23 maja 2020


The 1975 to nic więcej niż zręczne pogranicze indie-pop-rocka, ale na poprzednim albumie udało im się przekonać i krytykę, i publikę, o wielkości, ba, pokoleniowości nawet tamtego materiału. Bez przesady, kluczem do sukcesu okazało się zebranie wszystkiego nośnego we współczesnej muzyce w jedną, przyswajalną całość. "Notes On A Conditional Form" to próba powtórzenia dokładnie tego samego, z ambicjami rozciągającymi się na 22 utwory i 80 minut muzyki, które dlatego też nie pozwalają na nawiązanie z nią żadnej więzi. Wrażenie (i zaangażowanie) podobne do słuchania przypadkowego radia podczas podróży samochodem.


Pamiętacie jeszcze o Badly Drawn Boy? Jego włochata twarz była swego czasu niemal symbolem brzmienia wczesnych lat zerowych, plastycznego, akustycznego, swojsko-chwytliwego. "Banana Skin Shoes" nie jest bynajmniej powrotem specjalnie wyczekiwanym, ale odrobina słoneczniejszej muzyki dziś z pewnością nie zaszkodzi. Nawet jeśli ogólne wrażenia są równie letnie, co u opisanych powyżej, to przynajmniej pozostaje poczucie bezpretensjonalnej nostalgii.


O albumie "POST-" nie było niestety okazji tu napisać, nie tak dawno temu był to naprawdę fajny kawałek amerykańskiego punka, zwłaszcza w podaniu tak sympatycznej, ale i mądrze refleksyjnej osobowości jak Jeff Rosenstock. O ile tamta płyta może uchodzić za całkiem złożoną, oczywiście w gatunkowych ramach, o tyle "NO DREAM" jest… intensywny, już od pierwszej, niemającej nawet minuty piosenki. Jest więc szybko, krótko, gęsto od niemal pop-punkowo skandowanych wokali, ale też i od pierwotnej energii, która powinna zaspokoić choćby tęskniących za Japandroids.


[Wojciech Nowacki]

15 maja 2020


Perfume Genius prezentuje się na okładce "Set My Heart On Fire Immediately" w kruchym, lecz dumnym, monochromatycznym półnegliżu, na płycie jednak przystraja się w kolejne gatunkowe kostiumy: pop-rock, queer-indie, noir dansing, klasyczne pieśniopisarstwo, narracyjność musicalu. Wszystko to jednak okazuje się tylko pretekstem do zamyślonego, introwertycznego śpiewu, który jest emocjonalnym centrum albumu, ale pozostaje w zbytnim odłączeniu od muzyki by stworzyć bardziej pamiętną całość.


Dwa ostatnie albumy Amona Tobina, choć przypomniały nam jego, znany już przecież, dźwiękowy design, okazały się być niespecjalnie potrzebnymi. Rewitalizacji jego drugiego projektu Two Fingers towarzyszyły celowo kontrastujące z powyższymi deklaracje o jego bynajmniej nie utraconej "twardości". Faktycznie, "Fight! Fight! Fight!" bliżej ma do pozbawionego humoru Modeselektor, ale buńczucznie nażelowaną męskość dzieli raczej z mundialową estetyką i wypalanymi na CD-Rach latami dziewięćdziesiątymi.


Pozostając przypadkiem w temacie nagiej męskości. Moses Sumney na albumie "græ" uosabia całą drogę, jaką organiczne r'n'b przeszło światem, w którym wydarzył się James Blake, Sufjan Stevens i post-rock, od czasów, gdy jego twarzą, w innych produkcyjnych warunkach był Seal. Płycie pewnie nie zaszkodziłoby lekkie skrócenie, ale jej pełne, bogate brzmienie i gustownie bezpretensjonalny rozmach nie pozostawiają miejsca na przesyt. Kolejna z tegorocznych niespodzianek.


[Wojciech Nowacki]

10 maja 2020


I Break Horses wydaje się być projektem dla alternatywnych koneserów, istniejącym w świadomości dość wąskich kręgów, lecz (być może właśnie dlatego) reakcje krytyki na nowy album są całkiem entuzjastyczne. Nic dziwnego, na następcę "Chiaroscuro" czekać musieliśmy aż siedem lat, groźba osunięcia się w zapomnienie była zatem całkiem realna. Upraszczając, powiedzieć można, że "Warnings" to rzecz przede wszystkim dla stęsknionych za Beach House, ale z odważniejszym manipulowaniem dynamiką i flirtowaniem z elektronicznym synth-popem.


Czyszczenia szuflad ciąg dalszy. Dema, rarytasy, pełno koncertówek, każdego tygodnia najróżniejsi wykonawcy rozpieszczają nas pandemicznymi prezentami, czasem nawet i za darmo, czasem na jakiś szczytny cel, czasem ot tak, po prostu. Zola Jesus wydała dość tradycyjny album koncertowy "Live At Roadburn 2018", który choć może nie oddaje w pełni jej szalonej, żywej energii, ale w ramach zgrabnej i spójnej całości przypomina o całkiem sporej ilości popowych piosenek w jej repertuarze. A przy okazji pozwala sprawdzić, jak radzi sobie w specyficznie festiwalowych warunkach.


Komu Mark Lanegan kojarzy się z noirowym, rockowym bardem, zasadniczo nie jest w błędzie, ale komu nie straszny skok w jego onieśmielająco obszerną dyskografię, temu "Straight Songs Of Sorrow" przynieść może przyjemne zaskoczenie. Lanegan swobodnie żongluje stylistykami, gra ze strukturą piosenek, wokalnie mieszcząc się gdzieś pomiędzy Iggym Popem a Leonardem Cohenem. Niemal coroczne wydawanie kolejnych płyt odsłania jednak w pewnym momencie lekką szkicowość materiału, zwłaszcza w połączeniu ze wspieraniem się perkusyjnym automatem.


Niespodziewanie udany debiut! Hayley Williams pozornie wyłoniła się znikąd, ale jej debiutancki album "Petals For Armor" zaskakuje dojrzałą i złożoną wizją, absolutnie niepozbawioną zapraszającej lekkości. Słychać tu zarówno współczesne, kobiece indie spod znaku Warpaint czy Sharon Van Etten, jak i radiowy pop-rock lat dziewięćdziesiątych w stylu Suzanne Vegi i Sheryl Crow, a do tego jeszcze migotliwe lata osiemdziesiąte gdzieś spomiędzy młodej Madonny i Whitney Houston. Ale, ale, Hayley debiutantką nie jest, mówimy bowiem o wokalistce średnio się kojarzącego pop-rockowego zespołu Paramore. Co tylko częściowo wyjaśnia artystyczny sukces tejże płyty.


[Wojciech Nowacki]

5 maja 2020


BON IVER i,i, [2019] Jagjaguwar || Jest lepiej, całkiem nieźle nawet. Czwarta płyta Bon Iver potrafi momentami zaintrygować, nawet jeśli tu i ówdzie zirytuje, to dość umiejętnie przebije to całkiem sympatyczną kolekcją efektownych zabiegów produkcyjnych. Słabością Justina Vernona nadal jest zbyt silna wiara, po pierwsze, we własne możliwości wokalne, po drugie zaś, w swój zmysł eksperymentatorski. Po raz kolejny mankamenty te stara się kamuflować może i zbytną kolażowością materiału, tym razem jednak z bardziej słuchalnym i rozluźnionym efektem niż na "22, A Million".

