21 września 2018


WCIAS Hejnały, [2017] self-released || Korzenie nie są czymś do czego trzeba się dokopywać, jakąś pierwotną, archaiczną podstawą, wymagającą ponownego odkrycia, doczyszczenia i wyniesienia na muzealne piedestały. Korzenie są tu stale, oplatają nas czasem ledwie widzialnymi nićmi, stąd też wymagają określonej wrażliwości pozwalającej na ich dostrzeżenie. Wrażliwość ta też niekoniecznie musi być darem, można ją też wyćwiczyć. Droga do "Hejnałów", od We Call It A Sound jako jednego z wielu optymistycznych indie zespołów poprzez dziś ewidentnie przejściowe "Trójpole", niezależnie od przyczyn tego objawienia pozostaje bezdyskusyjnie imponującą.


Nie chodzi nawet o zaskakująco kunsztowną produkcję, idealne proporcje albumu czy też o sam wygląd płyty natychmiastowo stawiający ją pośród najpiękniej wydanych polskich albumów ostatnich lat. "Hejnały" to studium uniwersalizmu, dowód na to, że dźwięki sięgające korzeni, z natury folkowe czy może raczej folklorystyczne okazują się być po prostu ponadczasową muzyką niewymagającą żadnych przymiotników. Gdzieś nad całością unosi się duch Devendry Banharta z jego ostatnich płyt, podobnie pozornie skromnych, bezpretensjonalnie lekkich w kompozycjach, malowniczo enigmatycznych w tekstach. Oczywiście, pomimo zbliżonych efektów, źródłowy krąg geograficzny jest u WCIAS znacznie nam bliższy. Zwłaszcza jeśli sobie uświadomimy, że pełnoprawnym pejzażem dzisiejszej wielkopolskiej wsi są płaskie po horyzont pola, niemieckie samochody i post-geesowskie pawilony.

W tym właśnie raczej, a nie w samych dźwiękach, tkwi minimalizm płyty. W celebracji naszych małych ojczyzn w ich dzisiejszych kształtach zamiast w poszukiwaniu mrzonek światowości. I paradoksalnie, tenże minimalizm skali właśnie tak silnie napędza uniwersalizm "Hejnałów". Kompozycje natomiast, oczywiście, że wydawać się mogą skromne, ale też niczego więcej nie potrzebują, chociaż łatwo wyobrazić sobie można wypełnienie ich modną elektroniką z producenckiego kręgu Björk. Dla artystów tego formatu nagranie płyty opartej niemal w całości na dęciakach byłoby wykoncypowanym i szeroko ogłaszanym oh-tak-oryginalnym konceptem. Dla WCIAS jest to po prostu naturalny proces, nie dziwi więc jak pięknie instrumenty dęte są tu zaaranżowane. Trąbka i puzon niosą ze sobą majestat, melancholię, poczucie wielkiego brzmienia kapeli, ale też i intymności. I doskonale w to wpisuje ostatni z tropów, które odnaleźć można na "Hejnałach". Kruche repetycje i pewna motoryka przywodzą na myśl dawny post-rock z chicagowskich kręgów, co ma sens, bo również wtedy przez redukcję brzmienia osiągano bajeczne przykłady powszechności muzyki. 9/10 [Wojciech Nowacki]

14 września 2018


QUEENS OF THE STONE AGE Villains, [2017] Matador || Wyobraźcie sobie jedną z waszych najlepszych przyjaciółek, nota bene mężatkę, choć być może nie ma to tu większego znaczenia. Niezobowiązująco odwiedzacie się w swych domach, więc na tym etapie wieloletniej zażyłości nie jest żadnym problemem, że podczas waszej wizyty przyjaciółka postanawia umyć podłogę. W tle rzecz jasna pobrzmiewa sobie muzyczka i tym razem zamiast zwyczajowego, dziewczęcego zestawu Lana Del Rey - Anneke Van Giersbergen - Behemoth jest to Queens Of The Stone Age. I tak oto wasza droga przyjaciółka mopuje przed wami podłogę podśpiewując I wanna suck, I wanna lick a jedynym co was w całej tej malowniczej sytuacji frapuje jest pięknie zobrazowane miejsce w którym Queens Of The Stone Age się znalazło.

Nie ma wątpliwości co do tego, że na przełomie wieków płyty takie jak "Rated R" i "Songs For The Deaf" były istotnym elementem dość ekscytujących czasów. Gdy w 2000 roku "Kid A" ustanawiało status quo na przyszłość, "Rated R" było jednym z nielicznych już wtedy podrygów tradycyjnie pojmowanej muzyki rockowej w walce o utrzymanie swej istotności. Bez przechodzenia na stronę alternatywy, bez nalepki indie-rocka, bez flirtowania czy konkurowania z "nową rockową rewolucją", ale też bez starczego odgrzewania dawnych recept. Po-prostu-rockowa płyta nadal była w stanie okazać się świeżą, nowatorską, zaskakującą. Przy tym tak uniwersalnie udaną, że trafić mogła i do mainstreamu, i do indie-hipsteriady, i teraz-rockowych tradycjonalistów. Bo dlaczego nie? Po latach jednak wiemy, że w nowym stuleciu takie albumy należą do rzadkości.


Dla wykonawców "dojrzałych", czyli starych rutyniarzy wydających równe płyty nie wykraczające już swym zasięgiem poza krąg usatysfakcjonowanych fanów, jest bardzo cienka granica między starzeniem się pomysłowym a typowym trwaniem w samozadowoleniu. Na "...Like Clockwork" numer się udał, pomimo dość płaskiej produkcji, album ten przyniósł przynajmniej kilka udanych melodii, parę przebojowych kompozycji i trochę rozwiązań, które nienachalnie igrały z niby już ustalonym wizerunkiem zespołu. "Villains" to album pozornie bardzo podobny do poprzednika, ale im bardziej Queens Of The Stone Age starają się być zabawnym zespołem, tym bardziej jawią się jako pozbawieni humoru i autorefleksji. W najlepszych momentach mamy tu podlany lekko zjełczałym testosteronem glam-rock, który jednak stawia pomnik pewnym tradycjom zamiast odkrywać je na nowo. Najładniej w pamięć zapada "Fortress", stopniowo eskalujące i porzucające zabawowy nastrój na rzecz chwytliwego i nietypowo dla Queens Of The Stone Age eterycznego refrenu. Reszta zaś kompozycji jest przyciężka, przydługa, o umiarkowanej, nieinwazyjnej temperaturze. Przeciętność można jednak wytrzymać, nawet znaleźć dla niej zastosowanie, gorzej jeśli stara się udawać, że jest czymś więcej.

Próba napisania lżejszego, prostszego od "...Like Clockwork" albumu zawiodła pogrzebana pod tłustą, przyciężką produkcją, łamiącą kruchość niedostatecznie silnych kompozycji. Czasem w tle chichocze późny Marilyn Manson, któremu znacznie jednak lepiej wychodzi wędrowanie po kolejnych stopniach autoironii. Czasem pobrzmiewają tu Arctic Monkeys, którzy sami przecież w pewnym momencie pragnęli brzmieć jak Queens Of The Stone Age, Josh Homme zaś ewidentnie nie ma finezji pozwalającej mu na poruszanie się po jakichkolwiek meta-poziomach. Oczywiście, umieszczenie przez terazrockowców "Villans" na trzecim miejscu najlepszych albumów piętnastolecia jest aż zbyt łatwym celem do okrutnych żartów, ale co w tym zaskakującego skoro Queens Of The Stone Age zmierzają w stronę bycia trochę twardszym U2, czyli markującej własną istotność muzyki dla ludzi albo nie słuchających muzyki tak naprawdę, albo nie aktualizujących swych gustów, albo po prostu potrzebujących przyjemnej ścieżki dźwiękowej do sobotniego mopowania podłogi. Ale tutaj nadal lepiej sprawdza się "...Like Clockwork". 5/10 [Wojciech Nowacki]

4 września 2018


HERCULES & LOVE AFFAIR Omnion, [2017] BGM || Pierwszym spośród nie tyle nieporozumień, co dość powierzchownych wyobrażeń na temat Hercules & Love Affair jest bycie elektronicznym projektem w którym Antony Hegarty pokazał, że z taneczną elektroniką radzi sobie nawet lepiej niż z płaczliwymi balladami (tym większe rozczarowanie późniejszą płytą Anohni). Dla bardziej zaawansowanych może być to też zespół z którym współpraca na osobistym poziomie okazała się przełomową dla Johna Granta. Wreszcie albumy Hercules & Love Affair uchodzą za wakacyjną muzykę i sam, wiedząc przecież że to płytkie ich postrzeganie, miałem nadzieję na "Omnion" jako letnią płytę, ale z ambicjami, zwłaszcza po zaznajomieniu się z pierwszymi singlami.

