Pokazywanie postów oznaczonych etykietą koncert. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą koncert. Pokaż wszystkie posty

7 września 2015


AC/DC [25.07.2015], Stadion Narodowy, Warszawa || Pomimo faktu, że w ostatnich latach do Polski zdecydowało się przyjechać wielu z wykonawców światowej czołówki, koncert zespołu pokroju AC/DC nadal ma znamiona święta narodowego. Widać to było doskonale na kilka godzin przed rozpoczęciem występu. Ulice Warszawy zostały dosłownie zalane wiernymi miłośnikami muzyków z Antypodów. Spacerując po mieście spotkałem przynajmniej pięciu Brianów Johnsonów i nieokreśloną liczbę Angusów Youngów, i muszę przyznać, że to miłe uczucie kiedy mija się tak wielu uśmiechniętych i zadowolonych ludzi.

Szkoda tylko, że nie dopisały dwie rzeczy: pogoda i obiekt koncertowy. Właściwie pal licho pogodę. Ulewny deszcz ani nie wystraszył Polaków ani nie wpłynął negatywnie na ich nastroje. Każdy piorun był za to witany chóralnymi okrzykami radości – w końcu kojarzy się on z zespołem i mógł stanowić dobry prognostyk nadchodzącego występu. Gorzej z nagłośnieniem. Naprawdę nie wiem już czyja to wina, że większość koncertów na Stadionie Narodowym brzmi jak z kilkakrotnie przegrywanej kasety magnetofonowej. Nie może to być wyłącznie wina samego stadionu, bo na przykład koncert Coldplay nagłośniony był co najmniej przyzwoicie. Z kolei Metallica i AC/DC już zdecydowanie nie… Szkoda, bo Australijczycy dali po raz kolejny popis swojego profesjonalizmu.

I o ile można narzekać na odrobinę zbyt wystudiowane elementy przedstawienia, to przyznać muszę, że koncert był fantastyczny. Od "Rock Or Bust" zaserwowanego na początek, zaraz po wybrzmieniu ciekawego intro (asteroida AC/DC zmierzająca w stronę Ziemi), po nieśmiertelne "For Those About To Rock (We Salute You)". Coraz starsi (to widać!) muzycy ciągle dają z siebie wszystko a Angus Young, jak zwykle z szelmowskim uśmiechem na twarzy, tarzał się po scenie na tle wybuchającego konfetti. Wiem, że jest to może zbyt kiczowaty element rock'n'rolla, ale trudno, ja go uwielbiam.

Również Brian Johnson nie zawodzi w kwestii swoich zdolności wokalnych, tyle że właśnie jego słychać było na koncercie najgorzej. Do niższych trybun docierało jedynie sprzężone buczenie z którego tylko na upartego dawało się wyłowić poszczególne linie melodyczne, o ile oczywiście znało się na pamięć poszczególne utwory. Mam wrażenie, że w trakcie występu starano się problem naprawić, ale nagłośnienie wokalu do końca zawodziło najbardziej. Całość prezentowała się jak bootlegowe nagranie występu sprzed dwudziestu lat, a nie o to przecież chodzi, gdy człowiek wybiera się za duże pieniądze na koncert.

Dobrze przynajmniej, że zespół jest w naprawdę wielkiej formie. Wykonanie "Whole Lotta Rosie" z wielkim gumowym manekinem kobiety o pełnych kształtach w tle sceny było porywające. Nie zabrakło również obowiązkowych "Back In Black", "You Shook Me All Night Long" czy "Highway To Hell". Nie było za to "Jack", a szkoda. Kontaktu z publicznością mógłby za to pozazdrościć Angusowi KAŻDY aktywny muzyk sceniczny. Tym bardziej żałuję, że być może ostatni już koncert AC/DC w Polsce został popsuty przez tak przyziemne sprawy jak akustyka. Podsumowując, występ był udany, tylko technika znowu zawiodła. Z mocnym wskazaniem na "znowu". [Jakub Kozłowski]

9 marca 2015


JOSÉ GONZÁLEZ + ÓLÖF ARNALDS [4.03.2015], Lucerna Music Bar, Praha || José González skupiał się ostatnio na swojej macierzystej formacji Junip, ale właśnie powrócił z pierwszym po latach solowym albumem "Vestiges & Claws". Czy płyta przyniosła drastyczne zmiany albo odświeżenie formuły? Bynajmniej, nic z tych rzeczy, ale o tym być może niedługo przy okazji recenzji. Ważne, że González wyruszył z tej okazji w trasę koncertową, która oczywiście pomija Polskę (u nas dopiero na Open'erze), ale zawędrowała do Pragi. Tym lepiej, że jako support towarzyszy mu w tej trasie Ólöf Arnalds, na którą cieszyłem się chyba bardziej niż na główną gwiazdę totalnie wyprzedanego wieczoru.

Muzycy towarzyszący Gonzálezowi na scenie to moi zdecydowani faworyci w kategorii Najbardziej Bezużyteczny Zespół Świata. Naprawdę, było to fascynujące zjawisko do obserwowania. Dwóch perkusistów, z których jeden przez sporą część koncertu autentycznie przysypiał, razem wykonywali tyle pracy co pół porządnego perkusisty. Drugi gitarzysta okazał się niepotrzebny po tym, jak w środkowej części koncertu José González został na scenie sam i udowodnił, że i tak całe spektrum dźwięków gitary pochodzi z jego instrumentu. Plus klawiszowiec, który dotknął dosłownie jeden klawisz w jednej piosence, ok, pod koniec pokręcił trochę gałkami, ale głównie stał i pstrykał palcami. Nie twierdzę, że byli złymi muzykami, ale z pewnością fatalnie wykorzystanymi. Siedzieli na scenie dosłownie obłożeni instrumentami, przez większość czasu sprawiając wrażenie, że zaczną na nich grać za chwilę, przy czym ta chwila nigdy nie nadeszła. Zabawne, że w Junip Gonzálezowi towarzyszy dwóch muzyków a razem dysponują nieporównywalnie bogatszym brzmieniem.


Set faktycznie podzielony był na trzy części, pierwsza z zespołem, w drugiej sam González, w trzeciej znów z zespołem i z minimalnie większą werwą. Sporą część zajęły oczywiście piosenki z nowego albumu, otwierająca go "With The Ink Of A Ghost", chwytliwie typowe "Let It Carry You" czy singlowe "Leaf Off/The Cave". Dobrze zaprezentowały się starsze kompozycje "In Our Nature" i "Killing For Love", pojawił się i nowy cover Kylie Minogue, ale oczywiście najlepiej przyjęte było obowiązkowe "Heartbeats"... Najlepiej jednak wybrzmiało "Teardrop" Massive Attack oraz "Always" z repertuaru Junip, odrobinę zwolnione w stosunku do oryginału, ale i tak pokazujące siłę materiału tego tria. Koncert był stosunkowo drugi, w drugiej jego połowie zaczęła się wkradać lekka nuda, po części za sprawą nowych piosenek, głównie jednak dzięki dominującemu średniemu tempu wszystkich niemal kompozycji Gonzáleza. Ale oczywiście całość opierała się na jego lejącym się jak miód głosie i jakże charakterystycznej grze na gitarze, czyli składnikach przyswajalnych w każdych niemal ilościach.


Ólöf Arnalds obrała inną drogę. Zagrała na gitarze ledwie osiem piosenek, towarzyszył jej w tym tylko grający na basie Skúli Sverrisson, producent jej ostatniej, znakomitej płyty "Palme". Czas najwyższy, żeby Ólöf przestała być tylko kuzynką Ólafura i jedną z szeregu obleczonych w swetry muzyków z Islandii. "Palme" jest jej najbardziej kolaboracyjnym albumem, w swej elektro-indie-folkowej odsłonie dokonuje podobnego przesunięcia jak choćby ostatnio Wye Oak, sama zaś Ólöf Arnalds wydaje się doskonale zajmować miejsce opuszczone przez Joannę Newsom. Szkoda, że na żywo jej piosenki nie rozbrzmiały w zespołowej odsłonie, ale tym bardziej marzę o jej samodzielnym koncercie. Tymczasem "Turtledove" czy najbardziej przebojowe "Patience" wielkooka i roześmiana Ólöf zaprezentowała równie chwytliwie co na albumie. Pełna ciepła i uroku, przepełniona autentyczną radościa na scenie (mimo rozgadanego klubu oczekującego Gonzáleza), choć na moją chęć zabrania jej do domu i adoptowania zareagowała entuzjazmem, to zamiast tego sprezentowała mi CD "Pálma", czyli islandzkojęzyczną wersję albumu. José Gonzáleza możecie sobie zostawić na festiwale, ale jeśli Ólöf Arnalds pojawi się w Polsce na klubowych koncertach stawić się musicie koniecznie! [Wojciech Nowacki]

21 listopada 2014


HOW TO DRESS WELL [19.11.2014], Futurum, Praha || Obcowanie z muzyką na żywo i z płyty to całkowicie odmienne doświadczenia. Ta banalna prawda czasem jednak spada na nas jak grom z jasnego nieba i takim właśnie był dla mnie koncert How To Dress Well. Widziałem w tym sezonie Caribou, widziałem Swans, ale to Tom Krell, do którego poprzedniej płyty "Total Loss" wracałem jedynie okazjonalnie, stoi za bodaj najbardziej udanym i angażującym koncertem tego roku.

Zawsze uważałem How to Dress Well za jednego z najsmutniejszych przedstawicieli alternatywnego popu/r'n'b, które nie jest bynajmniej stylistyką jakoś specjalnie przeze mnie cenioną i potrafię w niej znaleźć ciekawszych wykonawców. Po wstępnych przesłuchaniach kupionej wreszcie na koncercie najnowszej płyty "What Is This Heart?" widać, że bogatsza stała się zarówno nie tylko muzyka, ale i spektrum emocji. Jednak to kontrast między czasem rozdzierająco smutną (w najlepszym razie melancholijnie romantyczną) muzyką a absolutnie naturalnym a niewymuszonym poczuciem humoru Krella i jego zespołu był największym motorem tego niezwykle udanego wieczoru.


