7 lipca 2017

Recenzja Gorillaz "Humanz"


GORILLAZ Humanz, [2017] Parlophone || Zakładając, że w początkach XXI stulecia Gorillaz było czymś więcej niż substytutem Blur, pamiętać należy o dwóch najważniejszych aspektach sukcesu tego, fikcyjnego przecież, zespołu. Po pierwsze, silne osadzenie w przebiegającej równolegle internetowej rewolucji. Odbiór muzyki poprzez radio, przegrywane kasety, wypalane płyty, muzyczne miesięczniki zastępowany był przez rosnącą blogosferę, flashowe strony, pierwsze gify, YouTube'a, torrenty i sieciowy marketing, którego inkorporującą te wszystkie fenomeny forpocztą byli właśnie Gorillaz. Po drugie, co wydawać się może szczególnym paradoksem w przypadku zespołu, który nie istnieje, wyjątkowe znacznie miała jego tożsamość. Przy całej swej kalejdoskopowej różnorodności piosenki Gorillaz z łatwością mogły uchodzić za kompozycje rzeczywistej formacji z ukształtowanym spójnym brzmieniem, nie zaś za producencki projekt Damona Albarna.

Nawet "The Fall", album, który za regularną płytę Gorillaz można uważać w takim samym stopniu, w jakim za solowy debiut Albarna uchodzić może "Democrazy", wpisywał się w ten kontekst eksperymentując z uchodzącymi wtedy za technologiczną nowość mobilnymi aplikacjami i iPadem. Animowana tożsamość Gorillaz zaczęła się jednak rozwadniać już na "Plastic Beach", pierwszej płycie, która nie miała powstać (jeśli ktoś pamięta jeszcze deklaracje, że "Demon Days" miało być drugim i ostatnim albumem formacji). Albarn nie tylko zaczął wtedy występować z żywym zespołem, porzucając koncertowe skrywanie się za ekranami z animacjami, ale i zdecydowanie przekształcił Gorillaz w platformę do kolaboracji i plejady gościnnych występów. "Plastic Beach" było wyraźnym rozczarowaniem, ale znalazło się na tej płycie przynajmniej kilka wyraźniejszych przebojów oraz charakterystyczne poczucie humoru. "Humanz" nie oferuje już żadnej z tych rzeczy.


Słuchaniu tej płyty często towarzyszy dość silne poczucie zażenowania i konieczność usprawiedliwienia się w oczach przygodnych słuchaczy, że nie, nie słucha się właśnie amerykańskiego radiowego popu pośledniego sortu, ale muzyki wywodzącej się jednak w jakiś sposób z kręgów alternatywy. Pojawia się też złość, zagęszczenie hip-hopu jest bowiem tak wielkie, że sprzeciw zarówno wobec jako ilości, jak i jakości, spycha nas niemal na konserwatywno-terazrockowe pozycje. Problemem jest jednak zarówno przesyt, jak i jego przeciętność, szereg hip-hopowców zabija bowiem kluczową niegdyś dla Gorillaz różnorodność (gdzie podziały się gospel, disco, punk, dub?), płoży się ponadto na wyjątkowo przeciętnym muzycznym tle.

O lenistwie Albarna pisze się często w kontekście jego charakterystycznego wokalu, ewentualnie rozczochranej aparycji, ale dotyczy też zdolności kompozycyjnych, czemu paradoksalnie towarzyszy bipolarna niemal nadpobudliwość. Stąd też mamy pozbawione filtra szkicowe wydawnictwa w rodzaju "The Fall" i "Democrazy", ale też niezliczone projekty, zespoły i kolaboracje. Nie jest więc przypadkiem, że najlepsze tytuły z udziałem Albarna to te, w których nie jest pozostawiony sam sobie ("Magic Whip" vs "Everyday Robots") lub podporządkowuje się odgórnej idei ("Dr Dee"). Zarówno jego geniusz, jak i lenistwo, przejawia się w tym, że zdolny jest do stworzenia zjawiskowego wersu, przebojowego motywu, obezwładniającego zaśpiewu, ale często brakuje mu sił do rozwinięcia pojedynczego przebłysku w pełnoprawną kompozycję. I tak oto odkrywamy klucz do "Humanz", płyty, na której lepsze lub częściej jednak słabsze wyjściowe pomysły Albarna pociągnięte zostały przez dość męczący szereg gości.


W efekcie nowy album Gorillaz brzmi jak przydługi hip-hopowy mixtape z okazjonalnym featuringiem Damona Albarna. Otwierające go utwory "Ascension" i "Strobelite" jeszcze zachowują jakąś świeżość, ale chałupnicze "Saturn Barz" już drażni impresją taniego alkoholu i brudnego klubu. Kelela w "Submission" udanie nawiązuje do udziału Little Dragon na "Plastic Beach", co i tak popsute zostaje hip-hopem nie do powstrzymania. Wokale Albarna są co najwyżej symboliczne, dopiero gdzieś w połowie albumu zyskuje sobie więcej przestrzeni, ale z efektami przypominającymi najmniej fascynujące i najbardziej ckliwie fragmenty jego solowej płyty i ostatniego Blur ("Busted And Blue"). Z dwoma wyjątkami reszta albumu przemija jako przeciętna, przyciężka masa. Jedynie "Charger" z udziałem Grace Jones intryguje swoją wciągającą anty-przebojowością, zaś "We Got The Power" z Jehnny Beth z Savages wreszcie przynosi odrobinę (bo trwa zaledwie dwie minuty) dawnej ekstatycznej, komiksowej energii Gorillaz. Właśnie, przeciętność kompozycji to tylko część problemu, gorzej, że tylko nieliczne brzmią jak piosenki Gorillaz  a jeśli już, to na poziomie dawnych B-side'ów ("Andromeda").

"Humanz" jest więc płytą nie tylko bez kontekstu, ale i bez tożsamości. Nie ma na niej przebojów, nie ma barwnych pomysłów, nie ma zbyt wiele Albarna, nie ma tu już Gorillaz. Przegrzane oczekiwania oczywiście przesadnie wydźwignęły ten album w momencie premiery, ale większość singli została hurtowo udostępniona jeszcze przedtem, dziś więc o płycie już się nie mówi, nie pisze i niespecjalnie wierzę, że się jej słucha. Jedynym jej wymiernym efektem było natychmiastowe nakręcenie sprzedaży biletów na tegoroczne koncerty Gorillaz, czymkolwiek ten zespół jest obecnie na scenie. To jednak nie piosenki z "Humanz" będą po nim oczekiwane. 3.5/10 [Wojciech Nowacki]

0 KOMENTARZE:

Prześlij komentarz