30 grudnia 2012


GRIZZLY BEAR Shields, [2012] Warp || Żal mi terazrockowców i mówię to bez szyderstwa. Żyją sobie w swoim świecie kolejnych reedycji Deep Purple i Pink Floyd, w którym szczytem alternatywy jest Muse, a wydarzeniem roku nowa płyta Soundgarden. Wszystko to w połączeniu z utyskiwaniem na współczesną muzykę i lekką pogardą wobec sceny indie, bo to tylko młodzież kopiująca dawnych i wielkich.

Etykieta rocka dla jednych pokryła się zacną patyną, dla innych wilgotnym mchem, niezależnie jednak od jej definicji przyznać trzeba, że do czołowych określeń dziś nie należy. Sam już zapominam o swej własnej, prywatnej teorii, mówiącej że rock = alternatywa, oryginalność i postęp, dlatego bardziej rockowe dla mnie jest Four Tet niż Iron Maiden. Lecz gitary przecież nie odeszły do lamusa, mamy post-rockowe spięcia, mamy flanelowy folk, mamy indie-garaże i lekkie poczucie wstydu, by naszą muzykę określać mianem rockowej, pozwalając na zawłaszczenie tego pojęcia przez rockistowskich dinozaurów. Tymczasem albumy takie jakie „Shields” spokojnie można uznać za nowych klasyków.


Otwierający płytę „Sleeping Ute” to majstersztyk. Genialna kompozycja, o niebanalnej strukturze, skromna i epicka zarazem. Trzy pierwsze utwory tworzą powalającą całość, w „Speak In Rounds” Electric Light Orchestra spotyka się z Fleet Foxes, w „Yet Again” soft-rock z garażowym brudem. Skojarzenia z ELO i popowym, melodyjnym rockiem późnych lat siedemdziesiątych, rodzi przede wszystkim wokal, również w najbardziej piosenkowym „Gun-Shy”. Mimo zaś lekkiego przybrudzenia brzmienia każda pieśń skrywa w tle aranżacyjne bogactwo.


W połowie albumu następuje zdecydowanie wyciszenie. I znów za sprawą wokalu pojawia się kolejne skojarzenie, mianowicie z lżejszym i odbarokowionym Hjaltalín. Centralnym utworem wydaje się „A Simple Answer”, to tu padają proste słowa No wrong or right, just do whatever you like, które definiują opływający, mantryczny spokój bijący z całego albumu. Tempo i napięcie powracają pod koniec płyty w „Half Gate”. Siedmiominutowy zaś „Sun In Your Eyes” to jeden z najbardziej poruszających i kompletnych finałów jakie można usłyszeć.

W ostatniej kompozycji powtarzają się słowa It overflows i taka właśnie jest ta płyta. Muzyka Grizzly Bear opływa, otacza nas ochronną tarczą spokoju, chce się do niej wracać, stąd wiemy, że mamy do czynienia z płytą zjawiskową. Zetknięcie tradycji ze współczesnością, uderzająca niebanalność kompozycji, pięknych i urokliwych, niezwykle emocjonalnych i wbrew pozorom konstrukcyjnie zawiłych, to wszystko sprawia, że „Shields” należy do najlepszych albumów tego roku i obowiązkowych klasyków (alternatywnego) rocka. 8.5/10 [Wojciech Nowacki]

ELBOW Dead In The Boot, [2012] Fiction || Zapewne nieraz dzieliłem się już przekonaniem, że Elbow to jeden z najbardziej niedocenianych zespołów świata. Do tego, jego jeden z największych. Zjawiskowy debiut „Asleep In The Back” był równie definiujący dla muzyki przełomu wieków co „13” Blur i „Kid A” Radiohead. Każdy kolejny album nie schodził poniżej pewnego poziomu, ale dopiero „The Seldom Seen Kid”, dorównał debiutowi, przyniósł grupie nagrodę Mercury i pewną zmianę brzmienia.

Tymczasem hipnotyczne utwory Elbow, niebanalne i poruszające melodie, bogate aranżacje oraz sam Guy Garvey, ze swym wspaniałym głosem i tekstami – to wszystko nadal wydaje się wiedzą dla wybranych. Kto wie, może i dobrze, zważywszy na to, że w początkach dekady i kariery Elbow stawiano ich w jednym rzędzie z Coldplay. Ostatnia płyta, „Build A Rocket Boys!”, była lekkim rozczarowaniem, bardzo wyciszona, porywająca ledwie momentami, brzmi raczej jak solowy album Garvey’a niż zespołowe dokonanie. Nie podejrzewałbym jednak Elbow o komercyjne intencje stojące za wydaniem „Dead In The Boot”.

