3 kwietnia 2020


W skali indie-popu Purity Ring mieszczą się gdzieś pomiędzy Chvrches a Poliçą i jest to sympatyczna, ale jednak nisza, nierozłącznie kojarząca się z początkiem drugiej dekady tego wieku. Problemem "WOMB" jest niekoniecznie to, że nie wnosi absolutnie nic do znanego już brzmienia duetu, lecz że w dość oczywisty sposób odsłania gwałtowne jego starzenie się. Synth-pop z pretensjami, hip-hopowe i r'n'b ozdobniki, przede wszystkim zaś produkcja i nachalnie zagęszczone wokalne modyfikacje mogą może dziś robić wrażenie w przypadku amatorów z SoundClouda, ale nie u wykonawcy z trzema albumami na koncie.


Ciekawe, że w ten sam dzień co Purity Ring, swój również trzeci album wydała Empress Of, która supportując duet podczas ich praskiego koncertu stała się niesamowitym odkryciem. Kto nie wie, niech natychmiast sięgnie po jej debiut "Me", bo to jeden z najbardziej zjawiskowych popowych albumów dekady. "Us" stało się ofiarą typowego syndromu drugiej płyty, przed wydaniem "I'm Your Empress Of" można więc było poczuć się nerwowo. Tym razem rzecz bliższa jest mixtape'owi, w którym niepozbawione społeczno-rasowego komentarza piosenki przepływają jedna w drugą, ale pozwalają na dalsze odkrywanie kompozycyjnej dojrzałości i rytmicznego wyczucia Lorely Rodriguez.


Dwa ostatnie albumy Amona Tobina do specjalnie udanych niestety nie należały, może więc ta nagrana wspólnie z Thys drobnostka okaże się zalążkiem czegoś ciekawego. "Ghostcards" to niecałe dziesięć minut muzyki, ale żywej, organicznej i z gustownie jazzowym posmakiem. O ile zamiast przydymionego klubu orkiestralny jazz nadaje się do domu strachów i opuszczonego wesołego miasteczka.


[Wojciech Nowacki]

29 marca 2020


Za wcześnie na werdykt, lecz jedna rzecz po pierwszym posłuchu jest pewna. "Gigaton" jest znacznie lepszy od nieszczęsnego "Lightning Bolt", jedynej płyty Pearl Jam, o której wspomnienie nie mówi mi nic. Owszem, jest tu i melodyka, i forma wokalna Veddera charakterystyczna raczej właśnie dla tych późnych albumów zespołu, ale i dawna, eksperymentalna zadziorność bliższa najlepszym czasom "Yield". Jest intensywnie, dzieje się tu wiele, nawet ballady są znów bardziej hipnotyczne niż ckliwe. Najlepsze momenty to jednak te, gdy pojawiają elementy dla grupy o trzydziestoletniej historii całkowicie nowe.


Wznowienie debiutanckiej epki "Blood Bank" przypomina nam o takim Bon Iver, jakiego dziś już brakuje. Zręczny, współczesny folk, dźwięczny, ale jeszcze nie pretensjonalny, bez niefortunnych eksperymentów, które później sprowadziły tą muzykę do czystej, lecz zagmatwanej formy. Choć zbyt wiara duża wiara we własne możliwości wokalne oraz w talent do domniemanej awangardy pojawiły się już tutaj, czego przykładem jest praktycznie niesłuchalne "Woods". Rocznicowe wykonania koncertowe pokazują jednak czym mógłby być Bon Iver trzymający się pierwotnego brzmienia.


Z każdą płytą Little Dragon pojawia się nadzieja na ostateczne zyskanie należnego im miejsca, tego, którego przebłysk pojawił się zbyt wcześnie na znakomitym "Machine Dreams" oraz w "Empire Ants", jedynym wartym pamiętania fragmencie dziwnie dziś przecenianego "Plastic Beach" Gorillaz. Szósty już album jest mniej kanciasty od inspirowanymi latami dziewięćdziesiątymi poprzednika, przynosi też więcej przestrzennej abstrakcji, do której grupa zawsze miała ciągoty, ale choć "New Me, Same Us" jest ich debiutem w barwach legendarnego wydawnictwa Ninja Tune, to, nomen omen, nowym otwarciem jednak nie jest.


Zapowiedzi były co najmniej intrygujące. "Aporia", którą Sufjan Stevens nagrał ze swym ojczymem Lowellem Bramsem, współbohaterem ostatniej standardowej jego płyty, mogła być pejzażem rozciągającym się pomiędzy Boards Of Canada a Com Truise, odmalowanym jednak przy pomocy tradycyjnego pieśniopisarstwa. Ostatecznie bliżej ma do instrumentalnych fragmentów M83 oraz do ścieżki dźwiękowej do okładek "Strażnicy". Dla regularnych fanów Stevensa pozostanie tylko ciekawostką, choć gdy w "The Runaround" w końcu pojawia się jego wokal, odsłania cały swój magiczny potencjał.


W natłoku nowości nowy album Nicolasa Jaara wydany pod jego własnym imieniem i nazwiskiem może okazać się rzeczą łatwą do przeoczenia, zwłaszcza w obliczu wyodrębnienia jego efektownie klubowego wcielenia pod szyldem Against All Logic. "Cenizas" przypomina o zadymionych przerywnikach dających chwile wytchnienia podczas jego intensywnych koncertów. Teatralna wręcz intymność łączy się tu z pierwszoligowym dźwiękowym designem, minimalizm dynamiki tonowany jest zaś wykorzystaniem takich instrumentów jak saksofon i pianino.


A jednak. Dirty Projectors, formacja od samych swych początków dysponująca charakterystycznie autorskim stylem, stała się z czasem praktycznie solowym projektem, następnie powróciła do bliższych sobie brzmień, by odrodzić się wraz ze skompletowaniem nowego składu. Świetny i opatrzony nostalgicznie nowojorskim teledyskiem "Overlord" miał tylko prezentować odnowione oblicze grupy, podążyła za nim jednak epka "Windows Open" urokliwie niezobowiązująca, skromna i efektowna zarazem, przywracająca też wreszcie silny żeński pierwistek.