Czego, że zatem dowiedzieliśmy? Że Kanada nie jest fajna, że Tom lubi Prince'a z The Revolution, Fleetwood Mac, The War On Drugs oraz zdjęcia nagich mężczyzn na koniach, przede wszystkim zaś, że za swobodna i wyjątkową atmosferą występu stał fakt, że był to praktycznie ostatni koncert trasy. Dzień później How To Dress Well zagrać mieli w Wiedniu, ale na festiwalu, więc klubowe warunki użyli sobie po raz ostatni w Pradze.

Nie użyli ich sobie jednak w... Poznaniu. Komplementując praską publiczność Tom wspomniał, że dzień wcześniej czuł się jakby grał przed "grupą zakonnic", koncert był prawdziwie shitty a w połowie chciał zejść ze sceny. Ups. W rozmowie po koncercie nie pamiętał nawet nazwy klubu w którym w Poznaniu występował (Eskulap, cóż), na osłodę jednak bardzo dobrze wspomina wcześniejszy występ w maleńkim Spocie.


Praska lokalizacja nie należała do typowych, smíchovski klub Futurum znany był do tej pory z przaśnych dyskotek w stylu lat 80-tych i 90-tych a jego retrofuturystyczny wygląd prezentuje się jak wyjęty prosto z BioShocka. Początkowo miałem wrażenie, że być może w innym miejscu koncert tego kalibru przyciągnąłby większą publiczność a pod "innym miejscem" na myśli miałem naczelną praską hipsternię MeetFactory. Gdy w połowie zdałem sobie jednak sprawę z niezwykłej ciszy i panującego skupienia, wiedziałem, że podobne warunki nie byłyby do osiągnięcia w klubie do którego niektórzy chodzą się głównie po to, by otagować się na późniejszych zdjęciach.

Rozśpiewany Krell był w znakomitej formie, szczególnie zwracała uwagę precyzja i zręczność z jaką posługiwał się dwoma mikrofonami i szeregiem pogłosów. Służyły zresztą jedynie jako dodatkowy, zwiększający napięcie akcent, Tom radzi sobie bowiem doskonale bez żadnych wspomagaczy co tylko udowodniła zaśpiewana na sam koniec piosenka a capella. Zespół natomiast nie tylko dotrzymuje mu kroku w dowcipach, ale i nadaje prawdziwej głębi kompozycjom na płytach zdominowanych głównie przez wokal. How To Dress Well na żywo to wyjątkowa kombinacja muzyki, komunikacji i bezpośredniości, z potencjałem zainteresowania i utrzymania uwagi niemal każdego. Może poza grupą zakonnic. [Wojciech Nowacki]

21 października 2014


SWANS + PHARMAKON [20.10.2014], Lucerna Music Bar, Praha || Grają najdłuższe koncerty! Są najgłośniejszym zespołem na świecie! Mają w składzie faceta o imieniu Thor, który półnagi gra na gongu! To tylko pierwsze z brzegu slogany, którymi uzasadnić można konieczność udania się na koncert Swans. Jest to wydarzenie ekstremalne i nie dla każdego, ale z drugiej strony jest obowiązkowe i każdy zobaczyć je powinien.

Zgodnie z przypuszczeniami, pierwszy utwór koncertu trwał dokładnie 45 minut. Dopiero po czasie, który niektórym zespołom starczyłby na odegranie całego setu, pojawił się pierwszy w miarę rozpoznawalny fragment "To Be Kind": rozciągnięte do 20 minut "A Little God In My Hands". Pierwsza kompozycja z "The Seer" pojawiła się po półtorej godziny, ale z "The Apostate" wybrzmiało zaledwie ok. 10 minut, wtedy bowiem basista Christopher Pravdica wysadził jeden ze wzmacniaczy. Taśmowo produkowany przez niego basowy groove był zresztą tym elementem, dzięki któremu robił na mnie największe wrażenie spośród instrumentalistów Swans. Thor Harris robi oczywiście największe wrażenie wizualnie, ale sprawiał wrażenie nieco schowanego w tle, ale części potencjalnie najciekawszych tworzonych przez niego dźwięków po prostu nie było słychać.

Michael Gira pełnił rolę bardziej dyrygenta utrzymującego kontrolę nad zespołem, dającego  ciągłe instrukcje celem osiągnięcia dźwięku zgodnego z własnymi oczekiwaniami. A propos oczekiwań, w swych kaznodziejskich zapędach zmierzył wzrokiem publiczność i patrząc przypadkiem akurat w stronę gdzie się znajdowałem sapnął do mikrofonu grandmas.


Zamierzeniem Swans jest wprowadzenie słuchaczy w rodzaj totalnego sonicznego transu. Rozciąganie zatem jednego motywu do 20 minut nie służy zatem budowaniu napięcia, jest już celem samym w sobie. Swans ma aspiracje do bycia czymś więcej niż zwykły zespół rockowy, niebezzasadnie zresztą. Jeśli jednak wykracza poza standardowe ramy gatunku, to czy nie zasługuje też na warunki wykraczające poza typowy rockowy koncert? Bardzo chciałem dać się porwać ogłuszającej monotonii Swans, udawało mi się to zaledwie momentami, co przy koncercie zapowiadanym na 2 godziny i 40 minut jest zdecydowanie za mało.

Być może pewną rolę odgrywa tu specyfika twórczości Swans, nie ma bowiem czegoś takiego jak ustalone i skończone kompozycje. Albumy grupy to zaledwie uchwycone w czasie momenty twórczego procesu, muzyka pod czujnym okiem Giry stale się zmienia, rozrasta, modyfikuje, nie ma więc mowy o typowym koncercie zestawionym z utworów znanych z płyt. Co jest oczywiście fascynujące, ale nie w tych warunkach. Jestem przekonany, że Swans potrzebują więcej przestrzeni, wymagają totalnej koncentracji, nie mówiąc o wytrzymałości czysto fizycznej. Ba, sądzę nawet, że koncerty Swans powinny być siedzącymi.

Nie da się nawiązać więzi z zespołem i zsynchronizować się z tworzonymi przez nich dźwiękami w ciasnym klubie znanym z nienajlepszego nagłośnienia, pośród ciągłych wędrówek do baru po kolejne piwo, czy w otoczeniu plagi fotografów wciskających się wszędzie ze swoimi aparatami większymi od przeciętnego praskiego mieszkania. W tym warunkach zaczyna się kwestionować sens tak ekstremalnej muzycznej formuły. A wiedząc, że poza obezwładnieniem ciągłymi repetycjami nie oferuje ona żadnych niespodzianek, po dwóch godzinach można mieć dosyć i wyjść. Choć Swans zdecydowanie polecam to mam wątpliwości jak sprawdzą się podczas nadchodzących trzech koncertów w Polsce.

Niespodzianką za to okazał się support. Pharmakon, czyli niepozorna, drobna blondynka Margaret Chardiet, na bazie potężnych loopów generowanych przy pomocy płachty blachy prowokuje swym przesterowanym krzykiem, wychodzi do publiczności, konfrontuje się z nią bezpośrednio, chętniej nawet z jej żeńską częścią. Występ równie intensywny jak Swans, ale krótki i zaskakujący. [Wojciech Nowacki]

19 października 2014


CARIBOU + JESSY LANZA [16.10.2014], MeetFactory, Praha || “Swim” należy do najczęściej słuchanych przeze mnie płyt a Caribou do mych najbardziej ulubionych wykonawców szeroko rozumianej muzyki elektronicznej. Samodzielnymi koncertami Polski nie rozpieszcza, tym większa moja radość, że przy okazji promocji nowego albumu „Our Love” Dan Snaith odskoczył na jeden wieczór do Pragi.

W koncertowym podaniu Caribou przyjmuje niemal klasyczny kształt zespołowy. Jeśli ktoś spodziewa artysty nad Sammlerami, to zapewne zaznajomiony jest jedynie z tanecznymi przebojami ze „Swim”, czy z nowym singlem „Can’t Do Without You”. Kto jednak pamięta słonecznie-psychodelizującą „Andorrę” i niemal kraut-rockowę „The Milk Of Human Kindness”, wie, że Caribou dalekie jest od związanych z elektroniką stereotypów a koncertowy potencjał tej muzyki jest spory.

Niewątpliwie jednak sukces „Swim” i, co już dziś wydaje się nieuniknione, jego przebycie jeszcze przystępniejszym i bliższym powszechnemu słuchaczowi „Our Love”, był przyczyną całkowitego wyprzedania praskiego koncertu i wypełnienia MeetFactory do granic możliwości. Publiczność może nie była zupełnie przypadkowa, ale po reakcjach najsilniejszych na „Can’t Do Without You” i niewiele słabszych na najbardziej chwytliwe kompozycje ze „Swim”, widać, że Caribou zyskuje na odbiorze, co może tylko cieszyć, o ile odbije się to na jakości proponowanej muzyki.

„Our Love” wydaje się być elektronicznym ekwiwalentem muzyki wieku średniego, najnowsze utwory są delikatniejsze, łagodne, często oparte na niemal piosenkowej strukturze. Zaistniało niebezpieczeństwo, że Caribou może pójść drogą Bonobo, który oferuje przyjemną, ale podwieczorkową muzykę, bez większych emocji i zdecydowanie rozczarowującą w koncertowym, zespołowym podaniu. Snaithowi towarzyszą jednak znakomici muzycy, szczególnie (drugi) perkusista, udowadnia jak niesamowitej precyzji potrzeba, by żywymi instrumentami akompaniować elektronice i wzbogacać ją o nowe wymiary.


Nie wiem, czy przyczyną miękkiego brzmienia koncertu było nagłośnienie czy charakter nowych kompozycji i aranżacji, ale oczywiście najbardziej satysfakcjonujące były przejścia między częściami piosenkowymi a house’owo-tanecznymi. Kulminacją koncertu było zdecydowanie „Bowls”. Mimo, że podobnie jak w innych utworach brakowało tu najbardziej charakterystycznych elementów, i wydawało się, że utwór wybrzmi jako rytmiczny, krautowy instrumental, to mocny, dwuperkusyjny finał pokazał drapieżność bliską niemal „Aurory” Bena Frosta.

