18 marca 2017

Recenzja Depeche Mode "Spirit"


DEPECHE MODE Spirit, [2017] Mute || Podchodziłem do tej płyty wielokrotnie. Kończyłem odsłuch i, wbrew sobie, zaczynałem album od początku. Pomimo silnej, powracającej chęci nie omijałem żadnego z do bólu przeciętnych utworów. Słuchałem głośno na słuchawkach, w samochodzie, na dobrym sprzęcie i na przeciętnym sprzęcie. W skupieniu i jako tło dla książki. Wszystko po to, aby nie potraktować nowego dzieła zespołu w sposób powierzchowny, niesprawiedliwy. Nie chciałem po prostu wydać pochopnej oceny. Teraz, po kilkunastu godzinach z płytą "Spirit" mogę w końcu o albumie zapomnieć. Nie zamierzam bowiem już do niego wracać. To co teraz napiszę, sprawia mi niekłamany ból, bo zawsze byłem fanem Depeche Mode: płyta "Spirit" jest wtórna, nudna, nagrana na kolanie i pozbawiona zapadających w pamięci pomysłów. Innymi słowy – najgorsza w dyskografii zespołu.

Przeciętność albumu przejawia się zresztą na wielu płaszczyznach. Nie chodzi tu wyłącznie o pseudo-nowoczesną i naiwno awangardową produkcję, chociaż z największą chęcią walnąłbym w pysk pyszałkowatego Jamesa Forda, który nie podjął nawet próby wydobycia czegoś z przeciętnych kompozycji Gore'a. Mógłbym nawet przeżyć klaustrofobiczne, syntetyczne i płaskie brzmienie albumu, bo mógł to być efekt zamierzony. Nie mogę jednak pozbyć się uczucia zażenowania, gdy czytam niektóre z tekstów Depeche Mode zawartych na najnowszej płycie. Najlepszym przykładem jest tu litania Gahana w utworze otwierającym album. Muzycy Depeche Mode, znani z celnych obserwacji otaczającej nas rzeczywistości i trafnych społecznych komentarzy (to jest ironia) zapewniają nas, że uzbrojeni w technologię podejmujemy złe decyzje, sami sobie kopiąc grób i zmierzając donikąd. Jakby tego było mało, to tracimy jeszcze duszę i wracamy do mentalności jaskiniowca. Naprawdę? To znaczy, skąd wzięło się tak jednoznaczne stanowisko? Czym jest ono poparte? Co też się tak nie podoba Martinowi L. Gore'owi znanemu z tego, że napisał kiedyś znaczące wersy "Masz zaledwie piętnaście lat, i wyglądasz olśniewająco. Zaopiekuję się tobą, ktoś przecież musi zanim oni położą na tobie łapska"? Muzyczny poeta słynący z dwuznacznych, hedonistycznych, ocierających się o zawoalowaną erotykę tekstów zapragnął nagle stać się głosem sumienia umęczonych społecznie mas? Ale ja przecież nie po to sięgam po Depeche Mode. Gdyby kiedykolwiek przyszło mi do głowy szukanie politycznego ukojenia w dźwiękach muzyki, to bynajmniej nie Depeche Mode wylądowałoby w odtwarzaczu.


Martin L. Gore pyta ustami Gahana Where’s the revolution / Come on people / Your’re letting me down. Mnie z kolei zawodzi sam Gore, jeden z najinteligentniejszych i najbardziej uzdolnionych tekściarzy ostatniego ćwierćwiecza, który od dłuższego czasu nie może odnaleźć formy, do której zdołał już nas przyzwyczaić. Skąd się nagle wzięło przekonanie, że twórczość Depeche Mode powinna odejść od mrocznego mistycyzmu i głębokich, przepełnionych uczuciem i pożądaniem osobistych tekstów znanych, na przykład, z genialnej "Black Celebration" czy nie mniej udanej "Violator". Kolejne moje pytanie do zespołu: gdzie się podziało beatlesowskie wyczucie melodii i klimatu tak wyraźne na wcześniejszych płytach, aż do "Sounds Of The Universe" włącznie? Kto uznał, że taki "Scum" ma w sobie cokolwiek godnego uwagi? Kto z kolei stwierdził, że "Eternal" nadaje się do umieszczenia na pełnoprawnym albumie studyjnym? Wzrasta we mnie irytacja więc zapytam jeszcze: co tu się w ogóle dzieje? Czemu utwór "The Worst Crime" nieudolnie cytuje fantastyczny, minimalistyczny motyw kompozycji "Breathe" z równie udanego albumu "Exciter"? Dlaczego zespół znany ze swojego progresywnego podejścia do elektroniki zaczyna stosować recycling własnych pomysłów? I ponadto, z przyjemnością usłyszałbym wyjaśnienie, dlaczego zgodzono się na tak ewidentne ogołocenie z klimatu dwóch potencjalnych diamentów, czyli utworów "You Move" oraz "So Much Love".

