14 lutego 2020

Pierwszy posłuch 14.02.20


Całkiem możliwe, że żyjemy w czasach tak silnie podsyconych technologicznym postępem, otwartością zastosowań i rozbudowanym spektrum możliwych rozwiązań, że faktycznie produkcja staje się największą wartością współczesnej muzyki. Bo imponującym być przecież musi jak dobrze i umiejętnie się ktoś orientuje zarówno w nowatorstwie, jak i w jego implementowaniu do tradycyjnych dokonań. Tame Impala nie zachwyca bowiem ani pieśniopisarstwem, ani zlewającymi się ze sobą kompozycjami, "The Slow Rush" to przede wszystkim rzemieślnicza próba powtórzenia sukcesu poprzedniej płyty i sprzedaży zwyczajowej współczesnej elektroniki pod płaszczykiem niby z rocka się wywodzącej psychodelii. Być może zyska z czasem, być może jednak ulegniemy naciskowi zbyt silnej sugestii.


Pełen szacunek dla The Men. Ta niepozorna grupa podtrzymuje witalność klasycznie rockowej muzyki, nie zapominając jednocześnie o potrzebie ciągłego rewitalizowania własnego brzmienia. W ich intensywnej dyskografii znajdziemy albumy post-punkowo noisowe, po amerykańsku piosenkowe, dziwnie eksperymentujące czy punkowo zwięzłe i zadziorne. "Mercy" sugerowało powrót do eksperymentowania, lecz okazuje się płytą ponadczasową, ale i świeżo rockową. Siedem zwięzłych kompozycji, w tym i jedna rozkosznie dziesięciominutowa, gitarowe solówki, klasyczne rozwiązania, echa radiowego country, rzecz brzmi zwięźle, rześko i tak potrzebnie dziś bezpretensjonalnie.


Emika jak w wahadełku, raz elektronicznie, raz klasycznie, powraca do swego pianistycznego wcielenia wraz z kontynuacją płyty "Klavírní". Zapowiedzi sugerowały elektronicznie modyfikacje klasycznego instrumentarium, a więc swego rodzaju fuzję jak dotąd zasadniczo odrębnych brzmień Emiki, nowa płyta jednak zdecydowanie podtrzymuje minimalistyczną dźwięczność pianina. "Klavírni temná" jest dość niezręczna w swym czeskojęzycznym tytule, choć pokazuje subtelny rozwój Emiki jako pianistki. Melodie nadal są skromne i repetytywne, lecz odrobinę odważniejsze w swych melodycznych rozwiązaniach. Szkicowość materiału pozostaje, ale jego materia pozostaje atrakcyjnie zwiewną.


Ileż to już imponująco brzmiących albumów za nami? Jazzpospolita zasługuje na przynajmniej kosmetyczne zmiany, zwłaszcza, że dwie ostatnie płyty, aczkolwiek udane, specjalnie w pamięci się nie zapisały. "Przypływ" kładzie mniejszy nacisk na emocjonalnie zadziorne melodie, skupia się za to na teksturach kompozycji. Ma więc sens okładka płyty. Dźwięki wymykają się tym razem brzmieniom zarówno jednoznacznie jazzowym, jak i post-rockowym, wydają się złudnie jednorodne, ale wyłania się z nich nieoczywista struktura, pozornie prowadzona pianinem, lecz w istocie klasycznym rockowym triem gitara-bas-perkusja. W efekcie nabieramy pewności jak dobrze muzyka ta prezentować się będzie na żywo.


[Wojciech Nowacki]