Dla przeciwwagi „Second Chance” ukazało niebezpieczną drogę bezbarwnych piosenek z nudnymi wokalistkami w czym zaczyna się specjalizować ostatnio Bonobo. Zaproszona na scenę Jessy Lanza obdarzona jest słabym, ledwie słyszalnym głosem, pozbawiona jest zaś jakiejkolwiek charyzmy i sama swoim występem wydawała się znudzona i śmiertelnie zmęczona. Jako support zaś brzmiała jako FKA twigs bez odpicowanych przez plejadę producentów podkładów, co nie wiem czy świadczy gorzej o Jessy, czy o twigs.

Ważne jednak, że sam Dan Snaith, o aparycji nudnego nauczyciela akademickiego (doktor matematyki, przypominam) ze słabością do sztruksowych marynarek, okazał się bardzo sympatycznym wykonawcą, a i towarzyszący mu muzycy wyraźnie radowali się reakcjami publiczności, zwłaszcza na najnowsze, liczące ledwie dwa tygodnie kompozycje. Wieczór był zdecydowanie udany, jeśli Snaith, sam lub z zespołem, pojawi się w Polsce, nie powinniście mieć wątpliwości go zobaczyć. Warto jednak obserwować, w jaką stronę podąży w przyszłości, wraz z „Our Love” Caribou zdecydowanie znalazło się w zwrotnym punkcie kariery. [Wojciech Nowacki]

4 lipca 2014


DAMON ALBARN [29.06.2014], Stara Gazownia, Poznań || Maltańskie koncerty to pewna marka. W mieście w którym życie kulturalne traktowane jest przez włodarzy jako fanaberia części niepokornych mieszkańców, przynajmniej raz w roku można zetknąć można się z tym, co aktualnie w muzyce istotne. Nawet wielkie festiwale muzyczne wydają się lekko opóźnione w sprowadzaniu nowości, tymczasem Malta błyskawicznie zareagowała na powroty Portishead czy Faith No More, przedbiegła falę freak-folku a nieszczęsny koncert Atoms For Peace miał szansę być jednym z najważniejszych wydarzeń koncertowych zeszłego roku.

Ale zastanówmy się, czy dziś jeszcze w jakimś stopniu ekscytuje nas Atoms For Peace? Zainteresowanie Thomem Yorkiem wróciło przecież do zwyczajowego rytmu "będzie w tym roku nowe Radiohead czy nie". Chciałbym oględnie powiedzieć, że nie jestem pewien czy solowy album Damona Albarna będzie pamiętany za powiedzmy rok. Rzecz w tym, że jestem niemal całkowicie pewien, że nie będzie. Niewielu jest artystów, którzy solową twórczością są w stanie wyjść z cienia macierzystej formacji. Eddie Vedder? Wspomniany Thom Yorke? Jako fani możemy racjonalizować, dowodzić znaczenia, ale powiedzmy to sobie szczerze, nawet dla nas będą to tylko dodatki do dyskografii.

W przypadku Albarna jednak - dyskografii czego? Poznański koncert pokazał, że jednak dla sporej części publiczności jest to bardziej lider Gorillaz niż Blur. Jako zbliżający się do trzydziestki fan Blur nadal zdarza mi się myśleć o Gorillaz w kategoriach pobocznego projektu a o reszcie projektów Albarna jako o artystycznych kaprysach. Tymczasem dla maltańskiej publiczności był to raczej ten facet od Gorillaz, co to kiedyś miał taki stary zespół z którym grał "Song 2". I weźmy poprawkę na to, że zarówno Blur, jak i sam Albarna nigdy nie należeli w Polsce do nazw specjalnie popularnych. Stąd też pewnie i frekwencja.

Na dwadzieścia zaprezentowanych piosenek aż sześć stanowiły kompozycje Gorillaz. Z tych bardziej oczywistych ciężej brzmiące "Tomorrow Comes Today" i "Kids With Guns" oraz "Clint Eastwood" na bis, ale także mniej oczywiste "Slow Country", "El Mañana" i gospelowe "Don't Get Lost In Heaven". Pojawiły się i dwa utwory The Good, The Bad & The Queen, "Three Changes" i singlowe "Kingdom Of Doom", ba, nawet jedna piosenka Rocket Juice & The Moon ("Poison"). A że pod samą sceną znalazło się jednak pewne grono albarnowych die-hard fanów, to gwiazda wieczoru drapiąc się głowie przyznać musiała: Love to hear you're singing these songs.

Blur? Zaledwie dwie piosenki, rozpoznane przez nielicznych. Właściwy set zakończyło "All Your Life", b-side z singla "Beetlebum", tuż przed nim Albarn odegrał zaś na pianinie "Out Of Time", owszem, singiel, ale z tej dziwnej płyty "Think Tank". I tyle. Nie dość, że wszystkie zespoły Albarna zostały, poza Gorillaz, sprowadzone do jednego poziomu, to i nie rozpieszczał widowni koncertem życzeń markowych kompozycji. Szkoda, na trasie zdarzyło mu się zagrać i "Song 2", i "Tender", o które aż się prosiło gdy na scenę wkroczył gospelowy chórek.

Oczywiście najważniejsze miały być utwory z "Everyday Robots", oficjalnie pierwszej solowej płyty Albarna. Już na samym początku koncertu rozbrzmiały singlowe "Lonely Press Play" i utwór tytułowy, występ zaś zgodnie z przewidywaniami zakończyło równie udane "Heavy Seas Of Love". Poza "The Selfish Giant" pojawiły się wszystkie piosenki z płyty, a że przeplatane były wspomnianymi wyżej dawnymi wcieleniami Albarna, to nawet na tle tych nie najbardziej znanych starszych piosenek, kompozycje z "Everyday Robots" jawią się jako najmniej wyraziste z całej jego twórczości. Może i ładne, jak zawsze pięknie zaśpiewane, ale szczerze i po prostu nudne.

Największą atrakcją koncertu był jednak sam Damon Albarn. Towarzyszący mu zespół do specjalnie zręcznych czy zajmujących nie należał, ale nieustale był obiektem żywej interakcji ze strony Albarna, traktującego całą swoją ekipę w niemal rodzinny sposób. I zachowującego się w profesjonalny, ale bezpretensjonalny sposób, czerpiącego nieskrywaną radość z występu. Nawet pomimo niesprzyjającej pogody, w końcu jak powiedział: It doesn't matter. It's only rain. But it's nice rain. [Wojciech Nowacki]

12 maja 2014


SOFT METALS [7.05.2014], Podnik, Praha || O Soft Metals pisałem już prawie trzy lata temu przy okazji ich pierwszego albumu. Duet z Oregonu okazał się jednym z najciekawszych debiutów modnego labelu Captured Tracks a synth-pop w podaniu Patricii Hall i Iana Hicksa wyjątkowo stylowym podejściem do atmosferycznej elektroniki. W między czasie Soft Metals zdążyli dorobić się drugiej płyty „Lenses” i tym bardziej zaskakuje, że dopiero teraz po raz pierwszy wyruszyli w swoją pierwszą europejską trasę, podczas której nie ominęli ani Czech ani Polski.

Muzyka Soft Metals kryje w sobie ogromny potencjał. Szeroko rozumiana kategoria synth-popu cieszy się nieprzerwaną popularnością już od ponad dekady, najczęściej oferując jednocześnie nieinwazyjne i porywające dźwięki. Tym większych umiejętności wymaga chęć wyróżnienia się spośród szeregu wykonawców łączących współczesne techniki z sentymentem za latami osiemdziesiątymi. Siła Soft Metals tkwi w umiejętnym budowaniu klimatu, bardziej niż na efektowne single stawia duet na atmosferę albumu, jednocześnie romantyczną i niepokojącą, kojącą i taneczną zarazem.


Tym bardziej ciekaw byłem zetknięcia się z Soft Metals na żywo. Pozornie skromnie się prezentujący zestaw syntezatorów, zapamiętale przy nich manipulujący Hicks, stopniowo owijająca się kablem od mikrofonu Patricia i dość surowe wizualizacje wystarczają do więcej niż satysfakcjonującego koncertowego doznania. Syntetyczne plamy i wyraźny bit wraz z eterycznym wokalem Patricii brzmią pozornie prosto, ale profesjonalnie i wciągająco. Popowa zwiewność, taneczny potencjał, flirt z italo-disco z jednej strony i z housem z drugiej tworzą stylową i zarazem intymną całość.

Nic w tym dziwnego, skoro duet stawia na tak udane kompozycje jak tytułowa z „Lenses” czy „The Cold World Melts” i „Psychic Driving” z debiutu. Niezwykła zatem szkoda, że praski przynajmniej koncert okazał się rozczarowująco krótki, grali bowiem niewiele ponad pół godziny przy zachwyconej, ale stosunkowo nielicznej publiczności. Promocja koncertów to częsta bolączka praskich klubów, lecz za długością koncertu stał szok nie tyle kulturowy, co klimatyczny jaki Soft Metals przeżywają podczas pierwszej wizyty w Europie. Przeziębiona Patricia przepraszała za swoją słabą formę, choć naprawdę nie dało się tego odczuć, gdyż w o wiele większym stopniu emanowała entuzjazmem, otwartością i serdecznością. Może gdy spełni się jej marzenie o zamieszkaniu w mitycznej Europie będziemy mieli okazję widzieć Soft Metals częściej. Na razie wystarczyć musi mi bajeczny dwukolorowy winyl z remiksami z „Lenses”.

Nie mogę się powstrzymać od paru uwag na temat miejsca koncertu. Gdyby nie miniaturowa reklama Klubu Pilot parę miesięcy temu zapewne nawet bym się nie dowiedział, że Soft Metals występują w Pradze. Problem w tym, że w międzyczasie koncert przeniesiony został do miejsca o nazwie Podnik, będącego własnością tych samych osób co konkurencyjne wobec Pilotu Cafe v Lese, które nie pierwszy raz zasługuje na promocyjną krytykę. Nie wystarczy wyrobiona marka i nie wystarczy oryginalne miejsce. Podnik bowiem znajduje się w częściowo pustej Ústřední budově Elektrických podniků, w efekcie mamy dziwny zapach, ruchome płytki w podłodze, dźwięk jak w metalowych kuble, drogi bar oraz pisuary za zasłonką. Hipsterzy hipsterami, ale jakieś standardy zobowiązują. [Wojciech Nowacki]

7 marca 2014


ANNA CALVI + KITTCHEN [6.03.2014], Lucerna Music Bar, Praha || Po raz pierwszy od dawna zazdroszczę Polsce. Anna Calvi zagra w najbliższych dniach trzy koncerty, w Krakowie, Warszawie i Poznaniu, a po jej praskim występie, gdybym tylko mógł, chciałbym zobaczyć ją i usłyszeć nawet jeszcze więcej razy. Anna jest ikoną, wybitną gitarzystką, wyśmienitą wokalistką i przede wszystkim niesamowicie utalentowaną artystką. W praskiej Lucernie nie zabrzmiała ani jedna fałszywa nuta, ani jeden sztuczny dźwięk, obcowanie z żywą i "prawdziwą" muzyką jest nadzwyczaj świeżym doznaniem, zwłaszcza w podaniu takiej postaci jak Anna Calvi.