Jest to bowiem powrót do przeszłości. Tytuł celowo nawiązuje do doskonałego debiutu. Na okładce po raz pierwszy w dziejach grupy mamy ich zdjęcie, zrobione w dniu, w którym „Asleep In The Back” wszedł na brytyjskie listy sprzedaży. Nazwa grupy pisana jest dawną czcionką, sprzed ery „The Seldom Seen Kid”. „Dead In The Boot” to bowiem zbiór rarytasów i b-side’ów, obejmujący jednak całą karierę Elbow, od debiutu, po „Build A Rocket Boys!”.

Zbiór ten otwiera niezwykle mocny „Whisper Grass”, zagrany w dawnym hipnotyczno-transowym stylu, wzbogacony szaleńczym free-jazzowym saksofonem. Ponieważ jednak b-side’ów Elbow nagrywana była w ramach luźnych i swobodnych sesji w domach lub po nagraniu płyt, większość tych utworów ma raczej delikatną i medytacyjną atmosferę. Jedynie „Snowball” z wyjątkowo ostrym, politycznym tekstem, z urokliwej piosenki rozpędza się w mocną, antywojenną mantrę.

Eskapistyczna twórczość Elbow po politykę sięgnęła dopiero na płycie „Leaders Of The Free World”, zapowiedzią tego kierunku był „The Long War Shuffle”, ciężki antywojenny blues. Poza tym mamy to jednak tematy typowe dla Elbow, złamane serca, skomplikowane związki. I szczególnie dużo miłości w „Lay Down Your Cross”, pierwszym utworze, w którym Garvey pokusił się po raz pierwszy o otwarte zastosowanie tego słowa.

O ile zatem lirycznie jest to znane, dobre Elbow, o tyle pojawiają się tu muzyczne eksperymenty, spośród których niektóre przeniknęły na stałe do ich twórczości, jak choćby pętle perkusyjne, które po raz pierwszy pojawiają się w „Love Blown Down”. „McGreggor” to zwolniony o połowę „A Picky Bugger” z „Leaders Of The Free World” i zmieniony w bagienny, folkowy poemat w stylu Nicka Cave’a. „Every Bit The Little Girl” zaśpiewanie chóralnie przez całą grupę z wyjątkiem Garvey’a zaskakująco nawiązuje do islandzkich brzmień múm.

Z ozdobionej zdjęciami książeczki dowiemy się, co Guy Garvey ma do powiedzenia na temat każdej z zamieszczonych na „Dead In The Boot” kompozycji. I tak, nagraniu „Love Blown Down” towarzyszył rudy kot, „Buffalo Ghost” powstało w pociągu, „Waving From Windows” w jadalni, „Gentle As” był wynikiem swobodnej alkoholowej sesji i z czasem przerodził się w „Mirrorball”.

Przy pobieżnym przesłuchaniu płyta wydawać może się, delikatnie mówiąc, dość jednorodna. W muzyce Elbow na przestrzeni lat jednak zawsze wiele się działo, niekoniecznie w oczywisty sposób. Album brzmi na tyle spójnie, że można go traktować dowolnie, jako regularne wydawnictwo, jako podsumowanie, jako wprowadzenie. „Whisper Grass”, „Snowball” i „Lucky With Disease” najlepszą do najlepszych utworów Elbow, potwierdzając tylko status zespołu. Daj Boże innym takie utwory jak b-side’y Elbow. 7.5/10 [Wojciech Nowacki]

24 grudnia 2012


MOGWAI Les Revenants EP, [2012] Rock Action || Koniec świata zasługuje na porządny soundtrack. Lekko upiorny, lekko melancholijny, troszkę zrezygnowany, troszkę bojowy, mniej lub bardziej podskórnie emocjonalny. Brzmi to jak idealne zadanie dla Mogwai. Choć, jak widać, apokalipsa nam chwilowo nie grozi, Szkoci zilustrowali swoją muzyką… francuski serial o zombie.

W działaniach Mogwai jest puewna prawidłowość. Pomiędzy każdą regularną płytą studyjną oferują jakiś dodatek, pompujący ich imponującą dyskografię. Większości tych wydawnictw nie należy traktować po macoszemu, „My Father My King” był dziełem imponującym, kwintesencją muzyki Mogwai, „Earth Division” udanym dopełnieniem „Hardcore Will Never Die, But You Will” a „EP+6” jedną z najlepszych ich płyt w ogóle. Jednak do soundtracków szczęścia specjalnie nie mieli. Ilustracja filmu o Zidanie wypadła w powszechnym mniemaniu dość nijako. Dołączony jako bonusowa płyta do „Hardcore Will Never Die, But You Will” utwór “Music For A Forgotten Future (The Singing Mountain)”, mimo imponujących rozmiarów też okazał się zaledwie ciekawostką.

