencjał. "In Cold Blood" równie przebojowy jednak nie jest, pobrzmiewa w nim odrobina wymęczenia, jest też trochę zbyt gęsty i frapująco brudnawy, ale i całkiem efektowny dzięki mocnej kombinacji gitar i dęciaków oraz finałowej zmianie tonacji. Ani nastroju, ani charakteru wyczekiwania "In Cold Blood" zatem zasadniczo nie zmieniło. Fakt, że na albumie znajdzie się tylko osiem kompozycji wręcz potęgował wrażenie, że "Relaxer" miał być starannie wyselekcjonowanym destylatem. Upstrzone przerywnikami, interludiami i repetycjami "This Is All Yours" całkiem otwarcie zmierzało w stronę prog-rocka, zwięzłość nowej płyty nawiązuje raczej do hard-rockowych gigantów, którzy w intensywnych latach siedemdziesiątych utrzymywali się na powierzchni niemal coroczną produkcją krótkich albumów. alt-J spieszyć się nie musieli, nie sądzę też by nie starczyło im sił na napisanie ośmiu przynajmniej dobrych kompozycji. Gorzej jednak jeśli sami naprawdę wierzą w wyjątkowość tych, które na "Relaxer" trafiły.


Poza "3WW" i "In Cold Blood" jedynie dwa utwory się wyróżniają, z czego tylko jeden naprawdę zapada w pamięć, choć niekoniecznie z właściwych powodów. "Hit Me Like That Snare" zaskakująco trafnie nawiązuje do Led Zeppelin gdzieś pomiędzy ich drugim a trzecim albumem, pełną ostrość kompozycji narusza jednak jej garażowe niewykończenie. Chwytliwy zaśpiew Fuck you, I'll do what I want to do jest jednak tak głupi, tak naiwny, że aż fajny. W resztę słów lepiej się jednak nie wgłębiać, czają się tam bowiem takie kwiaty amatorskiej pornografii jak Floor full of happy wizards scissoring czy My family fisting me on the floor. Teksty to zresztą odrębny problem, pod ich pozornym wyrafinowaniem kryją się zwykłe piosenki miłosne ("3WW", czyli three worn words), jeśli odnoszą się do seksu to w najgorszym razie przy pomocy powyższych wizji, w najlepszym zaś sięgając po estetykę zapachowych świeczek i plakatów z Bravo Girl (Well, smell of sex / Good like burning wood w "3WW"). W tej samej jednak piosence padają urokliwie proste słowa I just want to love you in my own language, "Last Year" natomiast zręcznie pogrywa z motywem upływających miesięcy.

Drugim wyróżniającym się utworem jest "House Of Rising Sun", tylko i wyłącznie dlatego, że jest to cover jednego z najbardziej oklepanych klasyków. Nie jest na szczęście natychmiastowo rozpoznawalny, choć dłuży się niczym nie ujmując i donikąd nie zmierzając. W identycznym przybladłym duchu niesie się cała druga połowa płyty, "Deadcrush" jest niby żywszy i rytmiczny, "Adeline" niby linearnie narracyjne, "Last Year" niby senne i atmosferyczne, "Pleader" zaś niby klasyczny i skomplikowany, ale wszystkie są po prostu miałkie i nudnawe. Owszem, folkowa angielskość w stylu solowego Damona Albarna brzmi przyjemnie, ale nie tego oczekujemy po albumie z inspirowaną LSD pikselozą w stylu początków ery cyfrowej na okładce. Dokładnie w połowie "Relaxer" zaczyna brzmieć jak lepsza i dłuższa płyta, która przy pomocy przeciętnych kompozycji zmierza już ku końcowi. Pozostajemy więc z silnym wrażeniem zagubionego środka, całej kluczowej części płyty, o której w jakiś sposób zapomniano pomiędzy obiecującym początkiem a zmęczonym finałem.

"Relaxer" bynajmniej nie męczy i choć pozostaje rozczarowaniem to, o dziwo, z chęcią i łatwością się do niego wraca, być może w poszukiwaniu jakiś ukrytych sensów. Sam zespół zaś wypowiada się o płycie dość ostrożnymi słowy. a to, że wymaga osłuchania się i zyskuje z czasem, a to, że są świadomi prawdopodobnie małych szans na przebicie swego debiutu. „An Awesome Wave” z jednej strony było lekko przecenianie, z drugiej zaś zespół naprawdę debiutował już jako w pełni ukształtowany. Wydaje się, że alt-J są na tyle inteligentni by znać ograniczenia swojego talentu. Rozpoczętą w wyniku szczęśliwego splotu okoliczności karierę kontynuują mając ku temu po prostu większe środki i zamiast nagrać wielką płytę bawią się statusem niedostępnym dla większości sympatycznych inteligenckich nerdów z ładnymi tatuażami. 5.5/10 [Wojciech Nowacki]

16 czerwca 2017


Nadal mamy spory zapas nowości, którym przyjrzymy się dokładniej, choć znając tempo mojej refleksji nowościami do tego czasu być przestaną. W ostatnich miesiącach obok płyty Zrní z pewnością najważniejszym powrotem są Květy i ich pierwszy album zarejestrowany w odmienionym składzie, ale już teraz zatrzymać się musimy przy kilku tytułach, rozpoczynając od najatrakcyjniejszego ostatnio przykładu czesko-polskiej przyjaźni.

Remiksy ukazują wszechstronny potencjał kompozycji ba:zel. Dizzcock okazuje się zaskakująco kojący ze swą atmosferą północnego miasta, Mary C z Martinem Tvrdým proponują bardziej rozedrgane i lekko niepokojące podejście, Ježiš táhne na Berlín intensyfikuje brzmienie aż po granice agresywności a Lovenius sugeruje dla przeciwwagi deep-house'ową abstrakcję. Oryginalny utwór "Pace" przypomina jednak o swych neoklasycznych korzeniach, jakby zaś tego było mało, nowa wersja "Mandatory" dodaje jeszcze synth-popowe składniki do tej różnorodnej całości. Niemniej "RMX" pozostaje całością spójną i w tym własnie objawia się stylowość ba:zel. Nawet jednak tak zręczna epka nie jest w stanie przygotować nas na zjawiskowość "Scene 7", premierowego materiału duetu i pełnoprawnego następcy "eye draw​(​s) the line". Uwodzicielski przecież poprzednik w porównaniu ze "Scene 7" wydaje się wręcz nieśmiały, bowiem na każdym niemal polu ba:zel są po prostu odważniejsi. Wokal Eweliny jest pełniejszy, produkcja zdecydowanie klarowniejsza niż na zamglonym "eye draw​(​s) the line", okazjonalna gra na pianinie jeszcze bardziej wyrafinowana, brzmienie zaś po prostu bogatsze, głębsze a w robiącym największe chyba wrażenie "Marschfield" niemal bitewnie wojownicze. Talent do dźwiękowego designu kulminuje zaś w siedemnastominutowym dark-ambientowym utworze finałowym.