[Wojciech Nowacki]

22 marca 2020


"Highlight" wydaje się być płytą bardziej przestrzenną niż poprzedni, comebackowy album Skalpel.  Bardziej przypomina snucie się nocnym miastem niż siedzenie w ciasnym pokoju wypełnionym winylami. W tym sensie faktycznie przypominać może debiut duetu, ale też na styl "Transit" bardziej stawia na atmosferę niż melodie. Co ciekawe, jest też niczym więcej niż idealną sumą twórczości Igora Boxxa i Meeting By Chance. Klasycznie i bez niespodzianek.


Skąpana słońcem okładka i folkowy zwrot w twórczości Myrkur niosą taką samą dozę zwodniczo podskórnej grozy co "Dźwięki muzyki" (bo naziści) i "Midsommar" (wiadomo). "Folkesange" mieści się gdzieś pomiędzy Zolą Jesus a Dead Can Dance, silniej faktycznie zerkając w stronę tych drugich, płyta od początku wydaje się imponująco czarowna, ale im dłużej trwa, im jaśniejszym jest, że nie prezentuje sobą niczego, czego byśmy już nie słyszeli.


GusGus zawsze chętnie, czy to ich autorskie brzmienia, czy równie satysfakcjonujące remiksy.  I w tym duchu "Remixes Are More Flexible Pt. 2" to bardziej kolejne wariacje na znany już temat niż jakaś dodana jakość do albumu, który, delikatnie mówiąc, do najbardziej pamiętnych w ich karierze nie należy.


Austriacy z Elektro Guzzi nadal czekają na należne im rozpoznanie i epka "Coexist", którą nagrał z nimi sam Cristian Vogel, ma szansę im z tym pomóc, nie wnosi jednak wiele nowego do typowego dla nich brzmienia. To nadal znane już rytmy, tym razem bardziej nieco abstrakcyjne i niezupełnie oddające ich fenomenalną formę koncertową.


[Wojciech Nowacki]

15 marca 2020


Ultraísta to formacja, którą kojarzy się wyłącznie poprzez osobę jej lidera Nigela Godricha, nadwornego producenta i nieformalnego członka Radiohead. Ich pierwszy album nie zapisał się niczym w pamięci, ale drugi promowany był całkiem chwytliwym singlem. "Sister" cechuje rytmika znana z albumu Atoms For Peace oraz blade wokale a'la Poliça, lecz płyta jest ostatecznie zbyt zwięzłą, by okazać się czymś więcej niż drobnostką do zapomnienia.



Nowy album CocoRosie z pewnością frapuje. Niegdysiejsze bohaterki queerowej fali freak-folku pierwszej dekady nowego wieku nadal mają się całkiem dobrze. Zamiast jednak kojarzącej się z nimi floralnej, wąsatej i pełnej bibelotów muzyki, na "Put The Shine On" zdają się oferować zmutowaną wersję hip-hopu, dość kanciastą i sięgającą poniekąd lat dziewięćdziesiątych. Płyta bynajmniej nie irytuje, ale za długą jednak jest.


Długogrająca płyta Four Tet zawsze jest wydarzeniem, zwłaszcza jeśli kolejny już raz zderza się z nowym albumem Pantha Du Prince. "Sixteen Oceans" jest bez wątpienia, i jak zawsze u Kierana Hebdena, niezwykle satysfakcjonująco słuchalnym doświadczeniem, ale jego charakter wymyka się jednoznacznej klasyfikacji. Przewija się tu i rytmiczna strona Four Tet, i nieznośnie przebojowa, miejscami jest całkiem odważnie, jednocześnie zaś szkicowo i niezobowiązująco.


Problem z Arturem Rojkiem jest taki, że nie do końca wiadomo, czego się po nim jako solowym artyście spodziewać. Przez dyrektorowanie jednemu z najbardziej wpływowych dziś festiwali jest bardziej personą polskiej alternatywy niż czynnym muzykiem. Powiedzmy sobie też szczerze, wokalistą był kontrowersyjnym, tekściarzem zaś kłopotliwym. "Kundel" nie odpowiada na pytanie o jego pozycję, najlepiej prezentuje się w "Intrze" i "Outrze", gdzie Graham Coxon spotyka się z brzmieniem lat zerowych.


Bokka zaś absolutnie bezpretensjonalnie dzieli się epką "Roll Down The Hill". Znajdziemy na niej dwie nowe wersje ich znanych i lubianych kompozycji, sprawdzonych koncertowo i zawsze budzących entuzjazm, przede wszystkim zaś trzy znakomite covery: ikonicznie "Bang Bang", pomnikowe "Love Will Tear Us Apart" oraz zaskakujące "Daydreaming" z ostatniego albumu Radiohead. Dokładnie to, czego pogranicze polskiego popu i alternatywy potrzebuje.



[Wojciech Nowacki]

8 marca 2020


Anna Calvi albumami nas nie rozpieszcza, po znakomitej płycie "Hunter" chętnie więc przyjmiemy i wariację na jej temat, nawet jeśli jest to rzecz raczej do już oddanych fanów. "Hunted" to wczesne dema, które dały początek tak wyczekiwanej trzeciej płycie, ale też zachowały pierwotną, nieokrzesaną jakość, stąd powrót do nich z towarzyszeniem paru zaproszonych gości. Jest zdecydowanie przestrzenniej niż na "Hunter", prościej nie znaczy w tym wypadku surowiej. Alchemiczne kulisy Calvi okazują się całkiem fascynujące, zwłaszcza sprowadzone do podstawowego napięcia między jej głosem a gitarą. Goście natomiast bynajmniej nie przytłaczają, delikatnie tylko dodają głębi, choć tak jednoznacznej męskości jak w kolaboracji z wokalistą Idles jeszcze u Anny Calvi nie było.


Dzwoneczki na sam początek i już wiemy, że to Pantha Du Prince, twórca wyśmienitego "Black Noise", czyli jednej z najlepszych elektronicznych płyt dwóch pierwszych dekad tego wieku. "Conference Of Trees" płynie jednak dalej, porzuca wokale ze średnio udanego "The Triad", za to implementuje i smyczki, i bardziej naturalne perkusjonalia, brzmiąc znacznie bardziej niż dotąd organicznie i cieplej niż na dwóch ostatnich albumach. Klubowa rytmika pojawia się tu dopiero po dłuższym czasie i jest tylko jednym ze środków odmalowania ambientowej w duchu całości. Łatwo sobie wyobrazić, że to ścieżka dźwiękowa do gry ze studia Amanita Design! Do długiego odkrywania.


