14 czerwca 2019

Pierwszy posłuch 14.06.19


Od paru dni jestem znów w Stanach Zjednoczonych, w miejscu, które powoli wyrasta na jeden z moich domów, ma więc sens, że pierwszą dzisiejszą nowością jest Bruce Springsteen, prawdziwa amerykańska ikona. Od tytułu "Western Stars", poprzez okładkę i transkontynentalną wymowę, wszystko wydaje się tutaj klasyczne i znajome. Głos Springsteena jednak wyraźnie z wiekiem się zmienia, co w połączeniu z wygładzoną i nie zawsze najnowocześniejszą produkcją przypominać może lekko ostatnie albumy Leonarda Cohena. Kanadyjski bard stawiał jednak na poezję marginalizując lekko stronę muzyczną, amerykańskie tradycje zaś przesiąkają na wskroś zarówno słowa, jak i muzykę Bruce'a Springsteena.


Pominiemy doskonałą okazję do ponarzekania na Record Store Day oraz na nigdzie niedostępne, drogie i często bezsensowne wydawnictwa, by z ulgą odnotować, że "Remixes Are Also Magic", jeden z winyli, które przy okazji tegoż święta w tym roku akurat rozpalił moją wyobraźnię, jest wreszcie dostępny do posłuchania. John Grant i elektronika to związek już stabilny i owocny, w jego pieśniopisarstwie zawsze też tkwił potencjał do remiksowania i utaneczniania. Wbrew sugestii zawartej w tytule epka ta zawiera remiksy nie tylko z "Love Is Magic", ale też i ze znakomitego "Grey Tickles, Black Pressure". Pięć utworów, niecałe pół godziny, solidna więc selekcja, ale nie spodziewajcie się dyskoteki, magia remiksów służy tu raczej budowaniu odmiennej atmosfery niż parkietowych petard.


Rutyna wydawnicza łatwo wkrada się w poczynania wykonawców darzonych swoistym kultem. Burial albumów nie wydaje, od czasu do czasu pojawia się więc ekscytacja związana z zapowiedzią jego nowego wydawnictwa i zazwyczaj kończy się na kolejnym podwójnym singlu. I czemu nie, ot, taka jego natura. Nocna wielkomiejskość nadal jest na "Claustro / State Forest" obecna, pierwszy utwór ma zaskakująco jak na niego zwięzłą strukturę, choć też i lekki posmak eurodance'u, drugi zaś to niemal ambientowy pasaż, który nieźle by się odnalazł w jakiejś większej narracyjnej całości.


Bastille to jeden z tych zespołów pogranicza, które zwodzą bezwstydnie popową stronę iluzją obcowania z ambitniejszą alternatywą. Mixtape'y "Other People’s Heartache" trzeba przyznać, że wychodzą im naprawdę nieźle, ale ich autorską muzyką straciłem zainteresowanie natychmiast po debicie "Bad Blood". "Doom Days" tego nie zmieni, to nadal muzyka hiperaktywna, przeprodukowana, z przytłaczającym i wysiłkowym wokalem, teoretycznie pełna gatunkowej żonglerki, ze sporym potencjałem, ale w istocie zbyt jednorodna i dość męcząca.


Calexico czasem brakuje zwięzłości i zdolności selekcji materiału, Iron & Wine zaś większej dynamiki i odważniejszej żonglerki nastrojami. Kolaboracyjne albumy różnych wykonawców wypaść mogą nie zawsze tak intrygująco jakby się chciało, ale "Years To Burn" wydaje się idealnym połączeniem. Zwłaszcza w kontekście powyższej płyty Springsteena warto sprawdzić jak wygląda nowocześniejsze i żywe zamiast muzealnego podejście do tradycji. Americana, country, folk, ten krótki album zawiera to wszystko, pokazując jednocześnie bezustanną aktualność tejże muzyki. Ośmiomiutowe zaś "The Bitter Suite (Pájaro / Evil Eye / Tennessee Train)" zręczność dobrej produkcji i eksperymentującego podejścia do klasyki.


Wow, Spotify nawet nie uwzględniło albumu Madonny w dzisiejszych promowanych nowościach, gdyby nie krótki reportaż w amerykańskiej telewizji śniadaniowej nawet bym nie zauważył, że "Madame X" właśnie się ukazało. Po okropnym "Rebel Heart" musiałem się przekonać z czysto naukowej ciekawości czy uda się jej upaść jeszcze niżej, pamiętając jednak, że płyty Madonny nawet jeśli nie są dobre to mogą być przynajmniej zabawne. Z "Madame X" rzecz ma się o tyle intrygująco, że nadal nie jest to album potrzebny, ale nie jest też zły, choć i niespecjalnie zabawny. Nawet produkcja jest całkiem niezła, poza samym wokalem Madonny oczywiście, jej pogoń za młodością zaś wydaje się tu stonowana i bardziej niż dotąd zrelaksowana. Niemal szkoda, że płyta ta skazana jest na zapomnienie, nawet jeśli jest najbardziej stylową produkcją Madonny od ponad dekady.


Skoro nie królowa to może baronowa? Baroness powrócili z kolejnym ze swych barwnych albumów, tym razem na "Gold & Grey" miętolą nasze uszy dynamicznymi riffami wciśniętymi w zwięzłe i w gruncie rzeczy całkiem przebojowe piosenki. Brakuje tu może jakiegoś kluczowego tąpnięcia, odchudzenie materiału z pewnością też by tej płycie pomogło, ale w kategorii mocniejszego rocka jest to nadal rzecz równie stylowa i dopracowana co ich okładki.


[Wojciech Nowacki]