Po zeszłorocznej epce "Endian" Słowacy z Bulp debiutują długogrającym albumem "Yrsa". W tej zręcznie wyprodukowanej pigułce skupiają się liczne fascynacje czecho-słowackiej elektroniki paru ostatnich dekad: popowa melodyczność czeskiej elektroniki lat dziewięćdziesiątych (patrz: Prince Of Tennis), do dziś kultywowane słowackie nu-jazzujące downtempo (patrz: Autumnist) i przebojowość alternatywno-elektronicznego pogranicza Radiohead-Moderat. Przy okazji, z nowym singlem "Stoke The Fire" po wieloletnim milczeniu powróciła Khoiba, jeden z tych zespołów, które w znacznej mierze wpłynęły na tak inne niż w Polsce postrzeganie elektroniki. Wracając na Słowację, na główną siłę netlabelu Gergaz zdecydowanie wyrasta formacja Fallgrapp. Ich drugi album sięga do podobnych tradycji co ich krajanie z Bulp podkreślając tylko jak świetnie ma się tam tego typu muzyka. "V hmle" jednak uzupełnia te brzmienia o znaczący żywy pierwiastek. Zręcznie w całość wkomponowane smyczki oraz słowackie wokale zamiast imitować folklor tworzą raczej jego współczesny odpowiednik.



Antidotum na jakąkolwiek pretensjonalność jest tylko jedno. Kuba. Czegokolwiek się nie tknie zmienia się w zroszone potem czyste muzyczne złoto. Obfitym potem, aktywności Kuby Kaifosza są bowiem tak intensywne, że plan wydawniczy ma już przygotowany najprawdopodobniej przynajmniej do 2034 roku. Zespół Wild Tides na wysokości płyty "Hung Loose" popadać zaczął w szkatułki, błyskotliwa rewitalizacja przyszła zatem wraz z początkiem kariery solowej, najpierw jako Boy Wonder & The Teen Sensations, potem jako Lazer Viking. Ani krytyka, ani publiczność nie zdążyły jeszcze ochłonąć a tu powrócili Wild Tides zaskakując podwójnie. Po pierwsze, czeskie wokale, co w Republice Czeskiej, kraju, przypominam, czeskojęzycznym, spotkało się z podejrzeniami o żartobliwą pastiszowość. Po drugie zaś, co znacznie ważniejsze, rozpiętość stylistyczna "Sbohem a šáteček" w połączeniu z intensywnością albumu przyprawia wręcz o zawroty głowy. Piosenki sięgają od półtorej do czterech minut, ale doszukać się w nich można niemal każdego chwytu stylistycznego z historii muzyki rockowej, od rock'n'rolla przez swojski bigbit lat sześćdziesiątych i radiowy pop-rock lat dziewięćdziesiątych po country, folk i metal. I cała maestria tkwi w tym, że nie brzmi to jak popartowy mixtape, lecz spójny, rockowy album, jeden z najlepszych i najżywotniejszych jakie możecie usłyszeć w tym roku. [Wojciech Nowacki]

12 czerwca 2017


LEONARD COHEN You Want It Darker, [2016] Columbia || Śmierć Leonarda Cohena w najmniejszym stopniu nie zmieniła odbioru "You Want It Darker", płyty, która okazała się być ostatnią w dorobku kanadyjskiego Żyda, barda, poety, mnicha. Nie doszło tu, jak w przypadku "★" Bowiego, do nagłego ujawnienia się nieznanych wcześniej pól interpretacyjnych. Z własnym wiekiem i śmiertelnością Cohen mierzył się na każdej z jego ostatnich płyt, "You Want It Darker" zatem było i nadal jest przede wszystkim zwieńczeniem trylogii, którą Cohen powrócił podtrzymując swą ciągłą aktualność i przyćmiewając tak nieudane próby znalezienia swojego miejsca na początku XXI wieku jak "Ten New Songs".

Cohen zrehabilitował się na płycie "Old Ideas" ciepłą, prostoduszną oszczędnością. Pojawiły się tam tropy bluesa czy dansingowego szansonu, ale album i tak brzmiał jak nagrany z perspektywy werandy z widokiem na ogródek. Niemal całkowicie zniknął automat perkusyjny a rachityczne syntezatory z "Ten New Songs" wreszcie ustąpiły żywym instrumentom. Skromność kompozycji bliska była szkicowości, ale z pełnym potencjałem rozwinięcia się w pełnoprawne, bogate brzmieniowo kompozycje. Potencjałem, który paradoksalnie najjaśniej rozbłysł w utworze "Darkness", gdzie noirowy klimat tworzył zadziorną i autentycznie chwytliwą piosenkę. "Popular Problems" było zaś w prostej linii kontynuacją "Old Ideas", płytą lepszą, bardziej urozmaiconą i z większą ilością punktów zaczepienia. Więcej elementów i motywów, od bossanovy przez country po folk, rozpostarte jednak było symbolicznie w obrębie płyty nie naruszając typowej cohenowskiej skromności.


"You Want It Darker" spaja trylogię wyrastając w pewnym sensie z "Darkness" i ujednolicając brzmienie "Popular Problems". Album jest nadal oszczędny, ale przy tym skupiony, w czym zapewne spora też zasługa syna artysty, Adama Cohena, który płytę gustownie wyprodukował. Bardzo często kompozycje opierają się tylko na silnej linii basu z wplecionymi a to skrzypcami, a to pianinem, a to chórem. W utworze tytułowym to właśnie chór wydaje się najsilniejszym elementem piosenkotwórczym i nośnikiem melodii ponad którą Cohen snuje swoją śpiewaną poezję. Muzyczna skromność "You Want It Darker" jest dojmująca, nie ma tu aranżacyjnych wygłupów i mrużenia oka do słuchacza, nie ma też tak jednoznacznie jak na "Popular Problems" chwytliwych fragmentów. Całkiem przebojowo wypada jednak "On The Level", w którym powraca nieszczęsna Sharon Robinson, odpowiedzialna za katastrofę "Ten New Songs" do tego stopnia, że umieściła się i na okładce tamtej okropnej płyty. Tutaj na szczęście powściągnęła swoje ambicje a piosenka z jej udziałem nabiera nawet lekko gospelowego charakteru. Najbardziej piosenkowo prezentuje się najpełniejsza i niemal finałowa kompozycja "Steer Your Way", ważność albumów Cohena nie polegała jednak nigdy na ich najbardziej oczywistych fragmentach. Dusza "You Want It Darker" leży w utworze tytułowym, w "Treaty", będącym niemal starczą odpowiedzią na "Hallelujah" i nawiązaniem do "Nevermind" z "Popular Problems", czy w końcowej smyczkowej repryzie.