Trupa Trupa jest popularna, format epki już niekoniecznie. Wydanie "I'll Find" jest więc znakomitym posunięciem, poniekąd też klamrą spinającą dzieje zespołu od czasów "zapomnianej" epki debiutanckiej. Mamy oto dziełko autonomiczne, pewne siebie, w ciągu zaledwie kilkunastu minut łączące w sobie to, co w muzyce grupy jest już znane (repetytywna prostota "End Of The Line", bajeczna motoryka utworu tytułowego), ale też paradoksalnie i znacznie więcej przestrzeni (kojąco hipnotyczny "Fitzcarraldo" i w duchu The Flaming Lips melodyjnie psychodelizujące "Invisible Door").


"Traditional Techniques" to dopiero czwarty solowy album, który Stephen Malkmus wydał po zakończeniu działalności Pavement, formacji kultowej, choć niekoniecznie u nas. Klasycznie indie-rockową drogę kontynuuje bowiem całkiem zapamiętale pod szyldem Stephen Malkmus & The Jicks, płyty podpisywane tylko jego imieniem i nazwiskiem wydają się zaś bardziej rozglądać na boki. Ta najnowsza przynosi zaskakująco przestrzenną interpretację psychodelicznego folku lat sześćdziesiątych, bliższą bardziej Jefferson Airplane niż wczesnemu Pink Floyd, ze zręcznie bowiem wplecioną typowo amerykańską melodyką wywodzącą się z country.


Coals pełni są kontrastów, z jednej strony węglowa nazwa, z drugiej dopracowany synth-popowy wizerunek, z kolejnej zaś sama muzyka, która w pierwszym momencie zdaje się potwierdzać ten kierunek, choć "docusoap" popową płytą nie jest. Większy nacisk położony jest na kreowanie atmosfery niż na melodie, dźwięki pełne są dysonansów i załamań, duet więc znacznie bliżej niż do dream-popu ma do liźniętej hiphopowym bitem abstrakcyjnej elektroniki spod znaku Nosaj Thing czy Lorn. Cieszy więc popularność Coals, smuci zaś spadająca dziś możliwość promocji koncertowej.


Na niemal instytucję czeskiej popularnej alternatywy wyrośli już Zrní. Do tego stopnia, że po płycie "Nebeský klid" wiadomo było czego można się mniej więcej spodziewać. Owszem, zaskakuje jeszcze silniejsze niż dotąd akcentowanie elektroniki, nowością są chyba ślady niemal post-punkowe, ale to nadal ta typowa dla czeskiej muzyki kolażowość, która nie popada w chłodne eksperymentowanie, ale w ciepłą i z folku się wywodzącą melodyjność. Przy zachowaniu oczywiście odpowiedniej skali mieści się gdzieś pomiędzy Bon Iver a Radiohead.


[Wojciech Nowacki]

29 lutego 2020


Nowa płyta Caribou była zdecydowanie wyczekiwaną, choć sam miałem spore wątpliwości, zwłaszcza po obraniu bardziej popowego kierunku na poprzednim albumie oraz w obliczu niezbyt zachęcających singli zapowiadających ten nowy. Produkcyjne ciekawostki faktycznie zasługują na zainteresowanie, ale dotąd okazjonalny tylko wokal Dana Snaitha, tutaj obecny w każdym utworze i wysunięty niemal na pierwszy plan, spłaszcza i rozwadnia brzmienie "Suddenly". Zawodzi też większość kompozycji, krótkich, chaotycznych, w gruncie rzeczy dość szkicowych. W efekcie album paradoksalnie sprawia wrażenie niedopracowanego i pozbawionego charakteru, ani popowego, ani tanecznego, ani eksperymentalnego.


Największą (i jedyną) niespodzianką na nowym albumie Tycho jest to, że ukazał się tak szybko, zaledwie parę miesięcy po swym poprzedniku. Poza tym zaskoczeń nie ma żadnych, największa zmiana dokonała się bowiem już przy okazji wspomnianej poprzedniej płyty i była rewolucją wyłącznie graficzną. Scott Hansen zrezygnował ze swego geometrycznego minimalizmu na rzecz naturalnych fotografii, ale nawet zmiana wydawcy z Ghostly International na Ninja Tune nie posunęła do przodu jego brzmienia. "Simulcast" to nadal coś pomiędzy synth-popem Com Truise a udomowionym post-rockiem, tym razem może z odrobiną chillwave'u i już znów bez wokali, które przelotnie najwidoczniej pojawiły się na "Weather".


Najbardziej więc satysfakcjonujące dźwiękowe ukojenie przyszło w tym tygodniu ze świata indie-rocka. Real Estate to ani pierwsza liga, ani oszałamiająca baza fanów, tym większą przyjemnostką jest ich album "The Main Thing". Płyta ładnie i beztrosko rozbrzmiewa dźwięczną gitarą i linią basu, spowija ją senna, pastelowa atmosfera, idealnie pasująca raczej do słonecznego początku jesieni niż do końca niby-zimy. Szkoda więc, że trochę nadużywa naszej gościny trwając odrobinę zbyt długo, bo ostatecznie całkiem urokliwe kompozycje zaczynają zlewać się ze sobą.


[Wojciech Nowacki]

23 lutego 2020


"Myopia" była pierwszym tegorocznym albumem wartym prawdziwego wyczekiwania i bez niespodzianek, za to z niekłamaną przyjemnością, okazuje się czołową płytą początku nowego roku. Agnes Obel swoje brzmienie ma po mistrzowsku opanowane, już przy okazji jej poprzednich płyt ciężko było znaleźć muzykę równie emocjonalnie i melodycznie intensywną, nowy zaś album zamiast błahego powtarzania formuły przynosi dalsze jej udoskonalenie. Kompozycje z miejsca wydają się klasyczne, gra na pianinie uwodzi, praca z głosem zadziwia, całość zanurzona jest w soczystej produkcji, która plastycznie i z narracyjnym rozmachem odmalowuje śpiewny i wciągający świat.


