2 kwietnia 2017

Recenzja Mastodon "Emperor Of Sand"


MASTODON Emperor Of Sand, [2017] Reprise || Był kiedyś taki australijski zespół Buffalo. W latach siedemdziesiątych nagrał kilka przyzwoitych hardrockowych albumów i przynajmniej jeden genialny a niedoceniany, "Volcanic Rock", płytę, która mogłaby uchodzić za wczesnego protoplastę stonerrocka spod znaku Monster Magnet. Ja jednak nie o tym. Wspomniany zespół przy okazji swojej bodajże czwartej płyty wpadł na pomysł, aby wykorzystać tytuł "Songs For The Frustrated Housewives". Na taki marketingowo kontrowersyjny ruch nie pozwoliła im wytwórnia, wybrali więc tytuł "Mother's Choice", zarejestrowali longplay, rozpadli się i do widzenia. Prezentowany przez Amerykanów z Mastodon metal to właśnie taka muzyka dla kur domowych. Nie za ostra, żeby nie drażnić uszów panienek zasłuchujących się onegdaj w Puddle of Mudd albo Sum 41, nie za agresywna, aby nie mącić spokoju ducha i wystarczająco melodyjna, aby potupać nóżką.

Kompozycje, które proponuje Mastodon zasługują jednak na lekki pomruk zadowolenia a całość albumu prezentuje się przyzwoicie. Kawałki pasujące do amerykańskich slasherów dla nastolatków w przedziwny sposób ładnie się na "Emperor Of Sand" dopełniają. Muzycy Mastodon najwidoczniej chcieli nadać kompozycyjnego rozmachu albumowi i podzielili go na dwie, wyraźnie odrębne, części, bardziej popową i pseudo-progresywną. Cały czas jednak Mastodon unosi się na powierzchni oceanu mainstreamu jak wypełniona powietrzem butelka. Może to odrobinę patetyczne, ale skoro czytacie recenzję ich płyty, to i tak pewnie w patosie jesteście rozkochani.

Podobno metal to nie rurki z kremem. Słuchając kilka ostatnich płyt Mastodon myślę jednak, że w ich przypadku trochę tego kremu by się znalazło. A jeżeli nie kremu to przynajmniej spora dawka lukru. Albumy takie jak "The Hunter", "Once More 'Round The Sun" czy najnowszy "Emperor Of Sand" wyraźnie pokazują gdzie muzycy widzą swoje miejsce, i bynajmniej nie jest to finansowo niesatysfakcjonujący piwniczny i śmierdzący potem underground. Zastanawiam się, czy ta płyta podobałaby mi się bardziej, gdyby nie cała ta nachalna promocja ze strony Warnera. Szczerze mówiąc wątpię. Najnowszy album jest jednak dobry, jeżeli jesteś fanem Mastodon. Jeżeli dodatkowo jesteś Amerykaninem i uważasz, że Five Finger Death Punch to najlepsze co się przytrafiło metalowi w ostatnich latach to "Emperor Of Sand" jest pewnie nawet bardzo satysfakcjonujący. Dla wszystkich innych najnowsza płyta stanowi miłą rozrywkę, ale ołtarzów zespołowi raczej nikt wznosić nie będzie.

Nigdy nie byłem w stanie jasno się określić i właściwie nadal nie wiem, czy ja w ogóle ten zespół lubię. Na pewno nie robi na mnie żadnego wrażenia "The Hunter" i nie przepadam za "Crack The Skye". Zresztą nawet "Remission" jest mi obojętne. Ale już albumy "Blood Mountain", "Leviathan" i "Once More 'Round The Sun" sprawiają sporo frajdy i od czasu do czasu do nich wracam. Tyle, że jest to muzyka tła, wypełniacz przestrzeni i hamburger, nawet jeśli z modnych hipsterskich craftowych restauracyjek, to taki który łyka się wówczas, gdy nie chce się za bardzo ubabrać w kuchni. Ponadto, o dobry Jezu, jak fatalnie Mastodon prezentuje się na żywo… a dla mnie, i przypuszczam, że dla wielu innych miłośników dobrej muzyki, jest to bardzo znacząca wada. Nie wiem, czy wynika ona z zatrudniania kiepskich inżynierów dźwięku czy po prostu braku umiejętności, ale każdy z wokalistów najczęściej wyje i to w złej tonacji. Większości występów nie da się w ogóle słuchać, co wzbudza mój niepokój w trakcie kontaktów z albumami. Zaczynam się bowiem zastanawiać na ile efekt osiągnięty na chociażby "Emperor Of Sand" został po prostu sowicie opłacony dolarami.


To, że stylistyka prezentowana przez Mastodon na "Emperor Of Sand" jest ze wszech miar mainstreamową (chociaż starają się ją odrobinę ubrudzić) nie podlega dyskusji. Oczywiście nadal mamy tu jazgotliwe gitary, krzyki i gardłowe szczekanie, ale ugrzecznione i wydelikatnione. "Show Yourself", "Precious Stones", "Steambreather" czy nawet otwierający album "Sultan's Curse" to przede wszystkim ładne, chwytliwe melodie, które zaaranżowane zostały na metalową modłę. Gdyby trochę się pobawić w remiksy to mogłyby śmigać w radiu w wydaniu stricte popowym.

