22 czerwca 2019

Pierwszy posłuch 21.06.19


Hot Chip na ich siódmym albumie jest z miejsca rozpoznawalne, łącznie z tradycyjnie paroma irytującymi elementami, w ogólnym więc rozrachunku "A Bath Full Of Ecstasy" nie przynosi żadnych niespodzianek. Utrzymywanie niezmiennego poziomu na tym etapie kariery jest jednak szczerze imponujące, zwłaszcza jeśli okazjonalnym efektem są takie single jak "Hungry Child", taneczny, epicki i być może właśnie dzięki swojej prostocie całkiem obezwładniający. Grupa ograniczyła też balladowe zapędy, zawsze będące ich słabą stroną i choć płyta jest lekkim rozczarowaniem to z pewnością mamy do czynienia z pierwszym letnim albumem tego roku.


Nie zawodzi za to Daphni, czyli parkietowo-tanecznie wcielenie Dana Snaitha, szerzej znanego jako Caribou. Epka "Sizzling", choć niedługa, z łatwością zastąpić może cały powyższy album Hot Chip. Tytułowy utwór jest gęsty, intensywny i z miejsca wciągający, później pojawiają się nawet zaskakujące elementy jazzu i micro-house'u. Liczy się tu zabawa i prostota, ale spleciona w niezwykle zręczny i angażujący sposób.


Epki dopełniające długogrające płyty są zawsze równie dobrymi pomysłami. "Life Goes On" towarzyszy wydanemu w zeszłym roku albumowi ">>>" Beak> i okazuje się, że jest to idealny format dla ich gęstego kraut-rocka, w krótszej formie nawet jeszcze bardziej satysfakcjonującego niż na płycie. Utwory te faktycznie niekoniecznie do niej pasują, brzmiąc nawet jeszcze bardziej szaleńczo, czas zatem przestać mówić o zespole Geoffa Barrowa jako o pobocznym projekcie Portishead.


Drugi już rok z rzędu przyjeżdżam do Austin i Willie Nelson akurat wydaje nowy album. Przypadek? Niekoniecznie, ikona country, bardziej liberalnej strony Teksasu i palenia pewnej nadal niezbyt legalnej używki naprawdę wydaje płyty w tempie imponującym nie tylko dla kogoś w wieku 86(!) lat. Wspomóc się trzeba Wikipedią, by oszacować, że "Ride Me Back Home" jest jego sześćdziesiątymdziewiątym albumem(!), niezmiennie stylowym, w ciepły sposób sympatycznym, świetnie wyprodukowanym oraz idealnie sumującym brzmienie centralnego Teksasu. Nic dziwnego zatem, że żyjący przecież muzyk uwieczniany jest w Austin na muralach, ba, ma tutaj już nawet swój pomnik. Dziwi raczej, że tutejsze lotnisko nie nosi jeszcze jego imienia.


[Wojciech Nowacki]