King Krule natomiast tworzy swój własny świat z jednej strony wysoce organicznym, z drugiej zaś pełnym dysonansów. Czuć ścieżkę przeplatającą się z Mount Kimbie i wspólnie z nimi meandrującą post-punkowymi polami. Na "Man Alive!" to jednak tylko jeden z wielu stylistycznych tropów. Odmienne strony wydają się ze sobą walczyć, nigdy nie stając się w pełni ze sobą kompatybilne, lecz to frapujące niedotarcie wydaje się być właśnie istotą brzmienia King Krule. Na tej płycie, w przeciwieństwie do zbyt długiego i męczącego poprzednika, poniekąd kuszącego i zachęcającego do odkrywania dalszych sensów.


Prawdziwe zaskoczenie. Grimes zawsze wydawała się być lekko irytującą, chaotycznie soundcloudową, bardziej skupioną na kreacji swego mniej lub bardziej wirtualnego wizerunku niż na kompozycjach i, mówiąc wprost, przereklamowaną. Do tego związek z Tonym Starkiem Elonem Muskiem i otrzymujemy postać co najmniej kłopotliwą. Tymczasem, "Miss Anthtropocene" nie tylko wprowadza przestrzeń do dotychczasowego zamętu, ale i sprowadza go do kompozycji atrakcyjnie pamiętnych, lecz niekoniecznie banalnie popowych, zaskakujących zaś w wielu miejscach produkcyjnymi chwytami, które nie pozwalają przejść obok tejże płyty obojętnie. Dojrzale i nowocześnie zarazem.


Na mało kogo można liczyć tak bardzo jak na Amandę Palmer. I nie chodzi tu tylko o jej kompozycyjną i wydawniczą płodność, ale i jej dostępność w sieciach społecznościowych, bliskość słuchaczowi i społeczne zaangażowanie. Owszem, granica między jej regularnymi a okazjonalnymi wydawnictwami jest bardzo cienka, ale pokazuje tym samym, że w muzyce chodzi tak naprawdę tylko o piosenki i przyczyny do ich śpiewania. Charytatywne "Forty​-​Five Degrees: A Bushfire Charity Flash Record" powstało na fali troski o udręczoną pożarami Australię (bliskiej artystce przynajmniej od czasów "Amanda Palmer Goes Down Under") i kontynuuje zarówno jej autorskie epickie opowieści rodem z albumu "There Will Be No Intermission", jak i jej maestrię skromnego coverowania (odpowiednio zmodyfikowane "My Favorite Things (Bushfire Edition)" czy ogniście znajome "Beds Are Burning").


[Wojciech Nowacki]

14 lutego 2020


Całkiem możliwe, że żyjemy w czasach tak silnie podsyconych technologicznym postępem, otwartością zastosowań i rozbudowanym spektrum możliwych rozwiązań, że faktycznie produkcja staje się największą wartością współczesnej muzyki. Bo imponującym być przecież musi jak dobrze i umiejętnie się ktoś orientuje zarówno w nowatorstwie, jak i w jego implementowaniu do tradycyjnych dokonań. Tame Impala nie zachwyca bowiem ani pieśniopisarstwem, ani zlewającymi się ze sobą kompozycjami, "The Slow Rush" to przede wszystkim rzemieślnicza próba powtórzenia sukcesu poprzedniej płyty i sprzedaży zwyczajowej współczesnej elektroniki pod płaszczykiem niby z rocka się wywodzącej psychodelii. Być może zyska z czasem, być może jednak ulegniemy naciskowi zbyt silnej sugestii.


Pełen szacunek dla The Men. Ta niepozorna grupa podtrzymuje witalność klasycznie rockowej muzyki, nie zapominając jednocześnie o potrzebie ciągłego rewitalizowania własnego brzmienia. W ich intensywnej dyskografii znajdziemy albumy post-punkowo noisowe, po amerykańsku piosenkowe, dziwnie eksperymentujące czy punkowo zwięzłe i zadziorne. "Mercy" sugerowało powrót do eksperymentowania, lecz okazuje się płytą ponadczasową, ale i świeżo rockową. Siedem zwięzłych kompozycji, w tym i jedna rozkosznie dziesięciominutowa, gitarowe solówki, klasyczne rozwiązania, echa radiowego country, rzecz brzmi zwięźle, rześko i tak potrzebnie dziś bezpretensjonalnie.


Emika jak w wahadełku, raz elektronicznie, raz klasycznie, powraca do swego pianistycznego wcielenia wraz z kontynuacją płyty "Klavírní". Zapowiedzi sugerowały elektronicznie modyfikacje klasycznego instrumentarium, a więc swego rodzaju fuzję jak dotąd zasadniczo odrębnych brzmień Emiki, nowa płyta jednak zdecydowanie podtrzymuje minimalistyczną dźwięczność pianina. "Klavírni temná" jest dość niezręczna w swym czeskojęzycznym tytule, choć pokazuje subtelny rozwój Emiki jako pianistki. Melodie nadal są skromne i repetytywne, lecz odrobinę odważniejsze w swych melodycznych rozwiązaniach. Szkicowość materiału pozostaje, ale jego materia pozostaje atrakcyjnie zwiewną.


Ileż to już imponująco brzmiących albumów za nami? Jazzpospolita zasługuje na przynajmniej kosmetyczne zmiany, zwłaszcza, że dwie ostatnie płyty, aczkolwiek udane, specjalnie w pamięci się nie zapisały. "Przypływ" kładzie mniejszy nacisk na emocjonalnie zadziorne melodie, skupia się za to na teksturach kompozycji. Ma więc sens okładka płyty. Dźwięki wymykają się tym razem brzmieniom zarówno jednoznacznie jazzowym, jak i post-rockowym, wydają się złudnie jednorodne, ale wyłania się z nich nieoczywista struktura, pozornie prowadzona pianinem, lecz w istocie klasycznym rockowym triem gitara-bas-perkusja. W efekcie nabieramy pewności jak dobrze muzyka ta prezentować się będzie na żywo.


[Wojciech Nowacki]

31 stycznia 2020


Na epce "Laughing Gas" niby wszystko jest tak samo jak na lekko niedocenianym i niesłusznie zapomnianym, ale i faktycznie niewiele nowego wnoszącym albumie "Indigo" Wild Nothing. Jednocześnie jednak ta niezobowiązująca i zwięzła całość prezentuje się bardziej awanturniczo, oferuje muzykę dość wielowarstwową i całkiem złożoną, przynosząc w efekcie porywający i niespodziewanie intensywny pop. W temacie flirtowania z porządnie wyprodukowaną syntetycznie gitarową muzyką lat osiemdziesiątych przebija w ten sposób przereklamowanych Tame Impala, choć szczególnie pamiętnych przebojów również nie przynosi. Może wydawać się zatem niepotrzebną, lecz pokazuje też dlaczego by nie wydawać rzeczy dla czystej radości ich słuchania.


