18 października 2019

Pierwszy posłuch 11.10.19


Z każdym kolejnym albumem Elbow roznieca się na nowo płomień nadziei na powrót zadziornych, niemal wściekłych i złożonych kompozycji, które na późniejszych płytach zasadniczo ustąpiły miejsca ładnym piosenkom i miłosnym balladom. "Dexter & Sinister" roznieciło ten płomień wyjątkowo silnie, bo to faktycznie najbardziej nawiązujący do wczesnego brzmienia singiel od lat. "Giants Of All Sizes" jest zaskakująco chaotyczne, ale w odświeżająco zwięzły sposób, balladowość tu i ówdzie przebija się na powierzchnię, ale tym razem zespół nie wydaje się stawiać się oczywiste melodie. Zamiast tego słychać powrót bardziej zdecydowanej rytmiki, jazzującą perkusję, smyczki, gitarowe solówki, ale i elektronikę, co na razie plasuje ten album gdzieś w ciekawym miejscu pomiędzy "Leaders Of The Free World" a solową płytą Guy'a Garvey'a.


Ciężko śledzić dziś poczynania Sigur Rós, ostatnimi czasy to głównie ciąg drobnych ścieżek dźwiękowych i nieskończonych ambientowych playlist, na tle których wyróżniały się obchody dwudziestolecia "Ágætis Byrjun" czy dziesięciolecia "Riceboy Sleeps", płyty Jónsi'ego i Alexa Somersa. Partnerzy zupełnie niespodziewanie wydali z tej okazji "Lost And Found", niby kontynuację ich wcześniejszego albumu, która przynosi jeszcze więcej ambientu w jego nadmorsko-dzwoneczkowej odsłonie. Czyli rzecz bardzo sympatyczna, lecz przypominająca też o jednorazowości ich wspólnej muzyki.


Wielcy liderzy wielkich zespołów mają tendencję to wypychania z siebie natłoku pomysłów, jeśli tylko zyskują w końcu szansę i/lub odwagę do próby ukształtowania swej solowej tożsamości. Kim Gordon nie ucieka całkowicie przed Sonic Youth, ale jej krótka płyta pełna jest bardziej lub mniej udanych pomysłów, silnie szkicowych i mocno chaotycznych, wyprodukowanych też w sposób nadający tytułowi "No Home Record" bardzo ironicznego charakteru. Przypomina się "Democrazy" Damona Albarna, który po oczyszczeniu w ten sposób szuflad zapoczątkował nie jedną, ale kilka nowych formacji. Polecamy podobną drogę.


Lindstrøm, król norweskiego disco i wszechstronnie traktowanej elektroniki, zawsze wzbudza zasłużoną ciekawość. "On A Clear Day I Can See You Forever" brzmi z początku całkiem filmowo, zupełnie jakby akcję "Blade Runnera" przeniesiono do skandynawskiej wioski, ale choć na cały album składają się tylko cztery, ale za to kusząco długie kompozycje, to niestety, niewiele się tutaj dzieje.


[Wojciech Nowacki]