Siedzę nad komputerem, po raz kolejny słucham płyty i umacniam się w przekonaniu, że następnej płyty Depeche Mode już pewnie nie kupię. I bynajmniej nie jest mi z tym dobrze. Gdzie się podział niepokojący zimny klimat albumu "Ultra" niemal organicznie zespolonego z pulsem miejskiego życia. Co się stało z elektryzującym, eklektycznym i przepełnionym beznadzieją hard-electro-bluesem znanym z "Songs Of Faith And Devotion". Gdzie są w końcu ocierające się o jawę narkotyczne wizje z "Excitera". Już "Delta Machine" wzbudzała niepokój, bo nie była to płyta udana, dopiero jednak "Spirit" spowodował, że na stałe obniżam swoje oczekiwania w stosunku do zespołu. 

Przez wiele, wiele lat, gdy myślałem o Depeche Mode, przed oczami pojawiał się widok rozkładającego ręce, czekającego na symbolicznie ukrzyżowanie Dave'a Gahana wykonującego w trakcie trasy koncertowej "Devotional Tour" utwór "Condemnation". Z wizją tą o pierwszeństwo walczyła scena z Lynchowskiego w zamyśle teledysku do "Only When I Lose Myself" gdy obraz zatrzymuje się aby ukazać kobietę stojącą niemal pod dachującym cadillaciem, na chwilę przed nieuniknionym zderzeniem. Obecnie po obejrzeniu video do "Where's The Revolution" nie mogę otrząsnąć się z widoku trzech starszych panów z przymocowanymi sztucznymi brodami udającymi, że są lokomotywą parową. Postawię moją kolekcję albumów Depeche Mode na to, że ten pociąg może już nie dojechać do kolejnej stacji. Ocena i tak zawyżona ze względu na stare dobre lata i te wszystkie magiczne chwile spędzone z Depeche Mode. 4/10 [Jakub Kozłowski]

4 KOMENTARZE:

Albert V. pisze...

No to się przejechał recenzent po ikonie. Ale spokojnie - zanadto bronić ikony nie zamierzam, bo ta płyta to faktycznie w znacznej mierze wydmuszka i to niezbyt dobrze... wydmuchana.
Może nie jest AŻ TAK źle, jak to maluje recenzent, ale faktycznie nie da się oprzeć wrażeniu, że ta płyta jest zrobiona "na siłę", "bo nadszedł czas" (idiotyczny 4letni rytm wydawania nowych albumów - kojarzy mi się z regulowaniem rytmu dnia staruszków w domu opieki społecznej), bo trzeba o sobie przypomnieć nowym wydawnictwem, które posłuży za alibi do kolejnej wyprzedanej trasy koncertowej...
Nie zgadzam się natomiast z gloryfikowaniem Excitera - dla mnie zdecydowanie najsłabszej pozycji w dorobku DM, a także z... krytyką teledysku do "Where's...". Nie podzielając nigdy zachwytów nad kolejnymi produkcjami Corbijna dla DM (przynajmniej tymi z ostatnich lat), akurat tym razem jestem mile zaskoczony. Wg mnie - pomijając oczywiście ryzykowne przebieranki za zbrodniarzy (właściwie ponoć chodziło tylko o Marksa pomnożonego przez trzy) - klimat teledysku i sam pomysł nań bardzo dobrze oddaje "depeszność" z najlepszych lat.
Co do samej płyty: niestety tak - bylejakość wyłazi z każdego kąta (może poza pierwszymi dwoma utworami) i wcale nie jestem pewien, czy winę za to ponosi li tylko nowy producent, czy także - a może głównie - sam Gore, który nie jest chyba już w stanie doskoczyć do poprzeczki, którą zawiesił w dekadzie lat 80tych. Cóż - "nothing lasts forever", jak proroczo niegdyś przewidział...

Marcin Barczyk pisze...

Takie same mam refleksje i podobnie jak przedmówca nie rozumiem zachwytów nad Exciterem - choć fakt że jednak coś w sobie miał.

johny303 pisze...

Napiszę to co od kilku dni wałkujemy z kolegą i za nim cytuję:panowie z DM przestali lubić Depeche Mode. Koncert z Berlina tylko mnie w tym utwierdził. Płyta niespójne, z brakami, utwory dobrane przypadkowo. Co do tekstów zgadzam się z recenzentem. Muzycznie wtórne ale nie nudne. Szkoda, że nie tworzy całości.Koncert w Berlinie to raczej deklamacja i odjebanie sztuki, że w taki sposób określę to wydarzenie(wybaczcie).Zaczynam się obawiać czy nie wyrzuciłem w błoto kasy kupując bilet na koncert. Ale przyznać muszę,że słucham i słucham i po mału przekonuję się do tego dziwnego poniekąd wydawnictwa.

V-12 pisze...

Świetna recenzja. Podoba mi się konstruktywna krytyka. Żeby było ciekawiej - całej płyty jeszcze nie słuchałem. Obawiam się, że się zawiodę i nie jest to efekt czytania tego rodzaju recenzji. Po prostu DM już od 20 lat jest gdzieś zagubione i traci swoją pierwotną moc. I może to zabrzmi brutalnie, ale wg mnie Dave i spółka nie nagrali przez te 20 lat nic lepszego niż "Insight".

Prześlij komentarz