16 kwietnia 2019


FOALS Everything Not Saved Will Be Lost Part 1, [2019] Warner || Wreszcie. Dwa ostatnie albumy Foals zatrzymywały się gdzieś u progu wielkości. "Holy Fire" i "What Went Down" wznosiły się na fali rewelacyjnych singli, ale oba wędrowały przez parę znośnych, ale jednak mielizn, będąc może zbyt długimi i zerkając asekuracyjnie w stronę najprzystępniejszego "Total Life Forever". "Everything Not Saved Will Be Lost Part 1" to album krótki, intensywny i wreszcie nietracący czasu na bezpieczne piosenki. Na swoim piątym albumie Foals są u szczytu kreatywnych możliwości i z zasłużoną pewnością siebie nie bawią się już we wstrzymywanie koni.

Już "Prelude" na "Holy Fire" pokazało, że Foals mają niezwykłą zdolność do tworzenia kompozycji pełniących rolę intra, ale jednocześnie w pełni autonomicznych. "Moonlight" wynosi ten talent do doskonałości, stopniowo, lecz zdecydowanie ogarniając słuchacza przestrzenią podszytą oddechem, śpiewem ptaków, ale i poczuciem obecności opustoszałej betonowej dżungli. Bajeczna, narracyjna gitara, karuzelowy syntezator i punktujące klawisze niby mogłyby dalej eskalować, idealnie wyważone proporcje satysfakcji i niedosytu sprawiają jednak, że trudno wyobrazić sobie lepszą konkluzję niż przejście do reszty albumu. Oraz do "Exits", oh, "Exits", czyli jak zdeformowanym pianinem rodem z "Westworld" odstartować singiel hołdujący ideałom art-popu lat osiemdziesiątych. Przy pierwszym kontakcie wydaje się niepozorny, choć prowadzi go niesamowity groove, podtrzymywany warknięciami sekcji rytmicznej i mnóstwem produkcyjnych zabiegów. Ostatecznie jednak okazuje się obłędnie śpiewną piosenką, która mogłaby trwać i trwać, i tak się dzieje w istocie. Senna i stymulująca zarazem atmosfera kreuje zaskakująco wizualny, post-apokaliptyczny świat, co całkowicie wystarcza do satysfakcjonującej konkluzji po około czterech minutach, ale nie, nadchodzi instrumentalny finał, rodzaj epilogu dominującego nad całą kompozycją, najnowszy z doprowadzonych do mistrzostwa patentów Foals.


Nie ma chwili wytchnienia, wręcz przeciwnie, "White Onions" jest tak intensywne, że nie potrzebuje nawet równie krzykliwego, co śpiewnego wokalu by zapierać dech w piersiach. Perkusja niemal o sile Led Zeppelin, math-rockowa gitara, cięższe riffy, do tego zmiany tonacji, naprawdę bardzo łatwo o niemieszczącą się na emocjonalnej skali przesadę, ale prawdziwym wyciskaczem łez (sic!) jest dopiero "In Degrees". Syntezatorowa pętla przypominać może The Who, ale nad tym fenomenalnym parkietowym przebojem unosi się raczej duch Primal Scream i lat dziewięćdziesiątych. Mogłaby być z tego prosta, taneczna głupotka, ale po obowiązkowym mostku wzbiera pełzająca eskalacja a grupowy zaśpiew Am I wasting my time? / I could not persevere zmierza w stronę gospel i obłędnie gęstej emocjonalności.

"Syrups" na moment zwalnia tempo, wyjątkowo silna linia basu przynosi przydymioną, barową atmosferę, ale znów kompozycja całkowicie przekształca się w szaleńczą galopadę, która wbiega prosto w oczywisty singlowy przebój "On The Luna". Ten murowany koncertowy faworyt jest kunsztownie opleciony gitarą, podbarwiony pulsującą syntezatorową plamą, bawi prostą zadziornością, gniewną energią i fantastycznym uwolnieniem napięcia. Wyrafinowanie materiału staje się znów bardziej czytelne w "Cafe D'Athens", którego połamana rytmika zdecydowanie kojarzy się z późnym Radiohead i początkowo wydaje się być pierwszym słabszym momentem albumu. Mglisty wokal, marimba, wibrafony wydają się być chaotyczne, przypadkowe i trudniejsze do uchwycenia, lecz znowu dochodzi do przewrotu i finałowy, mantryczny zaśpiew całkowicie zmienia wymowę i odbiór całości.


Do ładnego, ale i banalniejszego etapu Foals z "Total Life Forever" wydaje się powracać "Sunday" ze swoją łatwą, falistą melodią, ale raz jeszcze utwór ulega przekształceniu, znów w duchu brytyjskiej muzyki tanecznej lat dziewięćdziesiątych, brzmiąc niczym rave subtelnie opleciony finezyjną gitarą. I tak oto dopiero "I'm Done With The World (& It's Done With Me)", ostatni na płycie utwór staje się pierwszym o którym niewiele da się powiedzieć. Foals zawsze mieli problem z balladami i to właśnie one, choć ładne, temperowały impet i potencjał ich ostatnich płyt. Owszem, zaaranżowana praktyczne tylko na pianino piosenka przynosi tu pewną ulgę, założyć jednak trzeba, że prawdziwy jej sens zostanie odsłonięty wraz z wydaniem drugiej części płyty.

