27 listopada 2019

Pierwszy posłuch 15.11.19


Po płytach Tindersticks plus minus wiadomo czego się spodziewać, ale zawsze też liczyć można na pewne niespodzianki. To po prostu grupa tego samego i całkiem zresztą niesamowitego kalibru co np. Low i Lambchop, z tym samym niezmiernym talentem i niezmienną stylowością. "No Treasure But Hope" daleko ma do radykalnej modyfikacji brzmienia "Double Negative" czy "FLOTUS", to nadal nieznośnie wręcz ciepły komfort poprzednich płyt Tindersticks, ze śladem tylko motorycznej nerwowości satysfakcjonująco się przewijającej przez ich wcześniejsze albumy. Nie ma tu też jednak przesadnej ckliwości i choć nie wszystkie kompozycje zapadają od razu w pamięć to pojawiają się i znane już smyczki, i charakterystyczny wibrafon, szczególnie zaś wyróżnia się znacznie większa niż do tej pory rola pianina.


Powrót z podwójnym albumem jest dostatecznie mocnym oświadczeniem, ale DJ Shadow przeliczył się chyba z ważnością swojego nowego materiału. (Teoretyczny) podział na części instrumentalną i wokalną mógł się udać, wzmacnia jednak tylko przyciężkie i nienaturalne wrażenie "Our Pathetic Age". Brzmienie jest surowe, niespecjalnie kreatywne i pozbawione dawnego ciepła, wokalne sample nie wyróżniają się na tyle, by rozpoznać w nich jego wczesne brzmienie. Mamy tu raczej artefakt z przeszłości, hip-hopowy mixtape z lat dziewięćdziesiątych o dziwnej strukturze, który swego czasu pewnie odnalazłby się obok tak pamiętnego dzieła jak "The Dirtchamber Sessions Volume One" The Prodigy.


Po stopniowo publikowanych żywych rejestracjach z trasy promującej album "re:member", można było się spodziewać nadchodzącego koncertowego wydawnictwa od Ólafura Arnaldsa. I faktycznie: sześć utworów, pół godziny muzyki, więc może niekoniecznie pełen album, ale też i znacznie więcej niż ciekawostka dla fanów. "re:visions (live)" to w istocie przyjemniejsze doświadczenie niż studyjne i zazwyczaj lekko przeprodukowane albumy Arnaldsa. Jest to całość krótsza, cieplejsza i bardziej przestrzenna. Praktycznie nie słychać tu publiczności, choć wyczuwalna jest silnie intymna otoczka, utrzymująca wzorcową spójność pomimo kompozycji zarejestrowanych w sześciu różnych europejskich miastach.


[Wojciech Nowacki]