27 maja 2019

Pierwszy posłuch #3


Flying Lotus jest marka tak atrakcyjną i powszechnie podziwianą, że wraz z każdą zapowiedzią kolejnego albumu można mieć nadzieję na coś prawdziwie nowego. W ostatecznym rozrachunku jednak zawsze mamy do czynienia z mniej więcej tym samym, przy czym owo zdolne do przechylenia szali "mniej więcej" najczęściej łatwo przeoczyć w typowym natłoku dźwięków. "Flamagra" jest więc znów całością czasem mdląco kalejdoskopową, niełatwą do uchwycenia i pędzącą od jednego do drugiego średnio dwuminutowego utworu. Nic bardziej zaskakującego niż udział Davida Lyncha się tu nie dzieje, album jest odrobinę bardziej klasycznie jazzujący niż morbidne "You're Dead!", ale z tamtą płytą łączy pod względem produkcji "Flamagrę" jeszcze jedna rzecz. Czy aby nie powinno to brzmieć lepiej?


Podobnego szczęścia do sławy wydaje się nie mieć Primal Scream. Jest to jedna z tych grup, których nazwa tkwi jakoś w świadomości, znać ją z jakiegoś powodu wypada, ale i przyczyny ku temu się jakoś wymykają, i pamięć jakoś zawodzi przy próbach przypomnienia sobie konkretnego albumu lub płyty. Zespół, który spokojnie mógłby mieć status europejskiego The Flaming Lips choćby, w naszym akurat kręgu niespecjalnie się zaczepił i to pomimo singla zatytułowanego "Kowalski". Okazją zatem do ogarnięcia tematu Primal Scream jest objętościowo imponująca i na szczęście chronologiczna kompilacja "Maximum Rock'n'Roll: The Singles", łatwo więc prześledzić w jaki sposób stali się oni w początku lat dziewięćdziesiątych prekursorami brzmienia kojarzonego raczej z drugą połową tamtej dekady, czyli mieszania klasycznego rocka z elektroniką i muzyką taneczną. Dodajmy do tego i elementy stones'owskiego rhytm'n'bluesa, i rave'u, i gospel, i staje się jasne dokąd sięgają korzenie choćby Gorillaz.


Polska rozpoznawalność Sebadoh to temat jeszcze bardziej efemeryczny niż w przypadku powyższych. Amerykański indie-rock z lat dziewięćdziesiątych nigdy nie miał u nas specjalnie wielkich szans, będąc nieco zbyt hermetycznym i zbyt prostym w porównaniu z wszystkim innym, co oferowała tamta dekada. Archeolodzy chcący dokopać się do źródeł dzisiejszego kształtu muzycznej sceny docenili Pavement, również Dinosaur Jr., więc i personalnie bliscy tym ostatnim Sebadoh mają wciąż szanse. Grupa powróciła już w 2013 roku poprzedzonym epką "Secret" albumem "Defend Yourself", jego następca ukazuje się niespiesznie dopiero teraz. "Act Surprised" nadal brzmi jak popołudnie spędzone w amerykańskim barze, z whiskey-sodą, kraftowym dziś piwem, plakatami punkowych kapel na ścianach i może jakimś BBQ, ale mimo zwyczajowej popowej piosenkowości materiał ten wydaje się nieco twardszy, z elementami wspomnianego punka i nawet metalu.


"Diviner" był jedną z najbardziej przeze mnie wyczekiwanych ostatnimi czasy premier. Wild Beasts to czołówka moich ulubionych zespołów, tym większa radość, że ich album "Boy King" okazał się całkiem zjawiskowym, ale tym większy smutek, że zarazem ostatnim. Karier solowych można było się spodziewać i choć niezmiernie mnie ciekawi co zdziała Tom Fleming, drugi spośród wokalistów grupy, to pierwszy zadebiutował Hayden Thorpe, czyli ten bardziej pewnie charakterystyczny. Wiodąca rola pianina jest na tej płycie ewidentna, ale powiedzieć, że to Wild Beasts w skromniejszych aranżacjach byłoby zbyt daleko idącym uproszczeniem. "Diviner" wydaje się bardziej organiczny niż często monumentalne brzmienie tamtego nieodżałowanego zespołu. Aranżacje wbrew pozorom nie są wcale aż tak skromne, niezmiernie za to gustowne, łącznie z subtelną elektroniką, smyczkami, neoklasycznym pianinem i zaskakującymi połączeniami (ejtisowa gitara plus jazzujący klimat w "Straight Lines"!). Do tego album ten jest pięknie wyprodukowany, pozostaje więc jeszcze na nim wiele do odkrywania.


[Wojciech Nowacki]