Poliça to formacja pozornie intelektualnie atrakcyjna, ale zasługująca na sporą dozę nieufności od kiedy wokalistka obwieściła, że nazwa grupy pochodzić ma z języka polskiego. Album "When We Stay Alive" zapowiadał się jednak znakomicie wraz z pierwszym singlem "Driving", niezmiernie wciągającym i antyprzebojowym, opartym na hipnotycznym, zapętlonym dronie. Podobnie jednak jak wokal wahający się między beztrosko cukierkowym a podskórnie skrzywdzonym, płyta ta nie może się zdecydować między naprawdę atrakcyjnym eksperymentem a dość banalną piosenkowością. W najlepszych momentach brzmi niczym zniekształcony złogami współczesności trip-hop, szkoda więc, że okazuje się całością rozczarowująco nierówną.


Okoliczność wydania nowej płyty Jamesa Harriesa, Brytyjczyka od lat mieszkającego i silnie zadomowionego w czeskiej Pradze, w dzień finalizacji boleśnie przeciąganego brexitu jest analogią zbyt kuszącą do pominięcia. Chodzi bowiem o podobne niezdecydowanie. Jeśli więc poprzedni jego album "Until The Sky Bends Down" przynosił niezmiernie stylowy, ponadczasowo klasyczny i momentami wręcz epicki pop, to "Superstition" stara się pokazać i trochę elektroniki, i trochę niby współczesnego r'n'b, i trochę soundtracku Disneya. Dość chaotycznemu niezdecydowaniu nie pomaga brak wyraźniejszych melodii, płyta jest jednak dość krótką, można więc ją potraktować jako chwilowy przejaw poszukiwania.


Z jakiegoś powodu dopiero teraz w serwisach streamingowych pojawił się album "I Made A Place", pierwotnie wydany jesienią zeszłego roku. Bonnie "Prince" Billy niby wydaje płyty z podejrzaną częstotliwością, ale emocjonalność tej najnowszej jest autentycznie rozdzierająca. Mówimy tutaj bowiem o takiej Ameryce, która jest nie tylko mi najbliższa, ale jest i najprawdziwsza, tak odmienna od popkulturowych wyobrażeń. Ameryka farmerska, małomiasteczkowa, owszem, również głęboko religijna, ale w ciepły i goszczący sposób. Nostalgia tego albumu jest wręcz nieznośna, lecz tak działają ważne płyty. Ta akurat uświadamia, że każde miejsce można uczynić swoim własnym jeśli tylko towarzyszą mu serdeczni ludzie.


[Wojciech Nowacki]

24 stycznia 2020


Mocny początek płyty "Skull Echo" nawet swym tytułem wskazuje, że Julia Marcell daleka jest od komercyjnych ambicji. Imponująca, sześciominutowa "Ekstaza Intelektualna" łączy współczesną wariację na temat Johna Carpentera z umiejętniejszą wersją Bat For Lashes. Lekki powiew lat osiemdziesiątych na szczęście nie wpada w netflixową retro-nostalgię, zbyt wiele jest tu bowiem teraźniejszych i naprawdę ciekawych rozwiązań produkcyjnych, jednocześnie zaś wokal przynosi stylowo folkowe echa. Album utrzymuje niezmienną intensywność i to właśnie może być jedynym jego problemem, kompozycje zaczynają się nieco ze sobą zlewać i w efekcie płyta zaczyna wydawać się dłuższą niż jest w istocie.


Od pewnego czasu można się pokusić o teorię, że ścieżki dźwiękowe pisane przez zespół oraz solowe dokonania jego poszczególnych członków są bardziej interesujące od ostatnich regularnych płyt studyjnych Tindersticks. Grupa ma talent do snucia swobodnie ilustracyjnej muzyki, bogatej na tyle, że nie musi posiadać wizualnego kontekstu. Luźniejszy, ale i kolaboracyjny duch powraca na epce "See My Girls", choć wychodzącej z utworu pod tym samym tytułem z ostatniego albumu "No Treasure But Hope", to kładącej nacisk właśnie na obrazowy aspekt tej muzyki oraz na rolę córki wokalisty, która stworzyła promujący całość teledysk, szatę graficzną całego wydawnictwa i udzieliła swojego głosu w jednej z piosenek.


Pet Shop Boys mają z kolei talent do singli. I tym razem "Monkey Business" okazuje się całkiem pomysłowo wpadającym w ucho przebojem, tak samo więc jak przy okazji paru poprzednich ich płyt pojawia się zagadnienie ich istotności. Czy Pet Shop Boys są formacją dla stanu muzyki nadal ważną i wartą revivalu, czy też jednak balansującą gdzieś na pograniczach gustu, ku uciesze swych hardkorowych fanów, bo tak, tacy naprawdę istnieją (choć głównie w Czechach, co wpisuje się w tamtejszą, hmm, opieszałość jeśli chodzi o adaptowanie mód i trendów). "Hotspot" nie trafi do nikogo innego poza tym kręgiem, ale choć miejscami przyciężki to przyznać mu trzeba dość umiejętne podążanie za dzisiejszymi produkcyjnymi normami.


[Wojciech Nowacki]

17 stycznia 2020


"UR FUN", zwłaszcza w porównaniu z wcześniejszymi, psychodelicznie wyrafinowanymi tytułami of Montreal, przynosi dokładnie to, co obiecuje. Wokale Kevina Barnesa są tu entuzjastycznie przebojowe, ale czai się w nich też lekko niepokojąca histeria, teksty bowiem, choć bywają beztroskie, to w wulgarny raczej sposób. Charakterystyczny i bezkompromisowy zmysł obserwacji dosadnie analizuje świat seksu, ale i poniekąd polityki, u progu nowych lat dwudziestych, opakowując jego jasne i ciemne strony w zwodnicze barwy lat osiemdziesiątych. Choć jednak album ten prostszy jest od atrakcyjnie artystowskiego "White Is Relic / Irrealis Mood" to prawdziwy przebój znajdziemy na nim tylko jeden ("Polyaneurism").


