29 września 2019


Początek "In Cauda Venenum" jest zaskakująco obiecujący. Niemal ambientowy puls i bliskie nagraniom terenowym tajemnicze sample bardzo szybko jednak ustępują typowej kawalkadzie gitar, topornym riffom i dość rachitycznej melodyce a'la prog-rock klasy B z lat siedemdziesiątych. Co na albumie (nomen omen) "Heritage" brzmiało zaskakująco świeżo, problem w tym, że od tego czasu Opeth tylko powtarza tą samą nudnawą już formułę. Spośród późniejszych płyt ta najnowsza faktycznie prezentuje się najlepiej, Szwedzi wreszcie też porzucili płaską produkcję stylizowaną na ich ulubioną dekadę, lecz poza może wersją albumu śpiewaną w ich macierzystym języku nie ma specjalnych powodów by koniecznie po niego sięgnąć.


Tegoroczna ofensywa wydawnictwa Sacred Bones była jak dotąd wyjątkowo surowa, sięgając od noise'u popowego Blanck Mass po industrialny Pharmakon. Tymczasem u progu jesieni ukazała się płyta, która spokojnie mogłaby uchodzić za idealny letni album i staje się jednym z przyjemniejszych zaskoczeń tego roku. Moon Duo jeśli było już z czymś kojarzone to z psychodelią raczej w alt-rockowej odsłonie. Śmietanowe wokale i syntezatory tworzą ze "Stars Are The Light" całość hipnotyczną, ale i nienachalnie chwytliwą, niepozbawioną zwiewnie przebojowego charakteru. W najbardziej popowych momentach mieści się gdzieś pomiędzy niepozbawionymi siły Starfucker a radośniejszą wersją Beach House, ale przeplatająca się przez ten zwięzły album pustynna gitara subtelnie przypomina o jego psychodelicznie rockowych korzeniach.


Cieszy powrót Bad Light District, zwłaszcza, że ich "Science Of Dreams" było chyba jedną z najbardziej niedocenianych polskich płyt ostatnich paru lat. "Lucky Blood Moon" nie ogląda się na poprzednika i zdecydowanie stawia na swoje własne brzmienie, szkoda jednak, że trochę zapożyczone. Popularna dziś nostalgia za latami osiemdziesiątymi jest tutaj oczywista i niemal netflixowa w stylu, bliżej jednak niż do neonowego synth-popu "Stranger Things" ma do post-punkowej surowości "DARK". Album pełen jest pomysłów i melodii, lecz by w pełni wydobyć te najbardziej udane przydałoby mu się odchudzenie o jakieś dziesięć, piętnaście minut.


Pianistka Vanessa Wagner zachwyciła wspólną z Murcofem płytą "Statea", w tym roku zaś wydała już swój własny album "Inland", dalej eksplorujący możliwości reinterpretacji klasyków minimalizmu. Zaskakująco, remiksowe "Inland Versions" okazuje się być w pełni autonomicznym i jeszcze lepszym wydawnictwem, należy bowiem do tych płyt, które unaoczniają bajeczną bliskość muzyki klasycznej i eksperymentalnej elektroniki. Wszystkie remiksy prezentują się imponująco, ale szczególnie przyciąga maszynowo repetytywny Vladislav Delay oraz GAS fantastycznie łączący analogowy, post-klubowy, pulsujący ambient z motorycznymi dźwiękami pianina.


[Wojciech Nowacki]

24 września 2019


Pamiętacie jeszcze ogłoszenie zakończenia działalności Efterklang? Warto pamiętać też ten mały przypis mówiący o końcu zespołu "w dotychczasowej formie". Owszem, był i dramatyczny "ostatni koncert", ale później wydali jeszcze na płycie napisaną przez siebie operę, dwa albumy pod nowym szyldem Liima, teraz zaś powracają odmienieni wyłączenie macierzystymi wokalami. Zmiana jest to faktycznie dość istotna, język duński okazuje się być niezwykle malownicznym, jednocześnie zwodniczo bliskim angielszczyźnie. Eteryczna niezrozumiałość rodzi też naturalne skojarzenia z Sigur Rós, zwłaszcza, że "Altid Sammen" ma całkiem ambientową wymowę. Piosenki te pobieżnie wydawać się mogą art-popem dla dorosłych, lecz kreślone szurającą perkusją melancholijne pejzaże przypominają powrót z wielkiego miasta nad pochmurne wybrzeże i oferują całkiem sporo do dalszego odkrywania.