Materiał zresztą wyłania się niczym ze studyjnego szkicownika, pełnego szmerów i pogłosów, co przewija się przez całą płytę, zaskakująco zbliżając ją do dźwiękowej islandzkości. Mamy więc tu powrót do przyziemnie swojskiego, folkowego tchnienia, ale raczej w tym polodowcowo rustykalnym wykonaniu niż pochodzącym z drewnianej chaty gdzieś w Wisconsin. Więcej jest tu zatem całkiem przyjemnego ciepła, którego zdecydowanie brakowało na kanciastym poprzedniku. Do tego na powierzchnię wypływa tu pełno drobnostek, dęciaki, abstrakcyjna elektronika, folkowy post-rock, minimalizm Devendry Banharta, twinpeaksowe syntezatory, ba, nawet echa trip-hopu zmieszane z post-bluesową plemiennością King Crimson. Vernon nadal jednak bardzo chciałby być Jamesem Blake'iem i cóż, konsekwentnie mu to nie wychodzi, zwłaszcza jeśli wspomagać się musi wokalnymi modyfikacjami.


Podobnie z dźwiękowymi eksperymentami, nawet najlepsze z nich nie są doprowadzane do końca, niemal natychmiast porzucane są na rzecz kolejnych i kolejnych, składając się w efekcie na mgliście niezapamiętywalną całość. I tak oto dochodzimy do zasadniczej konkluzji, błahostki wybaczyć bowiem ewentualnie można, ale pod warunkiem, że towarzyszą one dobrym kompozycjom. Z wyjątkiem może "Hey, Ma", jedynego kompletnego i śpiewnego utworu, Bon Iver brakuje kompozycyjnego skupienia wystarczającego do napisania pamiętnej piosenki, co w połączeniu z ograniczoną i oklepaną melodyką przypomina nam tylko, jak przewartościowanym jest ten projekt.

Wiele miesięcy po premierze wiemy już, że "i,i" jest albumem, który zgodnie z przewidywaniami po prostu przeminął. Bon Iver zaś zostanie zapamiętany jako wykonawca, który przynajmniej się starał, ale po czterech płytach wydaje się, że nie będzie już potrzeby by sięgać po kolejną. 6/10 [Wojciech Nowacki]

3 maja 2020


"HiRUDiN" cechuje na swój sposób pełniejsze brzmienie niż na, z perspektywy czasu, surowszym poprzedniku. Austra wydaje się być tutaj bardziej popową, bardziej otwartą na międzygatunkowe flirty, chętniej też sięga po żywe instrumentarium. I choć obie płyty nie dorastają towarzyszącym im oczekiwaniom, to jednak "Future Politcs" przyniosło przynajmniej kilka zjawiskowych kompozycji, nowy zaś album jest raczej ostatecznie szkicową i nieszczególnie pamiętną całością.


Na "I Grow Tired But Dare Not Fall Asleep" sama atmosfera jest tymczasem tym, co szczególnie fascynuje. Ghostpoet w ponadczasowy sposób sięga po trip-hop w najlepszych tradycjach Massive Attack lat dziewięćdziesiątych, spowity jazzującym dymem i niemal rockową swobodą. Egzystencjalne lęki zostały podane tu w tak sennie kojący sposób, że album ten może okazać się znakiem czasów i jednym z najmocniejszych tytułów tego roku.


Czasy te stają się też dla wielu wykonawców okazją do czyszczenia szuflad i oferowania małych prezentów swoim fanom, tak oto Editors upublicznili dwie części kolekcji swoich rozlicznych b-side'ów, dem i bonusowych utworów. Dla tego zespołu zawsze były one okazją do odważniejszego eksperymentowania, do którego potencjał tonowany jest niestety na ostatnich studyjnych albumach, "You Are Fading, Vol. 3 / Vol. 4" powinny być zatem równorzędną częścią ich dziedzictwa. 


Na temat seriali mam równie wiele do powiedzenia, co na temat muzyki, ale jako że jest to blog muzyczny powiem tylko, że "Devs" to najbardziej zjawiskowe i filozoficznie poruszające science-fiction ostatnich lat. Sporą częścią obezwładniającej siły miniserialu Alexa Garlanda jest muzyka, medytacyjnie wędrująca po falach dalekowschodniego namysłu, narracyjnego napięcia, chrześcijańskiej sakralności, technologicznej grozy i jazzowej paranoi. Majstersztyk za którym stoją Ben Salisbury, The Insects oraz znany z Beak> i Porstishead Geoff Barrow.


[Wojciech Nowacki]

21 kwietnia 2020


Kontakt z nowym albumem Fiony Apple może dość solidnie onieśmielać. Z jednej strony z miejsca się pojawiające dziesiątkowe recenzje, z drugiej zaś sugerujące pewną podniosłość wydawanie płyt w wieloletnich odstępach. Darzę wielkim szacunkiem artystów nieczujących potrzeby tkwienia w ciągłym cyklu wydawniczym, ale jest też pewna nieufność względem bezkrytycznego przyjmowania tak oszczędnie pojawiającej się muzyki. "Fetch The Bolt Cutters" jest płytą, która absolutnie nie nadaje się to pobieżnego przesłuchania, więc żadne natychmiastowe odpowiedzi tu nie padną. Jest ewidentnie przemyślana, pełna treści, lecz zaczepna nie tylko w słowach, ale i w silnie zrytmizowanych dźwiękach.


Katarzia jak mało kto łączy wrażliwą emocjonalność, nieskrępowaną cielesność i wielkomiejskie rozintelektualizowanie. Tkwi w praskiej kwarantannie, niezwykle szczerze konfrontuje się z izolacją i choć śpiewa, że "Samota mi nevadí" to właśnie wydaje swój czwarty już album, którego nie ma szans koncertowo promować. "Celibát" kolejny już raz okazuje się być zarówno płytą silnie autorską, jak i czerpiącą z naturalnego talentu do wyczuwania tego, co dzieje się w muzyce i jak otaczać się współpracownikami. Nic nie stoi na przeszkodzie do tego, by Katarzia była naszą wspólną środkowoeuropejską dumą, bo posłuchajcie tylko jak rozkosznie śpiewnym jest język słowacki.


Debiut duetu Tęskno był jedną z najciekawszych polskich płyt paru ostatnich lat i nadal mam nadzieję napisać jeszcze o niej parę ciepłych słów. Tymczasem jednak, czas płynie i właśnie wydany drugi już album jest na swój sposób i powtórnym debiutem, "Tęskno" jest bowiem dziełem solowym. Jest tu mniej lekko nerwowego rozedrgania, jeszcze więcej natomiast poczucia ukojenia i chęci dzielenia się nim. Płyta jest ilustracyjna i piosenkowa zarazem, i choć na papierze łączenie smyczków z bardzo subtelną elektroniką nie musi prezentować się dziś szczególnie nowatorsko, to potrzeba szczególnego rodzaju wrażliwości, żeby zaowocowało tak stylowym efektem.