Po euforyczne spełnienie należy koniecznie i niespodziewane sięgnąć zaś po nową płytę Holy Fuck. Nie, nie są to przeboje, lecz szarlatańsko zręczny miks elektroniki oraz rockowego instrumentarium. Hipnotyczną satysfakcję identycznie płynącą zarówno z noise'u, jak i z klubowej rytmiki, na "Deleter" spleciono w ściśle kontrolowaną emocjonalność. W podobny deseń do dokonań Elektro Guzzi, znacznie lepiej niż Battles, z pomysłowością dzięki której znakomicie odpalający album "Luxe" pomimo udziału Alexisa Taylora wcale nie brzmi jak Hot Chip. Świetna, niedługa i intensywna płyta, skrojona jakby w ostatecznym uzasadnieniu eksklamacji z nazwy formacji.


Głęboką fascynację pewnych środowisk grupą Algiers potrafię zrozumieć, ale jej konfrontacji z rzeczywistością już nie. Trzecia ich płyta "There Is No Year" nadal nurza się w swojej intensywności i samookreślonej ważności. Sloganowy śpiew stale przytłacza na pierwszym planie, zagęszczona do granic rozpoznawalności muzyka zaś ciągle tkwi w skompresowanym tle. Przekaz Algiers jest istotny, tu nie ma wątpliwości, ale jako rzecz przeznaczona do słuchania raczej niż do drukowania w politycznych manifestach nie zachwyca gdy pędzi, nudzi zaś gdy zwalnia. Zespół pozostaje więc wielką ideą atrakcyjną tylko na papierze.


Zaskoczeń w statusie grupy nie przynosi też nowa płyta Bombay Bicycle Club. To jedna z tych grup, które tkwią gdzieś na obrzeżach świadomości, choć nie do końca wiadomo z jakiego powodu. Bo grywają na festiwalach? A może mieli piosenkę w reklamie? Jakąś charakterystyczną okładkę? Zagadki oczywistej znajomości ich nazwy nie wyjaśni "Everything Else Has Gone Wrong", lecz uczciwie przyznać trzeba, że jest to całkiem sympatyczny album, tkwiący gdzieś w popowo indie-rockowym standardzie, ale i w beachboysowy niemal sposób grzejący się w cieple lat sześćdziesiątych.


[Wojciech Nowacki]

27 listopada 2019


Po płytach Tindersticks plus minus wiadomo czego się spodziewać, ale zawsze też liczyć można na pewne niespodzianki. To po prostu grupa tego samego i całkiem zresztą niesamowitego kalibru co np. Low i Lambchop, z tym samym niezmiernym talentem i niezmienną stylowością. "No Treasure But Hope" daleko ma do radykalnej modyfikacji brzmienia "Double Negative" czy "FLOTUS", to nadal nieznośnie wręcz ciepły komfort poprzednich płyt Tindersticks, ze śladem tylko motorycznej nerwowości satysfakcjonująco się przewijającej przez ich wcześniejsze albumy. Nie ma tu też jednak przesadnej ckliwości i choć nie wszystkie kompozycje zapadają od razu w pamięć to pojawiają się i znane już smyczki, i charakterystyczny wibrafon, szczególnie zaś wyróżnia się znacznie większa niż do tej pory rola pianina.


Powrót z podwójnym albumem jest dostatecznie mocnym oświadczeniem, ale DJ Shadow przeliczył się chyba z ważnością swojego nowego materiału. (Teoretyczny) podział na części instrumentalną i wokalną mógł się udać, wzmacnia jednak tylko przyciężkie i nienaturalne wrażenie "Our Pathetic Age". Brzmienie jest surowe, niespecjalnie kreatywne i pozbawione dawnego ciepła, wokalne sample nie wyróżniają się na tyle, by rozpoznać w nich jego wczesne brzmienie. Mamy tu raczej artefakt z przeszłości, hip-hopowy mixtape z lat dziewięćdziesiątych o dziwnej strukturze, który swego czasu pewnie odnalazłby się obok tak pamiętnego dzieła jak "The Dirtchamber Sessions Volume One" The Prodigy.


Po stopniowo publikowanych żywych rejestracjach z trasy promującej album "re:member", można było się spodziewać nadchodzącego koncertowego wydawnictwa od Ólafura Arnaldsa. I faktycznie: sześć utworów, pół godziny muzyki, więc może niekoniecznie pełen album, ale też i znacznie więcej niż ciekawostka dla fanów. "re:visions (live)" to w istocie przyjemniejsze doświadczenie niż studyjne i zazwyczaj lekko przeprodukowane albumy Arnaldsa. Jest to całość krótsza, cieplejsza i bardziej przestrzenna. Praktycznie nie słychać tu publiczności, choć wyczuwalna jest silnie intymna otoczka, utrzymująca wzorcową spójność pomimo kompozycji zarejestrowanych w sześciu różnych europejskich miastach.


[Wojciech Nowacki]

17 listopada 2019


Cieszy zbliżający się i wyczekiwany już niemal od dekady powrót Islandczyków z Seabear. Oczywiście w międzyczasie do śledzenia mieliśmy karierę solową urokliwej Sóley, kolejny autorski album wydał też Sin Fang. "Sad Party" to zaktualizowana na dzisiejsze potrzeby emotronika przełomu wieków, z silnym naciskiem na żywe instrumenty i pełno produkcyjnych ciekawostek. Same kompozycje trochę się ze sobą zlewają, ale przynoszą sporo komfortu, wielkie zaś nadzieje rozbudza ambientowy, instrumentalny początek.


Rozedrganej kruchości FKA twigs można było się spodziewać, największą wartością jej drugiego albumu, ale też i zaskoczeniem, jest jednak pieśniopisarstwo wreszcie dorównujące charakterystycznie zjawiskowej produkcji. "Magdalene" jest w pełni świadoma swej efektowności, ale dawkuje ją umiejętnie i bez popisywania się. Każdy usłyszy tu coś innego, mnie zaskakują luźne skojarzenia z "Amnesiac", w każdym razie, jeśli "LP1" stawiało wiele pytań o FKA twigs, to ta płyta wreszcie udziela pierwszych odpowiedzi.


