8 września 2019

Pierwszy posłuch 6.09.19


Wreszcie. Bat For Lashes pokonała twórczy i energetyczny marazm dwóch ostatnich albumów i wydała taką płytę, o której potencjał ją podejrzewaliśmy. Bez wydumanych konceptów, bez prześpiewania, miejscami wręcz instrumentalnie, syntetycznie, ale i niezwykle przestrzennie. "Lost Girls" osadzone jest silnie w latach osiemdziesiątych, lecz gustownie i nowocześnie, do tego licząc jedynie dziesięć utworów jest płytą chwalebnie krótką, czyli odświeżającym odstępstwem od normy dzisiejszych czasów. Przeboje niekoniecznie są tu oczywiste, ale art-popowe spotkanie Kate Bush i Patti Smith ze wczesną Madonną i Kylie Minogue sprawdza się bardzo dobrze.


"Zaginiony" album Milesa Davisa bardziej przypomina zaginione ogniwo między klasycznie pojmowanym jazzem a tym, co dziś robi np. Flying Lotus. Na "Rubberband" słychać zalążki hip-hopu, odrobinę r'n'b, ale też całkiem sporo produkcyjnych i aranżacyjnych zabiegów prosto z lat osiemdziesiątych, brzmiących dziś równie muzealnie co telewizyjne reklamy z tamtej dekady. Jak za magicznym dotknięciem jednak wszystko poprawiają dźwięki trąbki, wspaniałego instrumentu, który zdecydowanie zasługuje na odebranie saksofonowi pierwszeństwa w kojarzeniu się z jazzem.



Trąbka znakomicie się odnajduje i na nowej płycie Iggy'ego Popa. Niby już o "Post Pop Depression" mówiło się jako o albumie idealnie kończącym jego muzyczną karierę, ale dlaczego właściwie jej nie kontynuować. Zwłaszcza jeśli "Free" wydaje się płytą powstałą z wielką lekkością i swobodą, dzisiejsze zaś, ponadgatunkowe wcielenie Popa pełno ma jeszcze pomysłów z pogranicza sztuk. Oraz humoru. W efekcie plasuje się pomiędzy późnym Leonardem Cohenem a muzycznie eksperymentującym Davidem Lynchem.


Na epce Death Cab For Cutie znajduje się utwór "Kids in '99" i wydaje się, że dla dzisiejszych trzydziestoparolatków jest to odpowiedź na pytanie o źródło zadowolenia płynącego ze słuchania "The Blue". Wracamy więc do czasów, gdy alternatywny rock zaczął sięgać po produkcyjne zabiegi rodem z elektroniki, utrzymując jednocześnie eskalującą, gitarową zadziorność i beatlesowskie harmonie. Pytanie tylko czy to brzmienie z późnych lat dziewięćdziesiątych brzmi świeżo nadal czy znów?


Album Kindness uwodzi przede wszystkim swoją bezpretensjonalną zwyczajnością. Jak na płytę z pogranicza popu, r'n'b i niemal klasycznego disco "Something Like War" jest dość wstrzemięźliwe jeśli chodzi o szczególnie pamiętne melodie. Zręcznie jednak przepływają jedna w drugą, cieszą zarówno żywymi instrumentami, jak i house'ową rytmiką, nawet zaś gościnne wokale starają się nie epatować przesadną efektownością. Co jednak jest prawdziwie nadzwyczajnym, to sposób w jaki efektownie w całość wplecione zostały dęciaki, czyniąc ten album zaskakująco satysfakcjonującym.


[Wojciech Nowacki]