21 kwietnia 2020


Kontakt z nowym albumem Fiony Apple może dość solidnie onieśmielać. Z jednej strony z miejsca się pojawiające dziesiątkowe recenzje, z drugiej zaś sugerujące pewną podniosłość wydawanie płyt w wieloletnich odstępach. Darzę wielkim szacunkiem artystów nieczujących potrzeby tkwienia w ciągłym cyklu wydawniczym, ale jest też pewna nieufność względem bezkrytycznego przyjmowania tak oszczędnie pojawiającej się muzyki. "Fetch The Bolt Cutters" jest płytą, która absolutnie nie nadaje się to pobieżnego przesłuchania, więc żadne natychmiastowe odpowiedzi tu nie padną. Jest ewidentnie przemyślana, pełna treści, lecz zaczepna nie tylko w słowach, ale i w silnie zrytmizowanych dźwiękach.


Katarzia jak mało kto łączy wrażliwą emocjonalność, nieskrępowaną cielesność i wielkomiejskie rozintelektualizowanie. Tkwi w praskiej kwarantannie, niezwykle szczerze konfrontuje się z izolacją i choć śpiewa, że "Samota mi nevadí" to właśnie wydaje swój czwarty już album, którego nie ma szans koncertowo promować. "Celibát" kolejny już raz okazuje się być zarówno płytą silnie autorską, jak i czerpiącą z naturalnego talentu do wyczuwania tego, co dzieje się w muzyce i jak otaczać się współpracownikami. Nic nie stoi na przeszkodzie do tego, by Katarzia była naszą wspólną środkowoeuropejską dumą, bo posłuchajcie tylko jak rozkosznie śpiewnym jest język słowacki.


Debiut duetu Tęskno był jedną z najciekawszych polskich płyt paru ostatnich lat i nadal mam nadzieję napisać jeszcze o niej parę ciepłych słów. Tymczasem jednak, czas płynie i właśnie wydany drugi już album jest na swój sposób i powtórnym debiutem, "Tęskno" jest bowiem dziełem solowym. Jest tu mniej lekko nerwowego rozedrgania, jeszcze więcej natomiast poczucia ukojenia i chęci dzielenia się nim. Płyta jest ilustracyjna i piosenkowa zarazem, i choć na papierze łączenie smyczków z bardzo subtelną elektroniką nie musi prezentować się dziś szczególnie nowatorsko, to potrzeba szczególnego rodzaju wrażliwości, żeby zaowocowało tak stylowym efektem.


Thom Yorke - wiadomo, Jonny Greenwood ma swoje ścieżki dźwiękowe, klasyczne ciągoty, współpracę ze śp. Pendereckim, w zespole zaś swego brata Colina, ba, nawet perkusista Phil Selway ma na swym koncie już trzy płyty solowe. Ed O'Brien może więc wydawać się tym "zapomnianym" członkiem Radiohead, ale warto pamiętać, że i na koncertach często wspomaga Yorke'a wokalnie, czas więc najwyższy na samodzielne spełnienie. Warto odrzucić wszelkie porównania z Radiohead, choć na "Earth" znajdziemy znane nam twórcze eksperymentowanie. Muzyka EOB nie ma tej charakterystycznej nerwowości, jest zrelaksowana, nieinwazyjnie pomysłowa, niesiona przyjemnie zwyczajnie brzmiącym wokalem i ponadczasowym prześlizgiwaniem się po i rockowych, i elektronicznych tradycjach.


Koncerty akustyczne są często objawem komfortowej starości uznanych wykonawców, ale w czasach pozbawionych całkowicie żywej muzyki każdy jej przejaw powinien być witany z nostalgiczną radością. Zwlaszcza, że "Live At The Ritz: An Acoustic Performance" daleko ma zarówno do odświętnej celebracji a'la MTV Unplugged, jak i do wcześniejszych, całkiem bombastycznych koncertowych albumów Elbow. Jakimś cudem udało się wykreować tutaj atmosferę niemal pubowego koncertu, intymną, ale i rubaszną zarazem, na wskroś brytyjską i mimo klasycznej podniosłości kompozycji Elbow najlepiej pasującą do kufla piwa w ręce.