Tymczasem zawsze podkreślało się mocny filmowy wymiar kompozycji Mogwai, te najlepsze momentalnie wywoływały szereg obrazów w głowie i emocji w sercu, płyty „EP+6”, „Rock Action” i „Happy Songs For Happy People” brzmiały jak bajeczna ścieżka dźwiękowa nieistniejącej trylogii. Potrzeba wpisania się w oczekiwania twórców filmu wydaje się jednak mocno ograniczać wyobraźnie muzyków, w efekcie „soundtrackowość” staje się często przymiotem pejoratywnym.

Zilustrowanie francuskiego serialu o zombie jest równie szalonym i typowym dla Mogwai pomysłem co biograficzno-futbolowego filmu. Zombiakom poszczęściło się chyba jednak bardziej niż Zidanowi. Przed paroma dniami ukazała się, wyłącznie w wersji cyfrowej a wkrótce i na winylu, EP-ka „Les Revenants”, pod koniec lutego zaś, również na tradycyjnym CD ukaże się pełna ścieżka dźwiękowa do serialu pod tym samym tytułem. „Les Revenants EP” stanowi zaledwie zapowiedź przyszłorocznego albumu „Les Revenants OST”, umieszczone na niej cztery kompozycje znajdą się bowiem również tam. Można zatem spokojnie poczekać na efekt finalny do lutego, choć zapewne spora część miłośników Mogwai nie wytrzyma i sięgnie po tą zaledwie dwunastominutową EP-kę.

Cztery utwory, dlaczego akurat te dowiemy się zapewne za jakiś czas, brzmią jednak na tyle spójnie, że pojawia się obawa czy finalna pełna wersja nie okaże się po prostu zbyt długa. Miniatury mają swój urok i tak jest w tym wypadku. „Wizard Motor” to typowa kompozycja dla Mogwai ostatnich lat. Rosnące napięcie, prosta konstrukcja, zwyczajnie rockowa melodyka i refleksja – jak to klasyczny mogwai’owy patent z nagłym wyciszeniem i urwaniem wątku nadal satysfakcjonuje! „Soup” to okraszony piękną gitarą ambientowy przerywnik, po nim zaś następuje „The Hut”, najciekawszy punkt tego zbioru. „Wizard Motor”, ma być flagowym utworem EP-ki, brzmi bowiem jak Mogwai od czasów nieudanego albumu „Mr. Beast”. Gitarowy, ale ugrzeczniony i oczywisty, melodyjny w sposób bardziej klasycznie rockowy niż post-rockowy, charakterystyczny dla dzisiejszych epigonów tego gatunku. „The Hut” natomiast, choć nie zawiera ściany gitar, posiada rzecz dawno już przez Szkotów utraconą – motorykę. Upiorna, krocząca transowość charakteryzująca dawniej Mogwai, powraca w pełnej krasie i aż się prosi o rozwinięcie tematu w dłuższą, potencjalnie porywającą kompozycję.

Całość wieńczy kruchy „This Messiah Needs Watching”, do którego, mimo koronkowej natury, mój odtwarzacz uparcie pobiera jakąś płomienno-kiczowatą okładkę metalowego zespołu. Być może ma rację, za spokojem Mogwai zawsze kryły się płomienie, tak jak i serialowe zombie, choć francuskie, nadal są bezdusznymi monstrami. „Les Revenants EP”, gdyby ukazała się w postaci darmowego gwiazdkowego prezentu, mogłaby służyć za ciekawe wprowadzenie w świat dźwięków Mogwai. Ostatecznie jednak, będąc jak do tej pory chyba najlepszym podejściem zespołu do muzyki filmowej, jest rzeczą wyłącznie dla najwierniejszych fanów. 6/10 [Wojciech Nowacki]

12 grudnia 2012


Październik przyniósł ze sobą wysyp istotnych premier płytowych. Ukazał się trzeci album Please the Trees „A Forest Affair”, na podsumowanie wielkiej trasy Tata Bojs wydali płytę koncertową wraz z DVD „Ležatá Letná”, najważniejszą jednak premierą był „Vlci u dveří”, drugi album grupy Umakart, wydany osiem lat po legendarnym debiucie.