Ze śmiercią i starością Cohen flirtował już od dawna, ten wymiar "You Want It Darker" nie jest więc ani zaskakujący, ani tajemny, choć tym razem brakuje tu humoru i autoironii "Popular Problems". Śmierć jest po prostu faktem, emocjonalnie dość obojętnym, co zgodnie z tytułem dla większości wydawać może się niepokojąco mrocznym podejściem. Ale Cohen mniej lub bardziej otwarcie przemyca tu oznaki zwyczajnego ludzkiego zwątpienia, dzięki czemu, choć bez żartobliwości, z płyty emanuje spokojne ciepło. Liczne dosłowne odniesienia do tradycji judeochrześcijańskiej sugerują raczej lekki konflikt niż syntezę poglądów Cohena w ostatnich latach raczej dość ostrożnie wypowiadającego się o własnym buddyzmie. Hineni, Hineni / I'm ready, my Lord z "You Want It Darker" wydaje się być jednoznaczną deklaracją, ale już w "Treaty" i "If I Didn't Have Your Love" mnogość religijnych znaczeń zakamuflowana jest pod postacią miłosnych piosenek. Trudy filozofii zen pojawiają się w "On The Level": Now I'm living in this temple / Where they tell you what to do / I'm old and I've had to settle / On a different point of view / I was fighting with temptation / But I didn't want to win / A man like me don't like to see / Temptation caving in. Na progu starości to właśnie chrześcijański komfort zaświatów wydaje się być tak kuszący, zwłaszcza w obliczu pozornie zgorzkniałego buddyjskiego stoicyzmu: When I turned my back on the devil / Turned my back on the angel too. Droga prowadzi jednak właśnie tędy, w opuszczeniu gry, co jest wątkiem kontynuowanym przez Cohena w "Leaving The Table" (There’s nobody missing / There is no reward). Słowa I guess I'm just / Somebody who / Has given up / On the me and you / I'm not alone mogą zatem oznaczać zarówno odwrót od idei Boga i konfrontacji z nim, jak i zapewnienie, że potocznie nihilistyczna ścieżka buddyzmu nie oznacza bynajmniej samotności ("Traveling Light").

Dosłownie i zdecydowanie drogę poprzez życie, śmierć, ból, prawdy i filozofie Cohen po raz ostatni wyśpiewuje w mocnym i budującym "Steer Your Way", choć po ludzku pozwala sobie jeszcze na klamrę lekkiego żalu i zwątpienia w "String Reprise / Treaty". Jedyny zaś żal jaki pozostaje nam po wysłuchaniu "You Want It Darker" nie dotyczy bynajmniej śmierci Leonarda Cohena w wieku 82 lat, lecz poczucia, że jeśli jakiś muzyk zasłużył na literacką nagrodę Nobla to raczej nie jest to Bob Dylan. 8/10 [Wojciech Nowacki]

9 czerwca 2017


PREOCCUPATIONS Preoccupations, [2016] Jagjaguwar || Ile razy wydawać można debiutancki album? Brzmi to jak początek dobrego dowcipu dla muzycznych geeków, ale historia Preoccupations do zabawnych bynajmniej nie należy. Na początku mieliśmy zespół Women, który zdążył wydać dwa albumy zanim rozpłynął się w wewnętrznych konfliktach a jego ostateczny koniec przypieczętowała śmierć jednego z członków. Na gruzach formacji powstała nowa grupa Viet Cong, której debiutancka płyta spotkała się z niezwykle entuzjastycznym przyjęciem krytyki, za którym podążył szereg klubowych i festiwalowych koncertów na całym niemal świecie. Ale im silniejsza była pozycja Viet Cong jako czołowej formacji autentycznego post-punka, tym głośniejsze stawały się głosy sprzeciwu wobec jej historycznie kontrowersyjnej i rasowo niezbyt czułej nazwy. Ostatecznie Kanadyjczycy ulegli zmieniając nazwę na Preoccupations i zapowiadając drugi (pierwszy? czwarty?) album, przed którym stało również niełatwe zadanie zmierzenia się z poprzednikiem.

"Viet Cong" to płyta, która pokazała, że post-punk to nie tylko gustowna indie-rockowa stylizacja (puszczamy oko w stronę Interpol i Editors), lecz prężny gatunek, który być może jako jedyny podtrzymuje dziś żywotność rocka. Z pośród płyt zespołów Metz, Ought czy Protomartyr, to jednak album "Viet Cong" zasłużenie zdobył sobie najszerszy oddźwięk, odrzucając punkową pretensjonalność i surowość, inkorporując zaś podprogowo zaraźliwy i medytacyjny noise, niebanalną, lecz nadal piosenkową strukturę kompozycji, oraz konfrontując mechaniczny post-punk z zaskakującymi elementami jeffersonowskiej psychodelii.


"Preoccupations" okazuje się płytą podobną do poprzednika, plus minus powtarzając jego strukturę, ale tworząc też obraz większej bezpośredniości. Nie bez powodu więc dość poetyckie tytuły kompozycji z "Viet Cong" ustąpiły miejsca prostym ciosom "Anxiety", "Monotony", "Memory" czy "Stimulation". Preoccupations stają się otwarci ze swymi natręctwami, nie ma tu już miejsca na zakamuflowane emocje. Być może stąd też wokal wydaje się być bardziej otwarty na nowe formy ekspresji, choć w większości kojącą monotonię "Viet Cong" zastąpiło zmęczone i czasem szaleńcze skrzeczenie.

Miejscami płyta uderza energią. "Zodiac" jest wręcz entuzjastycznie rozbiegany, ale już piosenkowe "Degraded" brzmi nieco zbyt gęsto i za mało klarownie a siła i bezpośredniość "Anxiety" płynie zaś raczej z tekstu niż prostego zrytmizowania. I może jeszcze z ejtisowych klawiszy, które na "Preoccupations" wydają się zastępować ślady psychodelii lat 60-tych z "Viet Cong" (obecne tu jednak choćby w harmoniach "Sense"). "Monotony" nie może obronić się przed oczywistymi skojarzeniami z Joy Division, "Forbidden" zaś frustruje, bo prawdziwie efektowny motyw pojawia się na sam koniec po czym miniaturowa kompozycja ulega rozczarowującemu wyciszeniu. Ponad jedenastominutowemu "Memory", oczywistej próbie powtórzenia znakomitego "Death" z poprzednika, brakuje łatwej do uchwycenia struktury, choć kompozycja przechodzi od uszkodzonego mechanicznego rytmu przez gitarowe kaskady i post-punkową piosenkowość po kojący noise. Melodyjność powraca jednak ze zdwojoną siłą w samej końcówce, w "Stimulation" Lady Pank zdaje się spotykać z The Police, finałowe "Fever" to zaś niezmiernie efektowny i chwytliwy post-punk ujmowany przez zaskakująco indie-rockowy pryzmat epigonów z Editors czy Interpol właśnie. "Preoccupations" okazuje się zatem bardziej albumem przejściowym niż kontrą lub rozwinięciem "Viet Cong". Zupełnie jakby w przeciągu całej płyty zespół pomału otrząsał się z przeszłości, by na sam koniec odnaleźć potencjalnie nowy i przynoszący spełnienie kierunek. Jeśli tak, to kolejny album ma szansę przynieść prawdziwe zaskoczenie. 7.5/10 [Wojciech Nowacki]

