10 maja 2019

Pierwszy posłuch #1


Pierwszą z nowości do koniecznego posłuchania jest reedycja albumu wydanego w 2000 roku. Dzisiejsze wydawnictwa Biosphere, jak i niektóre spośród jego najbardziej klasycznych, często potrzebować mogą jakiejś intelektualnej podbudowy do zrozumienia o co chodzi w tym całym ambiencie. "Birmingham Frequencies" zarejestrowane wspólnie z Higher Intelligence Agency niemal natychmiast pokazuje, że chodzi po prostu o bynajmniej nie podprogową przyjemność. Brzmienie płyty jest ciepłe i organiczne, field-recording nadaje jej prowincjonalnej angielskości podobnej do "Foam Island" Darkstar, ale jakby mało tu było głębi to silnie odznaczają się tu i żywe instrumenty. Hipnotyczna i malownicza całość, która udowadnia wielowarstwowy i wciągający potencjał ambientu.


Nie mam pojęcia na jakich zasadach funkcjonuje kariera Woodkida, ale biorąc pod uwagę, że muzyka to tylko drobny ułamek jego działalności, spodziewać się należy, że zasad nie ma żadnych. I tak oto "The Golden Age" z 2013 roku pozostaje jedynym jego regularnym albumem, ale od tego czasu okazjonalnie pojawiają przeróżne drobnostki, single, kolaboracje i szczerze mówiąc, nie wiem czym dokładnie ma być podpisana jako Woodkid For Nicolas Ghesquière epka "Louis Vuitton Works One", ale rzecz to znakomita! Frenetyczny chór, rozdzierające orkiestracje, pełne rozmachu, lecz bez patosu, klasyczny francuski manieryzm i zdecydowane, choć niezmiernie stylowe elektroniczne manipulacje zupełnie by wystarczyły do pozostawienia silnego wrażenia. Tymczasem dostajemy tu jeszcze i zwyczajną, nową piosenkę z głosem Woodkida, gościnny udział Mosesa Sumneya oraz pomysłowe i piorunująco efektowne zastosowanie spoken-wordu w wykonaniu aktorki Jennifer Connelly. Damn, to naprawdę powinien być pełnowymiarowy album.


Z obozu Sigur Rós dobiega nas ostatnimi czasy sporo wiadomości najróżniejszej natury, a to nieskończone playlisty, a to obowiązkowe wznowienia, a to jakieś efemeryczne wydawnictwo, a to podatkowe przestępstwa, ale ten oto ruch Jónsi'ego już po pierwszym kontakcie okazał się naprawdę ekscytującym. Lider Sigur Rós nagrał album z Carlem Michaelem Von Hausswolff i jeśli ten duński kompozytor nie jest wam specjalnie znany to może przynajmniej jego nazwisko podpowie wam, że chodzi o tatę naszej ulubionej Anny Von Hausswolff. Płyta wydana pod szyldem Dark Morph zawiera dźwięki zarejestrowane na Fidżi i manipulowane następnie na statku badawczym "Dardanella". Jeśli zamiarem było pokazać, że natura może jednocześnie tchnąć spokojem i lekko przerażać to album ten sprawdza się znakomicie.


Trzeci album Bokki "Life On Planet B" po pierwszym i niebyt jednak pamiętnym przesłuchaniu nadal czeka w mojej recenzyjnej zamrażarce. Być może konkretniejszy powrót do tej płyty wreszcie wymusi właśnie wydana epka z remiksami "Satellites Of Planet B". Pięć utworów, niecałe dwadzieścia minut muzyki i być może fakt, że nadal nie jestem zaznajomiony z wersjami oryginalnymi działa tutaj na korzyść, bo przebojowy potencjał tychże piosenek jest tutaj całkiem oczywisty.


U Clinic irytuje mnie to, że był to zespół całkiem wpływowy, na początku wieku ich "Walking With Thee" można było spokojnie postawić niemal obok "Kid A" Radiohead, ale ich charakterystyczne brzmienie dziś zawłaszczone jest przez Suuns. Pierwowzór właśnie powrócił po ponad sześcioletniej przerwie z nowym albumem "Wheeltappers And Shunters" i przyznać trzeba, że żadnych zmian nie przynosi. To nadal w większości cyrkowe szaleństwo do którego klucza niemal nie ma się czasu odnaleźć, tym razem jednak silniej odznacza się charakterystyczna brytyjskość całości, od rustykalnej okładki po oczywiste echa psychodelicznej muzyki lat sześćdziesiątych.


Ależ oczywiście, że kompilacja "25Archive ukazała się w wersji dwu- i czteropłytowej. Bo, po pierwsze, spora koncentracja długich kompozycji, po drugie, na każdym z ich albumów było mniej lub więcej mielizn, składanka tych najlepszych fragmentów wydaje się więc idealnym i wystarczającym rozwiązaniem, po trzecie, od Francji po Polskę, wydanie takie skazane jest na sukces w krajach w których Archive zyskali status niemal kultowy. Czyli praktycznie cała Europa poza ich rodzimą Wielką Brytanią. Szkoda dla nich, bo w takiej masie satysfakcjonujące przyczyny ich popularności są całkiem jasne. Upierać się jednak nadal będę, że słychać tu również, że okres w którym ich jedynym wokalistą był Craig Walker był tym najbardziej stylowym.


[Wojciech Nowacki]