23 lutego 2020


"Myopia" była pierwszym tegorocznym albumem wartym prawdziwego wyczekiwania i bez niespodzianek, za to z niekłamaną przyjemnością, okazuje się czołową płytą początku nowego roku. Agnes Obel swoje brzmienie ma po mistrzowsku opanowane, już przy okazji jej poprzednich płyt ciężko było znaleźć muzykę równie emocjonalnie i melodycznie intensywną, nowy zaś album zamiast błahego powtarzania formuły przynosi dalsze jej udoskonalenie. Kompozycje z miejsca wydają się klasyczne, gra na pianinie uwodzi, praca z głosem zadziwia, całość zanurzona jest w soczystej produkcji, która plastycznie i z narracyjnym rozmachem odmalowuje śpiewny i wciągający świat.


King Krule natomiast tworzy swój własny świat z jednej strony wysoce organicznym, z drugiej zaś pełnym dysonansów. Czuć ścieżkę przeplatającą się z Mount Kimbie i wspólnie z nimi meandrującą post-punkowymi polami. Na "Man Alive!" to jednak tylko jeden z wielu stylistycznych tropów. Odmienne strony wydają się ze sobą walczyć, nigdy nie stając się w pełni ze sobą kompatybilne, lecz to frapujące niedotarcie wydaje się być właśnie istotą brzmienia King Krule. Na tej płycie, w przeciwieństwie do zbyt długiego i męczącego poprzednika, poniekąd kuszącego i zachęcającego do odkrywania dalszych sensów.


Prawdziwe zaskoczenie. Grimes zawsze wydawała się być lekko irytującą, chaotycznie soundcloudową, bardziej skupioną na kreacji swego mniej lub bardziej wirtualnego wizerunku niż na kompozycjach i, mówiąc wprost, przereklamowaną. Do tego związek z Tonym Starkiem Elonem Muskiem i otrzymujemy postać co najmniej kłopotliwą. Tymczasem, "Miss Anthtropocene" nie tylko wprowadza przestrzeń do dotychczasowego zamętu, ale i sprowadza go do kompozycji atrakcyjnie pamiętnych, lecz niekoniecznie banalnie popowych, zaskakujących zaś w wielu miejscach produkcyjnymi chwytami, które nie pozwalają przejść obok tejże płyty obojętnie. Dojrzale i nowocześnie zarazem.


Na mało kogo można liczyć tak bardzo jak na Amandę Palmer. I nie chodzi tu tylko o jej kompozycyjną i wydawniczą płodność, ale i jej dostępność w sieciach społecznościowych, bliskość słuchaczowi i społeczne zaangażowanie. Owszem, granica między jej regularnymi a okazjonalnymi wydawnictwami jest bardzo cienka, ale pokazuje tym samym, że w muzyce chodzi tak naprawdę tylko o piosenki i przyczyny do ich śpiewania. Charytatywne "Forty​-​Five Degrees: A Bushfire Charity Flash Record" powstało na fali troski o udręczoną pożarami Australię (bliskiej artystce przynajmniej od czasów "Amanda Palmer Goes Down Under") i kontynuuje zarówno jej autorskie epickie opowieści rodem z albumu "There Will Be No Intermission", jak i jej maestrię skromnego coverowania (odpowiednio zmodyfikowane "My Favorite Things (Bushfire Edition)" czy ogniście znajome "Beds Are Burning").


[Wojciech Nowacki]

14 lutego 2020


Całkiem możliwe, że żyjemy w czasach tak silnie podsyconych technologicznym postępem, otwartością zastosowań i rozbudowanym spektrum możliwych rozwiązań, że faktycznie produkcja staje się największą wartością współczesnej muzyki. Bo imponującym być przecież musi jak dobrze i umiejętnie się ktoś orientuje zarówno w nowatorstwie, jak i w jego implementowaniu do tradycyjnych dokonań. Tame Impala nie zachwyca bowiem ani pieśniopisarstwem, ani zlewającymi się ze sobą kompozycjami, "The Slow Rush" to przede wszystkim rzemieślnicza próba powtórzenia sukcesu poprzedniej płyty i sprzedaży zwyczajowej współczesnej elektroniki pod płaszczykiem niby z rocka się wywodzącej psychodelii. Być może zyska z czasem, być może jednak ulegniemy naciskowi zbyt silnej sugestii.