Będący zaś tradycyjnym sezonem koncertowym listopad przyniósł szereg rozczarowań. Odwołanie europejskiej trasy Grimes dotknęło nie tylko Warszawę, ale i Pragę. Występ w Czechach ze zdrowotnych powodów odwołał też niemal w ostatniej chwili Flying Lotus. W tym wypadku jednak organizatorzy postanowili, że obok możliwości zwrotu biletów, wszyscy nabywcy mogą się udać na koncert Beach House lub DJ Shadow'a. Niestety, ten drugi okazał się kolejnym rozczarowaniem, zamiast bowiem live bandu widzom zaprezentowany został zwyczajny drum'n'bassowy set.

Wydarzeniem, które jednak bez wątpienia wstrząsnęło Czechami, było niezdobycie przez Karela Gotta Złotego Słowika. Cóż w tym zaskakującego? Otóż Gott Słowików zgarnął już… 37. Jeden jedyny raz nie otrzymał go jedynie w 1998 roku, ale jako że były to czasy niemal przedinternetowe nie obiło się to aż tak szerokim echem. Český slavík jest nagrodą porównywalną do naszych nieszczęsnych Fryderyków, z tą różnicą, że głosowanie odbywa się na bazie ankiety. Seryjna produkcja Słowików dla Gotta przestała być już nawet przedmiotem żartów, dobrze to przy okazji obrazuje poziom i znaczenie wspomnianej nagrody.

To, że Boski Karel Słowika nie dostał okazało się newsem znacznie ważniejszym niż to, kto go otrzymał. A jest to młody, 26-letni piosenkarz Tomáš Klus, którego trzeci album „Racek” należy do najlepiej sprzedających się czeskich płyt roku. Prezentuje muzykę jak na Czechy nietypową, zbliżoną mianowicie do polskiej knajpiano-ogniskowo-natchnionej poezji śpiewanej.


Trzeba jednak przyznać, że głos Klusa jest naprawdę intrygujący jak na 26-latka, sama zaś płyta jest bardzo dobrze wyprodukowana, co akurat nie jest w Czechach czymś wyjątkowym. Na fali sukcesu Klus ruszył na z miejsca wyprzedane tournee. Znacznie jednak bardziej zajmująca jest trasa koncertowa zespołu Umakart. Śmiało można go zakwalifikować jako czeską super-grupę. W jej skład wchodzą m.in. Dušan Neuwerth, znany czeski producent, Jan P. Muchow również producent, także aktor i muzyk legendarnej formacji The Ecstasy of Saint Theresa oraz muzycy rockowego Priessnitz, z Jaromírem Švejdíkem na czele, znanym również jako Jaromír 99, grafik i twórca komisków.

Pierwsza płyta Umakart, „Manuál“, ukazała się w 2004 roku, z miejsca stała się wydawniczym rarytasem, działalność zaś grupy wydawała się jednorazowym projektem. Aż do zeszłego roku, kiedy do czeskich kin wszedł zjawiskowy film „Alois Nebel”, będący ekranizacją komiksu autorstwa Jaromíra 99 i Jaroslava Rudíša. Film promowała piosenka „Pulnoční“ w wykonaniu Umakartu oraz Václava Neckářa, która okazała się największym (i słusznie) czeskim przebojem 2011 roku oraz przyczynkiem do renesansu kariery Neckářa (przedstawiciel pokolenia Gotta i Vondráčkovej, w przeciwieństwie do tej dwójki jednak stale i powszechnie szanowany), ale i powrotu Umakartu. Drugi album „Vlci u dveří”, promowany singlem „A venku zase prší“, jest zatem automatycznie jedną z najistotniejszych płyt tego roku. Nie tylko ze względu na piękny sposób wydania.


Nie próżnuje również Martin Hůla, alias Martin Tvrdý, alias Bourek, alias Bonus. Po niezwykłym sukcesie (głównie artystycznym) płyty „Náměstí mírů” Bonus uzupełnia swój elektro-akustyczno-hiphopowy wizerunek o darmowy album koncertowy „Live+Love”. Kontynuuje również tajemniczy ambientowy projekt aMinor, po lipcowej, typowo ambientowej EP-ce „[49 2 23.131 N 13 34 0.326 E]”, przyszedł czas na „ESCalator”, rzecz zdecydowanie mniej przyjemną, wypełnioną dźwiękami pochodzącymi ze… schodów ruchomych praskiego metra.