Utwór tytułowy jest bowiem jak na Hercules & Love Affair całkiem nietypowy. Sharon Van Etten, która nadal najbardziej kojarzy mi się z jej występem w serialu "The OA", wprowadza niepokojąco eteryczną atmosferę, niczym ze snu, który grozi brakiem przebudzenia się. Tymczasem dziwna produkcja zestawia tu ze sobą ozdobniki gustowne (dęciaki) z archaicznymi (bity), elektroniczna przestrzeń zaś targana jest płaską rytmiką. Po intrygującym początku przychodzi "Controller", modelowe wręcz Hercules & Love Affair, czyli gimnastyczny house z disco zaśpiewem i wysoce seksualnym tekstem. Satysfakcjonujące napięcie podbija podkręca ekstatyczne "Rejoice", które napędza rytm brzmiący jakby zapętlał się do nieskończoności i pozwalał nam na kilkuminutowe ze sobą obcowanie.


Ani nowatorstwo, ani przebojowość nie znajdują jednak większego rozwinięcia w dalszej części płyty, choć Andy Butler zdecydowanie skłaniał się ku tej pierwszej opcji. Utwory wydają się niewykończone, rozdarte między kompozycyjnym minimalizmem a połamaną rytmiką, pozbawione jednak jakiegoś spoiwa łączącego je w niezależne wypowiedzi. "My Curse & Cure" cieszy przynajmniej niezamierzonym efektem komicznym, zamiast tytułowej frazy nachalnie wręcz słyszę my prosecco, co idealnie współgra z tekstem (More each day / More each day czy So while it comes and goes / There's always more in store).

Projekt Hercules & Love Affair, jakkolwiek naturalnie taneczny, nigdy nie miał być żartobliwym, ani nawet beztroskim. Za pośrednictwem queerowych ikon zawsze wyciągał wspierającą dłoń w stronę gejowskiej społeczności, na kolejnych albumach byli to Antony Hegarty, Kele Okereke i John Grant. Na "Omnion" pochodnię z piosenką "Are You Still Certain?" dzierży Mashrou' Leila (مشروع ليلى), indie-rockowa grupa z Libanu poruszająca problematykę LGBT w wyjątkowo ku temu niesprzyjającym arabskim świecie. Wreszcie sam Andy Butler staje za mikrofonem by śpiewać o własnym alkoholizmie w "Fools Wear Crowns", przypominającym bardziej eksperymentalne utwory Hot Chip i wreszcie przynoszącym udaną realizację pomysłu który miał na ten album. Zboczenie ze ścieżki typowej house'owej płyty nie do końca się udało, nie jest ona bowiem ani przesadnie ambitną, ani po staremu totalnie przebojową. Ale nawet jeśli tylko uwypukla jak po latach udanym albumem jest "The Feast Of The Broken Heart", to pozycja Hercules & Love Affair w swej tanecznie zamyślonej niszy pozostaje niezagrożona. 7/10 [Wojciech Nowacki]

29 sierpnia 2018


SÓLEY Endless Summer, [2017] Morr Music || Przy całym swym niezręcznym uroku, będącym specjalnością Sóley zwłaszcza podczas żywych występów, przyznać trzeba, że jej muzyka jest w gruncie całkiem upiorna. Z debiutu "We Sink" pobrzmiewała typowa islandzko-rustykalna ornamentyka, ale kontrastowana z tak dziewczęco malowniczymi tytułami jak "Kill The Clown". "Ask The Deep" dalej pokazywało, że Sóley bardziej interesuje snucie ponurych opowieści niż pisanie porywająco przebojowych piosenek, ale i ten album mimo minorowej spójności tworzył atrakcyjną całość, której odświeżającej wielowymiarowości dodawał każdy bardziej zespołowy fragment. Sóley zostawiona sama sobie naturalnie zwraca się w stronę lekkiej makabreski. I bynajmniej nie ma nic w tym złego. Instrumentalna i zaaranżowana wyłącznie na pianino epka "Krómantik", rzecz raczej pomijana a warta odszukania, brzmi przecież niemal jak skrzyżowanie ścieżek dźwiękowych do "Westworld" i "American Horror Story".


Tytuł trzeciej płyty Sóley, jakkolwiek szczery, mógł jednak rodzić podejrzenia, że nie będzie to ani letnia płyta z przebojami, ani drastyczna odmiana brzmienia. Otwierająca album "Úa" to nadal typowa dla rękopisu Sóley islandzko-pozytywkowa piosenka, tym razem jednak, jako dedykowana córce artystki, bardziej osobista i istotnie rozświetlona. W czym zresztą pomaga zaprawdę krystaliczna produkcja. "Sing Wood To Silence" wydaje się już być zaginionym łącznikiem między tymże albumem a wcześniejszą epką "Don't Ever Listen". Tam Sóley jawiła się w minimalistycznej, ale bynajmniej nie surowej odsłonie, sięgając po niemal post-rockowo motoryczny folk. Ta sama skromność, pozbawiona jednak niepokoju, tutaj nabiera stopniowej głębi. Przedmiotem zainteresowania nadal są melodyjne historie raczej niż tradycyjne piosenki. Nawet jeśli kompozycje okazują się bardziej piosenkowe, jak "Never Cry Moon" które można wyobrazić sobie jako utwór Reginy Spektor czy Fiony Apple, to Sóley nie popełnia ich najczęstszych błędów i mimo nacisku położonego na opowieści sama nie wysuwa się przytłaczająco na pierwszy plan i pozwala wybrzmieć muzyce.

Specjalnością Sóley jest nie tyle eskalacja, co swoiste kompozycyjne "rozbłyski", zupełnie jakby utwór wpadał nagle do króliczej nory i zyskiwał nieoczekiwanej wielowymiarowości. Dzieje się tak i w ozdobionym gustownymi orkiestracjami "Never Cry Moon", i w stopniowo nabierającym kontrolowanej epickości, subtelnie podbitym syntezatorem i znacznie mniej subtelnymi organami "Traveler", czy wreszcie w "Grow", początkowo jazzowo szurającym, lecz motorycznie narastającym w stronę najbardziej chwytliwego wersu płyty, którym w przypadku Sóley oczywiście jest We grow, and then we die. Jednocześnie znajdują się tu kompozycje zakrojone na nieco mniejszą skalę, pokazujące że czasem wystarczy po prostu krystalicznie czyste pianino ("Before Falling"), niemal dronowe smyczki aż proszące się o kolaborację Sóley z Resiną ("Inbetween") czy skupienie się właśnie na roli pianistki bardziej niż na fantazyjnym światotwórstwu ("Endless Summer"). Ale to właśnie pod postacią kreacji spójnego świata, z którego wydają się pochodzić wszystkie jej piosenki, na "Endless Summer" krystalizuje się wyjątkowy warsztat Sóley, która zręcznie podąża niełatwą drogą pisania utworów niekoniecznie oczywistych, ale fascynujących zarówno razem, jak i z osobna. 8/10 [Wojciech Nowacki]

21 sierpnia 2018


MOUNT KIMBIE Love What Survives, [2017] Warp || Promujący płytę "Cold Spring Fault Less Youth" koncert Mount Kimbie, który odbył się w Pradze jesienią 2013 roku pamiętny był nie tylko dlatego, że tego samego dnia poznałem swojego przyszłego małżonka. Ewidentnie się starzeję, i nie mam problemu się z tym godzić, ale uczestnictwo w koncertach sprawia mi coraz mniejszą przyjemność. Mount Kimbie byli jednak po prostu bardzo dobrzy, dysponowali wtedy świeżym, naprawdę udanym i zaledwie drugim w karierze albumem a ich żywe podejście do efektownej elektroniki skutkowało wyśmienitą i angażującą formą koncertową.