Max Cooper wydaje nowe single niemal nieprzerwanie, ciężko rozpoznać, czy pochodzą one z aktualnego albumu, czy już z następnego. W istocie, wydaje się, że albumy w jego przypadku tylko podsumowują i gromadzą kolejne kompozycje, jako odrębne całości przemijając dość niezauważalnie. Już "One Hundred Billion Sparks" rodziło pewne wątpliwości, zdecydowanie zaś za długie "Yearning For The Infinite" tylko je potwierdza. Czegoś w jego elektronice brakuje, wyraźnie staje się tylko podkładem pod niezaprzeczalnie atrakcyjne wizualizacje, rumieńców zaś nabiera wtedy, gdy pozwala sobie na odrobinę niepokoju i wkroczenie na odważniejsze terytoria techno.


Mono to grupa, która zredukowała post-rock do jego kontrastującego monumentalizmu, ale też sprowadziła go do dość przewidywalnej nudy. Razem z szeregiem innych epigonów Mogwai gatunku tworzą muzykę zestaloną już w smutnie sztywnych ramach, w ich akurat patosie nawet czasem lekko śmieszną. "Before The Past • Live From Electrical Audio" to powrót do najwcześniejszego i odświeżająco surowszego brzmienia Japończyków. Te trzy kompozycje należą do ich najstarszych a zarejestrowane zostały na nowo, na żywo i studiu Steve'a Albini'ego. Prościej, krócej, lepiej.


[Wojciech Nowacki]

29 października 2019


THOM YORKE ANIMA, [2019] XL || Wielkomiejskie wyalienowanie, poczucie czającej się gdzieś w tle państwowej biurokracji, która nie przekłada się jednak na rozwiązywanie realnych problemów, automatyzacja życia, zapętlająca je do cichej, codziennej męczarni, wszystko to zalane bladym światłem sączącym się z wszystkich naszych smart-urządzeń. Wizja pozornie dystopijna, ale istniejąca już tu i teraz, za cienką zasłoną rzeczywistości. Nie wydaje się więc przypadkiem, że wizualny towarzysz "ANIMY", krótki, netflixowy film w reżyserii Paula Andersona, dzieje się w Pradze, mieście pełnym nie tylko dusznych, kafkowskich tradycji, ale i współczesnego społeczeństwa, które wydaje się być na progu totalnej dezintregracji.

Wizualny aspekt nowego albumu Thoma Yorke'a ciąży nad nim silnie, jednocześnie ratując go przed stoczeniem się do bajecznie wyprodukowanego, lecz przeintelektualizowanego niebytu. Yorke zwyczajowo operuje bardziej emocjonalną niż intelektualną analizą, końcowy efekt wymaga podania właściwego kontekstu, którym staje się właśnie wizualnie dopełnienie płyty, czy to w postaci zestawu skojarzonych barw, czy wspomnianego filmu. Pomijając solowy debiut Thoma Yorke'a, który z dzisiejszej perspektywy mieści się gdzieś pomiędzy ówczesnym Radiohead a avant-popowym potencjałem, a którego kontynuacją wydaje się być raczej płyta Atoms For Peace, jego albumy silnie pracują z własną obrazowością. "Suspiria" czyni to w sposób naturalny, ale broni się i jako całość niezależna od filmu, który ilustruje. "Tomorrow's Modern Boxes" pozostaje zaś jego najbardziej satysfakcjonującym dokonaniem ponieważ kreuje swój własny, niezwykle plastyczny świat wyłącznie przy pomocy muzycznych środków. Zredukowana do nich "ANIMA" może zaś zawodzić.


Poza dystopijnym techno "Traffic" i niesamowitym tąpnięciem "Not The News", zdecydowanie najpełniejszego utworu na płycie, który sięga po wykorzystanie smyczków w najlepszym duchu "A Moon Shaped Pool", album spływa się w snujący się podkład pod senne monologi Yorke'a. Okazjonalnie wypływają na powierzchnię fragmenty obszernej mitologii Radiohead ("Dawn Chorus"), szczególnie zaś pod koniec, dzięki odważniejszym manifestacjom żywego basu czy perkusji ("Impossible Knots"), kompozycje zaczynają nabierać śpiewnie piosenkowych rumieńców. Większość "ANIMY" brzmi jednak niczym minimalistyczny spoken-word na podkładzie z instrumentalnych interludiów rodem z "Kid A", migotliwe detale tego dość szarego świata ujawniają się dopiero przy bardzo uważnym i intymniejszym kontakcie. By w pełni docenić te impresje na temat izolacji trzeba więc samemu się dość solidnie wyizolować od otoczenia. Na szczęście Yorke nie jest starcem krzyczącym na chmury, który nie rozumie dzisiejszej rzeczywistości, jego obserwacje są na emocjonalnym poziomie niepokojąco trafne a codzienne lęki uniwersalnie nam bliskie. 7/10 [Wojciech Nowacki]

25 października 2019


Nowy "Frankenstein", "Papillon" i "Munich" to bardzo mocny początek kolekcji "Black Gold: Best Of Editors". Wydawnictwo tego typu z definicji nie powinno przynosić większych zaskoczeń, ale pierwszą niespodzianką jest nacisk położony bardziej na dynamiczne single silniej podbarwione elektroniką (choć brak "Eat Raw Meat = Blood Drool" z niedocenianej płyty "In This Light And On This Evening" podpada pod bycie karygodnym), niż na dominujące raczej na ostatnich płytach Editors ballady mieszczące się gdzieś pomiędzy U2 a Depeche Mode. Z tego samego też powodu zaskakuje świadomość siły warsztatu Editors, bo pomimo drobnych różnic aranżacyjnych na poszczególnych albumach, śpiewnie melodyjne przeboje są konsekwentnie obecne na wszystkich. Balladowe potrzeby zaspokaja zaś dodatkowy dysk z sesją akustyczną, po wersję bez niego nie ma potrzeby sięgać, choć szkoda, że nie znalazły się na nim raczej remiksy i b-side'y. Wybór kompozycji jest jednak całkiem ciekawy, zwłaszcza utwory z debiutu prezentują się tutaj w zupełnie nowym, ale i znajomym świetle.