A skoro jesteśmy już przy darmowych wydawnictwach, warto zajrzeć do listopadowych nowości słowackiego labetu Exitab. Początek miesiąca należał do „Triple Farewell”, trzeciej już EP-ki, którą pod szyldem Stroon wydał Dalibor Kocian, zwany swego czasu „słowackim Burialem”. Debiutancki album „Re-Leave” wydał natomiast wreszcie Ink Midget, jeden z dwóch najmłodszych przedstawicieli słowackiej elektroniki. Występujący z nim kolejny nastolatek, Pjoni, swój własny debiut zaprezentował już w styczniu tego roku. Jako duet często i regularnie występują ze wspólnymi, mocno energetycznymi setami, zaczynają zajmować się remiksami i produkcją, jeśli chodzi jednak o ich własne wydawnictwa to zachowują całkowitą autonomię. [Wojciech Nowacki]

11 grudnia 2012


DAPHNI Jiaolong, [2012] Jiaolong || Finiszowanie prac nad doktoratem to bardzo specyficzny okres. Z jednej strony sporo pracy, z drugiej zaś obawa, czy później w ogóle jakaś praca będzie. Pojawiają się kolejne plany, część się konkretyzuje, w efekcie zaczyna się zupełnie niespodziewany etap w życiu. Spójrzmy na kanadyjskiego matematyka o nazwisku Dan Snaith. Ojciec jest profesorem matematyki, siostra studentką tej samej dziedziny, Snaith zaś doktoryzował się w Imperial College London dysertacją pod tytułem „Overcovergent Siegel Modular Symbols”.

Niesie zatem nadzieję dla wszystkich muzycznych nerdów (ale i zawiść, skoro jego doktorat objętościowo liczy tyle, ile jeden rozdział mojego), niezbadane są bowiem koleje losu. Najpierw jako Manitoba, następnie jako Caribou, Snaith stał się jedną z najbardziej uznanych postaci współczesnej sceny elektronicznej. I w obrębie samego świata muzyki dokonuje kolejnych zwrotów, po wybitnym albumie „Swim” Caribou, swój najnowszy album sygnuje jako Daphni.

O ile porzucenie nazwy Manitoba wynikało z problemów prawnych, o tyle wyróżnienie części tworzonej przez siebie muzyki nowym szyldem wynika z powodów muzycznych. Snaith wyraźnie podkreśla różnicę, która nie sprowadza się tylko do tego, że Daphni ma być projektem stricte tanecznym. Płyty Caribou tworzone są precyzyjnie według konkretnego zamysłu i cyzelowane w najmniejszych szczegółach. Daphni po prostu powstaje. Nowe kompozycje, przeznaczone początkowo do setów didżejskich Snaitha, zebrane zostały na albumie „Jiaolong”, od razu pojawia się zatem pytanie o jego miejsce w dyskografii Pana Doktora.


Wydaje się bowiem, że nadzieje były całkiem precyzyjne. Każda płyta Caribou była stylistycznie odmienna, ale obojętnie czy mieliśmy do czynienia z krautowym „The Milk of Human Kindness”, czy hippisowskim „Andorra”, pierwiastek taneczny zawsze był tam obecny. Dopiero „Swim” przyniosło pełne zanurzenie w świecie house’u i współczesnej elektroniki, podanych jednak w wyrafinowanym stylu charakterystycznym dla Caribou. Po ogłoszeniu wydania albumu Daphni można zatem było się spodziewać całej płyty parkietowych wymiataczy, pozbawionych eksperymentów i wspomnianego bogactwa.

Faktycznie wyrafinowania na „Jiaolong” nie znajdziemy, gorzej jednak z taneczną przebojowością. Album jest bardzo minimalistyczny, by nie rzec wręcz surowy. Mocny element afrobeat’u zaś potrafi zaś niestety irytować. „Ye Ye” był utworem mogącym zaostrzyć apetyt. Skromny, ale wciągający, okazuje się jednak reprezentatywny dla całości będąc jednym z najlepszych jej elementów. Otwierający płytę „Yes, I Know” zaczyna się od deep-house’u nieco w stylu Gus Gus, szybko jednak pojawiają się sample, dęciaki i robi się niemal funkowo. W "Cos-Ber-Zam Ne Noya" afrobeat już zdecydowanie króluje, klucząc jednak między zaintrygowaniem a irytacją.


Afrykańskie rytmy dominują też w „Pairs”, choć bazując na bardziej tanecznej podstawie, a nawet w skromnych utworach bliskich minimal techno, jak „Light” czy „Jiao”. Pod koniec płyty wkrada się lekki chaos i można już czuć pewne zmęczenie brakiem napięcia i głębi aranżacyjno-prodykcyjnej. „Jiaolong” brzmi bowiem bardzo płasko, nawet w „Ahora”, utworze najbliższym dokonaniom Caribou, za schowaną popową melodią i krautowym posmakiem.