Skoro jednak dopiero druga płyta jest tak udaną to oczekiwania przed trzecią naturalnie rosną. Duet wydawał się zdawać sobie z tego sprawę i wygasił działalność zarówno wydawniczą, jak i koncertową na parę lat. Powrót aż trzy lata później odbył się pod znakiem testowania nowych idei przed wydaniem kolejnego albumu. Przekształcenie Mount Kimbie, przynajmniej w koncertowej odsłonie, w niemal regularny zespół doprowadziło do lekko przyciężkiego i niezgranego efektu. Potwierdził to też jeszcze jeden koncert, już po wydaniu "Love What Survives", o czym słyszałem z drugiej ręki, uczestnictwo w nim zaledwie rok po poprzednim nie wydawało mi się bowiem ani zasadne, ani potrzebne. Zawłaszcza, że przeciętność nowego brzmienia potwierdziła również sama płyta.


Zamiast rozwijać swoje organiczne podejście do elektroniki w stronę emocjonująco w nim tkwiącego post-rockowego potencjału, Mount Kimbie zdecydowali się na stylizację post-punkową, w której być może byłoby im do twarzy, gdyby nie zawiodło wykonanie. Pełno tu dysonansów, najczęściej niemal na granicy fałszu. Przybrudzony automat perkusyjny i fałszująca linia basu mają być częścią post-punkowego anturażu, ale efekt jest wysoce nieprzyjemny, zwłaszcza dla osób pamiętających lata dziewięćdziesiąte i palpitacje serca towarzyszące każdemu zniekształceniu dźwięku rodzącemu myśl o wkręcającej się kasecie. Roboczemu charakterowi całości nie pomagają zresztą same kompozycje w większości nie mające na siebie pomysłu. Z drugiej zaś strony mamy tutaj utwory wyróżniające się w sposób oczywisty, czyli te z gościnnymi wokalistami. James Blake i King Krule to jednak nudne i bezpieczne wybory, pierwszy z nich staje się powoli karykaturą samego siebie, całkiem serio zbliżając się do Sama Smitha, przereklamowanie drugiego zaś staje się powoli coraz jaśniejsze. "Marylin" z Micachu również trochę się gubi, ale ma przyjemnie medytacyjny charakter, najlepiej jednak wypada "You Look Certain (I’m Not So Sure)" z wokalistką praktycznie nieznaną. Rozedrgane fałszowanie i tutaj daje się we znaki, ale Andrea Balency idealnie wręcz imituje manierę Stereolab z nakładającymi się pętlami melodyjnie motorycznego wokalu.

Chwali się, że "Love What Survives" przynajmniej stara się być płytą diametralnie różną od poprzedników. Angażujący artyzm "Cold Spring Fault Less Youth" pozostaje jednak niezagrożony a intymną wielkomiejskość z wyspiarskim posmakiem "Crooks & Lovers" lepiej dziś realizuje Gold Panda. 6/10 [Wojciech Nowacki]

14 sierpnia 2018


GORILLAZ The Now Now, [2018] Parlophone || "The Now Now" to "The Fall" po raz kolejny. Zarówno warunki wydania, jak i stojąca za tymi płytami filozofia są niemalże identyczne. Oba albumy ukazały się niemal niespodziewanie i wyjątkowo szybko po swoich poprzednikach. Oba należą do dość spontanicznej i niezbyt jednak potrzebnej kategorii "ze szkicownika Damona Albarna", zapoczątkowanej niegdyś już przez "Democrazy". Wreszcie po raz kolejny tenże notatnikowy charakter wynika nie tyle z trapiącej Albarna w ostatnich latach niefiltrowanej nadprodukcji, co z ciągłej fascynacji Stanami Zjednoczonymi i melancholijno-obserwacyjnego podróżowania od hotelu do hotelu. O ile jednak "The Fall" jako iPadowy eksperyment i szkicownik z podróży od samego początku pozycjonowane było lekko jako album trzeci i pół, o tyle na "The Now Now" ciąży znacznie większa presja. Jako pełnoprawny szósty album Gorillaz zatrzeć ma niedobre wrażenie po "Humanz".

I udaje się to, przy okazji ujawniając kolejne podobieństwo do "The Fall". Tamta płyta również po plejadzie gości na "Plastic Beach" zwracała się w stronę samotniczego wokalu Albarna. "Humanz" było płytą złą na wielu poziomach i przeładowanie gośćmi było tylko tym najbardziej oczywistym, ale i tutaj reakcja w postaci nacisku gwałtownie położonego tylko na głos Albarna to niewątpliwa ulga. Już początek płyty sugeruje całość znacznie lżejszą, o zamierzeniach niekoniecznie równie ambitnych co "Gorillaz" i "Demon Days", ale w albarnowym świecie będącą ekwiwalentem płyty na lato. Słoneczne "Humility" nie niesie może jakoś porywająco przebojowa melodia, ale uwolniona atmosfera, ładna produkcja i przyjemnie wpleciona gitara po przyciężkim i przeprodukowanym "Humanz" działa naprawdę odświeżająco. "Tranz" to wreszcie mocniejsza kompozycja, niepozbawiona rytmiki i efektownego napięcia. Ba, nawet "Hollywood" ma sens, bo gość tak charakterystyczny jak Snoop Dogg wyróżnia się tylko jeśli jest umiejętnie dawkowany, poza tym piosenka nieśmiało wkracza na house'owe terytoria Hercules & Love Affair.


Szkoda zatem, że później objawiają się inne typowe dla Albarna bolączki i w efekcie "The Now Now" faktycznie kończy jako nieinwazyjna płyta na jedno lato. W miarę spójna i przystępna, wydaje się próbować wszystkiego po trochu i brakuje jej odwagi do głębszego zanurzenia się w którąkolwiek ze sygnalizowanych stylistyk. Większość pozostałych kompozycji okazuje się albo przyciężka, albo niezapamiętywalna, albo tak szkicowa, że potencjał do rozwinięcia w ciekawsze utwory w nich istotnie tkwi, ale w zalążkowej tylko formie. Dopiero "Souk Eye" na sam koniec okazuje się rzeczą prawdziwie przemyślaną, z łatwością mogącą uchodzić za część bardziej skupionej całości. Tropikana rodem z windy początkowo zwodzi, ale coś się w niej czai i utwór wreszcie eskaluje nabierając całkiem niezłego rozmachu.

Ze skupieniem Albarn miewa ostatnio problemy, "Everyday Robots" i "The Magic Whip" jasno pokazują, że jego muzyczna nadprodukcja przefiltrowana musi być przez zespołową wrażliwość. Problemem samych Gorillaz jest natomiast kwestia tożsamości. Na dwóch pierwszych albumach, różnorodnych, awanturniczych, ale spójnych, dzięki unikatowej atmosferze z łatwością można było uwierzyć w istnienie wyimaginowanego zespołu. "Plastic Beach" jako model Albarn + goście mogło się jeszcze sprawdzać, ale dziś już wiemy, że doprowadziło to do monstrualnego "Humanz". I tak oto zostajemy z "The Now Now" jako z kolejnym zeszytem pomysłów Albarna. Mimochodem, wracając do kluczowego dla niego okresu przełomu wieków odkryć można, że "Think Tank", ówcześnie "dziwna" płyta Blur, dziś sprawdziłaby się doskonale jako album Gorillaz właśnie. Sprawdźcie sami. 5.5/10 [Wojciech Nowacki]

30 lipca 2018


FLORENCE + THE MACHINE High As Hope, [2018] Virgin || Problemem nowej płyty Florence nie jest bynajmniej, być może koniunkturalne, ale całkiem oczywiste, założenie nagrania stripped-down albumu. Każdy prędzej czy później ulega pokusie zaprezentowania się w wersji podstawowej, pozbawionej choćby najbardziej nawet charakterystycznych przywar aranżacyjnych, produkcyjnych, kompozycyjnych. Paradoksalnie prowadzi to do eksperymentu, który ma potencjał przynajmniej połowicznego sukcesu ("Joanne"). "High As Hope" brakuje jednak konsekwencji. Florence porzuca pierwotne zamierzenie zmierzając w stronę autentycznego eksperymentowania, w efekcie żadnemu z tych kierunków nie poświęca się do końca. Kompozycje zaś zawodzą niejako przy okazji.