Thom Yorke - wiadomo, Jonny Greenwood ma swoje ścieżki dźwiękowe, klasyczne ciągoty, współpracę ze śp. Pendereckim, w zespole zaś swego brata Colina, ba, nawet perkusista Phil Selway ma na swym koncie już trzy płyty solowe. Ed O'Brien może więc wydawać się tym "zapomnianym" członkiem Radiohead, ale warto pamiętać, że i na koncertach często wspomaga Yorke'a wokalnie, czas więc najwyższy na samodzielne spełnienie. Warto odrzucić wszelkie porównania z Radiohead, choć na "Earth" znajdziemy znane nam twórcze eksperymentowanie. Muzyka EOB nie ma tej charakterystycznej nerwowości, jest zrelaksowana, nieinwazyjnie pomysłowa, niesiona przyjemnie zwyczajnie brzmiącym wokalem i ponadczasowym prześlizgiwaniem się po i rockowych, i elektronicznych tradycjach.


Koncerty akustyczne są często objawem komfortowej starości uznanych wykonawców, ale w czasach pozbawionych całkowicie żywej muzyki każdy jej przejaw powinien być witany z nostalgiczną radością. Zwlaszcza, że "Live At The Ritz: An Acoustic Performance" daleko ma zarówno do odświętnej celebracji a'la MTV Unplugged, jak i do wcześniejszych, całkiem bombastycznych koncertowych albumów Elbow. Jakimś cudem udało się wykreować tutaj atmosferę niemal pubowego koncertu, intymną, ale i rubaszną zarazem, na wskroś brytyjską i mimo klasycznej podniosłości kompozycji Elbow najlepiej pasującą do kufla piwa w ręce.


[Wojciech Nowacki]

16 kwietnia 2020


NINE INCH NAILS Ghosts V: Together / Ghosts VI: Locusts, [2020] Null Corporation || W pierwszym odruchu, nie jednak natychmiastowym, bo wymagającym przynajmniej pobieżnego zetknięcia się z ponad dwugodzinnym materiałem, pojawić się może pytanie, dlaczego wydany został pod szyldem Nine Inch Nails. Trent Reznor i Atticus Ross wznoszą się na fali oszałamiających sukcesów ich ścieżek dźwiękowych, żeby wspomnieć tylko "Watchmen", najnowszą i najsilniej powiązaną z całą siecią kulturowych fenomenów. Obie nowe części "Ghosts" są w oczywisty sposób ilustracyjne, z łatwością można sobie wyobrazić ich towarzyszenie oglądanym z hipnotycznym zaangażowaniem serialom czy filmom. Frapuje wreszcie sam powrót do serii "Ghosts", bo o ile "Ghosts I-IV" wydawały się twórczym czyszczeniem szuflad z pomysłów nie do końca wtedy jeszcze mieszczących się ramach NIN i które ostatecznie znalazły ujście w soundtrackowej twórczości Reznora, to czym są jej nowe części?

Choć "Ghosts V: Together" szczególnie wydaje się być nieinwazyjną muzyką tła, ambientem przyjemnie przeciekającym gdzieś na granicy świadomości, to nic z tego nie jest prawdą. Poza ową przyjemnością, co zaskakiwać może w przypadku NIN, u których satysfakcja płynęła częściej z agresywnie przebojowej rytmiki niż szczerej chęci ukojenia. Bo "Ghosts V" tak właśnie działa, jest albumem niespodziewanie budującym, podnoszącym na duchu, momentami fanfarowo wręcz monumentalnym. Ogólnie wiele tu z post-rocka, choć niewiele tu gitar, syntezatorowe drony przypominają o melancholii Hood, dźwięczne pianino i syntetyczne koronki bliskie są Mogwai. O ile post-rock opiera się jednak na umiejętnej eskalacji, o tyle "Ghosts V" uczą głębokiego zaangażowania w muzykę nieprowadzącą do żadnej konkluzji. Echa standardowego NIN można tu odnaleźć, a to zabrzmi charakterystyczna gitara z budującym napięcie frazowaniem, a to w finale pojawi się na moment rytmicznie rozmigotany industrial, ale przez swój retrofuturystyczny optymizm najbliżej ma do "Atomic" Mogwai i "Tomorrow’s Harvest" Boards of Canada.


Jeszcze bardziej chyba oczywista jest bliskość "Ghosts VI: Locusts" do "Suspirii" i generalnie bardziej paranoidalnej strony solowego Thoma Yorke'a. Upiorne pianino, teatralna duszność, rozliczne zniekształcenia, wszystko to sprowadza się do horroru, który jednak w swych nerwowo rozbieganych fragmentach flirtuje z ideą wyzwoleńczej ucieczki. Najbardziej fascynujące są jednak te momenty, w których pojawia się łkająca trąbka, z miejsca przynosząca niepokojąco zrezygnowaną atmosferę nocnego miasta, tak silnie kojarzącą się ze ścieżką dźwiękową do "House of Cards". Dlatego też "Ghosts VI" może wydawać się tym bardziej atrakcyjnym spośród obu albumów, w przeciwieństwie do "Ghosts V" brakuje mu jednak struktury, część pomysłów wydaje się ledwie naszkicowana, wciśnięta w ramy praktycznie przerywników, zbyt wielu i najczęściej pozbawionych przestrzeni do rozwoju.

Oba albumy chyba faktycznie są idealnym materiałem na obecne czasy. I nie, nie chodzi o miłą muzyczkę do pracy w domu, chodzi o naukę słuchania, pochłonięcia, posiadania czasu na prawdziwy kontakt z muzyką. Czyli jednak ścieżka dźwiękowa? Może i tak, ale jeśli Reznor i Ross ilustrują filmy i seriale, to jako Nine Inch Nails zawsze zajmowali się naszą rzeczywistością. Stąd i wydanie tych albumów pod tym właśnie szyldem. Nie sądzę jednak, by "Ghosts V" i "Ghosts VI" były chronologiczną opowieścią o pandemicznym świecie, to raczej dwie alternatywne wizje post-covidowej przyszłości. Do nas należy tylko wybór. 8/10 [Wojciech Nowacki]

12 kwietnia 2020


Nie podobała mi się cała ta promocyjna narracja zasadniczo odrzucająca istnienie dwóch ostatnich płyt The Strokes, spośród których zwłaszcza "Angles" było albumem zasługującym na większe docenienie. Do tego, kontrastowane ze średnimi delikatnie mówiąc singlami, buńczuczne zapowiedzi o "powrocie do korzeni", które w przypadku każdego zespołu z plus minus dwudziestoletnią historią mają prawo pachnieć starczą stęchlizną. Tymczasem, "The New Abnormal" jednak zaskakuje, choć energii nie wystarczyło na całą płytę, czego przykładem są zwłaszcza wymęczone single i syntezatorowe mielizny, ale w pozostałych miejscach cieszy i charakterystycznie dźwięczna gitara, i z miejsca rozpoznawalna melodyka, więc powrót do ducha debiutu można nawet zrozumieć.