Nie uwierzycie jak kruchą i maleńką osobą jest Anna, mimo 4-calowych obcasów i firmowej czerwonej pomadki. Gdy tylko pojawi się na scenie od razu zapragniecie zabrać ją ze sobą do domu. Możecie być nieco rozczarowani brakiem równie charakterystycznej drapieżnej fryzury, ale niemal usłyszeć możecie jak rano po przebudzeniu powiedziała sobie "Oh fuck, nie ma mowy, nie będę dziś prostować włosów." Choć jakoś nie umiem sobie jej wyobrazić przeklinającej.

Wieńczące właściwy set "Love Won't Be Leaving" było tak silnym emocjonalnym przeżyciem, że aż nie chciałem, by Anna z zespołem wrócili na scenę bisować. Zjawiskowe granie ciszą i natężeniem dźwięku, hymniczny refren, ponadczasowe gitarowe solo byłoby perfekcyjnym zakończeniem koncertu, ale otrzymaliśmy jeszcze przebój "Desire" oraz "Jezebel" na sam koniec, jej pierwszy, niealbumowy singiel. Zaskakująco długi koncert (nie spodziewałem się, że będzie trwać aż półtorej godziny) wypełniony wszystkim, co najlepsze z obu albumów Anny Calvi (choć brakowało mi tylko "Tristan" z "One Breath"), jeszcze bardziej uwypuklił, dla niektórych być może subtelne, różnice między obiema płytami.


Na mnie większe, piorunujące wrażenie robią kompozycje z debiutu, kiedy do czynienia mamy praktycznie z głosem Anny i jej gitarą, artystka znajduje się w absolutnym centrum uwagi a towarzyszący jej zespół sprowadzany zostaje najwyżej do roli tła. Jej talent i charyzma całkowicie wystarczają, jak w rozpoczynającym koncert "Suzanne & I", przedostatnim "Blackout", rozerotyzowanym "First We Kiss", czy obezwładniającym instrumentalnym "Rider to the Sea". Nie wspominając o "I'll Be Your Man", podczas którego publikum obojga płci wilgotniało za każdym razem, gdy Anna cedziła tytułową frazę. Wreszcie ten namacalny niemal klimat obskurnego baru gdzieś w Alabamie, gdzie kawa zawsze jest za mocna a steki za surowe.

W przypadku piosenek z "One Breath" wykonania nabierała zdecydowanie zespołowego charakteru, Anna starała się nawet chwilami wchodzić w interakcje nie tylko z własną gitarą (a właściwie gitarami) ale i z towarzyszącymi jej muzykami. Rozkrzyczanego potencjału singlowej "Elizy" nie osiąga chyba żaden inny utwór z "One Breath" a niemal punkowe "Love of My Life" w repertuarze Anny prezentuje się zdecydowanie za ciężko i mało wiarygodnie. Ale otrzymaliśmy też niespodziankę, nowy utwór, wg zapowiedzi zagrany po raz pierwszy, bazujący na... elektronicznym bicie rodem z "Born Free" M.I.A. i finiszujący jako czystej krwi noise w stylu Sonic Youth. Wow.


Był to jeden z najlepszych i najbardziej autentycznych koncertów w jakich miałem przyjemno uczestniczyć. Jeśli macie mozliwość udać się na jeden z trzech polskich koncertów Anny - nie wahajcie się ani chwili. Choć żałować możecie, że w roli supportu nie wystąpi Kittchen. Tajemniczy artysta występujący w masce kucharza, będący jednym z najistotniejszych czeskich odkryć ostatnich paru lat, ze swoim "kuchennym industrialem" zaskakująco dobrze poradził sobie w roli Anny Calvi. Podstawą jego najczęściej niewiarygodnie smutnych piosenek (tak, piosenek) jest bowiem prosty gitarowy songwriting a żeby wpasować się w klimat wieczoru użył i czerwonej pomadki. Groteskowo i intrygująco. Niezapomniany wieczór. [Wojciech Nowacki]

3 lutego 2014


COLDAIR [1.02.2014], Café V Lese, Praha || Całe szczęście, że muzyka Tobiasza Bilińskiego wciąga praktycznie od pierwszych dźwięków, inaczej naprawdę ciężko byłoby się mi skupić, słysząc wciąż szeptane do lewego ucha obserwacje Look! Look at the girls! They all wanna sleep with him right now! Rzut okiem na ukrywające się pod ścianami dziewczęta potwierdził spostrzeżenie, bardziej jednak wolałem się skupić na dźwiękach, które Tobiasz grał, niż na feromonach, które ewidentnie wydzielał.

Co ciekawe, było to moje pierwsze koncertowe zetknięcie się z Coldair. Parokrotnie widziałem Kyst, w tym w dwuperkusyjnej odsłonie, każdy kolejny raz był niezaprzeczalnie lepszy i ciekawszy od poprzedniego. Ale w przypadku Coldair przyznaję, że musiałem ulec powszechnemu niemal złudzeniu, że jak zespół, to na bogato, a jak solo, to smutny chłopiec z gitarą. Na szczęście już drugi album Coldair, "Far South", pokazał, że to nie gitarowy szkicownik z szuflady, ale przy utrzymaniu stałego tempa zmian/rozwoju, pełnoprawny projekt, którego kolejne kroki mogą być potencjalnie ciekawsze niż Kyst. I płyta "Whose Blood" tylko te przypuszczenia potwierdziła.

Na chłopca z gitarą dali się nabrać i Czesi. Wydawało się, że w odpowiedzi na pierwsze dźwięki Coldair, niemal słyszeć było można odgłos zdziwienia dobiegający ze skromnego publikum. Odbiór ten tylko umacniał się w trakcie stosunkowo krótkiego koncertu. Ogromny talent, w pełni ukształtowania muzyczno-sceniczna osobowość, bezbłędny miks i przede wszystkim niebywale bogata, wręcz zaskakująco różnorodna przy pierwszym kontakcie muzyka.

Najlepsze momenty? Single z "Whose Blood", świetny i profesjonalny cover "Strawberry Bubblegum" Justina Timberlake'a, czy moje ulubione "What Is There To Know" na bis. Ale przede wszystkim nowy, po raz pierwszy zagrany utwór, z płyty nad którą Tobiasz właśnie pracuje. Nie, nie napiszę jak brzmi, poczekajcie na plus minus 2015 rok, bo zaskoczeń ze strony Coldair może być naprawdę sporo. Porzućcie też już wszelkie etykiety i porównania, Tobiasz Biliński gra po prostu jak Tobiasz Biliński a pomysłów na siebie ma co raz więcej.

Szkoda, wielka szkoda, że całkowicie zawiedli organizatorzy. Byłem niemal pewien, że jeśli udało sie zorganizować koncert w Café V Lese, jednym z najważniejszych miejsc na muzyczno-alternatywnej mapie Pragi, to nie należy się przejmować resztą. Zerowa promocja, event na Fejsie utworzony na trzy dni przed, brak choćby symbolicznej kartki w samym klubie, że tego dnia odbywa się w nim potencjalnie intrygujący koncert. Poczułem, że jeśli polscy wykonawcy chcą przyjeżdżać do Pragi (bo warto!) to skoro jestem na miejscu to naprawdę powinienem wziąć sprawy w swoje ręce.

Wreszcie uwaga dla fanów, miłośników, czy osób które zetknęły się muzyką Coldair dopiero na żywo. Dziewczęta, nie przygryzajcie nerwowo warg! Chłopcy, nie uciekajcie spłoszeni zaraz po koncercie! Nie musicie bać się Tobiasza, przynajmniej na razie, dopóki nie zostanie obrzydliwie bogatą gwiazdą światowego formatu. Za parę lat, czeska widownia i praskie kluby naprawdę mogą mieć powody by żałować, że nie poświęciły Coldair takiej uwagi na jaką zasługuje. [Wojciech Nowacki]

2 lutego 2014


NILS FRAHM [31.01.2014], Palác Akropolis, Praha || Pisząc o muzyce Nielsa Frahma ma się zasadniczo do wyboru dwie strategie. Emocjonalną, która niemal gwarantuje popadnięcie w bezlitosny banał, lub intelektualną, równie silnie grożącą bezdusznym i wydumanym żargonem. Sytuacji nie ułatwia pozycja Frahma na scenie muzycznej, kolejny to bowiem artysta, którego nie sposób jednoznacznie zakwalifikować. W zależności od własnego przygotowania i osłuchania, każdy może znaleźć swój punkt dostępu do jego po-prostu-muzyki.

Nie należę do słuchaczy, którzy na koncertach poświęcają się głównie barowi, piwu i wesołym konwersacjom ze znajomymi. Dawno już jednak nie zdarzyło się, żebym słuchał koncertu w aż takim skupieniu i w poczuciu totalnego bezczasu. Często jestem w stanie przewidzieć następne dźwięki czy ruchy artysty, nawet w przypadku nieznanych mi kompozycji. Frahm nie poddaje się temu, skupienia i uwagi wymaga zatem śledzenie jego pracy nad dźwiękiem i napięciem wykonania. Zwłaszcza, że większość koncertu zagrana została bez przerw, pod palcami pianisty kompozycje przekształcały się płynnie jedna w drugą, czasem diametralnie różne, ale połączone z niebywałym talentem.