Próby powściągnięcia głosu Florence również nie mogą się udać. "June" na otwarcie płyty pokazywać ma nową, wyciszoną Florence, ale w efekcie brzmi jakby ktoś ją podduszał poduszką. Sama piosenka przynosi efektowne dźwięki pianina sparowane z niezłymi basowymi tąpnięciami, ale zamiast eskalować kompozycyjnie już tutaj markuje rozwój implementacją i oklasków, i smyczków, i wszystkiego, co nam się kojarzy z Florence bynajmniej nie wyciszoną. Większość kompozycji zresztą zmierza donikąd, charakter wielu z nich jest niemal szkicowy i opierający się na dość wątłym szkielecie. Nawet niby modelowy singiel "Hunger" okazuje się niezapamiętywalnym cieniem większych przebojów Florence. Niespecjalnie w recepcji płyty pomagają też teksty. Jeśli akurat nie przynoszą malowniczych obrazków z życia w Londynie to potrafią okazać się wyjątkowo przyciężkie i kanciaste ("Big God"). Podobno zresztą pierwotnie miały być tylko wierszami, stąd też i pewnie szufladowy charakter całych kompozycji.


Niektóre produkcyjne i aranżacyjne zabiegi mają jednak wielki potencjał będąc najlepszymi mikro-fragmentami albumu. Ani Jamie xx, ani Kamasi Washington niestety nie zdobywają dla siebie na płycie większej przestrzeni. Szkoda zwłaszcza tego drugiego, najgorętsze imię jazzu tego sezonu wykorzystane zostało zdecydowanie poniżej swoich możliwości, ale wszystkie te ciekawostki z wolna prowadzą do ciągu najlepszych utworów na "High As Hope". "Grace" wprowadza zupełnie nową jakość z jazzującym pianinem (Sampha, kolejny gość zasługujący na znacznie większy wkład) i prawdziwie odświeżającą dla Florence atmosferą. "Patricia" to znakomita fuzja jej typowego emocjonalnego rozbiegania ze świetnie zaaranżowanymi, niemal dronowymi smyczkami. Wreszcie "100 Years" pokazuje, że można zbudować eskalującą i wciągającą kompozycję na bazie intrygującej rytmiki. Nawet głos w końcu udanie został tu wykorzystany jako nośnik rytmu, do tego smyczki jeszcze silniej przypominają aranżacje z "A Moon Shaped Pool", a i po raz kolejny pojawia się tu Kamasi Washington.

Więcej miejsca dla chwalebnych gości, równoważących i dopełniających rozedrganą osobowość Florence Welch. Eksperymentowanie, oczywiście jak na power-popowe standardy, z aranżacjami i strukturą kompozycji. Umiejętna rezygnacja z nachalnej przebojowości przy jednoczesnym utrzymaniu atrakcyjności piosenek. W tym to właśnie kierunku powinna była pójść Florence + The Machine i gdzieś w czasie nagrywania przebłysk tego pomysłu pojawił się w jej głowie. Tymczasem "High As Hope" kończy jako płyta którą ledwie zarejestrujemy, ale umiarkowanych nadziei na przyszłość całkowicie nie druzgocze. 6/10 [Wojciech Nowacki]

23 lipca 2018


GRANDADDY Last Place, [2017] 30th Century || Dzieje Grandaddy, Mercury Rev i The Flaming Lips splotły się w gatunek, który nigdy nie zdążył dorobić się własnej nazwy, szybko natomiast zapadł się pod rosnącym ciężarem ostatnich z wymienionych. The Flaming Lips głównie przy pomocy widowiskowych koncertów i ekstrawaganckich koncertów zdominowali psychodeliczno-cyrusowy zakątek indie-rocka, eksponując silnie jego narkotyczny aspekt. Tymczasem senne, czasem wręcz infantylne wokale, bliskie pokrewieństwo zarówno z dream-popem, jak i z amerykańskim indie, słabość do koncepcyjnych całości i konfrontowanie psychodelicznego popu lat sześćdziesiątych z technologicznym zafascynowaniem teraźniejszością i przyszłością, nie wystarczyły by przysporzyć większej u nas popularności Mercury Rev i Grandaddy. I to pomimo posiadania przez oba zespoły albumów definiujących alternatywne brzmienie przełomu wieków.

Mercury Rev nigdy formalnie nie zawieszali działalności, parokrotnie zdążyli objechać świat nostalgicznie odgrywając swój najpopularniejszy album "Deserter's Songs", zdołali jednak ostatecznie wykrzesać z siebie nowy materiał w postaci nadspodziewanie udanej płyty "The Light In You". Przypadek Grandaddy różni się w szczegółach. Ich kluczowy album "The Sophtware Slump" nie uzyskał tak kultowej skali jak "Deserter's Songs" a po dwóch kolejnych płytach zespół przestał de facto istnieć. Ich zeszłoroczny come-back "Last Place" poszedł natomiast w przeciwną stronę niż poszerzające dotychczasowe brzmienie Mercury Rev "The Light In You".


"Last Place" przynosi uproszczenie brzmienia i jego redukcję do pierwotnej postaci amerykańskiego, koledżowego indie-rocka, niespecjalnie po naszej stronie oceanu popularnego. W "Way We Won't" mamy na otwarcie kreskówkową atmosferę bliską zarówno The Flaming Lips, jak i Gorillaz, ale z wolna przeważać zaczyna rozleniwiona indie atmosfera rodem z kompozycji Sebadoh, tworząc ostatecznie zwyczajną, niezobowiązującą piosenkę. Stopniowo większe pole zyskuje sobie syntezatorowa rytmika, "Evermore" przypomina nawet chłód ostatnich płyt Blonde Redhead, "The Boat Is In The Barn" brzmi frapująco brytyjsko, ale pomimo oczekiwania na coś więcej żadne znaczące zaskoczenia nie następują. Ożywienie na moment przynosi "Chek Injin", rockowe i z połamaną strukturą, by w postaci ciągu "I Don't Wanna Live Here Anymore" - "That's What You Get For Gettin' Outta Bed" -"This Is The Part" wprowadzić emocjonalne centrum albumu, na który silnie wpłynęła tymczasowa przeprowadzka lidera grupy Jasona Lytle'a do Portland. "Last Place" demitologizuje zatem zarówno ideał hipsterskiej mekki, jak i przedmiejski sentymentalizm Arcade Fire, dotyka więc rzeczy stosunkowo, jak na Grandaddy, przyziemnych.

Na sam koniec dopiero powraca i duch dawnego Grandaddy, i powiew świeżości. "Jed The 4th" sprawia wrażenie bycia częścią większej, koncepcyjnej całości, i faktycznie, bohaterem piosenki jest potomek androida znanego z "The Sophtware Slump". Powrót do technologicznej tematyki i dźwiękowej więzi z Mercury Rev i The Flaming Lips umacnia "A Lost Machine", kompozycja, która wreszcie zdobywa sobie więcej przestrzeni na subtelną eskalację. Finałem zaś okazuje się "Songbird Son", utwór najzwyczajniej w świecie i odświeżająco folkowy. Choć "Last Place" nie jest płytą, która przyciągnęłaby do Grandaddy nowych fanów, nie była zresztą chyba jako taka planowana, to bezpretensjonalny powrót z solidnym albumem musiał tchnąć w szeregi grupy powiew zasłużonego optymizmu. Niestety, śmierć basisty zespołu niecałe dwa miesiące po wydaniu "Last Place" do dziś stawia ich przyszłość pod znakiem zapytania. 7/10 [Wojciech Nowacki]

3 lipca 2018


CHAZ BUNDICK MEETS THE MATTSON 2 Star Stuff, [2017] Company || Toro y Moi wydał w 2017 roku dwa albumy. "Boo Boo" nadal nie uwodzi i w różnorodnym przecież katalogu Chaza Bundicka pozostaje tytułem najbardziej nijakim, ale "Star Stuff", oh, to zupełnie inna historia. Znacznie bardziej ekscytująca płyta pominięta jednak została tylko dlatego, że nie ukazała się pod znanym wszystkim szyldem.