Tu akurat oczekiwań nie było żadnych, ledwie parę niezbyt pamiętnych albumów, niepotrzebne czyszczenie szuflad, płyta koncertowa potwierdzająca tylko niewielką żywotność grupy, dla STRFKR była to dekada tylko pozornie aktywna. Czasy fenomenalnie przebojowego "Julius" okazują się w tym kontekście jedynie anomalią i na wydanej dość niespodziewanie płycie "Future Past Life" zespół wydaje się godzić z tą pozycją. Niespieszne piosenki prowadzone dźwiękami akustycznej gitary oraz echa zarówno folkowej psychodelii, jak i plażowego chillwave'u, w połączeniu z niewymuszonym charakterem materiału, może nie przynoszą niczego pamiętnego, ale oferują całkiem komfortową akceptację.


The Kooks akurat nigdy specjalnie nie śledziłem, więc jeśli mówimy tu o kolejnym powrocie do przeszłości, to zastanawia mnie, dlaczego rozpędzili się w stronę indie-rocka lat zerowych tak bardzo, że zatrzymali się aż w latach dziewięćdziesiątych, brzmiąc niemal jak ówczesna, rockowa wersja No Doubt. No serio, od rytmiki po manierę wokalną, może właśnie dlatego "Unshelved: Part I" jest tylko kolekcją piosenek, które nie pasowały do ostatniego albumu grupy.


[Wojciech Nowacki]

3 kwietnia 2020


W skali indie-popu Purity Ring mieszczą się gdzieś pomiędzy Chvrches a Poliçą i jest to sympatyczna, ale jednak nisza, nierozłącznie kojarząca się z początkiem drugiej dekady tego wieku. Problemem "WOMB" jest niekoniecznie to, że nie wnosi absolutnie nic do znanego już brzmienia duetu, lecz że w dość oczywisty sposób odsłania gwałtowne jego starzenie się. Synth-pop z pretensjami, hip-hopowe i r'n'b ozdobniki, przede wszystkim zaś produkcja i nachalnie zagęszczone wokalne modyfikacje mogą może dziś robić wrażenie w przypadku amatorów z SoundClouda, ale nie u wykonawcy z trzema albumami na koncie.


Ciekawe, że w ten sam dzień co Purity Ring, swój również trzeci album wydała Empress Of, która supportując duet podczas ich praskiego koncertu stała się niesamowitym odkryciem. Kto nie wie, niech natychmiast sięgnie po jej debiut "Me", bo to jeden z najbardziej zjawiskowych popowych albumów dekady. "Us" stało się ofiarą typowego syndromu drugiej płyty, przed wydaniem "I'm Your Empress Of" można więc było poczuć się nerwowo. Tym razem rzecz bliższa jest mixtape'owi, w którym niepozbawione społeczno-rasowego komentarza piosenki przepływają jedna w drugą, ale pozwalają na dalsze odkrywanie kompozycyjnej dojrzałości i rytmicznego wyczucia Lorely Rodriguez.


Dwa ostatnie albumy Amona Tobina do specjalnie udanych niestety nie należały, może więc ta nagrana wspólnie z Thys drobnostka okaże się zalążkiem czegoś ciekawego. "Ghostcards" to niecałe dziesięć minut muzyki, ale żywej, organicznej i z gustownie jazzowym posmakiem. O ile zamiast przydymionego klubu orkiestralny jazz nadaje się do domu strachów i opuszczonego wesołego miasteczka.


[Wojciech Nowacki]

29 marca 2020


Za wcześnie na werdykt, lecz jedna rzecz po pierwszym posłuchu jest pewna. "Gigaton" jest znacznie lepszy od nieszczęsnego "Lightning Bolt", jedynej płyty Pearl Jam, o której wspomnienie nie mówi mi nic. Owszem, jest tu i melodyka, i forma wokalna Veddera charakterystyczna raczej właśnie dla tych późnych albumów zespołu, ale i dawna, eksperymentalna zadziorność bliższa najlepszym czasom "Yield". Jest intensywnie, dzieje się tu wiele, nawet ballady są znów bardziej hipnotyczne niż ckliwe. Najlepsze momenty to jednak te, gdy pojawiają elementy dla grupy o trzydziestoletniej historii całkowicie nowe.


Wznowienie debiutanckiej epki "Blood Bank" przypomina nam o takim Bon Iver, jakiego dziś już brakuje. Zręczny, współczesny folk, dźwięczny, ale jeszcze nie pretensjonalny, bez niefortunnych eksperymentów, które później sprowadziły tą muzykę do czystej, lecz zagmatwanej formy. Choć zbyt wiara duża wiara we własne możliwości wokalne oraz w talent do domniemanej awangardy pojawiły się już tutaj, czego przykładem jest praktycznie niesłuchalne "Woods". Rocznicowe wykonania koncertowe pokazują jednak czym mógłby być Bon Iver trzymający się pierwotnego brzmienia.


Z każdą płytą Little Dragon pojawia się nadzieja na ostateczne zyskanie należnego im miejsca, tego, którego przebłysk pojawił się zbyt wcześnie na znakomitym "Machine Dreams" oraz w "Empire Ants", jedynym wartym pamiętania fragmencie dziwnie dziś przecenianego "Plastic Beach" Gorillaz. Szósty już album jest mniej kanciasty od inspirowanymi latami dziewięćdziesiątymi poprzednika, przynosi też więcej przestrzennej abstrakcji, do której grupa zawsze miała ciągoty, ale choć "New Me, Same Us" jest ich debiutem w barwach legendarnego wydawnictwa Ninja Tune, to, nomen omen, nowym otwarciem jednak nie jest.


Zapowiedzi były co najmniej intrygujące. "Aporia", którą Sufjan Stevens nagrał ze swym ojczymem Lowellem Bramsem, współbohaterem ostatniej standardowej jego płyty, mogła być pejzażem rozciągającym się pomiędzy Boards Of Canada a Com Truise, odmalowanym jednak przy pomocy tradycyjnego pieśniopisarstwa. Ostatecznie bliżej ma do instrumentalnych fragmentów M83 oraz do ścieżki dźwiękowej do okładek "Strażnicy". Dla regularnych fanów Stevensa pozostanie tylko ciekawostką, choć gdy w "The Runaround" w końcu pojawia się jego wokal, odsłania cały swój magiczny potencjał.


W natłoku nowości nowy album Nicolasa Jaara wydany pod jego własnym imieniem i nazwiskiem może okazać się rzeczą łatwą do przeoczenia, zwłaszcza w obliczu wyodrębnienia jego efektownie klubowego wcielenia pod szyldem Against All Logic. "Cenizas" przypomina o zadymionych przerywnikach dających chwile wytchnienia podczas jego intensywnych koncertów. Teatralna wręcz intymność łączy się tu z pierwszoligowym dźwiękowym designem, minimalizm dynamiki tonowany jest zaś wykorzystaniem takich instrumentów jak saksofon i pianino.