Frahm wykonuje nad swym pianinem autentyczną pracę. Łatwo ulec złudzeniu, że słuchamy jednej ciągłej improwizacji, ale nawet jeśli fragmenty oparte są na luźniejszych strukturach, to bez przerwy i bezbłędnie kontrolowane są przez artystę. Nils Frahm, sympatyczny i bezpretensjonalny chłopak, podczas koncertu z każdym uderzeniem w klawisze nabiera dojrzałości i męskości. Jego gra momentami jest niesamowicie wysiłkowa, ramiona Frahma nieraz wydawały się być na granicy bólu, kapiący z jego czoła pot nie był pod koniec występu zatem żadną niespodzianką.

Zaskoczeniem było natomiast to, jak… seksowną jest jego muzyka. Pierwszy utwór, na rozgrzewkę mocno oparty na loopach i elektronice (oparty na nagranym wspólnie z Ólafurem Arnaldsem „Stare”), niewiarygodnie gradując w stronę ekstatycznego finału rodził całkiem oczywiste skojarzenie. Poczucie wielkiej sensualności kompozycji Frahma trwało do końca występu, był to też jeden z powodów, dla których jego klasyczna przecież muzyka nigdy nie zbliżała się choćby do granic banału. Z dwójki Frahm – Arnalds po piątkowym koncercie zdecydowanie wybieram Frahma, jego twórczość jest może bardziej wymagająca, ale też znacznie bardziej wciągająca, a jego technika i doskonały warsztat dają mu lekką przewagę nad niemniej przecież utalentowanym przyjacielem.

Nils Frahm jest wreszcie przeuroczą osobą. Chętnie konwersuje i wciąga publiczność do prawdziwego współuczestnictwa w koncercie. Dosłownie zresztą, bo napięcie w maksymalnie wypełnionej sali Palácu Akropolis rozładował zapraszając kilkanaście osób na scenę. Przed koncertem sprzedawał swoje wydawnictwa swobodnie, chętnie i naturalnie rozmawiając ze swoimi fanami, a przynajmniej z tymi, którzy rozpoznali w nim gwiazdę wieczoru. Sam też zaproponował „nielegalny”, bo już po godzinie 22, bis, grając delikatny utwór i prosząc o nie klaskanie. Ku memu zaskoczeniu publiczność posłuchała a wieczór oficjalnie zakończył się sympatycznym machaniem do siebie widowni i artysty. Burzę oklasków otrzymał już zresztą zasłużenie wcześniej. [Wojciech Nowacki]

29 stycznia 2014


ELEKTRO GUZZI + HOLY [25.01.2014], MeetFactory, Praha || Widzicie na scenie klasyczny zestaw gitara + perkusja + bas. Czego się spodziewacie? Szeroko pojętego rocka. Co otrzymujecie? Techno. Jednym z najprzyjemniejszych koncertowych doznań są niespodzianki. Nie należę do osób, które chodzą do "klubów", ale na konkretne eventy. Tym razem wyjątkowo w mroźny praski weekend zachciało mi się koncertu. Wiadomo, jesteśmy po jesiennym sezonie, wiosenny jeszcze się nie zaczął, ale skoro jesień spędziłem praktycznie w całości na koncertach w MeetFactory, nie zaszkodziło sprawdzić, czy przypadkiem nie szykuje się coś na sobotni wieczór. I owszem, Elektro Guzzi, czyli według zapowiedzi elektro na kytaru, basu a bicí. Chętnie!

Austriackie trio Bernhard Breuer, Bernhard Hammer i Jakob Schneidewind grają i chcą grać techno. Używają do tego najprostszych dostępnych dla nich środków, czyli standardowego rockowego instrumentarium. Nie kryje się za tym żadna przeintelektualizowana filozofia i jest to jednym z największych atutów Elektro Guzzi. Dopiero na bazie prostego punktu wyjściowego pojawił się atut. Skoro już zabieramy się za elektronikę to ograniczmy jej stosowanie do minimum. Efektem są choćby ostatnie dwie znakomite epki "Allegro" i "Cashmere", czy występ na festiwalu Sonar.


Nic dziwnego, że praski koncert okazał się stosunkowo krótki. Bez przerw między "kompozycjami" usłyszeliśmy tak naprawdę jeden kilkudziesięciominutowy stale przekształcany "set". A że różnica między klikaniem w laptopie a bezustannym nawalaniem w perkusję jest zasadnicza, po tak energetycznym wyczynie wiedeńczycy mieli prawo być wyczerpani. Przede wszystkim jednak byli niezmiernie uradowani. Jeszcze nie byłem świadkiem czeskiej publiczności tak zapamiętale domagającej się drugiego bisu. Transowa, motoryczna muzyka, ułożona w przemyślane struktury, "produkowana" na żywo przez, co po raz kolejny podkreślam, gitarę, bas i perkusję, w teorii brzmi złowieszczo, ale niesie ze sobą obezwładniająco pozytywny ładunek emocjonalny.

Uwielbiam żywe dowody na absurd podziałów gatunkowych, tym większą przyjemnością jest dla mnie odkrycie Elektro Guzzi. Muzyka rockowa, taneczna, elektronika, gitary, żywe instrumenty vs. "muzyka z komputera" to dziś nic więcej niż krzywdzące muzykę i artystów archetypy, szkodzą bowiem zbytnim zawężaniem grona odbiorców do okopujących się nisz. Jedyny możliwy dziś podział to spełnienie lub nie naszych emocjonalnych potrzeb. Elektro Guzzi grają akustyczne techno a w ich muzyce słychać krautrockowe pierwociny, biały szum a'la Fuck Buttons i ściany dźwięku niczym Mogwai, cóż więc zrobić z tym faktem? Nic, najlepiej tańczyć. Jak głoszą na swoim fanpejdżu to play techno is not a crime.


Jak zwykle plus dla MeetFactory za bezpretensjonalną atmosferę i punktualność eventu. Wspomnieć też trzeba o supporcie, bo wydany tuż przed końcem roku (darmowy) album "T" jednoosobowego projektu Holy uznany został za jedno z najciekawszych wydarzeń i nadzieję na przyszłość. Taneczny wesoły synth-pop, melodyjny house, odrobina piosenkowej odsłony dubstepu a'la James Blake tworzą naprawdę przyjemną całość. Šimon Holý nie dysponuje może wprawionym wokalem, sprawia wrażenie jeszcze mocno nieociosanego, ale można się do niego przyzwyczaić i zdecydowanie nadrabia świetnym talentem do tworzenia przebojowych melodii (vide "LOL"). Na żywo można się zatem bardzo dobrze bawić, o ile jest się w stanie strawić dla wielu nieznośną i wystudiowaną manierę choreograficzną Holégo. [Wojciech Nowacki]

18 grudnia 2013


MOUNT KIMBIE [30.11.2013], MeetFactory, Praha || Zakończenie jesiennego sezonu koncertowego nastąpiło dla mnie ledwie parę dni po fatalnym występie Starfucker. Na Mount Kimbie jednak zapatrywałem się optymistycznie, duet wydał w tym roku świetną płytę, elektronika zawsze sprawdza się w ścianach praskiego MeetFacory. I faktycznie, nie dość, że poza nie było rozczarowania, to koncert ten okazał się chyba najlepszym na jakim byłem w tym roku.

Już frekwencja pokazywała, że możemy mieć do czynienia z dobrym eventem. Spośród wszystkich tegorocznych koncertów w MeetFactory Mount Kimbie przyciągnęli zdecydowanie największą widownię. Duża sala wypełniona była niemal po brzegi, powietrze pod sceną dosłownie skraplało się na czołach uczestników, oddychać można jednak było niezwykle przestrzenną i intymną zarazem muzyką.

Mount Kimbie próbuje się wpisywać w kontekst współczesnego post-dubstepu i nowego soulu a'la James Blake i spółka. Nie twierdzę, że nie jest to całkowicie prawdą, ale inspiracje i horyzonty duetu sięgają znacznie dalej w czasie i przestrzeni niż większość skupiającej na "tu i teraz" dzisiejszej elektroniki. "Cold Spring Fault Less Youth" bez wahania zaliczyć można do najlepszych albumów roku 2013. Na żywo Dominic Maker i Kai Campos mało, że bezbłędnie oddali wszystko to, co w ich studyjnej pracy najlepsze, ale i uwypuklili to, co w ich muzyce jest wyjątkowe i często nie do końca uświadamiane.

Jasne, nadal jest to szeroko pojęta elektronika, ale zaskakująca wielką rolę pełnią tutaj żywe instrumenty w najbardziej klasycznym zestawieniu gitara + bas + perkusja. Szczególną uwagę zwraca właśnie szurająca, niemal jazzowa perkusja, a obok pulsującego, choć nie szaleńczego basu, to proste gitarowe frazy i repetycje zbliżają Mount Kimbie do klasycznego ponadgatunkowego post-rocka sprzed ponad dekady. Motoryka ich kompozycji również ma bardziej post-rockową niż elektroniczną genezę a gradacje dźwięków i napięcia wskazują, że jest to właściwa etykieta. Jednocześnie ważną rolę pełnią tutaj wokale, kruche i delikatne, ale nie pretensjonalnie soulowe. Mount Kimbie łączą zatem to, co najlepsze w dzisiejszych trendach z alternatywą początku lat 00'. W efekcie otrzymujemy muzykę melodyjną i taneczną, ale jednocześnie złożoną.

Recepcja koncertu była szalenie entuzjastyczna, sami wykonawcy byli wyraźnie i szczerze uradowani, może nawet zaskoczeni. Pościelowe "Home Recording", kroczący "Blood And Form", wsamplowany King Krule w "Break Well", gitarowe ściany i kwaśny taneczny bis, wszystko to wywoływało kolejne fale emocji. Czy czegoś zabrakło? A i owszem. Pomijając kwestię braku merchendisingu, która trapić może jedynie największych muzycznych geeków, to sam koncert okazał się rozczarowująco krótki. Dla mnie wyglądało to tak, że najpierw się spociłem, potem wycofałem na tył, wypiłem butelkę Club Mate, wróciłem na front a za moment już były bisy. Szkoda, wielka szkoda. [Wojciech Nowacki] 

29 listopada 2013


STARFUCKER [26.11.2013], MeetFactory, Praha || Rety, na koncert Starfucker cieszyłem się bardzo z kilku powodów. Po pierwsze, nie jest to zespół popularny, więc szanse na to, żeby pojawił się w Polsce na samodzielnym koncercie specjalnie wielkie nie są. Po drugie, choć ich najnowszy album jest jednak lekkim rozczarowaniem, to jednak mają na koncie „Julius”, jeden z najlepszych synth-popowych singli paru ostatnich lat. Wreszcie byłem po prostu ciekaw ludzi stojących za STRFKR, nie tylko bowiem muzyka, ale i konsekwentnie interesująca strona graficzno-medialna ich dokonań była zawsze hipsterska oryginalna.

