17 stycznia 2020

Pierwszy posłuch 17.01.20


"UR FUN", zwłaszcza w porównaniu z wcześniejszymi, psychodelicznie wyrafinowanymi tytułami of Montreal, przynosi dokładnie to, co obiecuje. Wokale Kevina Barnesa są tu entuzjastycznie przebojowe, ale czai się w nich też lekko niepokojąca histeria, teksty bowiem, choć bywają beztroskie, to w wulgarny raczej sposób. Charakterystyczny i bezkompromisowy zmysł obserwacji dosadnie analizuje świat seksu, ale i poniekąd polityki, u progu nowych lat dwudziestych, opakowując jego jasne i ciemne strony w zwodnicze barwy lat osiemdziesiątych. Choć jednak album ten prostszy jest od atrakcyjnie artystowskiego "White Is Relic / Irrealis Mood" to prawdziwy przebój znajdziemy na nim tylko jeden ("Polyaneurism").


Po euforyczne spełnienie należy koniecznie i niespodziewane sięgnąć zaś po nową płytę Holy Fuck. Nie, nie są to przeboje, lecz szarlatańsko zręczny miks elektroniki oraz rockowego instrumentarium. Hipnotyczną satysfakcję identycznie płynącą zarówno z noise'u, jak i z klubowej rytmiki, na "Deleter" spleciono w ściśle kontrolowaną emocjonalność. W podobny deseń do dokonań Elektro Guzzi, znacznie lepiej niż Battles, z pomysłowością dzięki której znakomicie odpalający album "Luxe" pomimo udziału Alexisa Taylora wcale nie brzmi jak Hot Chip. Świetna, niedługa i intensywna płyta, skrojona jakby w ostatecznym uzasadnieniu eksklamacji z nazwy formacji.


Głęboką fascynację pewnych środowisk grupą Algiers potrafię zrozumieć, ale jej konfrontacji z rzeczywistością już nie. Trzecia ich płyta "There Is No Year" nadal nurza się w swojej intensywności i samookreślonej ważności. Sloganowy śpiew stale przytłacza na pierwszym planie, zagęszczona do granic rozpoznawalności muzyka zaś ciągle tkwi w skompresowanym tle. Przekaz Algiers jest istotny, tu nie ma wątpliwości, ale jako rzecz przeznaczona do słuchania raczej niż do drukowania w politycznych manifestach nie zachwyca gdy pędzi, nudzi zaś gdy zwalnia. Zespół pozostaje więc wielką ideą atrakcyjną tylko na papierze.


Zaskoczeń w statusie grupy nie przynosi też nowa płyta Bombay Bicycle Club. To jedna z tych grup, które tkwią gdzieś na obrzeżach świadomości, choć nie do końca wiadomo z jakiego powodu. Bo grywają na festiwalach? A może mieli piosenkę w reklamie? Jakąś charakterystyczną okładkę? Zagadki oczywistej znajomości ich nazwy nie wyjaśni "Everything Else Has Gone Wrong", lecz uczciwie przyznać trzeba, że jest to całkiem sympatyczny album, tkwiący gdzieś w popowo indie-rockowym standardzie, ale i w beachboysowy niemal sposób grzejący się w cieple lat sześćdziesiątych.


[Wojciech Nowacki]