8 marca 2020

Pierwszy posłuch 6.03.20


Anna Calvi albumami nas nie rozpieszcza, po znakomitej płycie "Hunter" chętnie więc przyjmiemy i wariację na jej temat, nawet jeśli jest to rzecz raczej do już oddanych fanów. "Hunted" to wczesne dema, które dały początek tak wyczekiwanej trzeciej płycie, ale też zachowały pierwotną, nieokrzesaną jakość, stąd powrót do nich z towarzyszeniem paru zaproszonych gości. Jest zdecydowanie przestrzenniej niż na "Hunter", prościej nie znaczy w tym wypadku surowiej. Alchemiczne kulisy Calvi okazują się całkiem fascynujące, zwłaszcza sprowadzone do podstawowego napięcia między jej głosem a gitarą. Goście natomiast bynajmniej nie przytłaczają, delikatnie tylko dodają głębi, choć tak jednoznacznej męskości jak w kolaboracji z wokalistą Idles jeszcze u Anny Calvi nie było.


Dzwoneczki na sam początek i już wiemy, że to Pantha Du Prince, twórca wyśmienitego "Black Noise", czyli jednej z najlepszych elektronicznych płyt dwóch pierwszych dekad tego wieku. "Conference Of Trees" płynie jednak dalej, porzuca wokale ze średnio udanego "The Triad", za to implementuje i smyczki, i bardziej naturalne perkusjonalia, brzmiąc znacznie bardziej niż dotąd organicznie i cieplej niż na dwóch ostatnich albumach. Klubowa rytmika pojawia się tu dopiero po dłuższym czasie i jest tylko jednym ze środków odmalowania ambientowej w duchu całości. Łatwo sobie wyobrazić, że to ścieżka dźwiękowa do gry ze studia Amanita Design! Do długiego odkrywania.


Trupa Trupa jest popularna, format epki już niekoniecznie. Wydanie "I'll Find" jest więc znakomitym posunięciem, poniekąd też klamrą spinającą dzieje zespołu od czasów "zapomnianej" epki debiutanckiej. Mamy oto dziełko autonomiczne, pewne siebie, w ciągu zaledwie kilkunastu minut łączące w sobie to, co w muzyce grupy jest już znane (repetytywna prostota "End Of The Line", bajeczna motoryka utworu tytułowego), ale też paradoksalnie i znacznie więcej przestrzeni (kojąco hipnotyczny "Fitzcarraldo" i w duchu The Flaming Lips melodyjnie psychodelizujące "Invisible Door").


"Traditional Techniques" to dopiero czwarty solowy album, który Stephen Malkmus wydał po zakończeniu działalności Pavement, formacji kultowej, choć niekoniecznie u nas. Klasycznie indie-rockową drogę kontynuuje bowiem całkiem zapamiętale pod szyldem Stephen Malkmus & The Jicks, płyty podpisywane tylko jego imieniem i nazwiskiem wydają się zaś bardziej rozglądać na boki. Ta najnowsza przynosi zaskakująco przestrzenną interpretację psychodelicznego folku lat sześćdziesiątych, bliższą bardziej Jefferson Airplane niż wczesnemu Pink Floyd, ze zręcznie bowiem wplecioną typowo amerykańską melodyką wywodzącą się z country.


Coals pełni są kontrastów, z jednej strony węglowa nazwa, z drugiej dopracowany synth-popowy wizerunek, z kolejnej zaś sama muzyka, która w pierwszym momencie zdaje się potwierdzać ten kierunek, choć "docusoap" popową płytą nie jest. Większy nacisk położony jest na kreowanie atmosfery niż na melodie, dźwięki pełne są dysonansów i załamań, duet więc znacznie bliżej niż do dream-popu ma do liźniętej hiphopowym bitem abstrakcyjnej elektroniki spod znaku Nosaj Thing czy Lorn. Cieszy więc popularność Coals, smuci zaś spadająca dziś możliwość promocji koncertowej.


Na niemal instytucję czeskiej popularnej alternatywy wyrośli już Zrní. Do tego stopnia, że po płycie "Nebeský klid" wiadomo było czego można się mniej więcej spodziewać. Owszem, zaskakuje jeszcze silniejsze niż dotąd akcentowanie elektroniki, nowością są chyba ślady niemal post-punkowe, ale to nadal ta typowa dla czeskiej muzyki kolażowość, która nie popada w chłodne eksperymentowanie, ale w ciepłą i z folku się wywodzącą melodyjność. Przy zachowaniu oczywiście odpowiedniej skali mieści się gdzieś pomiędzy Bon Iver a Radiohead.


[Wojciech Nowacki]