5 czerwca 2017


AGNES OBEL Citizen Of Glass, [2016] [PIAS] || Postrzeganie Agnes Obel jako pianistki nie tylko zawęża jej odbiór do grona podobnych sobie neoklasyków, ale przede wszystkim zupełnie nie oddaje bezmiaru jej talentu. Owszem, Dunka jest dziewczęciem z pianinem, lecz przede wszystkim znakomitą kompozytorką, co najjaśniej wybrzmiało na wydanym w 2013 roku drugim jej albumie "Aventine". "Citizen Of Glass", nawet jeśli nie osiąga poziomu poprzednika i tylko pozoruje poszerzenie brzmienia, to, choć bez zaskoczeń, w dalszym ciągu oferuje wyjątkowe pieśniopisarstwo.

"Aventine" zalewało słuchaczy iście lynchowską czerwienią, było albumem prostym, lecz gęstym i tak zręcznym, że poza lekkim niedosytem nie odczuwało się w nim żadnego braku. Może poza przemożną chęcią usłyszenia tych piosenek na żywo w nigdy nie kończących się wykonaniach. Kompozycje Agnes Obel były po europejsku kinematograficzne, ale też niepokojące, czasem medytacyjne i przede wszystkim niebanalne dzięki jej unikatowemu zmysłowi melodycznemu. Będąc płytą zbudowaną na filarach głosu i pianina nie wymagała jednak niczego więcej do pełnego rozbrzmienia. Wszystko to było już obecne, a przynajmniej zasugerowane, na debiucie "Philharmonics", do którego jednak można było jeszcze próbować zbliżyć się z indie-folkowych pozycji. "Aventine" natomiast mocno kusiło zestawieniem z młodymi neoklasykami jak Ólafur Arnalds, Nils Frahm, Martin Kohlstedt, I Am Planet czy nawet Emika. Nikt z nich jednak nie adaptuje swojego warsztatu do tak zręcznego i chwytliwego piosenkarstwa jak Agnes Obel. Jeśli zaś jednak pozostaniemy przy samej grze, to artystce bliżej raczej do modernistycznej bohemy Erika Satie niż do minimalistów inspirujących wyżej wymienionych.


Obcując choćby ze szklanym tembrem "Golden Green" można ulec złudzeniu, że "Citizen Of Glass" to typowy przykład albumu, który przynosi poszerzenie brzmienia wraz z rozbudową instrumentarium. Owszem, pianino często tu ustępuje tak wyrafinowanym instrumentom jak celesta, melotron czy spinet, ale właśnie - ustępuje, nie współbrzmi. Muzyka Agnes Obel nadal nie jest i nie powinna być, przynajmniej na płytach, zespołową, aranżacje zaś nadal pozostają powściągliwe. Prawdziwą różnicą między "Citizen Of Glass" a "Aventine" jest to, że pomimo oczywistych fragmentów, jako całość nowy album prezentuje odrobinę mniej angażująco. Część kompozycji, zwłaszcza w drugiej połowie albumu, brzmi po prostu jak kolejne przykłady ustalonego już na dwóch poprzednich płytach warsztatu. Okazują się równie lub nawet jeszcze bardziej skromne, ale przede wszystkim ich melodyczność nie ma już cech takiej pomysłowości jak na "Aventine". Kompozycyjna lekkość może rozbrzmieć tu w utworze tytułowym, ale już w niezłym przecież "Trojan Horses" brzmi przyciężko w kanciastym refrenie.

To zresztą i tak tylko drobnostki. Album jest krystalicznie pięknie wyprodukowany i nawet jeśli wydaje się bardziej kruchy od poprzednika to jest tak samo pewny siebie. Potrzebę zręcznych, niebanalnych melodii wyczerpuje kilka kompozycji, które natychmiast stają się klasykami i być może lekko niefortunnie, poza "Golden Green", stłoczone są w pierwszej połowie albumu. "Strech Your Eyes" właściwie kontynuuje "Aventine" będąc równie filmowym, ale tym razem jest to film niemal sensacyjny i łatwo sobie można wyobrazić Agnes Obel piszącą piosenkę do Bonda. "Red Virgin Soil" jest z kolei bardziej teatralne, niemal instrumentalne i wydaje się być częścią większej, osobnej całości. "Familiar" zaś jest w najlepszym stylu zadziorne, niepokojące, z melodią pasjonująco złożoną, lecz niesamowicie śpiewną. Zaskakuje ponadto wokalnymi modyfikacjami, tak, tak, męski głos w tej piosence to nadal Agnes Obel. A i bez tych manipulacji ma się wrażenie, że stara się ona odważniej posługiwać swym głosem, takie "It's Happening Again" brzmi praktycznie jak akustyczna odsłona Goldfrapp. "Citizen Of Glass" przynosi zatem pewne zmiany w muzyce Agnes Obel, okazuje się jednak tylko i aż kolejnym potwierdzeniem jej wielkiego talentu. 8/10 [Wojciech Nowacki]

31 maja 2017


MIDI LIDI Give Masterpiece A Chance!, [2016] X Production || Z odbiorem muzyki Midi Lidi jest podobnie jak z postrzeganiem języka czeskiego przez Polaków. Że o ha, ha, ha, jak śmiesznie, jak zabawnie, tymczasem przecież tylko język, forma komunikacji, prawdziwa treść kryje się pod powierzchnią. Krytyczne dysputy o tym, czy oni tak na poważnie czy nie, toczą się wokół Midi Lidi praktycznie od początku ich wydawniczej działalności a szczególnych rumieńców nabrały przy okazji ostatnich dwóch studyjnych albumów. Wystarczy spojrzeć na powyższą okładkę, prawda? Albo na mój ulubiony teledysk. Czyż nie jest to właśnie ten poziom absurdu, którego powierzchownie oczekujemy od czeskiego filmu, literatury i właściwie wszystkiego? Teoria teorią, ale w praktyce Midi Lidi to jedna z najistotniejszych grup w Czechach i zarazem idealny punkt startowy do poznawania czeskiej muzyki, doskonale bowiem pokazuje historycznie tak odmienny od polskiego stosunek do elektroniki.