A jednak. Dirty Projectors, formacja od samych swych początków dysponująca charakterystycznie autorskim stylem, stała się z czasem praktycznie solowym projektem, następnie powróciła do bliższych sobie brzmień, by odrodzić się wraz ze skompletowaniem nowego składu. Świetny i opatrzony nostalgicznie nowojorskim teledyskiem "Overlord" miał tylko prezentować odnowione oblicze grupy, podążyła za nim jednak epka "Windows Open" urokliwie niezobowiązująca, skromna i efektowna zarazem, przywracająca też wreszcie silny żeński pierwistek.


[Wojciech Nowacki]

22 marca 2020


"Highlight" wydaje się być płytą bardziej przestrzenną niż poprzedni, comebackowy album Skalpel.  Bardziej przypomina snucie się nocnym miastem niż siedzenie w ciasnym pokoju wypełnionym winylami. W tym sensie faktycznie przypominać może debiut duetu, ale też na styl "Transit" bardziej stawia na atmosferę niż melodie. Co ciekawe, jest też niczym więcej niż idealną sumą twórczości Igora Boxxa i Meeting By Chance. Klasycznie i bez niespodzianek.


Skąpana słońcem okładka i folkowy zwrot w twórczości Myrkur niosą taką samą dozę zwodniczo podskórnej grozy co "Dźwięki muzyki" (bo naziści) i "Midsommar" (wiadomo). "Folkesange" mieści się gdzieś pomiędzy Zolą Jesus a Dead Can Dance, silniej faktycznie zerkając w stronę tych drugich, płyta od początku wydaje się imponująco czarowna, ale im dłużej trwa, im jaśniejszym jest, że nie prezentuje sobą niczego, czego byśmy już nie słyszeli.


GusGus zawsze chętnie, czy to ich autorskie brzmienia, czy równie satysfakcjonujące remiksy.  I w tym duchu "Remixes Are More Flexible Pt. 2" to bardziej kolejne wariacje na znany już temat niż jakaś dodana jakość do albumu, który, delikatnie mówiąc, do najbardziej pamiętnych w ich karierze nie należy.


Austriacy z Elektro Guzzi nadal czekają na należne im rozpoznanie i epka "Coexist", którą nagrał z nimi sam Cristian Vogel, ma szansę im z tym pomóc, nie wnosi jednak wiele nowego do typowego dla nich brzmienia. To nadal znane już rytmy, tym razem bardziej nieco abstrakcyjne i niezupełnie oddające ich fenomenalną formę koncertową.


[Wojciech Nowacki]

15 marca 2020


Ultraísta to formacja, którą kojarzy się wyłącznie poprzez osobę jej lidera Nigela Godricha, nadwornego producenta i nieformalnego członka Radiohead. Ich pierwszy album nie zapisał się niczym w pamięci, ale drugi promowany był całkiem chwytliwym singlem. "Sister" cechuje rytmika znana z albumu Atoms For Peace oraz blade wokale a'la Poliça, lecz płyta jest ostatecznie zbyt zwięzłą, by okazać się czymś więcej niż drobnostką do zapomnienia.



Nowy album CocoRosie z pewnością frapuje. Niegdysiejsze bohaterki queerowej fali freak-folku pierwszej dekady nowego wieku nadal mają się całkiem dobrze. Zamiast jednak kojarzącej się z nimi floralnej, wąsatej i pełnej bibelotów muzyki, na "Put The Shine On" zdają się oferować zmutowaną wersję hip-hopu, dość kanciastą i sięgającą poniekąd lat dziewięćdziesiątych. Płyta bynajmniej nie irytuje, ale za długą jednak jest.


Długogrająca płyta Four Tet zawsze jest wydarzeniem, zwłaszcza jeśli kolejny już raz zderza się z nowym albumem Pantha Du Prince. "Sixteen Oceans" jest bez wątpienia, i jak zawsze u Kierana Hebdena, niezwykle satysfakcjonująco słuchalnym doświadczeniem, ale jego charakter wymyka się jednoznacznej klasyfikacji. Przewija się tu i rytmiczna strona Four Tet, i nieznośnie przebojowa, miejscami jest całkiem odważnie, jednocześnie zaś szkicowo i niezobowiązująco.


Problem z Arturem Rojkiem jest taki, że nie do końca wiadomo, czego się po nim jako solowym artyście spodziewać. Przez dyrektorowanie jednemu z najbardziej wpływowych dziś festiwali jest bardziej personą polskiej alternatywy niż czynnym muzykiem. Powiedzmy sobie też szczerze, wokalistą był kontrowersyjnym, tekściarzem zaś kłopotliwym. "Kundel" nie odpowiada na pytanie o jego pozycję, najlepiej prezentuje się w "Intrze" i "Outrze", gdzie Graham Coxon spotyka się z brzmieniem lat zerowych.


Bokka zaś absolutnie bezpretensjonalnie dzieli się epką "Roll Down The Hill". Znajdziemy na niej dwie nowe wersje ich znanych i lubianych kompozycji, sprawdzonych koncertowo i zawsze budzących entuzjazm, przede wszystkim zaś trzy znakomite covery: ikonicznie "Bang Bang", pomnikowe "Love Will Tear Us Apart" oraz zaskakujące "Daydreaming" z ostatniego albumu Radiohead. Dokładnie to, czego pogranicze polskiego popu i alternatywy potrzebuje.



[Wojciech Nowacki]

8 marca 2020


Anna Calvi albumami nas nie rozpieszcza, po znakomitej płycie "Hunter" chętnie więc przyjmiemy i wariację na jej temat, nawet jeśli jest to rzecz raczej do już oddanych fanów. "Hunted" to wczesne dema, które dały początek tak wyczekiwanej trzeciej płycie, ale też zachowały pierwotną, nieokrzesaną jakość, stąd powrót do nich z towarzyszeniem paru zaproszonych gości. Jest zdecydowanie przestrzenniej niż na "Hunter", prościej nie znaczy w tym wypadku surowiej. Alchemiczne kulisy Calvi okazują się całkiem fascynujące, zwłaszcza sprowadzone do podstawowego napięcia między jej głosem a gitarą. Goście natomiast bynajmniej nie przytłaczają, delikatnie tylko dodają głębi, choć tak jednoznacznej męskości jak w kolaboracji z wokalistą Idles jeszcze u Anny Calvi nie było.


Dzwoneczki na sam początek i już wiemy, że to Pantha Du Prince, twórca wyśmienitego "Black Noise", czyli jednej z najlepszych elektronicznych płyt dwóch pierwszych dekad tego wieku. "Conference Of Trees" płynie jednak dalej, porzuca wokale ze średnio udanego "The Triad", za to implementuje i smyczki, i bardziej naturalne perkusjonalia, brzmiąc znacznie bardziej niż dotąd organicznie i cieplej niż na dwóch ostatnich albumach. Klubowa rytmika pojawia się tu dopiero po dłuższym czasie i jest tylko jednym ze środków odmalowania ambientowej w duchu całości. Łatwo sobie wyobrazić, że to ścieżka dźwiękowa do gry ze studia Amanita Design! Do długiego odkrywania.