Niespodzianką jest zdecydowanie koncertowy album "Kamp! Live", bo o takie Kamp! zawsze nam chodziło. Grupę trapił problem przełożenia swej niezmiennie silnej koncertowej formy i inteligentnie tanecznej wrażliwości na równie udane długogrające płyty z wolna zwracające się w stronę solidnie liźniętego elektroniką, ale jednak popu. Można się tu obyć bez okazjonalnych "siemek", ale ten koncertowy set okazuje się ich najbardziej satysfakcjonującym album, płynnie hipnotycznym, uniwersalnym i podporządkowującym idee piosenkowości festiwalowemu oczyszczeniu.


Amon Tobin już z drugim w tym roku albumem. "Fear In A Handful Of Dust" po wieloletniej przerwie od multimedialnego "ISAM" było dość solidnym rozczarowaniem, brzmiącym niczym orientalnie zabarwiony folder z przypadkowo poszatkowanymi dźwiękowymi zbitkami pozostałymi po produkcji poprzedniej płyty. "Long Stories" zamiast twardych bitów przynosi wibrującą dźwięczność, zdecydowanie więcej przestrzeni, nawet zarysy melodii śmielej wyłaniające się ze struktur odrobinę bliższych dawnemu nu-jazzowemu wcieleniu Amona Tobina. Płycie tej ostatecznie, podobnie jak "Fear In A Handful Of Dust", brakuje siły do utrzymania skupienia, ale przynajmniej w przyjemniejszy do słuchania sposób.


"leaving meaning." było albumem wyczekiwanym znacznie bardziej niż, ot, kolejna płyta wykonawcy całkiem dosłownie kultowego. Formuła trzech poprzednich płyt Swans ewidentnie się wyczerpała, lider grupy samoświadome więc zdecydował o jej rozwiązaniu i przekształceniu w bardziej otwartą formę z muzykami dobieranymi w zależności od potrzeb Michaela Giry. Możliwość wpuszczenia świeżego powietrza okazała się równie obiecująca co zwodnicza, "leaving meaning." w delikatniejszych momentach brzmi niemal jak dojrzalsze Sigur Rós, w ciekawszych zaś jak odważniejsze Dead Can Dance, odrobinę mniej tu totalnego monumentalizmu, ale Gira trzyma się nadal swojego firmowego szamanizmu oraz identycznych kompozycyjnych struktur, które tym razem jednak nie robią już takiego wrażenia. I to pomimo udziału takich gości jak Anna Von Hausswolff czy Ben Frost.


[Wojciech Nowacki]

22 października 2019


Nie było innego wyjścia. Po znakomitej części pierwszej "Everything Not Saved Will Be Lost Part 2" musiało być najbardziej oczekiwanym albumem 2019 roku. Największą jego wartością jest unaocznienie tego, że faktycznie jednak mamy do czynienia z jednym albumem podzielonym na dwie połowy. Druga, traktowana odrębnie, nie robi już tak wielkiego wrażenia, sugeruje też, że Foals mogą sięgać ambicjami odrobinę zbyt wysoko. Jest gęściej, odrobinę ciężej, bardziej gitarowo i choć nie wszystkie piosenki wbijają się w pamięć z równą energią to nadal zaskakują fenomenalnymi rozwiązaniami produkcyjnymi i strukturalnymi. I żeby nie było wątpliwości, to nadal świetna rockowa płyta.


"Juice B Crypts" najbardziej zaskakuje tym, że jak na album Battles wyjątkowo słabo irytuje. Ich math-rockowe łamańce czasem robiły wrażenie, częściej jednak słuchalne były tylko z mocno zmrużonymi oczami. Na nowej płycie jest przewidywalnie gęsto i intensywnie, i choć wydaje się, że w pamięci nie pozostanie wiele więcej niż poczucie zręcznie splecionych dźwięków, to szczególnie odświeżająco działa lekko się tu unoszący duch King Crimson. Do tego współudział Tune-Yards i wyjątkowo udany hip-hopowy crossover w "IZM".


Bez niespodzianek, w końcu wyjątkowo nie mówimy tutaj o nowej muzyce. Zgodnie z wcześniejszymi obietnicami Nils Frahm zebrał trzy epki mające dopełniać jego ostatni regularny album "All Melody" w jedną całość. Już dawno ustaliliśmy, że każda z tych winylowych epek muzycznie przewyższa wspomniany album, zgodnie więc z przewidywaniami "All Encores" z miejsca staje się jednym z najlepszych wydawnictw Frahma, idealnie obrazując naturalne przejścia od muzyki klasycznej przez elektroniczną aż po eksperymentalną. Oraz że lepiej mu jednak wychodzi pisanie muzyki w mniejszych i bardziej naturalnych cząstkach.


Ścieżki dźwiękowe do gier z czeskiego studia Amanita Design, zwłaszcza te, które napisał Floex, to mały fenomen o którym już wiele razy tutaj pisaliśmy. Wszystko zaczęło się tak naprawdę od "Machinarium" i z okazji dziesięciolecia tejże gry ukazało się "Machinarium Remixed", gdzie fragmenty oryginalnego soundtracku zremiksowane zostały przez m.in. DVA, 65daysofstatic czy wreszcie samych Orbital. Niby drobnostka, lecz jej największą siłą jest przekształcenie ilustracyjnej przecież muzyki w pełnoprawne, samodzielne i spójnie do siebie nawiązujące kompozycje, które bynajmniej nie tracą przez to swojego narracyjnego charakteru.


Sufjan Stevens aktywnościami zawsze sypie jak z rękawa, ostatnimi czasy zaś szczególnie udanymi, co ładnie zaciera smętne wrażenie po jego ostatniej regularnej płycie. Najpierw pride'owy singiel "Love Yourself / With My Whole Heart" przypomniał, że potrafi pisać fajne piosenki, teraz zaś "The Decalogue" pokazuje go w całkowicie nowej roli klasycznego kompozytora. Na pianinie gra tu Timo Andres, rzecz pełni rolę ścieżki dźwiękowej do eksperymentalnego baletu, ale nie ma tu mowy o muzyce eksperymentalnej, lecz jak najbardziej klasycznej, bez przedrostka neo-, wprost i bez wstrzemięźliwości sięgającej do tradycji romantyzmu. Zaskakująco żywa i frywolna muzyka, skromna i dramatyczna zarazem, sprawia, że pozostaje mieć nadzieję, że ta niespodziewana metamorfoza nie pozostanie jednorazową.


[Wojciech Nowacki]