Jest to zresztą jedno w wielu niespodziewanych podobieństw do "DSVII". To również krajoznawczy lot nad nieznanym terenem, w tym wypadku nieco mniej rzeczywistym, tak samo też pozornie przemija w mglistej przyjemności, choć w istocie przynosi naprawdę sporo zaskakujących rozwiązań formalnych i instrumentalnych, które jeszcze długo będą się z wolna odsłaniać. Zwłaszcza dla słuchaczy kojarzących M83 bardziej z przebojowością "Hurry Up, We're Dreaming" czy nawet jego ostatnim i niedocenianym regularnym albumem "Junk". Najważniejsze jednak, że lekko zapomniana instrumentalna płyta "Digital Shades [Vol. I]" w końcu doczekała się oficjalnej kontynuacji.


Nils Frahm kontynuuje zaś i finalizuje trylogię epek dopełniającą jego przeceniany z kolei album "All Melody". Część pierwsza podtrzymywała najbardziej klasyczną sferę jego twórczości, druga wkraczała już w bardziej ambientowe rejony, "Encores 3" natomiast kończy u otwartego eksperymentatorstwa, w sposób, dodajmy, niezmiernie satysfakcjonujący. Wciągające, dwunastominutowe "All Armed" z miejsca zapisuje się w panteonie najlepszych kompozycji Frahma a "All Encores", nadchodzące zbiorcze, kompaktowe wydanie tychże winylowych epek, już teraz można zaliczyć do jego najlepszych wydawnictw. Kolejny dowód na to, że Nils Frahm najpełniej się realizuje w krótszych, kompilacyjnych czy też kolaboracyjnych formach i nie potrzebuje tradycyjnych płyt długogrających do utrzymania miana jednego z najważniejszych artystów dzisiejszej doby.


[Wojciech Nowacki]

19 września 2019


THE FLAMING LIPS King's Mouth, [2019] Warner || W pierwszym odruchu chciałem winić sposób wydania "King's Mouth" za niedostatek uwagi, który wydaje się trapić nowy album The Flaming Lips. Płyta ukazała się najpierw wyłącznie w limitowanej winylowej formie w kwietniu z okazji nieszczęsnego Record Store Day. Z miejsca oczywiście pojawiły się recenzje, całkiem zresztą entuzjastyczne, dotyczyły jednak wydawnictwa, które mało kto miał szansę usłyszeć. Gdy więc "King's Mouth" ukazał się w końcu aż w lipcu w powszechnej dystrybucji krytyka nie miała już powodu do okazania nim zainteresowania. Przynajmniej dostaliśmy tytuł, który na zawsze mógł zostać niedostępnym i limitowanym, lecz to rozproszone wydanie z pewnością odbiera pewnym płytom należną uwagę.

Po namyśle jednak "King's Mouth" na specjalną uwagę nie zasługuje, będąc najbledszym dokonaniem w dość już przecież nierównej późnej dyskografii The Flaming Lips. Mglista hipnotyczność okazuje się być rozwleczoną nudą, kompozycje ciągną się pozbawionym dynamiki tempem, Conye niespiesznie wyśpiewuje słowa, które brzmią jak wielokrotnie już wyśpiewane ("The Sparrow"), muzyka zaś wydaje się być wyblakłą kalką typowych motywów The Flaming Lips. Sięgających jednak tylko do na wzór "Yoshimi Battles The Pink Robots" infantylno-bajkowej strony ich twórczości. Niestety, rzecz mająca potencjał bycia alternatywną ścieżką dźwiękową do "Adventure Time" zawodzi nie tylko pod względem kompozycji, ale też produkcji.