Pełen szacunek dla The Men. Ta niepozorna grupa podtrzymuje witalność klasycznie rockowej muzyki, nie zapominając jednocześnie o potrzebie ciągłego rewitalizowania własnego brzmienia. W ich intensywnej dyskografii znajdziemy albumy post-punkowo noisowe, po amerykańsku piosenkowe, dziwnie eksperymentujące czy punkowo zwięzłe i zadziorne. "Mercy" sugerowało powrót do eksperymentowania, lecz okazuje się płytą ponadczasową, ale i świeżo rockową. Siedem zwięzłych kompozycji, w tym i jedna rozkosznie dziesięciominutowa, gitarowe solówki, klasyczne rozwiązania, echa radiowego country, rzecz brzmi zwięźle, rześko i tak potrzebnie dziś bezpretensjonalnie.


Emika jak w wahadełku, raz elektronicznie, raz klasycznie, powraca do swego pianistycznego wcielenia wraz z kontynuacją płyty "Klavírní". Zapowiedzi sugerowały elektronicznie modyfikacje klasycznego instrumentarium, a więc swego rodzaju fuzję jak dotąd zasadniczo odrębnych brzmień Emiki, nowa płyta jednak zdecydowanie podtrzymuje minimalistyczną dźwięczność pianina. "Klavírni temná" jest dość niezręczna w swym czeskojęzycznym tytule, choć pokazuje subtelny rozwój Emiki jako pianistki. Melodie nadal są skromne i repetytywne, lecz odrobinę odważniejsze w swych melodycznych rozwiązaniach. Szkicowość materiału pozostaje, ale jego materia pozostaje atrakcyjnie zwiewną.


Ileż to już imponująco brzmiących albumów za nami? Jazzpospolita zasługuje na przynajmniej kosmetyczne zmiany, zwłaszcza, że dwie ostatnie płyty, aczkolwiek udane, specjalnie w pamięci się nie zapisały. "Przypływ" kładzie mniejszy nacisk na emocjonalnie zadziorne melodie, skupia się za to na teksturach kompozycji. Ma więc sens okładka płyty. Dźwięki wymykają się tym razem brzmieniom zarówno jednoznacznie jazzowym, jak i post-rockowym, wydają się złudnie jednorodne, ale wyłania się z nich nieoczywista struktura, pozornie prowadzona pianinem, lecz w istocie klasycznym rockowym triem gitara-bas-perkusja. W efekcie nabieramy pewności jak dobrze muzyka ta prezentować się będzie na żywo.


[Wojciech Nowacki]

31 stycznia 2020


Na epce "Laughing Gas" niby wszystko jest tak samo jak na lekko niedocenianym i niesłusznie zapomnianym, ale i faktycznie niewiele nowego wnoszącym albumie "Indigo" Wild Nothing. Jednocześnie jednak ta niezobowiązująca i zwięzła całość prezentuje się bardziej awanturniczo, oferuje muzykę dość wielowarstwową i całkiem złożoną, przynosząc w efekcie porywający i niespodziewanie intensywny pop. W temacie flirtowania z porządnie wyprodukowaną syntetycznie gitarową muzyką lat osiemdziesiątych przebija w ten sposób przereklamowanych Tame Impala, choć szczególnie pamiętnych przebojów również nie przynosi. Może wydawać się zatem niepotrzebną, lecz pokazuje też dlaczego by nie wydawać rzeczy dla czystej radości ich słuchania.


