5 stycznia 2017

Bohemofilia #28


Po prostu pisać. Nie bawię się w roczne podsumowania, nie ścigam się na szybkość publikowania, zapewne nie wykorzystuję w pełni możliwości platformy, którą mam do dyspozycji. Interesuje mnie jedno: po prostu pisać. I jeśli w roku 2017 ma przyświecać mi jakieś motto, to jest to to właśnie. Oczywiście za „po prostu pisaniem” stoją pewne cele, niektóre osobiste, inne zaś całkiem publiczne i do tych ostatnich należy szczera potrzeba promowania w Polsce muzyki z Czech i Słowacji. Ani zatem podsumowaniem, ani gorącą recenzją rozpoczniemy rok na DNA muzyki, lecz kolejnym odcinkiem „Bohemofilii”.

Słowaccy Nvmeri coś szykują. Pomału, systematycznie, ale gdy ich nowy album nareszcie się ukaże to być może będziemy mieli do czynienia z najlepszym środkowoeuropejskim indie. Tylko w sensie geograficznym, bowiem kolejne ich single, "Entropy" z 2014 roku, zeszłoroczne "Scales" i nowość "Art Of The Trial", owszem, łatwo można porównać do czołówki współczesnego indie-rocka/popu, ale brzmienie Nvmeri jest świeże, lekkie, dopracowane, pewne siebie i w pełni autorskie. Łatwo sobie przy tym wyobrazić, że dziś tak mogłoby brzmieć nasze nieodżałowane The Car Is On Fire. Pomijając oczywistości, takie jak lekkie syntezatorowe plamy, koronkowo punktującą gitarę i nienachlną przebojowość, to największą siłą Nvmeri pozostaje matowy głos wokalisty. Czekamy na album. Naprawdę.


Děti mezi reprákama to pierwotnie kolaboracyjny projekt Dominika Zazuli z post-hudby, który niecały rok po debiutanckiej płycie "Újezd" powrócił z albumem "Haiku", powstałym już w zdecydowanie bardziej zespołowej formie. O ile za zespół możemy uznać Dominika z bratem i kilkoma ledwie gośćmi, w efekcie bowiem "Haiku" jest płytą znacznie skromniejszą od poprzednika. Zróżnicowanie podejście szeregu muzyków na debiucie sprawdzało się jednak odrobinę lepiej, "Haiku" to nadal narracyjny miejski folk, ze wskazówką wychyloną bardziej w stronę intrygujących i swojsko inteligentnych tekstów niż kompozycyjnych popisów.


Z męsko-chłopięcą melancholią idealnie konfrontuje się żeński punkt widzenia na płycie "Agnostika". Katarzia już debiutanckim albumem "Generácia Y" zwróciła uwagę jako artystka co najmniej obiecująca. Słowaczka Katarína Kubošiová wpisywała się ówcześnie w wizerunek songwriterki z gitarą, który przełamywała ustami niczym Anna Calvi i wrażliwością Bat For Lashes. Przeprowadzka do Pragi powiększyła nie tylko jej bagaż obserwacji, ale i muzyczno-tekstową niejednoznaczność. Niełatwo poznać kiedy i w jaki sposób Katarzia igra z feministycznymi stereotypami, ale nacisk przesunięty na elektronikę z elementami rapu sprawił, że przemawia już własnym i pełnym głosem.


Duet Tomáš Palucha opublikował już parę cyfrowych lub kasetowych wydawnictw, znakomity "Kámen mudrců", historia inspirowana alchemistycznymi czasami Rudolfa II, na kasecie wydany został przez Stoned To Death, pobrać go także można w postaci darmowego downloadu. Za pełnoprawny albumowy debiut zapewne jednak należy uważać "Guru", który na płycie winylowej wydał label Silver Rocket. Tym razem jednak zamiast przełomu XVI i XVII w. Jan Tomáš i Libor Palucha zabierają nas w niemniej tajemnicze lata 90-te wieku XX. Post-rockową wrażliwość nadal dzielą z naszymi Kristen, ale pojawiają się tu ślady i grunge'u, i swansowego bluesa, a kto wie, może ich guru jest John Frusciante? A wszystko to w zwięzłych, czterominutowych, piosenkowych wręcz formach, tym razem wzbogaconych o gościnne wokale (m.in. Prodavač).


Źródełka garażowego punk rocka nie wysychają nigdy, wystarczy młodość, gitary, perkusja i zdolność skupienia się przez chociaż dwie minuty. Słowaccy Genuine Jacks radośnie nawiązują do kalifornijskiej garażowej sceny z elementami psychodelii, ich album "Candyland" ukazał się na winylu, ale także w postaci darmowego downloadu. Szybszy, mocniejszy i twardszy od poprzednika zachowuje niespożytą energię, jest uwodzicielsko łobuzerski oraz przede wszystkim nieznośnie przebojowy. Co jeszcze ich wyróżnia? Po prostu nie mogło w tym zestawieniu zabraknąć grupy, która chwali się taką a nie inną okładką swojej płyty, bo "nie ma nic piękniejszego niż nagie męskie ciało".


Śląskie Planety stały u początków czeskiego odrodzenia shoegaze'u z debiutanckim albumem "Peklo, peklo, ráj", brudnym, lecz lekkim i uwodzicielskim. Nowy, trzeci już album "Vzduch je hrob je vzduch" jest twardszy, chłodniejszy, wręcz turpistyczny, do tego dwupłytowy. Pojawiają się syntezatory, groby, szubienice, średniowiecze i mroczne lasy. Oraz medialne porównania do "Desintegration" The Cure.


The Ills to jeden z tych zespołów, które powolną pracą i konsekwencją zdobywają sobie własne miejsce na scenie. Zaczynali nie tyle jako grupa garażowa, co wręcz sypialniana, czerpiąca garściami z tradycji post-rocka, math-rockowych prób, klasycznego shoegaze'u i dream-popu rodem z lat osiemdziesiątych, ba, nawet ich debiutancki album nosił tytuł po piosence The Cure. W duchu sypialnianego dream-popu działalność kontynuuje Filip Drábek w ramach duetu Päfgens, powstałego w Warszawie i obecnie umiejscowionego w Berlinie, tymczasem jego macierzysta formacja coraz odważniej i samodzielniej mości się w post-rockowej niszy. Wyraźny postęp ukoronował już album "Zoya" sprzed dwóch lat, tegoroczny "Ornamental Or Mental" tylko umacnia ich pozycję najlepszej obecnie słowackiej grupy post-rockowej, którą w tym roku potwierdzili nie tylko na rodzimym festiwalu Pohoda, ale i na słynnym Iceland Airwaves.


Post-rock The Ills rozwinął się w eksperymentalną formę, która z lekkością i entuzjastyczną ciekawością implementuje nowe aranżacyjne triki. Tym bardziej interesująco wypada zestawienie ich z czeskimi Flash The Readies, którzy preferują bardziej agresywne i zarazem atmosferyczne podejście. Podobnie jak na poprzednim albumie "Submarine Sky", jednej z najlepszych gatunkowych płyt 2014 roku, odtwarzają napięcie towarzyszące post-rockowi drugiej połowy lat dziewięćdziesiątych, gdy wybór między drogą GY!BE a Sigur Rós jeszcze nie był przesądzony. Dwie dekady później gatunek ten uległ zamknięciu w sztywniejszych ramach, ale nadal potrafi dostarczać satysfakcjonujących płyt.


[Wojciech Nowacki]