8 lutego 2018

Recenzja 3moonboys "Zawsze jest za krótko"


3MOONBOYS Zawsze jest za krótko, [2018] self-released || W przypadku 3moonboys zawsze odrobinę zbyt łatwy był name-dropping. W początkach ich kariery było to całkiem zrozumiałe, klasycznej teraz-rockowej krytyce często brakowało odpowiedniego aparatu a upraszczające zestawienia niosły przecież pewną wartość informacyjną. Z drugiej strony, zespół wydawał się być nimi dumnie ukontentowany, w końcu jeśli ktoś zasługiwał na pozytywnie motywujące porównania do Radiohead, Mogwai, Archive, to byli to właśnie oni. Poszukiwania bardziej autorskiego języka zaowocowały płytą "na tym zdjęciu wcale nie wyglądasz grubo", która była nie tylko bardzo satysfakcjonującą, ale i prawdziwie zaskakującą rewitalizacją uprzednio lekko tylko modyfikowanej formuły.

Polszczyzna w alternatywie o post-rockowej proweniencji najczęściej przecież zgrzyta i zawodzi. Również kondensacja kompozycji aż proszących się o dłuższe, rozbudowane struktury i ściśnięcie ich do form niemal piosenkowych wymaga sporej dozy twórczego potu. 3moonboys na "na tym zdjęciu wcale nie wyglądasz grubo" z wdzięczną łatwością poradzili sobie z obiema zagwostkami. Zespół nabrał na tożsamości a przy okazji wydał materiał najbardziej twórczy i przystępny zarazem. Jeśli zaistniała wtedy fala powrotów do śpiewania po polsku to 3moonboys znaleźli się na jej szczycie przy okazji odnajdując siebie.

Ten nowy punkt startowy pchnął grupę w stronę kolejnych poszukiwań. W kontekście "na tym zdjęciu wcale nie wyglądasz grubo" ma sens zwrot ku jeszcze bardziej radykalnemu zgłębianiu prostoty, esencji, podstawowych pierwocin muzyki. I tak oto, przypadkiem lub też nie, 3moonboys odnaleźli się na "Zawsze jest za krótko" w jednym szeregu z eksploratorami jednego z najbardziej fascynujących aspektów muzyki - motoryki. Motoryką Polska stoi i pogania, bydgoszczanie, Trójmiasto, połowa przodującego labelu Instant Classic, klasycy z Kristen, wszyscy czynią z krautowej motoryki nowy polski towar eksportowy, który zwraca autentyczną uwagę zagranicy. Tak jak w swych początkach 3moonboys zdawali się edukować krajową publiczność z wartościowych trendów światowej alternatywy, teraz zasłużyli na miejsce wśród tych, którzy pokazują światu cóż to się ostatecznie na naszej scenie wygotowało.


Lepiej też myśleć o tej, nazwijmy to, nowej szkole polskiej motoryki w kategoriach wzajemnej inspiracji i współpracy niż konkurencji, ta bowiem mogłaby się okazać zbyt silna. 3moonboys świadomie nie ułatwiają wejścia w świat "Zawsze jest za krótko" i zestrojenia się z nim. Chaotyczny, umyślnie nieefektowny początek "Balonu w mojej głowie" celowo podkreśla improwizacyjny charakter całego materiału. Utwory często zresztą otwiera bardzo luźne zawiązanie różnych i dość skromnych planów rytmicznych, które czasem nie prowadzą do specjalnie emocjonującej konkluzji. Tym właśnie rozczarowuje "Napiłbym się suchej kawy", utwór niemal dwunastominutowy a dość jednorodny. Jedyną zmianą jest w nim wprowadzenie wokalu, dodajmy, że niezupełnie potrzebne.

Zespół wydaje się czasem zbyt długo i ostrożnie testować nowe motywy zamiast odważnie rzucić się do ich pełnej realizacji. Stąd też sporo w tej muzyce niezagospodarowanej przestrzeni, którą wydaje się wypełniać wokal zbytecznie przytłaczający dość kruchą instrumentalną strukturę. Głos czasem się jednak sprawdza. Gdyby po raz pierwszy pojawił się dopiero w "Przyjdziej" przyniósłby zaskakujące odświeżenie. Problematyczne jest tak naprawdę gaworzenie w wymyślonym języku, weźmy choćby "Każdy inaczej", gdzie linia wokalna ma bardzo klarowną piosenkową strukturę. O ile silniejszy byłby efekt obcowania z prawdziwymi słowami, które przeradzają się w satysfakcjonującą instrumentalną konkluzję. Jest to trochę zmarnowana szansa, podobnie w "Czarnym poniedziałku", zwłaszcza, że ten stosunkowo najbardziej hałaśliwy utwór, choć i tak daleki jeszcze od noise'u, zmierza jednocześnie w stronę efektownego space-synth-popu.

Zaskakuje środek płyty i krótsze kompozycje. W "Przyjdziej" pojawia się lekki jazzujący sznyt i więcej przestrzeni, wibrujące napięcie przypomina zaś hipnotyczne obrazy Igora Boxxa z "Breslau". W finale świetnie sprawdza się wiolonczela, która w następnym "Wracając nie po swoich śladach" wraz elektroniką tworzy rozedrgane faktury tak bliskie nieodżałowanemu Hood z ich środkowej, rozdzierająco melancholijnej post-rockowej fazy. Grupa łapie autentyczny groove w eskalującym "Idziemy", w "Balonie w mojej głowie" eskalację zaś sugeruje, ale wzdraga się przed nią, zamiast tego mrożąc syntezatorowym dronem. Ale natychmiastowe ocieplenie przynosi, jak zresztą w wielu miejscach na płycie, wejście gitary basowej. Zgłębianie motoryki przez 3moonboys wypada lekko nieśmiało, ale z wyraźną, badawczą niemal ciekawością. Obojętnie jednak jak bardzo by zespół nie chciał brzmieć mechanicznie to najlepiej wypada w swych najbardziej ludzkich momentach. 7/10 [Wojciech Nowacki]