10 maja 2020

Pierwszy posłuch 8.05.20


I Break Horses wydaje się być projektem dla alternatywnych koneserów, istniejącym w świadomości dość wąskich kręgów, lecz (być może właśnie dlatego) reakcje krytyki na nowy album są całkiem entuzjastyczne. Nic dziwnego, na następcę "Chiaroscuro" czekać musieliśmy aż siedem lat, groźba osunięcia się w zapomnienie była zatem całkiem realna. Upraszczając, powiedzieć można, że "Warnings" to rzecz przede wszystkim dla stęsknionych za Beach House, ale z odważniejszym manipulowaniem dynamiką i flirtowaniem z elektronicznym synth-popem.


Czyszczenia szuflad ciąg dalszy. Dema, rarytasy, pełno koncertówek, każdego tygodnia najróżniejsi wykonawcy rozpieszczają nas pandemicznymi prezentami, czasem nawet i za darmo, czasem na jakiś szczytny cel, czasem ot tak, po prostu. Zola Jesus wydała dość tradycyjny album koncertowy "Live At Roadburn 2018", który choć może nie oddaje w pełni jej szalonej, żywej energii, ale w ramach zgrabnej i spójnej całości przypomina o całkiem sporej ilości popowych piosenek w jej repertuarze. A przy okazji pozwala sprawdzić, jak radzi sobie w specyficznie festiwalowych warunkach.


Komu Mark Lanegan kojarzy się z noirowym, rockowym bardem, zasadniczo nie jest w błędzie, ale komu nie straszny skok w jego onieśmielająco obszerną dyskografię, temu "Straight Songs Of Sorrow" przynieść może przyjemne zaskoczenie. Lanegan swobodnie żongluje stylistykami, gra ze strukturą piosenek, wokalnie mieszcząc się gdzieś pomiędzy Iggym Popem a Leonardem Cohenem. Niemal coroczne wydawanie kolejnych płyt odsłania jednak w pewnym momencie lekką szkicowość materiału, zwłaszcza w połączeniu ze wspieraniem się perkusyjnym automatem.


Niespodziewanie udany debiut! Hayley Williams pozornie wyłoniła się znikąd, ale jej debiutancki album "Petals For Armor" zaskakuje dojrzałą i złożoną wizją, absolutnie niepozbawioną zapraszającej lekkości. Słychać tu zarówno współczesne, kobiece indie spod znaku Warpaint czy Sharon Van Etten, jak i radiowy pop-rock lat dziewięćdziesiątych w stylu Suzanne Vegi i Sheryl Crow, a do tego jeszcze migotliwe lata osiemdziesiąte gdzieś spomiędzy młodej Madonny i Whitney Houston. Ale, ale, Hayley debiutantką nie jest, mówimy bowiem o wokalistce średnio się kojarzącego pop-rockowego zespołu Paramore. Co tylko częściowo wyjaśnia artystyczny sukces tejże płyty.


[Wojciech Nowacki]