Poliça to formacja pozornie intelektualnie atrakcyjna, ale zasługująca na sporą dozę nieufności od kiedy wokalistka obwieściła, że nazwa grupy pochodzić ma z języka polskiego. Album "When We Stay Alive" zapowiadał się jednak znakomicie wraz z pierwszym singlem "Driving", niezmiernie wciągającym i antyprzebojowym, opartym na hipnotycznym, zapętlonym dronie. Podobnie jednak jak wokal wahający się między beztrosko cukierkowym a podskórnie skrzywdzonym, płyta ta nie może się zdecydować między naprawdę atrakcyjnym eksperymentem a dość banalną piosenkowością. W najlepszych momentach brzmi niczym zniekształcony złogami współczesności trip-hop, szkoda więc, że okazuje się całością rozczarowująco nierówną.


Okoliczność wydania nowej płyty Jamesa Harriesa, Brytyjczyka od lat mieszkającego i silnie zadomowionego w czeskiej Pradze, w dzień finalizacji boleśnie przeciąganego brexitu jest analogią zbyt kuszącą do pominięcia. Chodzi bowiem o podobne niezdecydowanie. Jeśli więc poprzedni jego album "Until The Sky Bends Down" przynosił niezmiernie stylowy, ponadczasowo klasyczny i momentami wręcz epicki pop, to "Superstition" stara się pokazać i trochę elektroniki, i trochę niby współczesnego r'n'b, i trochę soundtracku Disneya. Dość chaotycznemu niezdecydowaniu nie pomaga brak wyraźniejszych melodii, płyta jest jednak dość krótką, można więc ją potraktować jako chwilowy przejaw poszukiwania.


Z jakiegoś powodu dopiero teraz w serwisach streamingowych pojawił się album "I Made A Place", pierwotnie wydany jesienią zeszłego roku. Bonnie "Prince" Billy niby wydaje płyty z podejrzaną częstotliwością, ale emocjonalność tej najnowszej jest autentycznie rozdzierająca. Mówimy tutaj bowiem o takiej Ameryce, która jest nie tylko mi najbliższa, ale jest i najprawdziwsza, tak odmienna od popkulturowych wyobrażeń. Ameryka farmerska, małomiasteczkowa, owszem, również głęboko religijna, ale w ciepły i goszczący sposób. Nostalgia tego albumu jest wręcz nieznośna, lecz tak działają ważne płyty. Ta akurat uświadamia, że każde miejsce można uczynić swoim własnym jeśli tylko towarzyszą mu serdeczni ludzie.


[Wojciech Nowacki]

24 stycznia 2020


Mocny początek płyty "Skull Echo" nawet swym tytułem wskazuje, że Julia Marcell daleka jest od komercyjnych ambicji. Imponująca, sześciominutowa "Ekstaza Intelektualna" łączy współczesną wariację na temat Johna Carpentera z umiejętniejszą wersją Bat For Lashes. Lekki powiew lat osiemdziesiątych na szczęście nie wpada w netflixową retro-nostalgię, zbyt wiele jest tu bowiem teraźniejszych i naprawdę ciekawych rozwiązań produkcyjnych, jednocześnie zaś wokal przynosi stylowo folkowe echa. Album utrzymuje niezmienną intensywność i to właśnie może być jedynym jego problemem, kompozycje zaczynają się nieco ze sobą zlewać i w efekcie płyta zaczyna wydawać się dłuższą niż jest w istocie.


Od pewnego czasu można się pokusić o teorię, że ścieżki dźwiękowe pisane przez zespół oraz solowe dokonania jego poszczególnych członków są bardziej interesujące od ostatnich regularnych płyt studyjnych Tindersticks. Grupa ma talent do snucia swobodnie ilustracyjnej muzyki, bogatej na tyle, że nie musi posiadać wizualnego kontekstu. Luźniejszy, ale i kolaboracyjny duch powraca na epce "See My Girls", choć wychodzącej z utworu pod tym samym tytułem z ostatniego albumu "No Treasure But Hope", to kładącej nacisk właśnie na obrazowy aspekt tej muzyki oraz na rolę córki wokalisty, która stworzyła promujący całość teledysk, szatę graficzną całego wydawnictwa i udzieliła swojego głosu w jednej z piosenek.


