31 stycznia 2020

Pierwszy posłuch 31.01.20


Na epce "Laughing Gas" niby wszystko jest tak samo jak na lekko niedocenianym i niesłusznie zapomnianym, ale i faktycznie niewiele nowego wnoszącym albumie "Indigo" Wild Nothing. Jednocześnie jednak ta niezobowiązująca i zwięzła całość prezentuje się bardziej awanturniczo, oferuje muzykę dość wielowarstwową i całkiem złożoną, przynosząc w efekcie porywający i niespodziewanie intensywny pop. W temacie flirtowania z porządnie wyprodukowaną syntetycznie gitarową muzyką lat osiemdziesiątych przebija w ten sposób przereklamowanych Tame Impala, choć szczególnie pamiętnych przebojów również nie przynosi. Może wydawać się zatem niepotrzebną, lecz pokazuje też dlaczego by nie wydawać rzeczy dla czystej radości ich słuchania.


Poliça to formacja pozornie intelektualnie atrakcyjna, ale zasługująca na sporą dozę nieufności od kiedy wokalistka obwieściła, że nazwa grupy pochodzić ma z języka polskiego. Album "When We Stay Alive" zapowiadał się jednak znakomicie wraz z pierwszym singlem "Driving", niezmiernie wciągającym i antyprzebojowym, opartym na hipnotycznym, zapętlonym dronie. Podobnie jednak jak wokal wahający się między beztrosko cukierkowym a podskórnie skrzywdzonym, płyta ta nie może się zdecydować między naprawdę atrakcyjnym eksperymentem a dość banalną piosenkowością. W najlepszych momentach brzmi niczym zniekształcony złogami współczesności trip-hop, szkoda więc, że okazuje się całością rozczarowująco nierówną.


Okoliczność wydania nowej płyty Jamesa Harriesa, Brytyjczyka od lat mieszkającego i silnie zadomowionego w czeskiej Pradze, w dzień finalizacji boleśnie przeciąganego brexitu jest analogią zbyt kuszącą do pominięcia. Chodzi bowiem o podobne niezdecydowanie. Jeśli więc poprzedni jego album "Until The Sky Bends Down" przynosił niezmiernie stylowy, ponadczasowo klasyczny i momentami wręcz epicki pop, to "Superstition" stara się pokazać i trochę elektroniki, i trochę niby współczesnego r'n'b, i trochę soundtracku Disneya. Dość chaotycznemu niezdecydowaniu nie pomaga brak wyraźniejszych melodii, płyta jest jednak dość krótką, można więc ją potraktować jako chwilowy przejaw poszukiwania.


Z jakiegoś powodu dopiero teraz w serwisach streamingowych pojawił się album "I Made A Place", pierwotnie wydany jesienią zeszłego roku. Bonnie "Prince" Billy niby wydaje płyty z podejrzaną częstotliwością, ale emocjonalność tej najnowszej jest autentycznie rozdzierająca. Mówimy tutaj bowiem o takiej Ameryce, która jest nie tylko mi najbliższa, ale jest i najprawdziwsza, tak odmienna od popkulturowych wyobrażeń. Ameryka farmerska, małomiasteczkowa, owszem, również głęboko religijna, ale w ciepły i goszczący sposób. Nostalgia tego albumu jest wręcz nieznośna, lecz tak działają ważne płyty. Ta akurat uświadamia, że każde miejsce można uczynić swoim własnym jeśli tylko towarzyszą mu serdeczni ludzie.


[Wojciech Nowacki]