"Son Moi" idealnie wprowadza w przestrzenne, organiczne brzmienie płyty, pełne detali, ale ani nieprzeładowane, ani przyciężkie. Atmosfera zrodu psychodelii z pierwocin hard-rocka czytelnie i zręcznie wrzuca nas do przełomu lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, ale bynajmniej nie chodzi o kunsztowną imitację, raczej o podpięcie się pod tą samą pierwotną energię. Duch Jimi'ego Hendrixa zostaje tu nie tylko wywołany, lecz skonfrontowany z motoryką współczesnego avant-popu. Bundick pobłyskuje w roli basisty, ale szybko pojawia się charakterystyczna melodyka Toro y Moi, tak rozpoznawalna, że nawet dodatek w postaci wokalu nie jest tutaj specjalnie potrzebny. Od pejzażowych wokaliz stopniowo przechodzimy do form zdecydowanie piosenkowych, z tego punktu widzenia centrem albumu staje się zatem "JBS", znane już z "Live From Trona".


Tytułowe "Star Stuff", choć nadal piosenkowe, to wprowadza trochę odświeżającego wokalnego napięcia a akcenty stopniowo przesuwają się na rytmikę i coraz bardziej narracyjną rolę gitary. Zgodnie z nazwą projektu bardziej niż o nowe power-trio chodzi o spotkanie właśnie. Toro jako kompozytor, basista i wokalista znajduje w braciach Mattson więcej niż godne dopełnienie. Ich gitara i perkusja w drugiej połowie płyty powracają do swobodnej, płynnej atmosfery, która zawiera w sobie i psychodelię, i jazz, i math-rocka, tworząc spójną i awanturniczą zarazem całość.

Owszem, przebojowość w sensie typowego warsztatu Toro y Moi jest na "Star Stuff" ograniczona na rzecz równie jednak chwytliwego poczucia wolności. "Star Stuff" wynika jednak w prostej linii z "Underneath The Pine" i "Live From Trona" stając się trzecim spośród najlepszych albumów Chaza Bundicka. Nie marginalizujemy bynajmniej jego bardziej syntetycznej ścieżki kariery, wszak to właśnie album koncertowy najlepiej pokazał jak ekscytująco obie strony Toro y Moi potrafią się splatać. Jeśli jednak po "What For?" żywy kierunek twórczości Bundicka zaczął lekko zawodzić, to znacznie lepszą reakcją niż samotniczy i radykalny zwrot w stronę elektroniki na "Boo Boo" okazała się współpraca z The Mattson 2 na bardziej zespołowym i mniej przemyślanym "Star Stuff". 8/10 [Wojciech Nowacki]

28 czerwca 2018


LITTLE DRAGON Season High, [2017] Because Music || Choć już na drugim albumie "Machine Dreams" Little Dragon ukuli swój własny język i autorskie brzmienie, to ich debiut zaczyna się po latach jawić się jako zaginione ogniwo między kanapowym trip-hopem lat dziewięćdziesiątych w stylu Morcheeby a dzisiejszym rozglitchowanym alternatywnym r'n'b. Nacisk na wokal i kompozycyjną abstrakcję na "Ritual Union" nadal rozczarowuje, ale przyznać też trzeba, że choć "Nabuma Rubberband" była znów naprawdę udaną płytą to z niej akurat w głowie nie zostało zbyt wiele. I to pomimo syntezy wszystkich opanowanych przez Little Dragon brzmień: jazzu, soulu, elektroniki.

Na tym tle "Season High" identyfikuje się jasno. Nie było w 2017 roku płyty tak czytelnie nawiązującej do (pierwszej raczej połowy) lat dziewięćdziesiątych co nowe Little Dragon właśnie. Od okładki przez teledyski aż po aranżacje, "Season High" mogłoby uchodzić za album Janet Jackson z czasów, gdy wizualna i produkcyjna przaśność lat osiemdziesiątych zachłysnęła się równie szybko starzejącą się technologiczną nowoczesnością następnej dekady. "Nabuma Rubberband" sięgała po lata dziewięćdziesiąte na poważnie i afirmująco, powracając do czasów, gdy zaczęły się łamać gatunkowe podziały tworzące w efekcie XXI-wieczne rozmycie mainstreamu i alternatywy. Początkowo wydawać się mogło, że "Season High" sięgając w czasie jeszcze głębiej czyni to żartobliwie. Ale okazuje się, że traktowana z pobłażaniem estetyka nie musi automatycznie oznaczać pastiszu.


Modelowe wręcz "Sweet" to pełna celebracja lat dziewięćdziesiątych i kluczowy zresztą dla albumu singiel. Poziom adrenaliny (czy może raczej glukozy) podnosi natychmiastowo, dosłownie i w przenośni, ale mogłaby to być zarówno plansza reklamowa z dawnego MTV, jak i ścieżka dźwiękowa do kasety video z tak ówcześnie popularnymi ćwiczeniami. Skoro jednak mowa o celebracji to "Celebrate" najlepiej łączy znajomy warsztat Little Dragon (soulowy wokal i kreskówkowa melodyka) z archaicznymi muzycznymi artefaktami (gitarowe solo i drumpady), ale i ze współczesnym elektronicznym pulsem, kojąco bliskim zarówno Hot Chip, jak i Hercules And Love Affair. House'owe fascynacje najsilniej zresztą przejawiają się w "Strobe Light".

Piosenki na "Season High" jawią się jednak, być może zresztą celowo, jako w większości kanciaste i chaotyczne. Dziesięć utworów to dość zwięzły i nieinwazyjny miks archaicznej elektroniki, połamanej rytmiki, ale też minimalizmu i nawet medytacyjnych pretensji. "High" urzeka przestrzenią i budującym optymizmem, ale już "The Pop Life" mówi o duchach umarłych w postaci wyjątkowo jak na Little Dragon skompresowanej piosenki. "Don't Cry" to niemal prototyp brzmienia FKA twigs i podobna atmosfera napięcia unosi się nad całą płytą. Mimo zabawowej otoczki gdzieś ulotniła się właśnie zabawa, brakuje tu zespołowości i sensu nabierają wieści o trudnej atmosferze podczas nagrywania tego albumu. Little Dragon na szczęście kontynuują działalność nieco bardziej relaksacyjnym sposobem wydając nowe i niezależne single. Tymczasem "Season High" pozostaje po prostu dobrym letnim albumem. 7/10 [Wojciech Nowacki]

12 czerwca 2018


NILS FRAHM All Melody, [2018] Erased Tapes || Nowe albumy Rival Consoles, pierwszego artysty związanego z Erased Tapes, oraz Nilsa Frahma, muzyka najszerzej niemal z tym wydawnictwem utożsamianego, mają ze sobą zaskakująco wiele wspólnego. Pomijając ich osadzenie na przeciwnych spektrach zawsze jednak spójnego brzmienia labelu, "Persona" i "All Melody" wywodzą się z równie wielkich ambicji i zamierzeń, jeszcze większych oczekiwań, intensyfikowanych tylko koncertową formą obu artystów, lecz paradoksalnie przynoszą redukcję brzmienia i kompozycyjnego warsztatu w postaci płyt niepotrafiących spełnić nawet obietnic zawartych w swych tytułach.