Pet Shop Boys mają z kolei talent do singli. I tym razem "Monkey Business" okazuje się całkiem pomysłowo wpadającym w ucho przebojem, tak samo więc jak przy okazji paru poprzednich ich płyt pojawia się zagadnienie ich istotności. Czy Pet Shop Boys są formacją dla stanu muzyki nadal ważną i wartą revivalu, czy też jednak balansującą gdzieś na pograniczach gustu, ku uciesze swych hardkorowych fanów, bo tak, tacy naprawdę istnieją (choć głównie w Czechach, co wpisuje się w tamtejszą, hmm, opieszałość jeśli chodzi o adaptowanie mód i trendów). "Hotspot" nie trafi do nikogo innego poza tym kręgiem, ale choć miejscami przyciężki to przyznać mu trzeba dość umiejętne podążanie za dzisiejszymi produkcyjnymi normami.


[Wojciech Nowacki]

17 stycznia 2020


"UR FUN", zwłaszcza w porównaniu z wcześniejszymi, psychodelicznie wyrafinowanymi tytułami of Montreal, przynosi dokładnie to, co obiecuje. Wokale Kevina Barnesa są tu entuzjastycznie przebojowe, ale czai się w nich też lekko niepokojąca histeria, teksty bowiem, choć bywają beztroskie, to w wulgarny raczej sposób. Charakterystyczny i bezkompromisowy zmysł obserwacji dosadnie analizuje świat seksu, ale i poniekąd polityki, u progu nowych lat dwudziestych, opakowując jego jasne i ciemne strony w zwodnicze barwy lat osiemdziesiątych. Choć jednak album ten prostszy jest od atrakcyjnie artystowskiego "White Is Relic / Irrealis Mood" to prawdziwy przebój znajdziemy na nim tylko jeden ("Polyaneurism").


Po euforyczne spełnienie należy koniecznie i niespodziewane sięgnąć zaś po nową płytę Holy Fuck. Nie, nie są to przeboje, lecz szarlatańsko zręczny miks elektroniki oraz rockowego instrumentarium. Hipnotyczną satysfakcję identycznie płynącą zarówno z noise'u, jak i z klubowej rytmiki, na "Deleter" spleciono w ściśle kontrolowaną emocjonalność. W podobny deseń do dokonań Elektro Guzzi, znacznie lepiej niż Battles, z pomysłowością dzięki której znakomicie odpalający album "Luxe" pomimo udziału Alexisa Taylora wcale nie brzmi jak Hot Chip. Świetna, niedługa i intensywna płyta, skrojona jakby w ostatecznym uzasadnieniu eksklamacji z nazwy formacji.


Głęboką fascynację pewnych środowisk grupą Algiers potrafię zrozumieć, ale jej konfrontacji z rzeczywistością już nie. Trzecia ich płyta "There Is No Year" nadal nurza się w swojej intensywności i samookreślonej ważności. Sloganowy śpiew stale przytłacza na pierwszym planie, zagęszczona do granic rozpoznawalności muzyka zaś ciągle tkwi w skompresowanym tle. Przekaz Algiers jest istotny, tu nie ma wątpliwości, ale jako rzecz przeznaczona do słuchania raczej niż do drukowania w politycznych manifestach nie zachwyca gdy pędzi, nudzi zaś gdy zwalnia. Zespół pozostaje więc wielką ideą atrakcyjną tylko na papierze.


Zaskoczeń w statusie grupy nie przynosi też nowa płyta Bombay Bicycle Club. To jedna z tych grup, które tkwią gdzieś na obrzeżach świadomości, choć nie do końca wiadomo z jakiego powodu. Bo grywają na festiwalach? A może mieli piosenkę w reklamie? Jakąś charakterystyczną okładkę? Zagadki oczywistej znajomości ich nazwy nie wyjaśni "Everything Else Has Gone Wrong", lecz uczciwie przyznać trzeba, że jest to całkiem sympatyczny album, tkwiący gdzieś w popowo indie-rockowym standardzie, ale i w beachboysowy niemal sposób grzejący się w cieple lat sześćdziesiątych.


[Wojciech Nowacki]