[Wojciech Nowacki]

16 kwietnia 2020


NINE INCH NAILS Ghosts V: Together / Ghosts VI: Locusts, [2020] Null Corporation || W pierwszym odruchu, nie jednak natychmiastowym, bo wymagającym przynajmniej pobieżnego zetknięcia się z ponad dwugodzinnym materiałem, pojawić się może pytanie, dlaczego wydany został pod szyldem Nine Inch Nails. Trent Reznor i Atticus Ross wznoszą się na fali oszałamiających sukcesów ich ścieżek dźwiękowych, żeby wspomnieć tylko "Watchmen", najnowszą i najsilniej powiązaną z całą siecią kulturowych fenomenów. Obie nowe części "Ghosts" są w oczywisty sposób ilustracyjne, z łatwością można sobie wyobrazić ich towarzyszenie oglądanym z hipnotycznym zaangażowaniem serialom czy filmom. Frapuje wreszcie sam powrót do serii "Ghosts", bo o ile "Ghosts I-IV" wydawały się twórczym czyszczeniem szuflad z pomysłów nie do końca wtedy jeszcze mieszczących się ramach NIN i które ostatecznie znalazły ujście w soundtrackowej twórczości Reznora, to czym są jej nowe części?

Choć "Ghosts V: Together" szczególnie wydaje się być nieinwazyjną muzyką tła, ambientem przyjemnie przeciekającym gdzieś na granicy świadomości, to nic z tego nie jest prawdą. Poza ową przyjemnością, co zaskakiwać może w przypadku NIN, u których satysfakcja płynęła częściej z agresywnie przebojowej rytmiki niż szczerej chęci ukojenia. Bo "Ghosts V" tak właśnie działa, jest albumem niespodziewanie budującym, podnoszącym na duchu, momentami fanfarowo wręcz monumentalnym. Ogólnie wiele tu z post-rocka, choć niewiele tu gitar, syntezatorowe drony przypominają o melancholii Hood, dźwięczne pianino i syntetyczne koronki bliskie są Mogwai. O ile post-rock opiera się jednak na umiejętnej eskalacji, o tyle "Ghosts V" uczą głębokiego zaangażowania w muzykę nieprowadzącą do żadnej konkluzji. Echa standardowego NIN można tu odnaleźć, a to zabrzmi charakterystyczna gitara z budującym napięcie frazowaniem, a to w finale pojawi się na moment rytmicznie rozmigotany industrial, ale przez swój retrofuturystyczny optymizm najbliżej ma do "Atomic" Mogwai i "Tomorrow’s Harvest" Boards of Canada.


Jeszcze bardziej chyba oczywista jest bliskość "Ghosts VI: Locusts" do "Suspirii" i generalnie bardziej paranoidalnej strony solowego Thoma Yorke'a. Upiorne pianino, teatralna duszność, rozliczne zniekształcenia, wszystko to sprowadza się do horroru, który jednak w swych nerwowo rozbieganych fragmentach flirtuje z ideą wyzwoleńczej ucieczki. Najbardziej fascynujące są jednak te momenty, w których pojawia się łkająca trąbka, z miejsca przynosząca niepokojąco zrezygnowaną atmosferę nocnego miasta, tak silnie kojarzącą się ze ścieżką dźwiękową do "House of Cards". Dlatego też "Ghosts VI" może wydawać się tym bardziej atrakcyjnym spośród obu albumów, w przeciwieństwie do "Ghosts V" brakuje mu jednak struktury, część pomysłów wydaje się ledwie naszkicowana, wciśnięta w ramy praktycznie przerywników, zbyt wielu i najczęściej pozbawionych przestrzeni do rozwoju.

Oba albumy chyba faktycznie są idealnym materiałem na obecne czasy. I nie, nie chodzi o miłą muzyczkę do pracy w domu, chodzi o naukę słuchania, pochłonięcia, posiadania czasu na prawdziwy kontakt z muzyką. Czyli jednak ścieżka dźwiękowa? Może i tak, ale jeśli Reznor i Ross ilustrują filmy i seriale, to jako Nine Inch Nails zawsze zajmowali się naszą rzeczywistością. Stąd i wydanie tych albumów pod tym właśnie szyldem. Nie sądzę jednak, by "Ghosts V" i "Ghosts VI" były chronologiczną opowieścią o pandemicznym świecie, to raczej dwie alternatywne wizje post-covidowej przyszłości. Do nas należy tylko wybór. 8/10 [Wojciech Nowacki]