Mówiąc o designerskiej neoklasyce miałem na myśli jak kompleksowo i pieczołowicie przygotowywane są wszystkie tytuły wydawane przez Erased Tapes. Graficzny koncept, gustowne opakowania, minimalistyczna, lecz często pomysłowa wizualna prezentacja, mogą uchodzić nawet za lekko snobistyczne, ale jednocześnie przystępne. Label sprzyja zatem kolekcjonerstwu i sprzedaży fizycznych nośników, co rzecz jasna chwali się, choć ubocznym efektem jest rosnąca baza miłośników kupujących odeń bezkrytycznie wszystko. Wydaje się, że podobne podejście do muzyki jako artefaktu koresponduje czy wręcz bezpośrednio wpływa na zgromadzonych wokół labelu artystów. Nowa płyta nie jest już tylko po prostu płytą, lecz albo nośnikiem, albo wynikiem większej idei.

Za "All Melody" stała w ten sposób budowa, czy raczej urządzenie, wymarzonego berlińskiego studia Frahma. Brzmienie albumu cechuje zatem bardzo dosłowna głębia, by doszukać się bowiem pełni urokliwych i organicznych detali, którymi płyta jest upstrzona, trzeba sięgnąć naprawdę głęboko. Tymczasem nie ułatwia tego ani długość albumu, ani jego luźna i ledwie uchwytna struktura, ani same kompozycje. Nie kompozycyjna wirtuozeria, lecz podporządkowanie się rytmice i repetycji jest większym wyznacznikiem warsztatu Frahma, niestety, w głowie po "All Melody" nie zostaje nic poza bardzo ulotnym wrażeniem oraz najmniej udanym spośród nowych dla Frahma elementów.


Chór paradoksalnie ujmuje płycie na organiczności, w "The Whole Universe Wants To Be Touched" typową dla Frahma nerdowską intymność przykrywa niemal monarszą noblesą, co jeszcze może w miarę zaintrygować, ale w każdym z pozostałych miejsc ("A Place", "Human Range") irytuje i przytłacza już i tak ledwie naszkicowane kompozycje. W większości zresztą niezróżnicowane, donikąd nieprowadzące i przydługie, choć przyznać trzeba, że na tyle lekkie, że liczący dość bezpodstawnie siedemdziesiąt cztery minuty album przynajmniej nie nuży. Utwory takie jak "Sunson" czy tytułowe "All Melody" brzmią jak wyizolowana ścieżka rytmiczna z zazwyczaj niezmiernie satysfakcjonujących kolaboracji Frahma z Ólafurem Arnaldsem. Zarówno pod względem dynamiki, jak i struktury nic się w nich i z nimi nie dzieje, na szczęście w skali albumu pojawia się kilka nowości znacznie bardziej trafionych niż nieszczęsny chór. Czasem użyte instrumentarium i ambientowa warstwa aranżacji silnie przypominają ścieżki dźwiękowe gier ze studia Amanita Design, z naciskiem na twórczość  Floexa, i ten bardziej ilustracyjny niż kontemplacyjny kierunek wydaje się być szczególnie atrakcyjnym. Trąbka pojawia się tylko w dwóch utworach, ale natychmiast dodaje im charakteru. Jednym z nich jest "Fundamental Values", przestrzenna kompozycja z wielkim potencjałem, w której też Frahm przypomina sobie o byciu pianistą. Podobnie w "My Friend The Forest", gdzie ta najbardziej oczywista rola Frahma okazuje się nadal najlepszą. Pianino oplecione tu jest dotknięciami, skrzypnięciami, ma podskórnie jazzujący charakter i tworzy jedno z nielicznych na "All Melody" miejsc, gdzie minimalizm i gra z ciszą kreują prawdziwe napięcie.

Również "#2" potwierdza, że najciekawiej na tej płycie jest wtedy, kiedy kompozycyjna skromność używana jest do kreowania napięcia. Utwór ten nie tylko pętlowo eskaluje, ale jest też wyraźną odpowiedzią na poprzedzające go tytułowe "All Melody". Jeśli więc Rival Consoles musi wyjaśniać znaczenie "Persony" posługując się zewnętrznymi uzasadnieniami rodem z press-packu, o tyle zamysł stojący za "All Melody" pozwala odkryć sama muzyka. Nie chodzi bynajmniej o "wszechobecną melodyjność". Frahma interesują połączenia, sposoby w jakie muzyka się zapętla, odnosi sama do siebie, autocytuje. Album ten zatem musi być odbierany jako całość, choć emocjonalnej złożoności swego twórcy tym razem nie oddaje. 6.5/10 [Wojciech Nowacki]

8 czerwca 2018


RIVAL CONSOLES Persona, [2018] Erased Tapes || Od siłowni po euforyczny wkurw. "Odyssey" było utworem wyśmienicie pokrywającym potrzeby zarówno czysto fizyczne, jak i emocjonalne, eskalującym, zaczepnym, ale i zwięzłym zarazem. Rival Consoles, będąc dotąd czarnym koniem wytwórni Erased Tapes, kojarzonej przede wszystkim z designerską niemal neoklasyką, choć był pierwszym kontraktowym artystą labelu, dopiero gdzieś na wysokości epek "Odyssey" i "Sonne" zaczął zdobywać sobie zasłużone miejsce wśród topowych producentów elektroniki.

"Howl" rozwinęło tą samą formułę do postaci niezmiernie satysfakcjonującego albumu. Równie zwięzły, zadziorny i emocjonujący, na przestrzeni dziewięciu ledwie utworów zręcznie oscylował między ambientowymi płaszczyznami a podbiciem efektowną rytmiką, tworząc precyzyjnie skupioną całość pełną czasem dramatycznych niemal zwrotów i intensywności stopniowanej bez zbytecznej szarlatanerii. Kontynuacją tego podejścia było "Night Melody", oficjalnie minialbum a zatem forma jeszcze bardziej zwięzła, tu już jednak brzmienie Rival Consoles zdawało się być dość ujednolicone. Szczególnie rozwiązania melodyczne nadal intrygowały, ale kompozycje cieszące się pomysłową autonomicznością na "Howl" tutaj płynnie zlewały się w jedną i bardziej kojącą niż niepokojącą tym razem całość.


Ryan Lee West jest atrakcyjnym mężczyzną, co w świecie elektronicznych geeków nie musi być regułą, lecz nie jest to głównym powodem dla którego warto być na koncertach Rival Consoles pod samą sceną. Jego występy cieszą się zasłużoną renomą, wykraczającą już poza krąg istniejących fanów, z powodu samej natury kompozycji Rival Consoles. Inkorporują bowiem żywe instrumenty, zwłaszcza w warstwie rytmicznej, w bardzo naturalny i niemal niezauważalny sposób, bez zbytecznego dysonansu poznawczego.

"Persona" jednak poznaniu się wymyka. Precyzję i skupienie zastąpiło rozkojarzenie. Wydaje się, że West wziął na swoje barki zbyt wielki ciężar, w malignie więc przeskakuje między pomysłami żadnego w zasłużony sposób nie rozwijając. Albumowi nie pomaga też jego długość, dwanaście rozlewających się na przestrzeni niemalże godziny utworów jest nieudaną antytezą "Howl", ale udaną muzyką tła. Tylko że ambicje były większe. "Personie" brakuje zróżnicowania, płyta jest przyjemnie, ale jednak jednorodna. Może i jest tu więcej niż dotąd ambientowych fragmentów, ale przy albumie tej długości powinny być równoważone elementami bardziej tanecznymi. Tych znajdziemy tutaj sporo, a jakże, ale ich obecność sugeruje więcej niż nadchodzi. Jedynie "Hunter" w jakiś sposób operuje eskalacją i przestrzenią, reszcie kompozycji brakuje skupienia i struktury. Czasem jest odświeżająco minimalnie ("Be Kind"), czasem nerwowo technicznie ("Persona"), ale żaden z plejady motywów nie przynosi spełnienia a kompozycje w większości prowadzą donikąd. "Unfolding" jest jednym z najlepszych, a i najbardziej reprezentatywnych dla "Persony" utworów. Terkoczący rytm, zapętlone sekwencje i stopniowy taneczny bit tworzą obiecujący początek, ale w ciągu sześciu niemal minut traci skupienie i zwraca się w stronę ładnej banalności w stylu Jona Hopkinsa, kolejnego zresztą artysty z problematyczną tegoroczną płytą.

