21 kwietnia 2020

Pierwszy posłuch 17.04.20


Kontakt z nowym albumem Fiony Apple może dość solidnie onieśmielać. Z jednej strony z miejsca się pojawiające dziesiątkowe recenzje, z drugiej zaś sugerujące pewną podniosłość wydawanie płyt w wieloletnich odstępach. Darzę wielkim szacunkiem artystów nieczujących potrzeby tkwienia w ciągłym cyklu wydawniczym, ale jest też pewna nieufność względem bezkrytycznego przyjmowania tak oszczędnie pojawiającej się muzyki. "Fetch The Bolt Cutters" jest płytą, która absolutnie nie nadaje się to pobieżnego przesłuchania, więc żadne natychmiastowe odpowiedzi tu nie padną. Jest ewidentnie przemyślana, pełna treści, lecz zaczepna nie tylko w słowach, ale i w silnie zrytmizowanych dźwiękach.


Katarzia jak mało kto łączy wrażliwą emocjonalność, nieskrępowaną cielesność i wielkomiejskie rozintelektualizowanie. Tkwi w praskiej kwarantannie, niezwykle szczerze konfrontuje się z izolacją i choć śpiewa, że "Samota mi nevadí" to właśnie wydaje swój czwarty już album, którego nie ma szans koncertowo promować. "Celibát" kolejny już raz okazuje się być zarówno płytą silnie autorską, jak i czerpiącą z naturalnego talentu do wyczuwania tego, co dzieje się w muzyce i jak otaczać się współpracownikami. Nic nie stoi na przeszkodzie do tego, by Katarzia była naszą wspólną środkowoeuropejską dumą, bo posłuchajcie tylko jak rozkosznie śpiewnym jest język słowacki.


Debiut duetu Tęskno był jedną z najciekawszych polskich płyt paru ostatnich lat i nadal mam nadzieję napisać jeszcze o niej parę ciepłych słów. Tymczasem jednak, czas płynie i właśnie wydany drugi już album jest na swój sposób i powtórnym debiutem, "Tęskno" jest bowiem dziełem solowym. Jest tu mniej lekko nerwowego rozedrgania, jeszcze więcej natomiast poczucia ukojenia i chęci dzielenia się nim. Płyta jest ilustracyjna i piosenkowa zarazem, i choć na papierze łączenie smyczków z bardzo subtelną elektroniką nie musi prezentować się dziś szczególnie nowatorsko, to potrzeba szczególnego rodzaju wrażliwości, żeby zaowocowało tak stylowym efektem.


Thom Yorke - wiadomo, Jonny Greenwood ma swoje ścieżki dźwiękowe, klasyczne ciągoty, współpracę ze śp. Pendereckim, w zespole zaś swego brata Colina, ba, nawet perkusista Phil Selway ma na swym koncie już trzy płyty solowe. Ed O'Brien może więc wydawać się tym "zapomnianym" członkiem Radiohead, ale warto pamiętać, że i na koncertach często wspomaga Yorke'a wokalnie, czas więc najwyższy na samodzielne spełnienie. Warto odrzucić wszelkie porównania z Radiohead, choć na "Earth" znajdziemy znane nam twórcze eksperymentowanie. Muzyka EOB nie ma tej charakterystycznej nerwowości, jest zrelaksowana, nieinwazyjnie pomysłowa, niesiona przyjemnie zwyczajnie brzmiącym wokalem i ponadczasowym prześlizgiwaniem się po i rockowych, i elektronicznych tradycjach.


Koncerty akustyczne są często objawem komfortowej starości uznanych wykonawców, ale w czasach pozbawionych całkowicie żywej muzyki każdy jej przejaw powinien być witany z nostalgiczną radością. Zwlaszcza, że "Live At The Ritz: An Acoustic Performance" daleko ma zarówno do odświętnej celebracji a'la MTV Unplugged, jak i do wcześniejszych, całkiem bombastycznych koncertowych albumów Elbow. Jakimś cudem udało się wykreować tutaj atmosferę niemal pubowego koncertu, intymną, ale i rubaszną zarazem, na wskroś brytyjską i mimo klasycznej podniosłości kompozycji Elbow najlepiej pasującą do kufla piwa w ręce.


[Wojciech Nowacki]