Chociaż akurat "Give Masterpiece A Chance!" zdecydowanie nie jest opus magnum zespołu i choć dzieli parę bolączek z kanciastym, niewykończonym poprzednikiem "Operace "Kindigo!"" to część z nich naprawia okazując się całkiem znośną letnią płytą. Pierwszym dźwiękiem jaki na "Give Masterpiece A Chance!" słyszymy jest symptomatycznie ludzki głos, co wyraźnie wskazuje na kontynuację obranej na poprzedniej płycie piosenkowej drogi. Ale brzmienie 'Tak už se zachraň" jest poważniejsze, bardziej skupione, ponad sześciominutowa kompozycja z namysłem krąży wokół śladów Hot Chip i Hercules & Love Affair, ocierając się nawet o disco-rytmikę Kamp!. Z piosenkową formą udało się Midi Lidi na tej płycie raz, i to bardzo, w idealnie sformatowanym singlu "Lux" z nadal słyszalnymi echami H&LA. Większość piosenkowych prób jednak zawodzi, "Volam" donikąd nie prowadzi a Petr Marek nie potrafi się powstrzymać przed totalnym prześpiewaniem całego utworu. Z minimalistyczną, ckliwą piosenką "Koupaliště tajemné" jest zaś Midi Lidi po prostu nie do twarzy i to nawet jeśli pominiemy rymy jdou - nabidnou - ou, ou, ou.


O ciągu przyczynowo-skutkowym między post-punkiem a taneczną elektroniką nic tak skutecznie jednak nie przypomina jak dziedzictwo New Order. Słyszymy je w bogatszym brzmieniowo "Pokec s tátou", przede wszystkim zaś w "Žižla", która efektownie przemyka od początkowej, odświeżającej dziwności do naspeedowanych Editors. I choć w końcówce albumu "Give Masterpiece A Chance!" znów gubi kierunek, skupienie i pomysłowość, to na szczęście są na płycie i fragmenty przypominające o tym, jak dobrze Midi Lidi powinni sobie radzić w niemal instrumentalnej, techniczno-mantrycznej odsłonie ("Rande s přírodou", "Duch"). Tego właśnie zabrakło na płasko brzmiącym i jarmarcznie pastiszowym "Operace "Kindigo!"", którego nie da się obronić przed zarzutami o pokraczny absurd.

Wszystko to jednak tylko pretekst. Od pewnego czasy albumy Midi Lidi, poza najnowszym "Give Masterpiece A Chance!", dostępne są na Bandcampie do darmowego pobrania. Znakomity debiut "Čekání na robota" rozpoczął oskarżenia o nadmierną humorystyczność Midi Lidi wykorzystywaniem lekko archaicznej elektroniki, podczas gdy chodziło o klasyczne inspiracje Kraftwerk i czeską elektroniką lat dziewięćdziesiątych, co w połączeniu z grami językowymi stosowanymi jako instrument rytmiczny tworzyło w gruncie rzeczy całkiem niepokojącą całość. Absolutnie obowiązkową pozycją jest natomiast drugi album "Hastrmans, Tatrmans & Bubáks", monumentalny, miejscami już zdecydowanie niepokojący, by nie powiedzieć mroczny, spójny i różnorodny zarazem. Wszystko tu do siebie pasuje, remix Chumbawamby, języki czeski, polski i słowacki, techno, deep-house w stylu Gus Gus, liźnięte post-punkiem electro, sampel z Czesława Niemena, synth-pop... Oto album który można postawić obok płyt Four Tet czy "Black Noise" Pantha Du Prince. Pobierajcie bez wahania a tymczasem "Give Masterpiece A Chance!": 6/10. [Wojciech Nowacki]

11 maja 2017


ELBOW Little Fictions, [2017] Polydor || Jeśli Goldfrapp bronili się przed syndromem niedoścignionego debiutu redefiniując się z każdą kolejną płytą, to Elbow za cenę odrobiny wysiłku zafundowali sobie restart kariery wraz ze swym czwartym albumem. Można? Można. "The Seldom Seen Kid" zdobyło w 2008 roku Mercury Prize i bez wątpienia jest jednym z dwóch najistotniejszych albumów Elbow, ba, przez niektórych uważany nawet za lepszy niż debiutanckie "Asleep In The Back". Wspomniany wysiłek to zresztą lekka przesada, Elbow z łatwością tworzą wyjątkowe kompozycje, choć ich dyskografia dzieli się niewątpliwie na czasy przed i po "The Seldom Seen Kid". Zjawiskowo silne i, cóż, zachowawczo wystarczające.

"Asleep In The Back" było płytą równie istotną dla rockowej alternatywy co "13" Blur i "Kid A" Radiohead. Niespotykane kompozycje o niebanalnej strukturze pełne były nerwowego napięcia, intensywnej oraz gęstej emocjonalności. Zbliżając się do post-rocka pozostawały rozdzierająco śpiewne, różnorodne, lecz spójne, Guy Gurvey objawił się zaś jako lider charyzmatyczny i ujmująco złamany. Na "Cast Of Thousands" Elbow wpuścili do swej muzyki znacznie więcej światła, z jednej strony doskonaląc pisanie kompozycji epickich, lecz nie patetycznych, z drugiej zaś zwracając się w stronę songwritingu, którego nie da się opisać inaczej niż po prostu ładny. Pomimo solidnej dawki wściekłości która powróciła na "Leaders Of The Free World", trzeci album wypełniły jednak w większości właśnie po prostu ładne i zaskakująco skromne piosenki. Można było zatem zacząć się obawiać o wyczerpywanie się formuły, ale pierwsze płyty Elbow tworzą niezmiernie silną trylogię.

Niemniej, "The Seldom Seen Kid" przyszło we właściwym momencie. Znów, jak na debiucie, album w całości wypełniły kompozycje jak żadne inne. Tym razem jednak stylowo spokojne, pewne siebie, sięgające zarówno po gustowny patos, jak i kojącą piosenkowość. Nowy etap kariery Elbow trwa do dziś, lekko rozedrgany, niespecjalnie emocjonujący, ale i dość aktywny. Albumy koncertowe zazgrzytały niezręczną konferansjerką, płyta z tzw. B-side'ami okazała się zgodnie z przewidywaniami rzeczą tylko dla fanów, albumy studyjne utrzymują zaś umiarkowany poziom. "Build A Rocket Boys!" było po części suplementem do "The Seldom Seen Kid", po części zaś praktycznie solową płytą Gurvey'a. Ten wyraźny kryzys zespołowej tożsamości zażegnało równe i spójniejsze "The Take Off And Landing Of Everything", choć ckliwość już zdecydowanie stała dominantą lidera. Oba te albumy, mimo niedociągnięć, przyniosły jednak przynajmniej kilka bardzo silnych kompozycji nawiązujących do wczesnych lat i wyjątkowego warsztatu Elbow. "Little Fictions" jest zatem dopiero pierwszą płytą ich pozbawioną.