Metoda jest w gruncie rzeczy dość prosta. Odrobina żywych instrumentów podbitych rytmiką oplecioną syntetycznym i dość przyciężkim brzmieniem. "Persona" nie jest ani senna, ani euforyczna, nie utrzymuje uwagi ani przy pobieżnym, ani przy uważnym przesłuchaniu. Elektronika Rival Consoles zawsze działa pozytywnie, jest świetnie wyprodukowana i chwali się ludzkim pierwiastkiem, pamiętać jednak trzeba, że ludzie bywają czasem po prostu nudni. 6.5/10 [Wojciech Nowacki]

27 kwietnia 2018


DNA muzyki udaje się na wakacje. Od czasu swych przenosin do Pragi w roku 2013 mam co prawda poczucie bycia na ciągłych, wymarzonych wakacjach, ale czas najwyższy zmienić otoczenie i w końcu udać się na cały miesiąc do Stanów Zjednoczonych. Najprawdopodobniej nie będę miał czasu na pisanie, choć kto wie, może pojawi się okazjonalna zaległa recenzja, może krótki reportaż z podróży, ale zanim wyruszę w drogę przyjrzyjmy się znów cóż to wydarzyło się w ostatnich miesiącach w czecho-słowackiej alternatywie.

Mara Jade wydają się w pełni celebrować swój status zespołu niemal zupełnie instrumentalnego. Wydany w grudniu album "Na zlomený srdce vedeš" wyróżnia nie tylko świetna stylowa okładka, ale i całkiem czytelnie swobodna atmosfera. Inspiracje są jasne, efekt zbliżony lekko do esyzlesy, lecz o ile tamta grupa pozwala sobie na niespieszne wybrzmienie kompozycji, to Mara Jade przechodzą od pomysłu do pomysłu tworząc zwięzłą, ale złożoną i intensywną całość.



Zespół Ghost Of You ze wsparciem labelu Indies Scope dość usilnie promowany jest na jeden z naczelnych czeskich towarów eksportowych. Niestety, oficjalną drogą wspieraną przez niedawno powstałe czeskie biuro eksportu muzyki jest turystyka showcase'owa, czyli wysyłanie muzyków na dość hermetyczne festiwale. Tymczasem Ghost Of You należy się uwaga choćby za odwagę, na nowym albumie "Black Yoga" eksperymentalnie wykracza bowiem poza bezpieczne ramy indie-rocka.


Wraz z Kieslowski i częściowo debiutem Never Sol zespół Ille stał na czele żeńskiego frontu tzw. nowego miejskiego folku, zjawiska specyficznie czeskiego, by nie powiedzieć praskiego. "Holka ve tvý skříni", czyli prawie tytułowy utwór z ich debiutanckiej płyty, pozostaje do dziś szalenie przebojowym, ale dopiero teraz zespół zyskał prawdziwie autorski głos i na albumie "Pohádky" wykorzystuje go w piosenkach z niewątpliwym radiowym urokiem, ale zarazem minimalistycznych i okazjonalnie rytmicznie zadziornych.


Trudo uwierzyć, że od poprzedniego albumu Autumnist upłynęło niemal pięć lat. Zaskoczeń jednak nie będzie, może i szkoda, ale mówimy o niszy tak stylowej, że kolejne kompozycje utrzymane w stylu płyty "Sound Of Unrest" możemy konsumować na pęczki. "False Beacon" swój ledwie skrywany niepokój również niesie już w tytule a miks gustownej elektroniki z dęciakami w połączeniu z różnorodnymi, lecz spójnymi wokalami nie byłby tak efektownie hipnotyczny, gdyby nie umiejętnie stopniowane napięcie.



Jeśli ktoś jest w stanie jednocześnie wykorzystywać dwa silne i powiązane ze sobą trendy w eksperymentalnej elektronice - możliwości oferowane przez Bandcampa oraz kasetowy renesans to jest to Izanasz. Ledwie co wspominaliśmy o wydanym przed Genot Centre "Spectral Cascades" a już musimy sięgnąć po CD-R "Karmanlinjen" z rumuńskiego labelu Sea Of Clouds, wydaną pod nowym szyldem kasetę Herbal Detonators z labelu ACR oraz split z szefem tegoż labelu skrywającym się pod pseudonimem Mt Accord, który to pod bardzo stosownym tytułem "No Rush" wydał kolejny i równie stosownie nazwany belgijski label Audio Visuals Atmosphere. Aktywności zatem rozdygotane, ale dźwięki nadzwyczaj plastycznie kojące.



Do tradycji czeskich soundtracków łączących dźwięki gitary z subtelną i malowniczą elektroniką poniekąd nawiązuje dné, który nie tylko w kraju odniósł już wielki sukces swoim albumem "These Semi Feelings, They Are Everywhere". Wybornie sobie w Czechach radzące HBO przygotowało dokument "Nic jako dřív" o nastolatkach dorastających w przygranicznym miasteczku. Kruchą, cichą i naturalnie melancholijną ścieżkę dźwiękową "Nothing Like Before" zarejestrował w domu i wydał na pięknym marmurowo-niebieskim winylu.



Poczynaniom Dalibora Kociana przyglądamy się już od czasów, gdy jako Stroon wydał swoją pierwszą epkę "Ruine Noire". Po szeregu cyfrowych tytułów wydanych samodzielnie lub w ramach labelu Exitab nastał moment przełomowy, płyta "Vice Laboratory" ukazuje się bowiem wreszcie na winylu nakładem połączonych sił labeli Starcastic i Deadred. Charakterystyczne brzmienie Stroona kontrastowane jest tym razem z okazjonalnie rozszalałą rytmiką, nadal jednak miękczoną przestrzennymi dźwiękami wibrafonu.



[Wojciech Nowacki]

25 kwietnia 2018


PREOCCUPATIONS New Material, [2018] Jagjaguwar || Po płycie "Preoccupations" można było przeczuwać, że wyzwalając się z własnej skomplikowanej historii Kanadyjczycy śmielej i ponadpokoleniowo nawiążą od post-punkowych korzeni do współczesnego indie-rocka. "New Material" przy pierwszym zetknięciu się z tym albumem wyraźnie jednak sugeruje radykalny, minimalistyczny odwrót od poszerzania czy zmiękczania własnego brzmienia. Okazuje się ale, że nie jest to monumentalnie surowy betonowy blok, wręcz przeciwnie, ta zwięzła płyta jest pod wieloma względami ich najbardziej popową. Zamiast sięgając po dzisiejszą gitarową alternatywę Preoccupations wykorzystali swoje minimalistyczne podejście do dokopania się do już istniejącej w ramach post-punka popowej esencji.


"Espionage" na początek faktycznie naciera surowym syntezatorowym chłodem i typowym basowym klangorem, ale refren z prostym, lecz efektownym zaśpiewem w dwugłosie przywołuje turpistyczną melancholię popu ciemniejszej połowy lat osiemdziesiątych. Rozbiegane otwarcie wpada w zrazu niemal medytacyjne "Decompose", którego istotą jest zadziornie zapętlona rytmika. Słowa This is where we decompose / Through rivers of radiation jeszcze nigdy nie brzmiały tak ekstatycznie. Singlowe "Disarray" i "Antidote" akurat niespecjalnie odsłaniają siły albumu, ukazując niewiele ponad popowe refreny, surowość i perkusyjne pętle. Płyty Preoccupations nigdy nie wykraczały poza zwięzłą liczbę siedmiu, ośmiu kompozycji, tym razem ale rezygnują z utworu kilkunastominutowego i prób powtórzenia "Death" i "Memory". Zostajemy więc z kilkoma tylko czterominutowymi piosenkami, stopniowo, lecz wyraźnie odkrywającymi swoje charaktery. "Manipulation" zastępuje dotychczasowy noise medytacyjnością i oczyszczającym syntezatorowym dronem. "Doubt" jest rzeczą wyjątkowo powolną, ale też niemal gotycką w wyrazie, "Compliance" jest naprawdę satysfakcjonującym instrumentalnym zakończeniem, prawdziwe zaś zaskakuje "Solace", równie apokaliptyczne co "Decompose", ale z żywą linią basu, tnącymi gitarami i retro posmakiem, który zbliża Preoccupations prawie do klasyków chillwave'u i Ariela Pinka zarazem.

