24 września 2019

Pierwszy posłuch 20.09.19


Pamiętacie jeszcze ogłoszenie zakończenia działalności Efterklang? Warto pamiętać też ten mały przypis mówiący o końcu zespołu "w dotychczasowej formie". Owszem, był i dramatyczny "ostatni koncert", ale później wydali jeszcze na płycie napisaną przez siebie operę, dwa albumy pod nowym szyldem Liima, teraz zaś powracają odmienieni wyłączenie macierzystymi wokalami. Zmiana jest to faktycznie dość istotna, język duński okazuje się być niezwykle malownicznym, jednocześnie zwodniczo bliskim angielszczyźnie. Eteryczna niezrozumiałość rodzi też naturalne skojarzenia z Sigur Rós, zwłaszcza, że "Altid Sammen" ma całkiem ambientową wymowę. Piosenki te pobieżnie wydawać się mogą art-popem dla dorosłych, lecz kreślone szurającą perkusją melancholijne pejzaże przypominają powrót z wielkiego miasta nad pochmurne wybrzeże i oferują całkiem sporo do dalszego odkrywania.


Jest to zresztą jedno w wielu niespodziewanych podobieństw do "DSVII". To również krajoznawczy lot nad nieznanym terenem, w tym wypadku nieco mniej rzeczywistym, tak samo też pozornie przemija w mglistej przyjemności, choć w istocie przynosi naprawdę sporo zaskakujących rozwiązań formalnych i instrumentalnych, które jeszcze długo będą się z wolna odsłaniać. Zwłaszcza dla słuchaczy kojarzących M83 bardziej z przebojowością "Hurry Up, We're Dreaming" czy nawet jego ostatnim i niedocenianym regularnym albumem "Junk". Najważniejsze jednak, że lekko zapomniana instrumentalna płyta "Digital Shades [Vol. I]" w końcu doczekała się oficjalnej kontynuacji.


Nils Frahm kontynuuje zaś i finalizuje trylogię epek dopełniającą jego przeceniany z kolei album "All Melody". Część pierwsza podtrzymywała najbardziej klasyczną sferę jego twórczości, druga wkraczała już w bardziej ambientowe rejony, "Encores 3" natomiast kończy u otwartego eksperymentatorstwa, w sposób, dodajmy, niezmiernie satysfakcjonujący. Wciągające, dwunastominutowe "All Armed" z miejsca zapisuje się w panteonie najlepszych kompozycji Frahma a "All Encores", nadchodzące zbiorcze, kompaktowe wydanie tychże winylowych epek, już teraz można zaliczyć do jego najlepszych wydawnictw. Kolejny dowód na to, że Nils Frahm najpełniej się realizuje w krótszych, kompilacyjnych czy też kolaboracyjnych formach i nie potrzebuje tradycyjnych płyt długogrających do utrzymania miana jednego z najważniejszych artystów dzisiejszej doby.


[Wojciech Nowacki]