Trzy najlepsze fragmenty są tylko cieniem dawnej zręczności Elbow, choć na szczęście jest to cień wystarczający do przypomnienia sobie ich wielkości. "Trust The Sun" z koronkową gitarą, punktowaną rytmiką i gwałtownymi wejściami pianina tworzy odświeżający w kontekście całego albumu poziom napięcia, choć narusza go sam Gurvey ckliwym wokalem pozostającym w zasadniczym oddzieleniu od muzycznego tła. Rytmiczne tąpnięcia perkusji i pianina, Gurvey ze swoją uwodzicielsko rozleniwioną manierą, eskalujący rozwój i nareszcie jakieś narracyjne wahnięcie w połowie utworu czyni z "Firebrand & Angel" chyba najlepszą kompozycję na płycie. Zespół stara się w jeszcze w utworze tytułowym, "Little Fictions" ma nawiązywać do "One Day Like This" czy "The Take Off And Landing Of Everything", choć wyraźnie nie ma pomysłu na dłuższą i bardziej złożoną kompozycję. Od paru lat nie ma też pomysłu na efektowne single. "Magnificent (She Says)" ma lekki posmak U2 i zbyt oczywiste smyczki, "All Disco" wyróżnia się głęboko rozczarowującym tytułem i niemal bożonarodzeniową atmosferą, "Gentle Storm" brzmi przynajmniej ciekawie dzięki lekko tropikalnej rytmice, szkoda jednak, że nie oferuje już niczego więcej. Upiory Irlandczyków krążą uparcie i nad resztą albumu, brzmienie gitary, melodia, nawet produkcja, wszystko to czyni z "Head For Supplies" idealną piosenkę U2. Tylko że z bogatszym słownictwem. Prześpiewanie całych kompozycji jest zresztą kolejną bolączką Gurvey'a, gdyby choć na chwilę pozwolił wybrzmieć tylko muzyce to takie "K2" na przykład zaskoczyłoby jako niemal avant-popowe.

"Little Fictions" to najsłabszy album Elbow, jego główną zaletą, poza okładką, jest to, że pozwala bardziej docenić "The Take Off And Landing Of Everything" i "Build A Rocket Boys!". Słaby nie oznacza jednak zły, to nadal Elbow, najbardziej niedoceniany z wielkich zespołów, płyta jest bezbłędnie wyprodukowana a kompozycje są bez wyjątku ładne i urokliwe. Tylko nie tego oczekujemy od Elbow, chcemy niepokoju, zaskoczeń, kruchych, lecz zadziornych męskich emocji. I mamy pełne ku temu podstawy, odrodzenie już raz się udało na "The Seldom Seen Kid", a i w ostatnich latach najodważniejszym dokonaniem z obozu Elbow była solowa płyta Gurvey'a. Mają to nadal w sobie, ale "Little Fictions" żadnej rewitalizacji nie dokona. Może następnym razem. 6/10 [Wojciech Nowacki]

9 maja 2017


GOLDFRAPP Silver Eye, [2017] Mute || Muzyki Goldfrapp nie można sobie wyobrazić bez towarzyszących jej westchnień. Seksownych, tęsknych, ponętnych, tajemniczych, ale też i nostalgicznych, bo nierzadko usłyszeć można westchnienia na temat jak to klasycznym i zjawiskowym był ich debiutancki album "Felt Mountain". Goldfrapp bynajmniej nie utknęli na pozycji wykonawcy z niedoścignionym debiutem. Osiągnęli to najlepszym możliwym sposobem, utrzymując wysoki poziom kompozycji, charakterystyczną dla siebie wrażliwość i uwodzicielską atmosferyczność, ale z każdym albumem zasadniczo odmieniając kierunek stylistyczny. Jeśli na "Silver Eye", swym siódmym studyjnym albumie, duet po raz pierwszy lekko wkrada się w zakamarki własnej przeszłości, to i tak jest to wynik imponujący.

Wracając do "Felt Mountain", ten modelowo wręcz kinematograficzny album sięgał jeszcze w głąb trip-hopowych lat dziewięćdziesiątych, jednocześnie antycypując falę freak-folku i zmysłowo liźniętej avant-popem retro-elektroniki. Przy tym, mimo że kompozycje te uchodzą dziś za absolutnie klasyczne, nie były bynajmniej w oczywisty sposób przebojowe. Ale czasy "Kid A", przełomu stuleci, kolizji gatunków i coming outu alternatywy były najlepszym momentem na odniesienie sukcesu czymś z gruntu antyprzebojowym. Jednoznaczna przebojowość zaczęła zatem wypływać na powierzchnię "Black Cherry", płyty twardszej, kanciastej, seksownej i najbardziej chyba w dyskografii Goldfrapp nieujednoliconej. Rozdarcie między laptopową elektroniką a bezwstydnym pop wskazało jasny kierunek trzeciemu albumowi "Supernature". Był to praktycznie prosty, electro-popowy zestaw greatest hits, którego nie powstydziłaby się Kylie Minogue.

Nic zatem dziwnego, że przy "Seventh Tree" pisało się po raz pierwszy o "powrocie do korzeni" czy "nawiązaniu do debiutu". Nic bardziej mylnego, "Felt Mountain" flirtowało z elektroniką znacznie silniej niż "Seventh Tree", na czwartym albumie zaś więcej przestrzeni otrzymały dla siebie żywe instrumentacje. Freak-folkowa odsłona Goldfrapp nabrała zatem zaskakująco angielskiego charakteru, bliskiego muzyce dawnej i Joannie Newsom. Naturalnie więc następca przynieść musiał radykalną zmianę i tak oto "Head First" brzmiało jak niekoniecznie współczesna wariacja na temat Abby. Po raz pierwszy jednak Goldfrapp zamiast być forpocztą trendów wydawali się je naśladować, ale przynajmniej ich wersja ejtisowego popu była znacznie zabawniejsza niż Madonny. Wahadło wychyliło się po raz kolejny i "Tales Of Us" z perspektywy czasu okazało się najbardziej radykalnym tytułem w dyskografii duetu. Noir atmosfera, miejscami niemal dark ambient, kreowane jednak głównie żywymi instrumentami z pomocą nienachalnych i wyrafinowanych produkcyjnych chwytów, stworzyły jednorodną i atmosferyczną całość, z której nie da się wykroić żadnych fragmentów i która pozostaje niełatwa do zaklasyfikowania.


Oczywiście, znając powyższy rytm można było się domyśleć, że jeśli Goldfrapp powrócą to "zaskoczą" swą taneczno-elektroniczną odsłoną, "Silver Eye" nie jest zatem i chyba nie mógł być zaskoczeniem. Singiel "Anymore" wyłożył na stół wszystkie karty, chwytliwy, podskórnie emocjonujący i pościelowo zmierzwiony okazał się najlepszym przebojem Goldfrapp od lat, choć oczywiście sporą rolę odgrywa tu długa przerwa w działalności duetu i fakt, że ostatnia z założenia przebojowa ich płyta ukazała się 7 lat temu. Po prostu solidny i natychmiast rozpoznawalny warsztat. Ale już "Ocean", drugi upubliczniony utwór, na płycie zresztą finałowy, to odświeżająco agresywna  i najtwardsza kompozycja w karierze Goldfrapp, klamra spinająca album jest więc niewątpliwie atrakcyjna.