Przyznać zatem należy, że Daphni, mimo kunsztu Snaitha, trochę rozczarowuje. Nie jest to zbiór tanecznych killerów, nie jest to też „Swim” do drugiej potęgi. Faktycznie sprawia wrażenie szkiców przeznaczonych do klubowych setów i to w charakterze przerwy między mocniejszymi utworami. Również jako muzyka tła sprawdza się średnio, do uważnego zaś słuchania nie ma czym przyciągnąć. Następne Caribou z pewnością znów zaskoczy zmianą kierunku, można zatem mieć tylko nadzieję, że taneczna strona Snaitha wykorzysta szyld Daphni do koniecznej ewolucji. 5/10 [Wojciech Nowacki]

7 grudnia 2012


DIE ANTWOORD Ten$Ion, [2012] Zef Recordz || To nie jest tak, że nie lubię, jak ktoś się przechwala. Lubię – ale musi mieć porządny powód. Jak indestructible Ninja. Jak Yo-Landi just too hot to handle. Jak DJ raczej jestem wymyśloną postacią Hi-Tek. Ten hiphopowy cyrk zahipnotyzował mnie od pierwszego usłyszenia. I choć przyznaję – powalili mnie wizerunkiem i świeżością debiutu, byłem przekonany, że są strzałem jednoalbumowym. Aż tu nagle Ten$Ion.

Tekst, rap i wizerunek na Ten$Ion to znany z $O$ pastisz gangsta-rapu. Watkin Tudor Jones to satyryk, dla niego to max normal (wykorzystując jedną z dawnych muzycznych inkarnacji Watkina) – na hiphopowej scenie RPA swoje wariactwo już rozprowadził. Die Antwoord to wciąż osobliwy miks szydzenia z kiczowatego rapu i szerzenia fascynacji dziwnością. Przejawia się to w klipach, zdjęciach, muzyce i lirykach. Cała otoczka wokół nich jest naprawdę intensywna.


Za to zmieniła się muzyka; skręcając w rejony niedzisiejszej, choć coraz częściej powracającej, elektroniki. Hi-Tek (jeśli istnieje) z prostych beatów, poskładał dobry podkład. Chwilami kiczowaty, jasne, ale w formułę tego projektu wchodzący aż miło. Brzmieniowo się dzieje – są plemienne bębny (Fatty Boom Boom), jest disco (Baby's On Fire), są trance'owe klawisze (U Make A Ninja Wanna Fuck), techno z krótkim dubstepem (Never Le Nkemise 2) czy bardziej alternatywne brzmienia (Fok Julle Naaiers, I Fink U Freeky). Mimo wszystko, elektronika spina wszystko w jedną klamrę, nadając albumowi spójności.

W połączeniu ze specyficznym rapem Ninjy, jego południowoafrykańskim fokin' akcentem i głosikiem szalonej rich bitch Vi$$er wyszło coś szalenie specyficznego i wyskakującego z szeregu, jak choćby The Prodigy kiedyś, a niedawno Crystal Castles. Stworzenie rozpoznawalnej marki dźwiękowej, to sukces sam w sobie. Pozostaje oczywiście pytanie, czy styl się podoba  – mi bardzo (chyba najtrafniej zacytować fragment I fink u freeky and I like you a lot!). To nie są tylko wygłupy –  kompozycje są ciekawe, motywy świeże, podkład cudnie koresponduje z głosami i reaguje na liryki. Wszystko jest gęste, ale nieprzypadkowe.


Krążek kryje trzy ogromne hity (I Fink U Freeky, Fatty Boom Boom i Baby's On Fire) i trzy solidne kawałki (Never Le Nkemise 2, Fok Julle Naaiers czy U Make A Ninja Wanna Fuck). Jest też jeden bardzo kiepski, Hey Sexy, którego nie ratuje nawet całkiem przyjemna gitara elektryczna Louwtjie Rothmana, bo sposób rapowania na przemian irytuje i nudzi, a kompozycja jest nudna.

Między utworami upchnięto kilka skitów. Pasują do konwencji, ale nie powalają na kolana. Jeden z nich wzbudził dość duże kontrowersje – mowa o DJ Hi-Tek Rulez, w którym przerobiony komputerowo głos, rzekomo Hi-Teka, oznajmia: DJ Hi-Tek will fuck you in the ass/ Fuck you in the ass, you punk ass white boy/ DJ Hi-Tek, yo you can't touch me, faggot. Zarzuty o homofobię zakończyła dopiero wypowiedź, w której Ninja wyznaje, że wielu jego znajomych to geje. W tym wspomniany Hi-Tek.