Album ten jest jednocześnie surowy i przystępny, jednolity i całkiem różnorodny, choć przy pierwszym się z nim zetknięciu może wydawać się lekkim krokiem wstecz na bezpieczne i utarte pozycje. "New Material" jest płytą w istocie dość eksperymentalną, zwłaszcza jeśli uświadomimy sobie, że opiera się głównie na perkusyjnych i syntezatorowych loopach, bynajmniej nie na gitarach. Lekkości Shame tu nie znajdziemy, ale Preoccupations udało się raz jeszcze doszlifować post-punkową stylistykę do satysfakcjonujących efektów. Pytanie tylko kiedy to zapamiętałe szlifowanie zacznie sypać nam opiłkami w oczy. 8/10 [Wojciech Nowacki]

23 kwietnia 2018


EDITORS Violence, [2018] [PIAS] || Poczucie humoru nigdy nie należało ani do posiadanych, ani do oczekiwanych właściwości Editors. Począwszy od samego debiutu traktowali się bardzo poważnie, ale ich lekkość źródło miała raczej w zręcznej przebojowości niż w swobodnym stosunku do samych siebie. Jednocześnie jednak na granicy tejże lekkości balansowała targana siłami wybujałej emocjonalności Toma Smitha. Ale najsilniejsza nawet muskulatura ma swoje ograniczenia i po latach ulec musi wreszcie sile grawitacji.

Przyznać trzeba, że kolejne albumy Editors dość wyraźnie się od siebie odróżniają. Mają za sobą widoczną myśl aranżersko-stylistyczną i nawet jeśli z synth-popem stykali się już parokrotnie to za każdym razem z innym jego odcieniem. "Violence" na nieszczęście jako punkt odniesienia obrało sobie ten etap radiowego power-synth-pop-rocka, gdy toporność lat osiemdziesiątych z wolna zastępowana była technologicznym zachłyśnięciem się latami dziewięćdziesiątymi, co z pełną powagą prowadziło do dość tandetnych efektów.


Przyciężkich produkcyjnych rozwiązań jest na "Violence" równie dużo co banalnych refrenów. Największa kumulacja kiczu i niegustowności następuje w "Darkness At The Door", modelowym przykładzie problematyczności brzmienia Editors na ich szóstej płycie, które dodatkowo przytłoczone tutaj zostało i dzwonami, i smyczkami, oczywiście wszystkim syntetycznym i prowadzącym bardziej w stronę ścieżki dźwiękowej filmu Disneya niż post-punkowych korzeni. It’s got some serious weight to it chwali się bezrefleksyjnie zespół w wywiadzie dla Consequence of Sound i widzimy ich problemy jak na otwartej dłoni. Waga jest zbyt ciężka, powaga zbyt wielka.

Kompozycjom nie ma jednak w większości czego zarzucić, w radiowej chwytliwości nie ma przecież nic złego. Szkoda jednak, że poza radiowym patosem nie oferują niczego pomysłowego, poza okazjonalnymi bardziej zadziornymi refrenami, doczepionym instrumentalnym rozwinięciem czy całkiem intrygującym motywem zegara z finałowego "Belong". Nad tytułem a'la Bono można przewrócić oczyma, ale to w "Hallelujah (So Low)" jest stosunkowo najwięcej dawnej atrakcyjnej nerwowości Editors, którą momentalne psuje quasi-dubstepowy niby-drop, który podobno ma być gitarowym riffem. It’s then slapped round the face with a gigantic guitar riff, which sounds like it’s possibly being played by Dimebag Darrell and Skrillex at the same time. Heavy. Proszę Państwa, oto starość.

Starczo się prezentuje nawet wyróżnienie szóstki w tytule albumu i przyznać trzeba, że Editors to zespół, który zestarzał się dość szybko. Ale jeśli mowa o jego późniejszych płytach to pełne aspiracji do bycia U2 "The Weight Of Your Love" przynajmniej przyniosło parę naprawdę efektownych przebojów, "In Dreams" zaś okazało się mniej zapamiętywalne, lecz przynajmniej gustowne. "Violence" na bakier ma i lekko z przebojowością, i wyraźniej z gustownością, przyszłość zespołu zatem nie nastraja na tym etapie specjalnie zachęcająco. 5/10 [Wojciech Nowacki]

21 kwietnia 2018


ANNA CALVI Live At Meltdown, [2017] Domino || Z okazji tegorocznego Record Store Day, święta cokolwiek kontrowersyjnego, przypominamy jedno z najbardziej wartościowych wydawnictw, które ukazały się w jego ramach w zeszłym roku. Przy okazji obrazując skalę moich pisarskich zaległości. Album zdobyłem po bożemu, w dniu wydania, w moim lokalnym sklepie, niemal natychmiast broniąc go przed chęcią odkupienia. Krew się nie polała, ale dwa krwistoczerwone winyle oraz wydana niewiele wcześniej epka "Live For Burberry" wskazywały, że Anna Calvi czyści pole przed wyczekiwanym powrotem.

Uprzednia lata spędziła bowiem głównie na koncertowaniu, najczęściej zresztą tylko na rodzimych Wyspach, eksperymentując z poszerzaniem brzmienia kompozycji ze swych dwóch albumów a to o orkiestrę, a to o chór. Rejestracja występu na festiwalu Meltdown z towarzyszeniem londyńskiego chóru The Heritage Orchestra wydana została na limitowanym do 750 sztuk albumie, jest to zatem prawdziwy rarytas, wydawnictwo z definicji ekskluzywne, prawdziwie zatem sensowne w porównaniu z kolejnymi reedycjami czy picture discami, które zaczynają zdominowywać Record Store Day.


W kontekście twórczości Anny Calvi "Live At Meltdown", owszem, może uchodzić za pewnego rodzaju podsumowanie, niekoniecznie jednak w postaci typowo oczekiwanego greatest hits. Pokazuje raczej, że obie swe płyty, "Anna Calvi" i "One Breath", scaliła w jedną nierozerwalną całość, wyraźnie zamknięty etap kariery i perfekcyjnie dopracowanego brzmienia. Poza kilkoma coverami, do których Anna Calvi ma zresztą ogromny talent, poświęca się ona każdej swojej kompozycji, żadnej nie traktuje po macoszemu, nie rozwadnia dodatkami, nowościami, każdej pozwala wybrzmieć w wersjach zasadniczo bliskich albumowym, lecz traktowanych jako równorzędnie cenne. Charakterystycznie narracyjna gitara Anny Calvi otrzymuje pełno przestrzeni do snucia swych opowieści ("Rider To The Sea", początek "I'll Be Your Man"). Chór bynajmniej nie dodaje patosu, raczej zwiewnej eteryczności a efekt końcowy okazuje się być zaskakująco intymnym. Jego implementacja jest wyjątkowo zręczna, tylko częściowo odbiera pole wokalnym możliwościom Anny, czasem zastępuje poszczególne linie melodyczne kompozycji, czasem pomysłowo je dopełnia ("Love Won't Be Leaving").

Żadne nowe kroki ze strony Anny Calvi jednak w przeciągu ostatniego roku nie nastąpiły. Snuć można jedynie przypuszczenia, że być może skupiała się na prywatnym życiu, którego przebłysk wydaje się, że ukazała w walentynkowym poście na Instagramie, wyjaśniając jednocześnie kontekst słów wielu swych piosenek czy wybieranych coverów. W ciągu paru ostatnich dni profile Anny Calvi zapełniają się z wolna tajemniczymi zdjęciami, oczywiście krwisto czerwonymi i dość niepokojącymi. Niepokój oczekiwania na nowy album zjawiskowej Anny Calvi wydaje się mieć ku końcowi. 8/10 [Wojciech Nowacki]