29 marca 2020

Pierwszy posłuch 27.03.20


Za wcześnie na werdykt, lecz jedna rzecz po pierwszym posłuchu jest pewna. "Gigaton" jest znacznie lepszy od nieszczęsnego "Lightning Bolt", jedynej płyty Pearl Jam, o której wspomnienie nie mówi mi nic. Owszem, jest tu i melodyka, i forma wokalna Veddera charakterystyczna raczej właśnie dla tych późnych albumów zespołu, ale i dawna, eksperymentalna zadziorność bliższa najlepszym czasom "Yield". Jest intensywnie, dzieje się tu wiele, nawet ballady są znów bardziej hipnotyczne niż ckliwe. Najlepsze momenty to jednak te, gdy pojawiają elementy dla grupy o trzydziestoletniej historii całkowicie nowe.


Wznowienie debiutanckiej epki "Blood Bank" przypomina nam o takim Bon Iver, jakiego dziś już brakuje. Zręczny, współczesny folk, dźwięczny, ale jeszcze nie pretensjonalny, bez niefortunnych eksperymentów, które później sprowadziły tą muzykę do czystej, lecz zagmatwanej formy. Choć zbyt wiara duża wiara we własne możliwości wokalne oraz w talent do domniemanej awangardy pojawiły się już tutaj, czego przykładem jest praktycznie niesłuchalne "Woods". Rocznicowe wykonania koncertowe pokazują jednak czym mógłby być Bon Iver trzymający się pierwotnego brzmienia.


Z każdą płytą Little Dragon pojawia się nadzieja na ostateczne zyskanie należnego im miejsca, tego, którego przebłysk pojawił się zbyt wcześnie na znakomitym "Machine Dreams" oraz w "Empire Ants", jedynym wartym pamiętania fragmencie dziwnie dziś przecenianego "Plastic Beach" Gorillaz. Szósty już album jest mniej kanciasty od inspirowanymi latami dziewięćdziesiątymi poprzednika, przynosi też więcej przestrzennej abstrakcji, do której grupa zawsze miała ciągoty, ale choć "New Me, Same Us" jest ich debiutem w barwach legendarnego wydawnictwa Ninja Tune, to, nomen omen, nowym otwarciem jednak nie jest.


Zapowiedzi były co najmniej intrygujące. "Aporia", którą Sufjan Stevens nagrał ze swym ojczymem Lowellem Bramsem, współbohaterem ostatniej standardowej jego płyty, mogła być pejzażem rozciągającym się pomiędzy Boards Of Canada a Com Truise, odmalowanym jednak przy pomocy tradycyjnego pieśniopisarstwa. Ostatecznie bliżej ma do instrumentalnych fragmentów M83 oraz do ścieżki dźwiękowej do okładek "Strażnicy". Dla regularnych fanów Stevensa pozostanie tylko ciekawostką, choć gdy w "The Runaround" w końcu pojawia się jego wokal, odsłania cały swój magiczny potencjał.


W natłoku nowości nowy album Nicolasa Jaara wydany pod jego własnym imieniem i nazwiskiem może okazać się rzeczą łatwą do przeoczenia, zwłaszcza w obliczu wyodrębnienia jego efektownie klubowego wcielenia pod szyldem Against All Logic. "Cenizas" przypomina o zadymionych przerywnikach dających chwile wytchnienia podczas jego intensywnych koncertów. Teatralna wręcz intymność łączy się tu z pierwszoligowym dźwiękowym designem, minimalizm dynamiki tonowany jest zaś wykorzystaniem takich instrumentów jak saksofon i pianino.


A jednak. Dirty Projectors, formacja od samych swych początków dysponująca charakterystycznie autorskim stylem, stała się z czasem praktycznie solowym projektem, następnie powróciła do bliższych sobie brzmień, by odrodzić się wraz ze skompletowaniem nowego składu. Świetny i opatrzony nostalgicznie nowojorskim teledyskiem "Overlord" miał tylko prezentować odnowione oblicze grupy, podążyła za nim jednak epka "Windows Open" urokliwie niezobowiązująca, skromna i efektowna zarazem, przywracająca też wreszcie silny żeński pierwistek.


[Wojciech Nowacki]