Choć boję się, że przy następnym materiale Die Antwoord mogą się wyczerpać, wyczekuję trzeciego krążka, kolejnych klipów, a najlepiej filmu dokumentalnego. Jestem głęboko zainteresowany, co napala Ninję i komu Yo-Landi Vi$$er pozwoliłaby się klepać po tyłku! Bo przede wszystkim tym jest Die Antwoord – całą tą kreacją, śmiechem, zaskoczeniem. Igraniem z kiczem. Nieźle, że jako skutek uboczny tych wygłupów powstał ciekawy styl grania. 8.5/10 [Michał Nowakowski]

4 grudnia 2012


LOCO STAR Shelter, [2012] Kayax || Banały o niedocenianiu polskiej muzyki poza granicami naszego kraju można sobie spokojnie darować. Naprawdę niepokojące jest istnienie polskiej dobrej muzyki, która i dla nas pozostaje gdzieś na marginesie „alternatywnych” zainteresowań. Przyznaję, sam uznaję szeroko rozumianą polską scenę za niespecjalnie zajmującą, ale mam swoich zdecydowanych faworytów. Jednym z nich od zawsze było Loco Star.

Gdzieś w polskim mikrokosmosie początku XXI wieku, krążącym wokół nieodżałowanego Sissy Records i kwitnącego Isoundu, rozbłysła nowa gwiazda. Tomek Ziętek, trębacz znany najlepiej z Pink Freud, oraz obdarzona zjawiskowym głosem i uroczą osobowością Marsija pojawili się w koncertowym składzie Silver Rocket. Debiutancki album Loco Star ukazać miał się jednak dopiero w 2004 roku. Nie ukrywam, że to wczesne, czysto elektroniczne wcielenie Loco Star jest moim ulubionym, choć sama płyta miłośnikom nowoczesnej elektroniki może już troszkę trącić myszką.

Zmianę przyniosła płyta „Herbs” z roku 2008. Nadal można było znaleźć tu subtelne taneczne elementy, spore pole oddano tu jednak żywym instrumentom. Intymne aranżacje w połączeniu z momentami björkowym głosem Marsiji prowadziły nasze skojarzenia odrobinę w stronę „Vespertine”. Loco Star ewidentnie znaleźli jednak własny autonomiczny język i bez żadnego elementu naśladownictwa ugruntowali swoją pozycję jako jeden z najciekawszych polskich zespołów.


Czy „Shelter” pomoże grupie w dotarciu do nowych słuchaczy? Nie jest to chyba jednak zależne od samego zespołu, niespecjalnie zresztą zainteresowanego zaznaczaniem swojej obecności. „Shelter” to ewolucyjne rozwinięcie kierunku obranego na „Herbs”, nadal jest to oryginalne połączenie elektroniki z żywymi instrumentami, bogate aranżacyjne a jednak domatorsko wyciszone. Nawet dłuższe kompozycje wydają się uciekać zbyt szybko, chce się więc do nich powracać i odkrywać kolejne warstwy.

Loco Star wydają się stawiać bardziej na kreowanie spójnej atmosfery albumu jako całości, niż oferować nam oczywiste przeboje. Trochę szkoda, że w miejsce tanecznej elektroniki debiutu nadal nie otrzymujemy bardziej oczywistych melodii. Skoro jednak mowa była o ewolucji, to warto zwrócić uwagę na nowości. Pojawiają się tu instrumentalne miniatury, całość wydaje się przypominać drogę, jaką przeszli Islandczycy z múm, najciekawsze są jednak wokale Tomasza Ziętka. Marsiji już komplementować nie trzeba, jej wokal nadal jest zjawiskowy, ale uzupełnienie go męskim głosem sprawdza się świetnie, zwłaszcza, że Tomek dysponuje naprawdę ciekawą barwą. Jego trąbka, niegdyś znak rozpoznawczy brzemienia Loco Star, wydaje się pełnić tutaj nieco mniejszą rolę, każde jednak jej pojawienie się następuje we właściwym momencie.

Kulminacją płyty jest „Orla”, bynajmniej nie dlatego, że jest to utwór najdłuższy w zestawie, lecz z powodu niezwykle ciepłego brzmienia i zdecydowanie najbogatszej na płycie aranżacji. Wybrany na pierwszy singiel „Artifiction”, podobnie jak większość piosenek Loco Star nie jest typowym, bezwstydnym przebojem, zasadniczo jednak definiuje ich obecne brzmienie. Najbliższy tradycyjnie rozumianej przebojowości wydaje mi się zaś „TV Head”, daleki jednak od banału, czy często bowiem w hitach słyszymy słowa typu there’s something better than living anti social?