Ale przysięgam, na tak słabym koncercie w Pradze jeszcze nie byłem, co samo w sobie było nawet ciekawym doświadczeniem. Zespół składający się z paru niezbyt rosłych facetów, z wokalistą w idiotycznej czapce na czele, sprawiał wrażenie niesamowicie niewiarygodnego. Patrząc na nich i ich zachowanie nie chciało się wierzyć, że są to ludzie stojący za fajnym przecież muzycznym projektem. W tym momencie naprawdę można było sądzić, że ich muzyka, okładki, nawet nazwa, to tylko wystudiowane manewry. Fałsz bił po oczach gdy już po pierwszym utworze i pełnej ledwie do połowy sali deklarowali, że wow, w Pradze jest najlepszy koncert na całej ich trasie.

MeetFactory nie ma nigdy większych problemów z nagłośnieniem, choć chyba prawdą jest, że w tej przestrzeni lepiej sprawdza się muzyka elektroniczna niż gitarowa (co też widać po jesienne rozpisce). Tym bardziej nie rozumiem, czemu Starfucker brzmiał tak świdrująco nieprzyjemnie, wgnieciony wręcz w wysokie rejestry. Nie wychodzę wcześniej z koncertów, jeśli nie muszę spieszyć się na tramwaj / autobus / metro, ale tym razem kupiłem ich dwie płyty (możliwość zakupienia najczęściej niedostępnych inną drogą wydawnictw i różnego rodzaju rarytasów to dla mnie często najważniejszy powód do wybrania się na koncert) i wyszedłem, mając poczucie, że jeśli zostanę do końca, to ich zupełnie znielubię i nie będę mógł słuchać jednej z mych ulubionych piosenek.

Najgorsza jednak była widownia. Tradycyjna, miła dla oka hipsternia odstraszona została przez tabuny pijanych Erasmusów i młodych Amerykanów, którzy jeszcze póki byli w stanie okazywać emocje i utrzymywać równowagę koncertem byli po prostu zachwyceni. Jak dowiedziałem się wychodząc od równie zniesmaczonego Jakuba z Musictownu (który miał przynajmniej piwo, ja tego wieczora nie miałem nawet papierosów), podobno wśród Amerykanów Starfucker jest strasznie popularny a ich praski koncert był bardzo wyczekiwany. Ja się cieszę, że mają może muzyczny gust, ale zataczające się grupki wykrzykujące Prague is fuuucking awesome! i zdewastowane dziewczęta naprute jak zwierzęta, kładące się na ulicy w oczekiwaniu na tramwaj to żenujący obraz upadlającego braku godności.

Najlepszym punktem wieczora był… support, czeskie Kazety, które należą moim zdaniem do najciekawszych przedstawicieli tutejszej sceny elektronicznej. Ciemna i energetyczna muzyka, świetne wizualizacje, intrygująca wokalistka i pełen profesjonalizm, już się cieszę na możliwość zobaczenia ich samodzielnego koncertu. Ich jedyna jak do tej pory płyta jest świetna a remiksy utworów z niej pochodzących możecie pobrać za darmo ze strony internetowej Kazet. [Wojciech Nowacki]

11 listopada 2013


GOLD PANDA [10.11.2013], MeetFactory, Praha || Zacznijmy od spraw najważniejszych. Nadal nie wiemy jak naprawdę nazywa się Gold Panda (imię Derwin, ale nazwisko w zależności od źródeł Powers albo Schlecker). Naprawdę ma tak duży nos jak wydaje się na zdjęciach, nie nosi już niestety brody oraz ewidentnie łysieje.

Ten brytyjski producent muzyki elektronicznej (nie DJ, za takowego się nie uważa) przyciągnął na swój koncert naprawdę sporą widownię. Lecz tym razem nie było mowy o zagłuszaniu muzyki rozmowami (vide Múm), przestrzeń szczelnie wypełniały pandowe bity, niemal bez przerw i chwil wytchnienia. Zapewne nie raz słyszeliście utyskiwania twardogłowych rockistów, że co to za koncert, patrzeć na faceta kręcącego gałkami. Otóż Gold Panda nad swym sprzętem prezentuje się niesamowicie, jeśli ma się szczęście stać na tyle blisko, nie można oderwać oczu od jego gwałtownych ruchów i ptasiego tańca. Serio, mógłby występować pod pseudonimem Gold Turkey albo Gold Pidgeon. Nie wiem, może to przez ten nos. Jego tańcowi dorównuje tylko jego totalne skupienie.


Elektronika Gold Pandy zawsze była mocno osobista. Na debiutanckim albumie „Lucky Shiner” znajdowały się odniesienia do jego rodziny, tegoroczne „Half Of Where You Live” stanowi dziennik jego podróży, całość zaś zawsze w mniejszym lub większym stopniu podlana jest egzotyką. Taneczne zatem kompozycje okazują się zaskakująco intymne. I oczywiście nie ma o tym mowy w przypadku setu koncertowego. Tutaj chodzi o rytm pulsujący poprzez wszelkie elektroniczne estetyki. Nawet tak już archaiczne jak drum’n’bass!

Występ był też imponująco długi, półtorej godziny z kawałkiem w przypadku taneczno-elektronicznego uderzenia to jednak całkiem sporo. Zwłaszcza, że bohater wieczoru uniósł głowę celem pouprawiania konferansjerki ledwie trzy razy (w przybliżeniu: Hi!, How are you? oraz Thank you!). „Half Of Where You Live” nie jest bynajmniej albumem słabszym od debiutu, jednak to kompozycje na „Lucky Shiner” były bardziej wyraziste (i oczywiste), stąd żywiołowe przyjęcie „Vanilla Minus” czy „I’m With You But I’m Lonely”. Pod koniec setu pojawiło się oczywiście singlowe „You”, mnie osobiście zawsze raczej irytujące, tutaj rozciągnięte do granic możliwości. Na koniec zaś wybrzmiało „Quitters Raga” od którego zaskakująco zaczęła się kariera Gold Pandy.

Jednym słowem, przyjemny wieczór, intensywny i relaksujący zarazem. Szkoda jedynie, że niedzielny… [Wojciech Nowacki]

11 października 2013


MÚM + SIN FANG [4.10.2013], MeetFactory, Praha || Wszystkiego spodziewałem się po koncercie Múm, ale nie tego, że będzie to dla mnie przeżycie tak... sentymentalne. Około dziesięciu lat temu, w ramach trasy promującej "Summer Make Good" zawitali do Polski, w tym i do Poznania. Na koncert ten oczywiście nie poszedłem, oczywiście nie wiem właściwie dlaczego, podobnie jak i nie wybrałem się na Lali Punę, promującą ówcześnie "Faking The Books" (i która zamilkła wkrótce po tym na długie lata), ani też nie przyszło do głowy wybrać się na Mogwai ogrywające "Happy Songs For Happy People". Na tych ostatnich przynajmniej obraziłem się na tyle, że nie raczyli przyjechać do mojego miasta, że skorzystałem z okazji i poszedłem przynajmniej na Arab Strap. Bajeczny koncert i jak niedługo miało się okazać, jedna z ostatnich okazji by zobaczyć podchmielonych Szkotów ze złamanymi sercami.

Islandczyków z Múm żałowałem jednak szczególnie. Musiała minąć niemal dekada, by nadrobić błędy młodości by zobaczyć ich w innym czasie, innym kraju i innych muzycznych realiach. Zespół powrócił również do Polski na aż trzy koncerty, szybko rozniosła się też fama, że zaskakująco sporo poświęcają się graniu swoich najstarszych utworów. Z najnowszego albumu, którego zresztą i tak nie mam jeszcze osłuchanego, zagrali choćby "The Colorful Stabwound" i "One Smile", kompozycje, które niczym specjalnym się nie wyróżniały i mam delikatne wrażenie, że rozbrzmiały tylko dlatego, że przecież trzeba.

Spodziewałem się raczej dominacji materiału późnego wcielenia Múm, tego po zmianach zarówno personalnych, jak i muzycznych, z płyt "Sing Along To Songs You Don't Know" i "Go Go Smear The Poison Ivy". Lekkie zaskoczenie, ponieważ kojarzą się raczej z radosnymi folkowymi piosenkami, tymczasem w MeetFactory rozbrzmiały głównie wyciszone kompozycje w dodatkowo skromnych aranżacjach, jak "Blow Your Nose" czy "A Little Bit, Sometimes". Trochę szkoda, bo naprawdę lubię lekko szalone piosenki "Dancing Behind My Eyelids", "Sing Along" czy przede wszystkim "They Made Frogs Smoke 'Til They Exploded".

To wszystko było oczywiście bardzo przyjemne, ale... przy wszystkich "nowych" utworach nie opuszczało mnie poczucie, że oglądam cover band dawnego zespołu Múm. Nie oczekiwałem zbyt wielu starszych utworów, ani tym bardziej, wybaczcie pretensjonalne sformułowanie, magii, która z miejsca zaistniała. Już na otwarcie koncertu usłyszeliśmy "I'm 9 Today" z debiutu, rozbrzmiało też na nowo zaaranżowane, ale z miejsca rozpoznawalne "The Ballad of Broken Birdie Records". Jednak dla mnie kluczowym momentem koncertu było "Green Grass Of Tunnel". Usłyszeć nareszcie jedną z kluczowych kompozycji z tych niesamowicie wyjątkowych dla muzyki alternatywnej lat 2000-2003 było dostatecznie emocjonujące. Ale uświadomienie sobie upływu czasu, tego, że minęła już ponad dekada... obezwładniało.