Trupa Trupa jest popularna, format epki już niekoniecznie. Wydanie "I'll Find" jest więc znakomitym posunięciem, poniekąd też klamrą spinającą dzieje zespołu od czasów "zapomnianej" epki debiutanckiej. Mamy oto dziełko autonomiczne, pewne siebie, w ciągu zaledwie kilkunastu minut łączące w sobie to, co w muzyce grupy jest już znane (repetytywna prostota "End Of The Line", bajeczna motoryka utworu tytułowego), ale też paradoksalnie i znacznie więcej przestrzeni (kojąco hipnotyczny "Fitzcarraldo" i w duchu The Flaming Lips melodyjnie psychodelizujące "Invisible Door").


"Traditional Techniques" to dopiero czwarty solowy album, który Stephen Malkmus wydał po zakończeniu działalności Pavement, formacji kultowej, choć niekoniecznie u nas. Klasycznie indie-rockową drogę kontynuuje bowiem całkiem zapamiętale pod szyldem Stephen Malkmus & The Jicks, płyty podpisywane tylko jego imieniem i nazwiskiem wydają się zaś bardziej rozglądać na boki. Ta najnowsza przynosi zaskakująco przestrzenną interpretację psychodelicznego folku lat sześćdziesiątych, bliższą bardziej Jefferson Airplane niż wczesnemu Pink Floyd, ze zręcznie bowiem wplecioną typowo amerykańską melodyką wywodzącą się z country.


Coals pełni są kontrastów, z jednej strony węglowa nazwa, z drugiej dopracowany synth-popowy wizerunek, z kolejnej zaś sama muzyka, która w pierwszym momencie zdaje się potwierdzać ten kierunek, choć "docusoap" popową płytą nie jest. Większy nacisk położony jest na kreowanie atmosfery niż na melodie, dźwięki pełne są dysonansów i załamań, duet więc znacznie bliżej niż do dream-popu ma do liźniętej hiphopowym bitem abstrakcyjnej elektroniki spod znaku Nosaj Thing czy Lorn. Cieszy więc popularność Coals, smuci zaś spadająca dziś możliwość promocji koncertowej.


Na niemal instytucję czeskiej popularnej alternatywy wyrośli już Zrní. Do tego stopnia, że po płycie "Nebeský klid" wiadomo było czego można się mniej więcej spodziewać. Owszem, zaskakuje jeszcze silniejsze niż dotąd akcentowanie elektroniki, nowością są chyba ślady niemal post-punkowe, ale to nadal ta typowa dla czeskiej muzyki kolażowość, która nie popada w chłodne eksperymentowanie, ale w ciepłą i z folku się wywodzącą melodyjność. Przy zachowaniu oczywiście odpowiedniej skali mieści się gdzieś pomiędzy Bon Iver a Radiohead.


[Wojciech Nowacki]

29 lutego 2020


Nowa płyta Caribou była zdecydowanie wyczekiwaną, choć sam miałem spore wątpliwości, zwłaszcza po obraniu bardziej popowego kierunku na poprzednim albumie oraz w obliczu niezbyt zachęcających singli zapowiadających ten nowy. Produkcyjne ciekawostki faktycznie zasługują na zainteresowanie, ale dotąd okazjonalny tylko wokal Dana Snaitha, tutaj obecny w każdym utworze i wysunięty niemal na pierwszy plan, spłaszcza i rozwadnia brzmienie "Suddenly". Zawodzi też większość kompozycji, krótkich, chaotycznych, w gruncie rzeczy dość szkicowych. W efekcie album paradoksalnie sprawia wrażenie niedopracowanego i pozbawionego charakteru, ani popowego, ani tanecznego, ani eksperymentalnego.


Największą (i jedyną) niespodzianką na nowym albumie Tycho jest to, że ukazał się tak szybko, zaledwie parę miesięcy po swym poprzedniku. Poza tym zaskoczeń nie ma żadnych, największa zmiana dokonała się bowiem już przy okazji wspomnianej poprzedniej płyty i była rewolucją wyłącznie graficzną. Scott Hansen zrezygnował ze swego geometrycznego minimalizmu na rzecz naturalnych fotografii, ale nawet zmiana wydawcy z Ghostly International na Ninja Tune nie posunęła do przodu jego brzmienia. "Simulcast" to nadal coś pomiędzy synth-popem Com Truise a udomowionym post-rockiem, tym razem może z odrobiną chillwave'u i już znów bez wokali, które przelotnie najwidoczniej pojawiły się na "Weather".


Najbardziej więc satysfakcjonujące dźwiękowe ukojenie przyszło w tym tygodniu ze świata indie-rocka. Real Estate to ani pierwsza liga, ani oszałamiająca baza fanów, tym większą przyjemnostką jest ich album "The Main Thing". Płyta ładnie i beztrosko rozbrzmiewa dźwięczną gitarą i linią basu, spowija ją senna, pastelowa atmosfera, idealnie pasująca raczej do słonecznego początku jesieni niż do końca niby-zimy. Szkoda więc, że trochę nadużywa naszej gościny trwając odrobinę zbyt długo, bo ostatecznie całkiem urokliwe kompozycje zaczynają zlewać się ze sobą.


[Wojciech Nowacki]

23 lutego 2020


"Myopia" była pierwszym tegorocznym albumem wartym prawdziwego wyczekiwania i bez niespodzianek, za to z niekłamaną przyjemnością, okazuje się czołową płytą początku nowego roku. Agnes Obel swoje brzmienie ma po mistrzowsku opanowane, już przy okazji jej poprzednich płyt ciężko było znaleźć muzykę równie emocjonalnie i melodycznie intensywną, nowy zaś album zamiast błahego powtarzania formuły przynosi dalsze jej udoskonalenie. Kompozycje z miejsca wydają się klasyczne, gra na pianinie uwodzi, praca z głosem zadziwia, całość zanurzona jest w soczystej produkcji, która plastycznie i z narracyjnym rozmachem odmalowuje śpiewny i wciągający świat.


King Krule natomiast tworzy swój własny świat z jednej strony wysoce organicznym, z drugiej zaś pełnym dysonansów. Czuć ścieżkę przeplatającą się z Mount Kimbie i wspólnie z nimi meandrującą post-punkowymi polami. Na "Man Alive!" to jednak tylko jeden z wielu stylistycznych tropów. Odmienne strony wydają się ze sobą walczyć, nigdy nie stając się w pełni ze sobą kompatybilne, lecz to frapujące niedotarcie wydaje się być właśnie istotą brzmienia King Krule. Na tej płycie, w przeciwieństwie do zbyt długiego i męczącego poprzednika, poniekąd kuszącego i zachęcającego do odkrywania dalszych sensów.