12 kwietnia 2020


Nie podobała mi się cała ta promocyjna narracja zasadniczo odrzucająca istnienie dwóch ostatnich płyt The Strokes, spośród których zwłaszcza "Angles" było albumem zasługującym na większe docenienie. Do tego, kontrastowane ze średnimi delikatnie mówiąc singlami, buńczuczne zapowiedzi o "powrocie do korzeni", które w przypadku każdego zespołu z plus minus dwudziestoletnią historią mają prawo pachnieć starczą stęchlizną. Tymczasem, "The New Abnormal" jednak zaskakuje, choć energii nie wystarczyło na całą płytę, czego przykładem są zwłaszcza wymęczone single i syntezatorowe mielizny, ale w pozostałych miejscach cieszy i charakterystycznie dźwięczna gitara, i z miejsca rozpoznawalna melodyka, więc powrót do ducha debiutu można nawet zrozumieć.


Tu akurat oczekiwań nie było żadnych, ledwie parę niezbyt pamiętnych albumów, niepotrzebne czyszczenie szuflad, płyta koncertowa potwierdzająca tylko niewielką żywotność grupy, dla STRFKR była to dekada tylko pozornie aktywna. Czasy fenomenalnie przebojowego "Julius" okazują się w tym kontekście jedynie anomalią i na wydanej dość niespodziewanie płycie "Future Past Life" zespół wydaje się godzić z tą pozycją. Niespieszne piosenki prowadzone dźwiękami akustycznej gitary oraz echa zarówno folkowej psychodelii, jak i plażowego chillwave'u, w połączeniu z niewymuszonym charakterem materiału, może nie przynoszą niczego pamiętnego, ale oferują całkiem komfortową akceptację.


The Kooks akurat nigdy specjalnie nie śledziłem, więc jeśli mówimy tu o kolejnym powrocie do przeszłości, to zastanawia mnie, dlaczego rozpędzili się w stronę indie-rocka lat zerowych tak bardzo, że zatrzymali się aż w latach dziewięćdziesiątych, brzmiąc niemal jak ówczesna, rockowa wersja No Doubt. No serio, od rytmiki po manierę wokalną, może właśnie dlatego "Unshelved: Part I" jest tylko kolekcją piosenek, które nie pasowały do ostatniego albumu grupy.


[Wojciech Nowacki]

3 kwietnia 2020


W skali indie-popu Purity Ring mieszczą się gdzieś pomiędzy Chvrches a Poliçą i jest to sympatyczna, ale jednak nisza, nierozłącznie kojarząca się z początkiem drugiej dekady tego wieku. Problemem "WOMB" jest niekoniecznie to, że nie wnosi absolutnie nic do znanego już brzmienia duetu, lecz że w dość oczywisty sposób odsłania gwałtowne jego starzenie się. Synth-pop z pretensjami, hip-hopowe i r'n'b ozdobniki, przede wszystkim zaś produkcja i nachalnie zagęszczone wokalne modyfikacje mogą może dziś robić wrażenie w przypadku amatorów z SoundClouda, ale nie u wykonawcy z trzema albumami na koncie.


Ciekawe, że w ten sam dzień co Purity Ring, swój również trzeci album wydała Empress Of, która supportując duet podczas ich praskiego koncertu stała się niesamowitym odkryciem. Kto nie wie, niech natychmiast sięgnie po jej debiut "Me", bo to jeden z najbardziej zjawiskowych popowych albumów dekady. "Us" stało się ofiarą typowego syndromu drugiej płyty, przed wydaniem "I'm Your Empress Of" można więc było poczuć się nerwowo. Tym razem rzecz bliższa jest mixtape'owi, w którym niepozbawione społeczno-rasowego komentarza piosenki przepływają jedna w drugą, ale pozwalają na dalsze odkrywanie kompozycyjnej dojrzałości i rytmicznego wyczucia Lorely Rodriguez.


Dwa ostatnie albumy Amona Tobina do specjalnie udanych niestety nie należały, może więc ta nagrana wspólnie z Thys drobnostka okaże się zalążkiem czegoś ciekawego. "Ghostcards" to niecałe dziesięć minut muzyki, ale żywej, organicznej i z gustownie jazzowym posmakiem. O ile zamiast przydymionego klubu orkiestralny jazz nadaje się do domu strachów i opuszczonego wesołego miasteczka.


[Wojciech Nowacki]