Z sił "Anymore" bezpośrednio i natychmiastowo czerpie "Systemagic", piosenka niemal tytułowa, zdecydowana, mechaniczna i zrazem typowo dla Goldfrapp seksowna. Jeszcze rozpędzające się "Becoming The One" przynosi podskórne napięcie zmierzając w stronę opanowanego oświecenia. Pozostałe utwory tworzą jednak dość jednorodną i donikąd nie zmierzającą całość. Na szczęście tylko "Moon In Your Mouth" okazuje się być, co nieczęste u Goldfrapp, po prostu nudnym. Reszta brzmi zadowalająco znajomo i tym razem dość łatwo umieścić "Silver Eye" jako brakujące ogniwo między "Felt Mountain" a "Black Cherry".

Płyty prawdziwie ciekawe to takie, które zmuszają do myślenia i jak dotąd wszystkie albumy Goldfrapp spełniały ten warunek w mniejszym lub większym stopniu. "Silver Eye" zmusza ewentualnie to zastanowienia czemu brzmi równie przyjemnie, co znajomo, co prowadzi do powyższych wniosków. Nie znaczy to, że zaczynają zjadać własny ogon. Nadal są zdolni do tworzenia świetnych kompozycji, a że mimo regularnych wahnięć stylów i aranżacji ich tajemny rękopis staje się coraz bardziej czytelny... cóż, mieli siedem albumów by wychować sobie słuchaczy. Szkoda jednak, że "Silver Eye" nie spotkało się z większym oddźwiękiem. Nowych słuchaczy Goldfrapp już pewnie sobie nie zyskają, nawet częściowa produkcja The Haxan Cloak nie wyciąga ręki w stronę zwolenników dzisiejszej elektroniki. Ale i wśród fanów "Silver Eye" przemknęło ledwie zauważone. Tymczasem siódmy album Goldfrapp jest tytułem zasłużenie stylowym. 7.5/10 [Wojciech Nowacki]

27 kwietnia 2017


AUSTRA Future Politics, [2017] Domino || Rozumiem powody dla których trzeci album Austry bywa postrzegany jako umiarkowane rozczarowanie przez jej dotychczasowych fanów. Do tego dorzucam jeszcze własne silne przekonanie, że "Future Politics" to płyta jednego, tytułowego zresztą przeboju. Poza świadomością jej istnienia Austra nie była mi jednak nigdy bliska a czasem jeden udany singiel jest w stanie pociągnąć za sobą całą płytę. Zwłaszcza jeśli jest to album na którym wszelkie niedociągnięcia układają się w przedziwny sposób.

How do we find hope when things seem so bleak?

For me, hope lies in the future. It lies in the
potential of a future world that doesn't exist
yet; a world can be created only if we can
imagine it. It's time to build visions that are
radically different from anything we've known
before.

It's time for future politics.

Katie Stelmanis wyjaśnia tytułową ideę w pierwszej klatce teledysku "Future Politics" i w takich, a nie innych czasach jest to zaskakująco prosty i kuszący komentarz polityczny. Sam singiel jest jednak i bez tego obłędnie chwytliwy, w początkach 2017 roku może się z nim równać jedynie Sohn ze swymi "Hard Liquor" oraz "Conrad". "Future Politics" jest taneczne, przebojowe i złowieszcze zarazem, ze swym pamiętnym refrenem nadaje się wprost na barykady. Ciekawe jest jednak to, że warstwa muzyczna prezentuje się lekko niezręcznie, punktowana dźwiękami pianina elektronika brzmi dość archaicznie, końcowy więc efekt poważnie więc zastanawia a jednocześnie po prostu się podoba.


Do jako takiej przebojowości aspiruje jeszcze "Utopia" z radosną, niemal infantylną melodią, lecz silnie opierająca się na rytmie i wokalu ledwie oplecionymi pozostałymi dodatkami, oraz "I Love You More Than You Love Yourself", skoczna, wesoła piosenka, gdzie niemal sakralnemu altowi towarzyszy tajemnicze poczucie pustki. Pustki pomiędzy wokalem, któremu zamiast stosownego dopełnienia wtóruje elektronika na poziomie plus minus Pet Shop Boys. Minimalistycznie wypada już jednak pełniące funkcję intra "We Are Alive", prowadzone linearnie niczym początek dłuższej opowieści, wzbudzający znaczne oczekiwania na to, co wydaje się dopiero nastąpić. Ale uwaga, all songs written, produced & engineered by Katie Stelmanis using mostly soft synths and a microphone from Russia.

Jeśli zatem "Feel It Break", debiut Austry, zdecydowanymi, lecz niekoniecznie przebojowymi kompozycjami mocno akcentował modną indie otoczkę, brzmiąc niczym synth-popowa Florence + The Machine, album "Olympia" zaś zdecydowanie flirtował z prostolinijnym popem i bardziej różnorodnym brzmieniem, to "Future Politics" okazuje się płytą dziwną, lecz z dziwności tej płynie zarówno jej atrakcyjność, jak i autorskość. Faktycznie jednak, poza wymienionymi już utworami, płyta jest bardzo minimalistyczna, przez co też dość jednorodna, choć bynajmniej nie nuży. Pozostałe kompozycje są często wręcz szkicowe, gdzieniegdzie Austra zbliża się do synth-popu Soft Metals, czasem pojawia się pełniejsze brzmienie, ale pojedyncze utwory, choć nierzadko niepokojące, donikąd nie zmierzają trwając w większości około czterech minut. Każdy z nich skrócony o minutę z pewnością nabrałby większych rumieńców a i album uderzałby mocniej. Jednocześnie jednak "Future Politics" nie wydaje się za długie, wręcz przeciwnie, pozostawia poczucie przyjemnego niedosytu.