Prawdziwe zaskoczenie. Grimes zawsze wydawała się być lekko irytującą, chaotycznie soundcloudową, bardziej skupioną na kreacji swego mniej lub bardziej wirtualnego wizerunku niż na kompozycjach i, mówiąc wprost, przereklamowaną. Do tego związek z Tonym Starkiem Elonem Muskiem i otrzymujemy postać co najmniej kłopotliwą. Tymczasem, "Miss Anthtropocene" nie tylko wprowadza przestrzeń do dotychczasowego zamętu, ale i sprowadza go do kompozycji atrakcyjnie pamiętnych, lecz niekoniecznie banalnie popowych, zaskakujących zaś w wielu miejscach produkcyjnymi chwytami, które nie pozwalają przejść obok tejże płyty obojętnie. Dojrzale i nowocześnie zarazem.


Na mało kogo można liczyć tak bardzo jak na Amandę Palmer. I nie chodzi tu tylko o jej kompozycyjną i wydawniczą płodność, ale i jej dostępność w sieciach społecznościowych, bliskość słuchaczowi i społeczne zaangażowanie. Owszem, granica między jej regularnymi a okazjonalnymi wydawnictwami jest bardzo cienka, ale pokazuje tym samym, że w muzyce chodzi tak naprawdę tylko o piosenki i przyczyny do ich śpiewania. Charytatywne "Forty​-​Five Degrees: A Bushfire Charity Flash Record" powstało na fali troski o udręczoną pożarami Australię (bliskiej artystce przynajmniej od czasów "Amanda Palmer Goes Down Under") i kontynuuje zarówno jej autorskie epickie opowieści rodem z albumu "There Will Be No Intermission", jak i jej maestrię skromnego coverowania (odpowiednio zmodyfikowane "My Favorite Things (Bushfire Edition)" czy ogniście znajome "Beds Are Burning").


[Wojciech Nowacki]

14 lutego 2020


Całkiem możliwe, że żyjemy w czasach tak silnie podsyconych technologicznym postępem, otwartością zastosowań i rozbudowanym spektrum możliwych rozwiązań, że faktycznie produkcja staje się największą wartością współczesnej muzyki. Bo imponującym być przecież musi jak dobrze i umiejętnie się ktoś orientuje zarówno w nowatorstwie, jak i w jego implementowaniu do tradycyjnych dokonań. Tame Impala nie zachwyca bowiem ani pieśniopisarstwem, ani zlewającymi się ze sobą kompozycjami, "The Slow Rush" to przede wszystkim rzemieślnicza próba powtórzenia sukcesu poprzedniej płyty i sprzedaży zwyczajowej współczesnej elektroniki pod płaszczykiem niby z rocka się wywodzącej psychodelii. Być może zyska z czasem, być może jednak ulegniemy naciskowi zbyt silnej sugestii.


Pełen szacunek dla The Men. Ta niepozorna grupa podtrzymuje witalność klasycznie rockowej muzyki, nie zapominając jednocześnie o potrzebie ciągłego rewitalizowania własnego brzmienia. W ich intensywnej dyskografii znajdziemy albumy post-punkowo noisowe, po amerykańsku piosenkowe, dziwnie eksperymentujące czy punkowo zwięzłe i zadziorne. "Mercy" sugerowało powrót do eksperymentowania, lecz okazuje się płytą ponadczasową, ale i świeżo rockową. Siedem zwięzłych kompozycji, w tym i jedna rozkosznie dziesięciominutowa, gitarowe solówki, klasyczne rozwiązania, echa radiowego country, rzecz brzmi zwięźle, rześko i tak potrzebnie dziś bezpretensjonalnie.


Emika jak w wahadełku, raz elektronicznie, raz klasycznie, powraca do swego pianistycznego wcielenia wraz z kontynuacją płyty "Klavírní". Zapowiedzi sugerowały elektronicznie modyfikacje klasycznego instrumentarium, a więc swego rodzaju fuzję jak dotąd zasadniczo odrębnych brzmień Emiki, nowa płyta jednak zdecydowanie podtrzymuje minimalistyczną dźwięczność pianina. "Klavírni temná" jest dość niezręczna w swym czeskojęzycznym tytule, choć pokazuje subtelny rozwój Emiki jako pianistki. Melodie nadal są skromne i repetytywne, lecz odrobinę odważniejsze w swych melodycznych rozwiązaniach. Szkicowość materiału pozostaje, ale jego materia pozostaje atrakcyjnie zwiewną.


Ileż to już imponująco brzmiących albumów za nami? Jazzpospolita zasługuje na przynajmniej kosmetyczne zmiany, zwłaszcza, że dwie ostatnie płyty, aczkolwiek udane, specjalnie w pamięci się nie zapisały. "Przypływ" kładzie mniejszy nacisk na emocjonalnie zadziorne melodie, skupia się za to na teksturach kompozycji. Ma więc sens okładka płyty. Dźwięki wymykają się tym razem brzmieniom zarówno jednoznacznie jazzowym, jak i post-rockowym, wydają się złudnie jednorodne, ale wyłania się z nich nieoczywista struktura, pozornie prowadzona pianinem, lecz w istocie klasycznym rockowym triem gitara-bas-perkusja. W efekcie nabieramy pewności jak dobrze muzyka ta prezentować się będzie na żywo.


[Wojciech Nowacki]

31 stycznia 2020


Na epce "Laughing Gas" niby wszystko jest tak samo jak na lekko niedocenianym i niesłusznie zapomnianym, ale i faktycznie niewiele nowego wnoszącym albumie "Indigo" Wild Nothing. Jednocześnie jednak ta niezobowiązująca i zwięzła całość prezentuje się bardziej awanturniczo, oferuje muzykę dość wielowarstwową i całkiem złożoną, przynosząc w efekcie porywający i niespodziewanie intensywny pop. W temacie flirtowania z porządnie wyprodukowaną syntetycznie gitarową muzyką lat osiemdziesiątych przebija w ten sposób przereklamowanych Tame Impala, choć szczególnie pamiętnych przebojów również nie przynosi. Może wydawać się zatem niepotrzebną, lecz pokazuje też dlaczego by nie wydawać rzeczy dla czystej radości ich słuchania.


Poliça to formacja pozornie intelektualnie atrakcyjna, ale zasługująca na sporą dozę nieufności od kiedy wokalistka obwieściła, że nazwa grupy pochodzić ma z języka polskiego. Album "When We Stay Alive" zapowiadał się jednak znakomicie wraz z pierwszym singlem "Driving", niezmiernie wciągającym i antyprzebojowym, opartym na hipnotycznym, zapętlonym dronie. Podobnie jednak jak wokal wahający się między beztrosko cukierkowym a podskórnie skrzywdzonym, płyta ta nie może się zdecydować między naprawdę atrakcyjnym eksperymentem a dość banalną piosenkowością. W najlepszych momentach brzmi niczym zniekształcony złogami współczesności trip-hop, szkoda więc, że okazuje się całością rozczarowująco nierówną.