Niewiele raczej wnosząca narracja Micka Jonesa z The Clash to największy dźwiękowy eksperyment na "King's Mouth", płyta brzmi zaskakująco surowo i oszczędnie, sprawiając wrażenie niedokończonego półproduktu. Pośredniczony słuchawkami bardziej intymny kontakt odsłania poutykane w tle produkcyjne ciekawostki, mało co jednak do takiego kontaktu zachęca. Słów full of joy joy joy joy nie można odebrać inaczej jak wymuszone i ironiczne. Ślady ciekawszej zabawy pojawiają się dopiero wraz ze śmiercią tytułowego króla w drugiej połowie płyty, jakby na potwierdzenie tego, że The Flaming Lips bardziej komfortowo czują się jednak z mroczniejszymi tematami. W niby niepozornym "Feedaloodum Beedle Dot" wreszcie pojawia się większa dynamika, lekki niepokój, jakiś wewnętrzny rozwój krótkiej kompozycji, którą prowadzi morbidno-ekstatyczny zaśpiew atrakcyjnie przepleciony z narracją Jonesa.

"King's Mouth" daleki jest jednak od frenatycznie narastającej grozy "Embryonic" czy choćby zaskakująco przyjemnie melodyjnej melancholii "Oczy Mlody". Ba, nawet snująca się beznadzieja "The Terror" wydaje się dziś bardziej pamiętna i charakterystyczna od tego albumu, który przemijać zaczął już w chwili wydania. 5/10 [Wojciech Nowacki]

14 września 2019


"Days Of The Bagnold Summer" oferuje sporą swobodę w przyjmowaniu perspektywy. Od naszych tylko oczekiwań zależy, czy uznać tą płytę za w miarę regularny album Belle And Sebastian, czy też wyłącznie za poboczną ścieżkę dźwiękową do tytułowego filmu. Szkoci rezygnują z zabawy tanecznymi rytmami z "Girls In Peacetime Want To Dance" i powracają do klasycznie melancholijnego, lecz skąpanego w ciepłym świetle brzmienia. Nowością są jednak fragmenty instrumentalne, bynajmniej nie czysto ilustracyjne, ale i zachowujące bogatą piosenkową strukturę. Łatwo ten album zignorować, ale jeszcze łatwiej się go słucha.


Kto zwrócił uwagę na Jenny Hval przy okazji jej supportowania The xx, lecz jej ówczesny album "Blood Bitch" odebrał jako zbyt chaotyczny i, jako niemal dosłownie skąpany w menstruacyjnej krwi, niezbyt apetyczny, absolutnie powinien dać szansę jej płycie "The Practice Of Love". Widoczne jest przesunięcie akcentów w stronę kruchej emocjonalności, bardziej delikatna stała się również muzyka, skupiona, lecz wielowarstwowa, jeszcze niekoniecznie popowa, lecz już z niebanalną przebojowością.


W niemalże tej samej kategorii, którą najprościej chyba nazwać bajkami dla dorosłych, przynajmniej od zjawiskowego i niedocenianego albumu "Mala" sprawdza się Devendra Banhart. Jego muzyka wydaje się wręcz słonecznie infantylna, beztrosko radosna, przynosi jednak opowiastki pełne genderowych wahnięć, przeplatających się języków i inspiracji sięgających od Południowej Ameryki po Daleki Wschód. "Ma" brzmieć może jak dźwięki z przeszłości, ale w istocie jest to poezja przyszłości, świata, w którym żadne kulturowe różnice nie mają już znaczenia.