Örvar Þóreyjarson Smárason okazał się zaskakująco rozmowny, każdą piosenkę zapowiadał perfekcyjną angielszczyzną (shame on you, Björk!) i często dowcipnie. Nie pomogło to jednak w okiełznaniu publiczności. Irytujące rozmowy w czasie koncertów są niestety czymś normalnym (uwaga, wtręt mizoginistyczny - i mam wrażenie, że najczęściej inicjowanym przez kobiety), ale tak rozgadanej publiczności jak na Múm nie słyszałem chyba nigdy. Czegoś zatem zabrakło i w samym koncercie, co nie pozwoliło zespołowi utrzymać uwagi i skupienia publiczności.

Bardzo entuzjastycznie został natomiast przyjęty Sindri Már Sigfússon. Przyznać muszę, że choć bardzo lubię Seabear, to jego solowej twórczości pod szyldem Sin Fang nie śledziłem. Zaskoczył mnie zatem mocno elektroniczny i zarazem urokliwie chłopięcy charakter tej muzyki. I te tatuaże, uff! [Wojciech Nowacki]

25 września 2013


KAMP! + DEATHS [24.09.2013], MeetFactory, Praha || Zabawne, że Kamp!, powszechnie uznawany za najlepszy polski zespół koncertowy ostatnich lat, miałem okazję zobaczyć dopiero w Pradze. Z czeskiej perspektywy nie jest to formacja zupełnie nieznana, o czym można było przekonać się naocznie. Koncert, choć w mniejszej sali MeetFactory, zgromadził całkiem sporą publiczność, której reakcje świadczyły o entuzjastycznym obyciu z materiałem łódzkiego tria.

MeetFactory należy do najważniejszych miejsc na koncertowej mapie Pragi i zdecydowanie do najbardziej hipsterskich. Chcecie zobaczyć jak wygląda, jak ubiera się i prezentuje młoda, modna i alternatywna Praga – wybierzcie się do MeetFactory. Nie jest to typowy klub muzyczny, choć koncertowe eventy dają mu największego rozgłosu. Miejsce to, położone z dala od centrum, w południowej części Smíchova, mieści się w sporym pokolejowym budynku, w raczej industrialnym otoczeniu i tuż przy linii kolejowej. Pomyślane było jako centrum alternatywnych, czy wręcz awangardowych sztuk, na parterze mieszczą się sale w których odbywają się koncerty, wystawy, warsztaty, czy przedstawienia teatralne. Piętra oddane są w użytek artystom, warto wspomnieć, że swój warsztat ma tam m.in. słynny i kontrowersyjny rzeźbiarz David Černý.

Łodzianie mogą się zatem poczuć w takim otoczeniu całkiem swojsko, na szczęście horyzonty Kamp! wykraczają daleko poza granice Łodzi a nawet Polski. Długo egzystowali przede wszystkim jako zespół koncertowy, mając na koncie świetne epki i kolejne single, przez kilka lat podgrzewali atmosferę oczekiwania na swój pełnowymiarowy debiut. Przez ten czas jednak nabyli niesamowitego obycia scenicznego, w Pradze zaprezentowali się jako doświadczony, pewny siebie i bezbłędny technicznie zespół.

Koncert trwał niewiele ponad godzinę, napięcie siadło odrobinę dopiero pod koniec właściwego setu. Od początku postawili na szczęście na bezlitosne taneczne kawałki i swoje najlepsze kompozycje, obyło się zatem bez dansingowej otoczki rodem z płyty „Kamp!”, która jest bezdyskusyjnie jednym z najważniejszych polskich albumów dekady, ale niestety również przeleżanym i dyskusyjnie ukierunkowanym na ejtisowe pościelówy. Koncert jednak pokazał Kamp! nadal od elektroniczno-tanecznej strony, rodem z pierwszych epek, lecz w jeszcze bogatszej odsłonie. Kompozycje były dłuższe, napięcie było w nich dawkowane jeszcze bardziej sprawnie nie pozostawiając chwili wytchnienia.

Czesi najżywiej reagowali na single, co wcale nie było rzeczą oczywistą, najwyraźniej znali również teksty i mieli opanowane wszelkie taneczne ruchy. „Distance of the Modern Hearts” czy „Melt” przyjęte zostały szczególnie żywo, podobnie jak zagrane na bis „Cairo”. Pod sceną podskakiwał sam Petr Marek z Midi Lidi, praska publiczność kupiona była już od drugiego, trzeciego utworu, a bardziej rozgrzane od Czechów były chyba tylko Czeszki. Pozdrowienia dla jednej, która wybrała się na koncert w szpilkach. Moja stopa nigdy Cię nie zapomni.

O suporcie, praskim trio Deaths (dawniej Girls on Drugs), powiedzieć można tyle, że dobrany był całkiem nieźle. Zaprezentowali mocno inspirowaną latami osiemdziesiątymi muzykę, podobną właśnie do spokojniejszej, albumowej wersji Kamp! z odrobiną Twin Shadowa. Szkoda, że na razie bardziej skupiają się na wrzucaniu zdjęć na tumblra niż publikowaniu swojej muzyki. [Wojciech Nowacki]

22 maja 2013


W przeciwieństwie do większości, tego wieczoru przeżyłam swój pierwszy raz. Pierwsze bliskie spotkanie z klubem Desdemona w Gdyni.  Bardzo fajne miejsce  i  teraz na pewno będzie mnie tam więcej.  Ale do rzeczy… Na Abrahama trafiłam około godziny 20:00 i dowiedziałam się że supportujący Cinemon zespół ma godzinną obsuwę. Tak więc w klubowym ogródku chillowaliśmy podczas gdy trójmiejska kapela Pretty Scumbags robiła na dole próbę generalną.

Na szczęście nikt nie zasnął podczas wdychania nadmorskiego jodu i około 21:00 niezbyt wielka liczba osób udała się do środka aby wysłuchać  wspomnianej grupy. Całkiem miłe to było dla ucha, chociaż basista wyglądał jakby był tam za karę lub miał rozwolnienie, bo stał sztywny jak kłoda. Jakby bał się że coś mu wyleci z nogawki. Strasznie mnie to irytowało bo jestem wielbicielką basistów którzy rządzą na scenie. No ale na muzykę nie ma co narzekać, było fajnie.

fot. Dominika Filipowicz
Gdy zbliżała się godzina 22:00 na scenę wkroczyły trzy gwiazdy wieczoru z Krakowa. Jedna pozbyła się butów i na najbliższą godzinę zasiedliła jajowaty dywanik  w kolorze piaskowym. Mowa o najmłodszym w grupie - Kubie Traczu - dzierżącym w swych dłoniach instrument nazywający się bas. Brakowało mi tylko kilku garści piasku pod jego stopami…

fot. Dominika Filipowicz
Kiedy zaczęli wygrywać pierwsze dźwięki utworu „Messenger”, uśmiech mimowolnie pojawił się na mojej twarzy a stopy (na początek jedna, bez nonszalancji) zaczęły wystukiwać rytm. Ich EPki słuchałam wiele razy ale koncert  to zupełnie inna jakość. Z rock`n`rollem jest tak samo jak z jazz`em – największe wrażenie robi gdy słucha się go na żywo. Moje nogi dla przykładu, po dwóch kawałkach zyskały świadomość i słuch i poprowadziły mnie przed mur ludzi trzymających ręce w kieszeniach. Nawet śpiewałam sobie refren utworu „Na Na Na”, nie było to co prawda trudne bo brzmi on tak samo jak tytuł, ale pozwolę sobie pochwalić się swoim zaściankowym występem, a co!

Oprócz utworów z „Three Days EP”, chłopcy zagrali kilka nowych kawałków, które już niebawem ukażą się na najnowszej płycie Cinemon. Dwa z nich można odnaleźć już w sieci, a mowa o „Remember Me” oraz „Nobody`s Gonna Put Out The Fire”. Przyznaję, że jestem psychofanką tego ostatniego i ze zniecierpliwieniem czekałam na te dźwięki podczas niedzielnego koncertu w Gdyni. I to jest w sumie jedyny kawałek, który zarówno słuchany w audio jak i na żywo, wprowadza słuchacza w trans.

fot. Dominika Filipowicz
Pojawiły się też dwa covery norweskiej formacji Big Bang oraz cinemonowa wersja „Smooth” z repertuaru L.Stadt. Michał przywiózł ze sobą aż pięć gitar, które co jakiś czas zmieniał na potrzeby poszczególnych kawałków. Jednak robił to tak sprawnie, że nawet się tego nie odczuwało. Całe szczęście, że Kuba Pałka nie zabrał ze sobą kilku zestawów perkusyjnych bo wówczas koncert mógłby się nieco wydłużyć. A jeśli o długość chodzi to było zdecydowanie za krótko!

W przeciwieństwie do Pretty Scumbags, Cinemon pokazał co to znaczy być zgranym zespołem. Niby tam przy każdej okazji o tym wspominają ale co może być lepszym testem niż wspólny koncert? W dodatku cała trójka jest niezwykle energiczna. Zwykle mówi się w przypadku tej grupy o charyzmatycznym wokaliście, i rzeczywiście jest to prawda, natomiast również Kuba P. oraz Kuba T. pokazują, że drzemie w nich bezkompromisowa rock`n`rollowa dusza.

Ci, którzy mieli okazję a się nie wybrali, mogą bardzo mocno żałować,a do pozostałych którzy byli mam tylko jeden apel: ruszajcie się więcej na takich koncertach bo to nie recital! A poza tym na Facebook`owym fanpage`u Michał napisał, że kiedyś przeprowadzą się do Gdyni i będą grali często koncerty w Desdemonie, także trzymamy za słowo! [Agnieszka Hirt]

17 stycznia 2013


JAMES HARRIES [14.01.2013], Meskalina, Poznań || Na poznańskim koncercie Jamesa Harries’a cieniem kładło się disco polo oraz prosię. Udręczony Anglik ewidentnie nadal był w szoku po koncercie przypadkowo otwierającym jego małą trasę po Polsce. Z racji wolnego dnia na szybko zorganizowano udział Harries’a w pomorskim mieście powiatowym Sławno z okazji Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Występował zatem na ogrzewanej farelką scenie bezpośrednio po zespole disco polo, zaś po jego koncercie na scenie pojawiło się wielkie prosię. Domyślać się należy, że po staropolsku pieczone.