Dziwną i kojąco niepokojącą atrakcyjność "Future Politics" wzmaga tylko oprawa graficzna płyty, swym minimalizmem, ostrością i wyrazistością barw przywodząca na myśl katalońskich malarzy. Dzięki wszystkim swym niedociągnięciom, być może pozornym, być może celowym, "Future Politics" wydaje się albumem, który po latach może się okazać znacznie istotniejszym niż się dziś. 8/10 [Wojciech Nowacki]

25 kwietnia 2017


DEEP PURPLE Infinite, [2017] Ear Music || Zanim usiadłem do prac nad poniższym tekstem zadałem sobie retoryczne pytanie, czy w ogóle warto zajmować się dwudziestym w dyskografii albumem Deep Purple? Pomimo tego, że recenzję zdążyłem już przygotować, to nadal nie wiem jak brzmi odpowiedź. Na pewno nie jest ona jednoznaczna. Wynika to z faktu, że najzwyczajniej w świecie trudno jest podejść do tego materiału w sposób uczciwy i zgodny z tacytowską dewizą sine ira et studio. Dlatego uważam, że nie ma sensu skupiać się wyłącznie na muzycznej zawartości płyty "Infinite". Nie mam dla czytelnika prostych i oczywistych rozwiązań, własne zdanie każdy powinien wyrobić sobie samodzielnie, dochodząc do niego poprzez filtr własnych oczekiwań. Jeżeli jednak mówimy o emocjach towarzyszących odsłuchowi, wówczas jest to już zupełnie inna sprawa. Tymi mogę się podzielić.

Najpierw jednak jeszcze kilka uwag wstępnych. Moje wątpliwości związane z recenzowaniem Deep Purple biorą się z przeświadczenia, że istnieją (bądź istniały) na świecie zespoły, które wymykają się obecnie sprawiedliwej ocenie. Do tej grupy należą Led Zeppelin, AC/DC, Black Sabbath, Deep Purple i może jeszcze The Rolling Stones. Ich kolejne dzieła zawsze były i będą odbierane przez pryzmat wcześniejszych, najczęściej legendarnych, dokonań. Powód numer dwa bezpośrednio wiąże się z pierwszym. arystokracja świata muzyki odchodzi powoli na zasłużony muzyczny odpoczynek, płyt nie nagrają już Jimmy Page i Robert Plant, w każdym razie nie jako Zeppelini. Wszystko wskazuje również na to, że nie będzie nam już dane podziwiać koncertów Black Sabbath. Wewnętrzne kłopoty wyniszczają również AC/DC z którego z niepokojącą regularnością odchodzą kolejni muzycy. Również Deep Purple właśnie zapowiedzieli koniec kariery. Chociażby dlatego ich nowa płyta zapewne ma dla fanów rocka charakter nieomal epifanii. Nie dla wszystkich jednak, bo ludzie, siłą rzeczy, mają różne gusta i oczekiwania. Dlatego też jestem niemal pewien, że najnowszy album Purpli spotka się tak z uwielbieniem, jak i z bezpardonowym atakiem. Szczerze mówiąc, jestem w stanie zrozumieć argumenty obu stron.

Czekałem na nową płytę, być może odrobinę z rutyny i bardziej z przekonania, że należy na nią czekać niż z prawdziwej potrzeby - i dałem jej duży kredyt zaufania. Efekt końcowy nie okazał się jednak tego wart. Powracam więc do postawionego już pytania o emocje towarzyszące odsłuchowi. Jakie one były? W moim przypadku na pewno nie były żarliwe. Przyznaję jednak, że początkowo nic na to nie wskazywało. Zapowiadający "Infinite" utwór "Time For Bedlam" zaskakiwał energią i nowoczesnym charakterem aranżacji. Cieszyć mógł czysty śpiew Iana Gillana (pomimo zbędnych nakładek z początku kompozycji), który jednak na całej płycie nie zdołał utrzymać równego poziomu a upływu lat i spadku formy nie da się zatuszować prostym efektem studyjnym. Jeżeli mówimy o samych kompozycjach, to wraz z kolejnymi utworami wspomniana energia, wyczuwalna na początku, wyraźnie ulatuje. Płyta, chociaż nie wzbudza zastrzeżeń pod względem kompozycyjno-technicznym sprawia wrażenie pozbawionej duszy. Jest zlepkiem mechanicznie odgrywanych akordów i podręcznikowych solówek. Być może "profesorom rocka" już po prostu nie wypada przybierać niektórych scenicznych masek, chciałbym jednak, aby rock pozostawał rockiem, czyli muzyką zbuntowanych bądź spragnionych zabawy. Deep Purple nie mają przeciwko czemu się buntować (chociaż podejmują taką próbę we wspomnianym "Time For Bedlam"). Deep Purple nie chcą już również oddawać się nieskrępowanej zabawie i nawet ten aspekt ma w ich twórczości słodko-kwaśny posmak (utwory "One Night In Vegas" i "On The Top Of The World").


To, co jednak przeszkadza najbardziej, to uderzający profesjonalizm oraz chirurgiczna niemal dokładność producenta Boba Ezrina. Uwagę zwracają również nietrafione aranżacje (nakładki na głos Gillana w "Time For Bedlam" i "On The Top of The World") oraz rutynowe, wyprane z odrobiny szaleństwa akordy i linie melodyczne (najdotkliwiej odczułem to w utworze "Johnny's Band"). Album "Infinite" jest przykładem wybitnych zdolności muzycznych, które jednak poprzez lata rutyny wypracowanej w trakcie tysięcy koncertów prowadzą do artystycznej sztampy. W każdym razie ja nie potrafiłem szczerze zachwycić się zaproponowaną przez Deep Purple muzyką. Słuchając po raz kolejny "Infinite" zastanawiałem się, czy w roku 1970, poznając po raz pierwszy płytę "In Rock", ktoś mógł dojść do wniosku, że jest to album zbyt wygładzony i sterylny, aby przemówić do wyobraźni słuchacza. Myślę, że nie. Wbrew propagandzie sianej przez co bardziej "alternatywnych" znawców muzycznej sceny – albumy legendarne nie stają się legendami dlatego, że miały więcej szczęścia, albo trafiły w odpowiedni moment w rynkowej koniunkturze. Stają się klasyką ze względu na swój wyjątkowy poziom artystyczny, potwierdzany zresztą przez kolejne pokolenia.

O ile więc zachwycam się na przykład "In Hearing Of" zespołu Atomic Rooster, to nie powiem, że zasługiwał on na uznanie w większym stopniu niż wydany w tym samym czasie "IV" Led Zeppelin czy "Aqualung" Jethro Tull. Tak samo jest z "Infinite", mogę doceniać melodie i pomysły, ale po kilku odsłuchach wrócę jednak do "Machine Head" albo, odnosząc się do bliższej historii zespołu, włączę "Purpendicular". Czy "Infinite" zostanie kiedykolwiek wymieniona jednym tchem wraz z "Fireball", "Machine Head" czy nawet "Burn" i "Stormbringer". Nie ma na to szans.

Być może trzeba mnie zaliczyć do grona malkontentów, którzy nie potrafią cieszyć się z rzeczy współczesnych żyjąc przekonaniem, że "to, co dobre już było". Niech i tak będzie. Nie przesądzam zresztą werdyktu, ale ktoś będzie musiał użyć silnych argumentów abym inaczej spojrzał na najnowszą płytę Deep Purple. Ja sam takich argumentów nie dostrzegam. 6/10 [Jakub Kozłowski]