Nie ma oczywiście nic złego w ich przebojowości, bo są to przyzwoite kawałki. Zresztą "Precious Stones" uważam za jeden z najlepszych na płycie, melodyjny, prosty i chwytliwy kawał rocka, nie próbujący być czymś więcej niż jest. Niestety, nie można tego powiedzieć o większości kompozycji z dalszej części albumu. Gdy mija popowe wyczucie melodii pojawiają się u Mastodon progresywne ciągotki. Tyle, że progresyw w rozumieniu muzyków z Atlanty to dłużyzny, brak kompozytorskiej zwartości i rozwodnienie pomysłów. Obawiam się, że tak właśnie rozumieją prog ci, którym nigdy nie chciało się wysłuchać ani jednego progresywnego albumu w całości. Nie potrafię przywołać w pamięci żadnego utworu od "Word To The Wise" wzwyż. Może poza fragmentami "Jaguar God" i "Scorpion Breath". Utwory "Ancient Kingdom" a w szczególności "Clandestiny" są mistrzowskie w swej nijakości. Niewiele lepiej prezentują się "Andromeda" i "Roots Remain". Zespół niestety pokazuje w ten sposób, że tam, gdzie dał się ponieść ambicji muzycznej, kompozytorsko najbardziej zawiódł. Brakuje na płycie klimatu i uderzenia. Tego, co na "Once More 'Round The Sun" gwarantowało "Asleep In The Deep" czy nawet "High Road". Mastodon jest obecnie ambitnym mainstreamowym metalem i niczym ponadto. Po co więc brnąć w progresyw? Jestem zresztą pewien, że "Emperor Of Sand" sprawdza się najlepiej, gdy jedziecie cadillakiem poprzez bezdroża z trzema pięknymi Amerykankami na tylnym siedzeniu. Myślę, że w takiej sytuacji wspomniany już "Precious Stones" będzie brzmieć epicko. Szkoda tylko, że nigdy tego nie sprawdzę.

Nie jest to płyta zła. Jest za to nierówna i niespójna. Pod przykrywką naiwnego konceptu skazańca zostawionego na pastwę losu gdzieś na pustyni album dotyka ważnych tematów choroby, życia i śmierci. Tyle, że robi to tak jakoś niedojrzale i młodzieżowo. Tytułowy "Imperator Piasku" to personifikacja raka. Wiecie, piasek równa się czas, czas równa się życie a rak powoduje, że czas zaczynamy odliczać bardzo skrupulatnie. Piękne to i głębokie, wzruszające i dające do myślenia, przemyślne i znaczące. Prawda? No nie bardzo. Ale przynajmniej próbowali. Czy jednak warto posłuchać? Oczywiście, ale potem sięgnijcie na przykład za nowy Pallbearer. Czeka was wówczas memento z mniej banalnym tryptykiem. 6/10 [Jakub Kozłowski]

3 KOMENTARZE:

Piff Puffi pisze...

Przekopałem się przez tonę recenzji w nadziei, iż to nie ze mną jest cos nie tak, że ta płyta wydaje mi się mocno srednia. No i nareszcie ktos podziela moją opinię ( z tym, że ja lubię The Hunter a OMRTS już nie bardzo). Pod tym, że Mastodon prezentują się fatalnie nażywo podpisuję się wszystkimi kończynami. Ale, żeby nie było za słodko- nowy Pallbearer ma dla mnie za dużo starczo-progresywnego pierdzenia a za mało doomowego mięcha.

Karol Otkała pisze...

Mam podobne zdanie na ten temat. Kiedyś Mastodon był jedyny w swoim rodzaju. Teraz jest zespołem jednym z wielu i to dodatkowo ze średniej półki. Mój tekst na swiat-muzyki.pl

Karol Kaczorowski pisze...

Ta recenzja jest bardzo w punkt. Nawet najlepiej z istniejących opisuje to co czuję (i patrząc na inne recenzje, nie tylko ja) po odsłuchaniu tej płyty. Polemizowałbym tylko z jedną kwestią - progresywnością. Moim zdaniem to właśnie progresywny aspekt był mocną stroną Mastodona, zwłaszcza na moim zdaniem najlepszych albumach czyli Blood Mountain, Crack The Skye (zdecydowanie móg ulubiony) i The Hunter. Problem cesarza piasku to nie pseudo-progresywne zagrywki z dalszej części płyty, ale raczej to, że zamiast pokręconych długich kompozycji, dostaje popowe utworki na poważny temat. Są one w pewnym sensie chwytliwe (chyba mi się ta płyta bardziej podoba od Once More Round The Sun), ale jednak pozostawiają bardzo mocny niedosyt, co świetnie opisałeś.

Prześlij komentarz