Traumą okazała się również podróż do Poznania w czasie poniedziałkowej śnieżycy. Wszechobecny śnieg i ten okrutny dzień tygodnia jakim jest poniedziałek wskazywały artyście na to, że jego występ nie będzie należał do frekwencyjnych sukcesów. Niemniej, wypełniona Meskalina i szczere zainteresowanie wykonawcą okazały punktem wyjściowym do koncertu z którego z pewnością był zadowolony.

James Harries to artysta, którego można zakwalifikować do kategorii „smutny chłopiec z gitarą”. Jego muzyka na albumach (poza najnowszym, ale o nim za chwilę) jest jednak bogato zaaranżowana, momentami całkiem drapieżna, w praktyce zatem różni się od twórczości choćby Jose Gonzalesa. Przede wszystkim jednak koncerty Harries’a wpływają na jego nie tak całkiem jednoznaczny wizerunek.

Owszem, lirycznie jego piosenki są całkiem smutne. W połowie koncertu, po solidnym secie szeregu piosenek o miłości, sam zacząłem wpadać w solidną melancholię, z której na szczęście wybiły mnie utwory znacznie żywsze i bardziej energetyczne. A energii Harries ma w sobie mnóstwo. Bardzo mimiczny w czasie śpiewu, w ciągłym ruchu, nie pozwala spuszczać z siebie oka. Prawdziwą siłą jest jednak jego głos, zaskakująco mocny wokal niejednokrotnie zdumiewa, nawet najbardziej spokojną kołysankę jest w stanie udanie złamać wokalnym porywem. Z kruchą, melancholijną muzyką mocno kontrastuje natomiast sam jej autor. Harries jest bowiem ostrym dowcipnisiem, chwilami wręcz uroczo błazeńskim, pozostającym w ciągłym kontakcie z widownią i sypiącym anegdotami po każdej niemal piosence. Choć zdominowanymi głównie przez sławieńskie prosię.

Na koncercie wybrzmiały nie tylko utwory z płyt „Days Like These” czy „Growing Pains”, ale także z ostatniego albumu, czym Harries pokazał, że nie należy go bynajmniej traktować po macoszemu. „Voice Memos: A Collection Of Songs I Recorded On My Phone” to faktycznie piosenki nagrane na telefonie w czasie licznych koncertowych podróży. Oczywiście bardzo prosto zaaranżowanych, jednak absolutnie pełnowartościowym i w niczym nie ustępującym profesjonalnym nagraniom. Dodatkowo cieszącymi licznymi dźwiękami tła, tworzącymi intymną, pamiętnikową atmosferę.

Dodać należy, że „Voice Memos” dostępne jest wyłącznie w postaci elektronicznej do darmowego pobrania (http://noisetrade.com/jamesharries). Warto się z nim zapoznać, nie jest artystą specjalnie rozpoznawalnym, ale ujmująca osobowość i zestaw naprawdę udanych kompozycji sprawiają, że kolejne jego koncerty w Polsce to rzecz obowiązkowa. Zwłaszcza po tak ciepłym i entuzjastycznym przyjęciu w Poznaniu. [Wojciech Nowacki]

4 września 2012


JAPANDROIDS [31.08.2012], Fabrika, Poznań || Na szczęście zdołałem już odzyskać słuch. Poza typowym jednodniowym ogłuszeniem, przez cały weekend trapiło mnie uporczywe dzwonienie w prawym uchu. By jednać mieć w Fabrice szansę cokolwiek zobaczyć, trzeba być pod samą sceną. By uniknąć łokci w żebrach i utraty okularów, trzeba się schronić z boku pod ścianą. Pod głośnikiem, solidnie zresztą nawalającym… Lokal lokalem, ale Japandroids dali w Poznaniu kolejny doskonały koncert.

Rozpoczęli mocnym akcentem. „The Boys Are Leaving Town” z perfekcyjnego debiutu, zaraz po nim wymowne „Adrenaline Nightshift” oraz „Younger Us” z „Celebration Rock”. Choć w recenzji narzekałem na tę płytę za zbytnią jej jednorodność, to jednak słusznie zakładałem, że utwory z niej pochodzące świetnie sprawdzą się na żywo. Potwierdziło się również to, że Brian King i David Prowse pozostając niezwykle naturalnymi dojrzeli muzycznie i koncertowo.

Trzy utwory wystarczyły do zagotowania atmosfery, łaskawe uruchomienie klimatyzacji na usilną prośbę Briana powitane zostało przez niego stosownym gitarowym riff’em oraz słowami Air-conditioning, bitch!. W piekielnym zaś klimacie rozbrzmiał jednej z najstarszych utworów duetu „To Hell With Good Intentions”, cover Mclusky znany z kompilacji „No Singles”. Częste sięganie po nieczęsto wykonywane już utwory było ukłonem w stronę poznańskiej publiczności widzianej przez sympatycznych Kanadyjczyków ostatnio ponad dwa lata temu.

Wtedy to po raz pierwszy poczułem się staro. Wcześniej nie ogarniałem faktu, że ludzie ledwie kilka lat młodsi scrobblują dziesiątki płyt zamiast pieczołowicie przewijać cienkopisem jedną upragnioną kasetę. W związku z czym na koncert debiutantów z drugiego końca świata udają się przygotowani w opinie i znajomość tekstów. Ekstatyczne śpiewy rozbrzmiewały i tym razem.

Japandroids kierując się „Fire’s Highway” zabrali nas w swe rodzinne strony w „Rockers East Vancouver” z perkusistą Dave’m w roli głównego wokalisty. Zainspirowany wystrojem Fabriki Brian zdradził, że kolejny utwór, świetne „The Night of Wine and Roses”, ze względu na charakterystyczny perkusyjny beat przypominający „Born In The USA” roboczo nazywają „Springsteen”. Prowse zresztą, mimo swej aparycji sympatycznego nerda, jest fenomenalnym bębniarzem, w „Wet Hair” rozpętał prawdziwą burzę, w „Evil’s Sway” zaś popisał się nawet perkusyjnym solo.

Po singlowym „The House That Heaven Built” podzielili się radością z grania przed tak “awesome” publicznością. Na specjalną zaś prośbę supportu zagrali mój chyba ulubiony ich utwór - „Heart Sweats” - nieprzyzwoicie ekstatyczny (a podobno od dawna już na koncertach nie wykonywany). W „Sovereignty” mieliśmy znów mały powrót do Vancouver, chwila wytchnienia nastąpiła dopiero przy „Continuous Thunder”, jednym wolniejszym tego wieczora i finałowym dla ostatniej płyty utworze.

Ścisłe ograniczenia czasowe nie pozwoliły na zabawę w bisy i schodzenie ze sceny. Słusznie zresztą, zbytnia kokieteria byłaby nie na miejscu w czasie tak bezpretensjonalnego koncertu. Jako powód, dla którego Japandroids znaleźli się przed nami zapowiedziane zostało pokoleniowe niemal „Young Hearts Spark Fire”. Na sam koniec udało się jeszcze zadziorne power-blues’owe „For The Love of Ivy”.

Niesamowite jest to, że zaledwie dwóch chłopaków z sąsiedztwa, sympatycznych i naturalnych jakby nadal grali w garażu na przedmieściach, wygenerować potrafią taką ilość hałasu. Do tego okrutnie melodyjnego. Sami zresztą zupełnie otwarcie i szczerze mówili, że dla nich niesamowita jest reakcja publiczności tak przecież odległej od przedmieść Vancouver. Takimi koncertami Brian i David z Kolumbii Brytyjskiej w Kanadzie zdobywają świat. [Wojciech Nowacki]

28 sierpnia 2012


FUKA LATA [24.08.2012], Trochę Kultury, Poznań || Koncertem niespodzianką okazał się dla mnie poznański występ duetu Fuka Lata. Po pierwsze bowiem, o jego istnieniu dowiedziałem się dwa dni wcześniej. Po drugie, Trochę Kultury to miejsce na poznańskiej mapie jeszcze bardziej hipsterskie niż Kontenery. Po trzecie i najważniejsze, koncert ten pokazał niesamowity potencjał Fuka Lata.

Debiutancki, wydany ledwie rok temu, album „Other Sides” przynosi długie gitarowe utwory, które ciężko nazwać kompozycjami. Hipnotyczne dźwiękowe plamy kreują atmosferę obrzędowości, rozpływają się w psychodelii, najbardziej zaś współczesnym tropem do ich opisania pozostaje shoegaze. „Saturn Melancholia” zaś, tegoroczny album numer dwa, pozostając równie mocno zanurzony w psychodelii, nacisk kładzie na elektronikę. Przestrzeń tej muzyki jest wręcz kosmiczna, tworząc w rezultacie efekt space-rocka bez rocka.

Godzinny koncert pokazał jednak, że Saturn jest ledwie przystankiem na drodze ku autentycznym gwiazdom. Fuka Lata bowiem zaprezentowała bowiem ogromny potencjał komercyjny. Nie, nie znaczy to, że muzyka duetu stała się popowa. Nadal jest hipnotycznie, w połączeniu z fantastycznymi wizualizacjami znacznie bardziej nawet niż na płytach. Spójny i przemyślany wizerunek duetu współgra idealnie z równie przemyślanym brzmieniem.

Utwory z płyt poszły w odstawkę, Fuka Lata na żywo prezentuje swe najnowsze wcielenie, mocno elektroniczne, wręcz taneczne. House’owe fragmenty w połączeniu z kosmiczno-obrzędowym wizerunkiem sugerować by mogły kierunek witch-house’owy, w stylistyce tej jednak zdecydowanie nie mieści się ciepły mimo wszystko śpiew uroczej LeeDVD. Przez myśl przemknąć mogą chwilami ostatnie dokonania Grimes, modulacje wokalu zaskakująco zbliżają Fuka Lata do szwedzkiego duetu jj.

Dodając do tego naprawdę porywające parkietowe beaty otrzymujemy całość godną dalszego uważnego obserwowania. Muzyka ta jest jednocześnie modną i bezpretensjonalną. Potencjał Fuka Lata jest zatem ogromny, koncertowy zaś profesjonalizm stosunkowo młodego przecież projektu rodzi wielkie nadzieje. Polska muzyka kryje jednak jeszcze wiele niespodzianek. [Wojciech Nowacki]