Nie można nie wspomnieć o stronie graficznej płyty, w kategorii najpiękniej wydanego albumu może w tym roku konkurować z nią ewentualnie tylko nowy Hey. Ciekawe, że wykonawca kojarzony z elektroniką zdecydował się postawić na tak dziś archaiczną rzecz jak fizyczny nośnik. Oto kolejny powód, który sprawia, że Loco Star po prostu nie można nie lubić. 7/10 [Wojciech Nowacki]

3 grudnia 2012


CAT POWER Sun, [2012] Matador || Niczym w biblijnej przypowieści wędrujemy razem z Chan Marshall przez pustynię, walcząc ze smutkiem, własnymi słabościami, nadmiernym współczuciem wobec świata. Zapisem tej wędrówki, z której wychodzimy poturbowani i silniejsi zarazem, jest „Sun” – płyta roku 2012.

Marshall to nie pompatyczna diva w stylu Florence Welsh, lecz w prostej linii spadkobierczyni Joan Baez, pieśniarki, nie wokalistki, popisującej się nie głosem, lecz tym co ma do powiedzenia. Szkoda, że takich osobowości jest coraz mniej. W ostatnich latach do tej kategorii zaliczyć można jeszcze chyba tylko Fionę Apple oraz Feist. I wspomnieć jeszcze można o coraz bardziej niezdecydowanej Natashy Khan, która nie nie wie czy pchnąć Bat For Lashes w stronę wokaliz przy fortepianie, czy może jednak natchnionej poetki.

Podobnie jak w zeszłym roku Florence bardzo chciała nagrać „Metals”, lecz ubiegła ją w tym Leslie Feist, tak zapewne dziś Natasha przygryza z żalu wargi, że „Sun” nie jest jej. Nie, należy do Cat Power, absolutnie szczerej i dalekiej od jakiegokolwiek wystudiowania. „Sun” to dzieło skończone i kompleksowe. Proporcje między folk-rockiem a subtelną elektroniką są idealne, zabawy kolejnymi warstwami wokali zagęszczają atmosferę, otulając nas z każdej strony. Jest to płyta wielka, będąc bowiem okrutnie przebojową i chwytliwą, jest jednocześnie bezlitośnie gorzka.


Tytułowe Słońce nie jest bowiem ciepłym i radosnym słoneczkiem. To symbol pojawiający się na niebie, lecz dopiero wtedy, gdy jesteśmy już zmęczeni czekaniem na niego („Sun”). Czekanie wyczerpuje i prowadzi na skraj upadku, szczególnie jeśli środkiem do osiągnięcia chwilowej ulgi ma być butelka wina („3, 6, 9”). Prawdziwe życie jest zwyczajne, czasem żyć po prostu się nie chce („Real Life”), nie ma jednak nic bardziej ludzkiego i powszechnego jak małe codzienne załamania nas wszystkich („Human Being”). Ostatecznie okazuje się, że tańczyć można nawet na ruinach („Ruin”) a wszystko co mamy to czas i tylko od nas zależy co z nim zrobimy („Nothing But Time”).

Ta gorzka odyseja, historia każdego z nas, podana jest w niesamowicie uwodzącej formie. Już przebojowy i niepokojący „Cherokee” definiuje muzyczny charakter płyty. „Ruin” to chyba najlepszy singiel tego roku, katastroficzna piosenka zmusza do tańca i wykrzykiwania bitchin’! complaining! razem z Chan. Utwór tytułowy jest plemienno-hipnotyczny, beztroską rytmiką kusi „Manhattan”, z drugiej zaś strony mamy elektro-blues w „3, 6, 9” i niemal autostradowy hard-rock w „Silent Machine”.

Muzyczną i emocjonalną kulminacją płyty jest rzecz jasna „Nothing But Time”. 11-minutowa afirmacja życia, pogodzenia z sobą i z czasem, w którą w 5 minucie niczym z zaświatów wkracza sam Iggy Pop, jest jednym z najważniejszym momentów w muzyce tego roku. Ten hipnotyzujący, kojący psalm mógłby trwać w nieskończoność. Podobnie w nieskończoność chce się przechodzić z Cat Power całą jej cierniową drogę ku niezależności i absolutnie zwyczajnemu, zdesakralizowanemu człowieczeństwu. „Sun” zmienia i oczyszcza słuchaczy wraz ze słuchaniem. Afirmacja życia, humanistyczna niemal pochwała człowieczeństwa, to najwięcej ile można w muzyce osiągnąć. 10/10 [Wojciech Nowacki]