9 maja 2017

Recenzja Goldfrapp "Silver Eye"


GOLDFRAPP Silver Eye, [2017] Mute || Muzyki Goldfrapp nie można sobie wyobrazić bez towarzyszących jej westchnień. Seksownych, tęsknych, ponętnych, tajemniczych, ale też i nostalgicznych, bo nierzadko usłyszeć można westchnienia na temat jak to klasycznym i zjawiskowym był ich debiutancki album "Felt Mountain". Goldfrapp bynajmniej nie utknęli na pozycji wykonawcy z niedoścignionym debiutem. Osiągnęli to najlepszym możliwym sposobem, utrzymując wysoki poziom kompozycji, charakterystyczną dla siebie wrażliwość i uwodzicielską atmosferyczność, ale z każdym albumem zasadniczo odmieniając kierunek stylistyczny. Jeśli na "Silver Eye", swym siódmym studyjnym albumie, duet po raz pierwszy lekko wkrada się w zakamarki własnej przeszłości, to i tak jest to wynik imponujący.

Wracając do "Felt Mountain", ten modelowo wręcz kinematograficzny album sięgał jeszcze w głąb trip-hopowych lat dziewięćdziesiątych, jednocześnie antycypując falę freak-folku i zmysłowo liźniętej avant-popem retro-elektroniki. Przy tym, mimo że kompozycje te uchodzą dziś za absolutnie klasyczne, nie były bynajmniej w oczywisty sposób przebojowe. Ale czasy "Kid A", przełomu stuleci, kolizji gatunków i coming outu alternatywy były najlepszym momentem na odniesienie sukcesu czymś z gruntu antyprzebojowym. Jednoznaczna przebojowość zaczęła zatem wypływać na powierzchnię "Black Cherry", płyty twardszej, kanciastej, seksownej i najbardziej chyba w dyskografii Goldfrapp nieujednoliconej. Rozdarcie między laptopową elektroniką a bezwstydnym pop wskazało jasny kierunek trzeciemu albumowi "Supernature". Był to praktycznie prosty, electro-popowy zestaw greatest hits, którego nie powstydziłaby się Kylie Minogue.

Nic zatem dziwnego, że przy "Seventh Tree" pisało się po raz pierwszy o "powrocie do korzeni" czy "nawiązaniu do debiutu". Nic bardziej mylnego, "Felt Mountain" flirtowało z elektroniką znacznie silniej niż "Seventh Tree", na czwartym albumie zaś więcej przestrzeni otrzymały dla siebie żywe instrumentacje. Freak-folkowa odsłona Goldfrapp nabrała zatem zaskakująco angielskiego charakteru, bliskiego muzyce dawnej i Joannie Newsom. Naturalnie więc następca przynieść musiał radykalną zmianę i tak oto "Head First" brzmiało jak niekoniecznie współczesna wariacja na temat Abby. Po raz pierwszy jednak Goldfrapp zamiast być forpocztą trendów wydawali się je naśladować, ale przynajmniej ich wersja ejtisowego popu była znacznie zabawniejsza niż Madonny. Wahadło wychyliło się po raz kolejny i "Tales Of Us" z perspektywy czasu okazało się najbardziej radykalnym tytułem w dyskografii duetu. Noir atmosfera, miejscami niemal dark ambient, kreowane jednak głównie żywymi instrumentami z pomocą nienachalnych i wyrafinowanych produkcyjnych chwytów, stworzyły jednorodną i atmosferyczną całość, z której nie da się wykroić żadnych fragmentów i która pozostaje niełatwa do zaklasyfikowania.


Oczywiście, znając powyższy rytm można było się domyśleć, że jeśli Goldfrapp powrócą to "zaskoczą" swą taneczno-elektroniczną odsłoną, "Silver Eye" nie jest zatem i chyba nie mógł być zaskoczeniem. Singiel "Anymore" wyłożył na stół wszystkie karty, chwytliwy, podskórnie emocjonujący i pościelowo zmierzwiony okazał się najlepszym przebojem Goldfrapp od lat, choć oczywiście sporą rolę odgrywa tu długa przerwa w działalności duetu i fakt, że ostatnia z założenia przebojowa ich płyta ukazała się 7 lat temu. Po prostu solidny i natychmiast rozpoznawalny warsztat. Ale już "Ocean", drugi upubliczniony utwór, na płycie zresztą finałowy, to odświeżająco agresywna  i najtwardsza kompozycja w karierze Goldfrapp, klamra spinająca album jest więc niewątpliwie atrakcyjna.

Z sił "Anymore" bezpośrednio i natychmiastowo czerpie "Systemagic", piosenka niemal tytułowa, zdecydowana, mechaniczna i zrazem typowo dla Goldfrapp seksowna. Jeszcze rozpędzające się "Becoming The One" przynosi podskórne napięcie zmierzając w stronę opanowanego oświecenia. Pozostałe utwory tworzą jednak dość jednorodną i donikąd nie zmierzającą całość. Na szczęście tylko "Moon In Your Mouth" okazuje się być, co nieczęste u Goldfrapp, po prostu nudnym. Reszta brzmi zadowalająco znajomo i tym razem dość łatwo umieścić "Silver Eye" jako brakujące ogniwo między "Felt Mountain" a "Black Cherry".

Płyty prawdziwie ciekawe to takie, które zmuszają do myślenia i jak dotąd wszystkie albumy Goldfrapp spełniały ten warunek w mniejszym lub większym stopniu. "Silver Eye" zmusza ewentualnie to zastanowienia czemu brzmi równie przyjemnie, co znajomo, co prowadzi do powyższych wniosków. Nie znaczy to, że zaczynają zjadać własny ogon. Nadal są zdolni do tworzenia świetnych kompozycji, a że mimo regularnych wahnięć stylów i aranżacji ich tajemny rękopis staje się coraz bardziej czytelny... cóż, mieli siedem albumów by wychować sobie słuchaczy. Szkoda jednak, że "Silver Eye" nie spotkało się z większym oddźwiękiem. Nowych słuchaczy Goldfrapp już pewnie sobie nie zyskają, nawet częściowa produkcja The Haxan Cloak nie wyciąga ręki w stronę zwolenników dzisiejszej elektroniki. Ale i wśród fanów "Silver Eye" przemknęło ledwie zauważone. Tymczasem siódmy album Goldfrapp jest tytułem zasłużenie stylowym. 7.5/10 [Wojciech Nowacki]

0 KOMENTARZE:

Prześlij komentarz