Okoliczność wydania nowej płyty Jamesa Harriesa, Brytyjczyka od lat mieszkającego i silnie zadomowionego w czeskiej Pradze, w dzień finalizacji boleśnie przeciąganego brexitu jest analogią zbyt kuszącą do pominięcia. Chodzi bowiem o podobne niezdecydowanie. Jeśli więc poprzedni jego album "Until The Sky Bends Down" przynosił niezmiernie stylowy, ponadczasowo klasyczny i momentami wręcz epicki pop, to "Superstition" stara się pokazać i trochę elektroniki, i trochę niby współczesnego r'n'b, i trochę soundtracku Disneya. Dość chaotycznemu niezdecydowaniu nie pomaga brak wyraźniejszych melodii, płyta jest jednak dość krótką, można więc ją potraktować jako chwilowy przejaw poszukiwania.


Z jakiegoś powodu dopiero teraz w serwisach streamingowych pojawił się album "I Made A Place", pierwotnie wydany jesienią zeszłego roku. Bonnie "Prince" Billy niby wydaje płyty z podejrzaną częstotliwością, ale emocjonalność tej najnowszej jest autentycznie rozdzierająca. Mówimy tutaj bowiem o takiej Ameryce, która jest nie tylko mi najbliższa, ale jest i najprawdziwsza, tak odmienna od popkulturowych wyobrażeń. Ameryka farmerska, małomiasteczkowa, owszem, również głęboko religijna, ale w ciepły i goszczący sposób. Nostalgia tego albumu jest wręcz nieznośna, lecz tak działają ważne płyty. Ta akurat uświadamia, że każde miejsce można uczynić swoim własnym jeśli tylko towarzyszą mu serdeczni ludzie.


[Wojciech Nowacki]

24 stycznia 2020


Mocny początek płyty "Skull Echo" nawet swym tytułem wskazuje, że Julia Marcell daleka jest od komercyjnych ambicji. Imponująca, sześciominutowa "Ekstaza Intelektualna" łączy współczesną wariację na temat Johna Carpentera z umiejętniejszą wersją Bat For Lashes. Lekki powiew lat osiemdziesiątych na szczęście nie wpada w netflixową retro-nostalgię, zbyt wiele jest tu bowiem teraźniejszych i naprawdę ciekawych rozwiązań produkcyjnych, jednocześnie zaś wokal przynosi stylowo folkowe echa. Album utrzymuje niezmienną intensywność i to właśnie może być jedynym jego problemem, kompozycje zaczynają się nieco ze sobą zlewać i w efekcie płyta zaczyna wydawać się dłuższą niż jest w istocie.


Od pewnego czasu można się pokusić o teorię, że ścieżki dźwiękowe pisane przez zespół oraz solowe dokonania jego poszczególnych członków są bardziej interesujące od ostatnich regularnych płyt studyjnych Tindersticks. Grupa ma talent do snucia swobodnie ilustracyjnej muzyki, bogatej na tyle, że nie musi posiadać wizualnego kontekstu. Luźniejszy, ale i kolaboracyjny duch powraca na epce "See My Girls", choć wychodzącej z utworu pod tym samym tytułem z ostatniego albumu "No Treasure But Hope", to kładącej nacisk właśnie na obrazowy aspekt tej muzyki oraz na rolę córki wokalisty, która stworzyła promujący całość teledysk, szatę graficzną całego wydawnictwa i udzieliła swojego głosu w jednej z piosenek.


Pet Shop Boys mają z kolei talent do singli. I tym razem "Monkey Business" okazuje się całkiem pomysłowo wpadającym w ucho przebojem, tak samo więc jak przy okazji paru poprzednich ich płyt pojawia się zagadnienie ich istotności. Czy Pet Shop Boys są formacją dla stanu muzyki nadal ważną i wartą revivalu, czy też jednak balansującą gdzieś na pograniczach gustu, ku uciesze swych hardkorowych fanów, bo tak, tacy naprawdę istnieją (choć głównie w Czechach, co wpisuje się w tamtejszą, hmm, opieszałość jeśli chodzi o adaptowanie mód i trendów). "Hotspot" nie trafi do nikogo innego poza tym kręgiem, ale choć miejscami przyciężki to przyznać mu trzeba dość umiejętne podążanie za dzisiejszymi produkcyjnymi normami.


[Wojciech Nowacki]

17 stycznia 2020


"UR FUN", zwłaszcza w porównaniu z wcześniejszymi, psychodelicznie wyrafinowanymi tytułami of Montreal, przynosi dokładnie to, co obiecuje. Wokale Kevina Barnesa są tu entuzjastycznie przebojowe, ale czai się w nich też lekko niepokojąca histeria, teksty bowiem, choć bywają beztroskie, to w wulgarny raczej sposób. Charakterystyczny i bezkompromisowy zmysł obserwacji dosadnie analizuje świat seksu, ale i poniekąd polityki, u progu nowych lat dwudziestych, opakowując jego jasne i ciemne strony w zwodnicze barwy lat osiemdziesiątych. Choć jednak album ten prostszy jest od atrakcyjnie artystowskiego "White Is Relic / Irrealis Mood" to prawdziwy przebój znajdziemy na nim tylko jeden ("Polyaneurism").


Po euforyczne spełnienie należy koniecznie i niespodziewane sięgnąć zaś po nową płytę Holy Fuck. Nie, nie są to przeboje, lecz szarlatańsko zręczny miks elektroniki oraz rockowego instrumentarium. Hipnotyczną satysfakcję identycznie płynącą zarówno z noise'u, jak i z klubowej rytmiki, na "Deleter" spleciono w ściśle kontrolowaną emocjonalność. W podobny deseń do dokonań Elektro Guzzi, znacznie lepiej niż Battles, z pomysłowością dzięki której znakomicie odpalający album "Luxe" pomimo udziału Alexisa Taylora wcale nie brzmi jak Hot Chip. Świetna, niedługa i intensywna płyta, skrojona jakby w ostatecznym uzasadnieniu eksklamacji z nazwy formacji.


Głęboką fascynację pewnych środowisk grupą Algiers potrafię zrozumieć, ale jej konfrontacji z rzeczywistością już nie. Trzecia ich płyta "There Is No Year" nadal nurza się w swojej intensywności i samookreślonej ważności. Sloganowy śpiew stale przytłacza na pierwszym planie, zagęszczona do granic rozpoznawalności muzyka zaś ciągle tkwi w skompresowanym tle. Przekaz Algiers jest istotny, tu nie ma wątpliwości, ale jako rzecz przeznaczona do słuchania raczej niż do drukowania w politycznych manifestach nie zachwyca gdy pędzi, nudzi zaś gdy zwalnia. Zespół pozostaje więc wielką ideą atrakcyjną tylko na papierze.


Zaskoczeń w statusie grupy nie przynosi też nowa płyta Bombay Bicycle Club. To jedna z tych grup, które tkwią gdzieś na obrzeżach świadomości, choć nie do końca wiadomo z jakiego powodu. Bo grywają na festiwalach? A może mieli piosenkę w reklamie? Jakąś charakterystyczną okładkę? Zagadki oczywistej znajomości ich nazwy nie wyjaśni "Everything Else Has Gone Wrong", lecz uczciwie przyznać trzeba, że jest to całkiem sympatyczny album, tkwiący gdzieś w popowo indie-rockowym standardzie, ale i w beachboysowy niemal sposób grzejący się w cieple lat sześćdziesiątych.


[Wojciech Nowacki]