Trupa Trupa raz zaszalała ze zwyczajowo intensywną, ale wyjątkowo dłuższą formą, w efekcie tytułowy utwór z płyty "Headache" był jedną z moich większych obsesji 2015 roku. Na kolejnych albumach brakuje podobnego punktu zaczepienia, najnowszy "Of The Sun" kontynuuje redukcję brzemienia do prostych i często całkiem satysfakcjonujących repetycji, choć w paru spośród tych krótkich kompozycji tkwi niespełniony potencjał do eskalacji, jakiegoś narracyjnego rozwoju. Zagadką pozostaje jednak pytanie, co się stało ze współpracą z Sub Popem, Trupa Trupa miała być przecież drugim polskim artystą wydającym album(?) w tymże labelu w tym roku.


[Wojciech Nowacki]

8 września 2019


Wreszcie. Bat For Lashes pokonała twórczy i energetyczny marazm dwóch ostatnich albumów i wydała taką płytę, o której potencjał ją podejrzewaliśmy. Bez wydumanych konceptów, bez prześpiewania, miejscami wręcz instrumentalnie, syntetycznie, ale i niezwykle przestrzennie. "Lost Girls" osadzone jest silnie w latach osiemdziesiątych, lecz gustownie i nowocześnie, do tego licząc jedynie dziesięć utworów jest płytą chwalebnie krótką, czyli odświeżającym odstępstwem od normy dzisiejszych czasów. Przeboje niekoniecznie są tu oczywiste, ale art-popowe spotkanie Kate Bush i Patti Smith ze wczesną Madonną i Kylie Minogue sprawdza się bardzo dobrze.


"Zaginiony" album Milesa Davisa bardziej przypomina zaginione ogniwo między klasycznie pojmowanym jazzem a tym, co dziś robi np. Flying Lotus. Na "Rubberband" słychać zalążki hip-hopu, odrobinę r'n'b, ale też całkiem sporo produkcyjnych i aranżacyjnych zabiegów prosto z lat osiemdziesiątych, brzmiących dziś równie muzealnie co telewizyjne reklamy z tamtej dekady. Jak za magicznym dotknięciem jednak wszystko poprawiają dźwięki trąbki, wspaniałego instrumentu, który zdecydowanie zasługuje na odebranie saksofonowi pierwszeństwa w kojarzeniu się z jazzem.



Trąbka znakomicie się odnajduje i na nowej płycie Iggy'ego Popa. Niby już o "Post Pop Depression" mówiło się jako o albumie idealnie kończącym jego muzyczną karierę, ale dlaczego właściwie jej nie kontynuować. Zwłaszcza jeśli "Free" wydaje się płytą powstałą z wielką lekkością i swobodą, dzisiejsze zaś, ponadgatunkowe wcielenie Popa pełno ma jeszcze pomysłów z pogranicza sztuk. Oraz humoru. W efekcie plasuje się pomiędzy późnym Leonardem Cohenem a muzycznie eksperymentującym Davidem Lynchem.


Na epce Death Cab For Cutie znajduje się utwór "Kids in '99" i wydaje się, że dla dzisiejszych trzydziestoparolatków jest to odpowiedź na pytanie o źródło zadowolenia płynącego ze słuchania "The Blue". Wracamy więc do czasów, gdy alternatywny rock zaczął sięgać po produkcyjne zabiegi rodem z elektroniki, utrzymując jednocześnie eskalującą, gitarową zadziorność i beatlesowskie harmonie. Pytanie tylko czy to brzmienie z późnych lat dziewięćdziesiątych brzmi świeżo nadal czy znów?


Album Kindness uwodzi przede wszystkim swoją bezpretensjonalną zwyczajnością. Jak na płytę z pogranicza popu, r'n'b i niemal klasycznego disco "Something Like War" jest dość wstrzemięźliwe jeśli chodzi o szczególnie pamiętne melodie. Zręcznie jednak przepływają jedna w drugą, cieszą zarówno żywymi instrumentami, jak i house'ową rytmiką, nawet zaś gościnne wokale starają się nie epatować przesadną efektownością. Co jednak jest prawdziwie nadzwyczajnym, to sposób w jaki efektownie w całość wplecione zostały dęciaki, czyniąc ten album zaskakująco satysfakcjonującym.


[Wojciech Nowacki]