31 sierpnia 2019

Pierwszy posłuch 30.08.19


Koniec letniego sezonu ogórkowego, obfity początek wysypu jesiennych nowości, ale ani Tool, ani Lana Del Rey, lecz múm jest pierwszą piątkową premierą po którą z miejsca sięgnąłem. Zdecydowanie lepszy to powrót do przeszłości, bo szczerszy i bezpośredni, i choć islandzką grupę bardziej pamiętać możemy z dwóch późniejszych albumów, nagranych z wokalami bliźniaczek Valtýsdóttir, to instrumentalny debiut "Yesterday Was Dramatic - Today Is OK" z 1999 roku jest jedną z płyt, które prawdziwe zapoczątkowały alternatywne brzmienie nowego wieku. Rocznicowe wznowienie przynosi po dwudziestu latach nie tylko niezmiernie ciekawe remiksy i reinterpretacje (Kronos Quartet, Hauschka, Sóley), ale przede wszystkim odświeżony materiał podstawowy z nadal bajecznym, jakimś cudem jednocześnie elektronicznym i rustykalnym brzmieniem.


Powrotem do przeszłości, choć dość niezręcznym, bo z zamierzenia udającym jakiś tam progres, jest też oczywiście nowy Tool. Surowe "Undertow", schizofreniczne agresywna "Ænima", bezpretensjonalnie monumentalny "Lateralus", do pewnego momentu ich płyty naprawdę się od siebie różniły. Rozczarowaniem nie jest więc sam długi czas oczekiwania, ale fakt, że jeśli już "10,000 Days" było niezapamiętywalną próbą powtórzenia sukcesu, formuły i brzmienia poprzednika, to "Fear Inoculum" jest znów dokładnie tym samym. Plus głupi tytuł, brzydka okładka, karykaturalny pierwszy singiel i na wzór ostatniej płyty A Perfect Circle ugrzeczniona forma wokalna Keenana. Jakkolwiek więc, mimo wszystko, przyjemnie by się tego nie słuchało, pozostaje pytanie po co.


Po Tool sięga się jednak z naturalną ciekawością, kolejna Lana Del Rey, zwłaszcza po jej dwóch ostatnich albumach, budzić zaś może zasłużone obawy. Nadzieje rozbudziło nieprzebieranie w słowach, naprawdę obiecujące single ("Doin' Time"), w tym i jeden dziesięciominutowy (autentycznie zjawiskowe "Venice Bitch"), ale zaniepokoić mógł rzut oka na tracklistę i czas trwania płyty. "Norman Fucking Rockwell!" ma wszelkie zadatki by być pozytywną odpowiedzią na "Ultraviolence". Świetne brzmienie i produkcja (co nie jest u Lany regułą), żywe instrumentarium, całkiem sporo napięcia, lecz znów też jest albumem odrobinę za długim. Parę piosenek mniej, lub parę bardziej pamiętnych melodii więcej i marzenia o wielkiej popowej płycie mogły być łatwo spełnione.


Wytwórnia Sacred Bones w noise'owym natarciu, najpierw nowy album Blanck Mass, teraz zaś nowa Pharmakon. Margaret Chardiet przekuła swe zdrowotne problemy i cielesne obsesje w supportowanie Swans dzikimi okrzykami i waleniem w blachę. W jej industrialnym hałasie jest coś faktycznie kojącego, "Devour" nie przynosi żadnych zmian w zwyczajowym rytuale, jeśli więc wystarczy wysłuchać jedną płytę Pharmakon to dlaczego nie najnowszą.


Skoro mowa o braku zmian, Bon Iver umacnia się na pozycji artysty silnie przecenianego. Premiera "i,i" odbyła się trochę rozwodnionym sposobem, album niespodziewanie pojawił się na cyfrowych platformach już przed paroma tygodniami. Nadużywanie wokalnych modyfikacji z miejsca irytuje, podobnie jak niepotrzebne blake'owskie aspiracje, ale płyta sprawdza się jako fuzja eksperymentatorstwa "22, A Milion" z bardziej tradycyjnym pieśniarstwem wcześniejszych albumów, jest też niewątpliwe lepiej od poprzednika wyprodukowana. Ciekawym aranżacjom i talentowi do udziwnień nie towarzyszą jednak melodie pamiętne na tyle by tą płytę zachować w pamięci.


Four Tet wydał już w tym roku kilka nowych singli, można więc spodziewać się zapowiedzi nowego albumu, tymczasem jednak niespodziewanie ukazała się niezmiernie satysfakcjonująca epka "Anna Painting". Kompozycje te można było do tej pory usłyszeć tylko na wystawie malarki Anny Liber Lewis, powstały zaś albo jako źródło, albo jako wynik jej obrazów. Niezależnie od pochodzenia i konceptu jest to najbardziej skupione od lat dokonanie Kierana Hebdena, świetnie brzmiące, wciągające oraz złożone i lekkie zarazem. Czekanie na album tylko się wzmogło.


[Wojciech Nowacki]