Wydaje się, że "Everything Not Saved Will Be Lost Part 2" nie będzie po prostu kontynuacją, drugą częścią, ale raczej samodzielnym sequelem, nową odsłoną serii. To dwa niezależne albumy od początku planowane jako autonomiczne całości, posiadające jednak dodatkowe konteksty. Nad częścią pierwszą unosi się tajemnica części drugiej, część druga liczyć będzie pewnie na poczucie spełnienia i kompletności. Nawet jeśli na razie znamy tylko połowę wizji to jest ona już imponująco atrakcyjna i nie chodzi nawet tylko o kompozycyjną i produkcyjną maestrię Foals. "Everything Not Saved Will Be Lost" to obraz apokalipsy, kreślony bardziej wizualnie niż werbalnie. W obrazowości słów Yannisa Philippakisa w połączeniu z totalną formą zespołu jest coś niemal kinematograficznego. W obliczu końca świata wyzwolenie tkwi w umyśle tworzącym piękno i we wspólnocie pozwalającej je doświadczać. Z konfrontacji alienacji i wspólnotowości na "Everything Not Saved Will Be Lost Part 1" ostatecznie wynosimy naprawdę sporo nadziei. Ciąg dalszy nastąpi. 10/10 [Wojciech Nowacki]

6 kwietnia 2019


THE PRODIGY No Tourists, [2018] Take Me To The Hospital || Keith Flint to The Prodigy i myśląc o miejscu, wizerunku i energii tejże formacji w ciągu ostatnich dwóch dekad nie sposób się nie zgodzić z takim utożsamieniem. Zasłużony sukces "The Fat Of The Land" w 1997 roku na wiele lat zahamował rozwój grupy, ale nadał jej twarz Keitha Flinta i kierunek działań polegający zdecydowanie bardziej na nawiązywaniu do tej przełomowej płyty niż na próbie stworzenia zupełnie nowej jakości, na wzór diametralnie różnych, wielkich trzech pierwszych albumów The Prodigy z lat dziewięćdziesiątych.

Ścieżka zawężona została do tych wydestylowanych z "The Fat Of The Land" brzmień, które najsilniej kojarzyły się z punkowo-cyrkowym, ale i na wskroś brytyjskim wizerunkiem Flinta. Próbą takiej kontynuacji był skazany na zapomnienie singiel "Baby's Got A Temper" z 2002 roku. Nawet płyta "Always Outnumbered, Never Outgunned", którą Liam Howlett w 2004 roku w końcu odnowił The Prodigy, choć bez udziału żadnego z członków grupy, swymi kanciastymi bitami i krzykliwymi samplami silnie w duchu przypominała właśnie flintowe szaleństwa. Ostatecznie The Prodigy zdecydowali się na pełną ich celebrację przy jednoczesnym zanurzaniu się we własną przeszłość. "Invaders Must Die" przyniosło wesoło głupiutką i całkiem rozrywkową nostalgię, "The Day Is My Enemy" już jednak zawiodło jako całość przyciężka, niezbyt lotna i zdecydowanie zbyt długa. "No Tourists" na szczęście większość tych niedociągnięć naprawia.


Z ulgą odnotować należy, że album liczy tylko dziesięć utworów. Płyta jest kompaktowa, zabawna, nie sili się wzorem poprzedniczki na zbyteczną powagę, nie wydaje się wnosić pretensji do bycia czymś więcej niż muzycznym ekwiwalentem adrenalinowego strzału. Nie próbuje już eksperymentować i szukać różnorodności wzorem klasycznych albumów The Prodigy. Nawet na "Invaders Must Die" i "The Day Is My Enemy" mieliśmy chwile wytchnienia, jakieś momenty przełamania intensywnej atmosfery, "No Tourist" już w takie próby subtelności się nie bawi. Kanciaste rytmy, karuzelowe zapętlenia, lekka infantylność, rave'owa dynamika, echa drum'n'bassu, wszystko to się z sobą miesza w proporcjach, które nie pozwalają na pojawienie się irytacji. Materiał ten doskonale by się odnalazł jako stacja radiowa w Grand Theft Auto lub ścieżka dźwiękowa do Need For Speed. Nie znajdziemy tu ani nic odkrywczego, ani jakoś się wyróżniającego, ale jeśli "The Day Is My Enemy" potrafiło solidnie wymęczyć to w przypadku "No Tourists" nie ma powodu by nie odtworzyć sobie tej płyty raz jeszcze.

Szykowało się zestawianie "No Tourists" z "No Geography" ich niegdysiejszych konkurentów The Chemical Brothers. Szkoda, kontekst tego albumu uległ na zawsze tragicznej odmianie wraz ze śmiercią Keitha Flinta. Abstrahując jednak od wizerunku i popkulturowego znaczenia The Prodigy jego wkład w muzyczny aspekt grupy zawsze był tylko niewiele więcej niż symboliczny. Ale Flint był i będzie przede wszystkim ikoną, o przyszłość więc The Prodigy w formie którą pomógł ukształtować można być chyba spokojnym. 6/10 [Wojciech Nowacki]

2 kwietnia 2019


THOM YORKE Suspiria, [2018] XL || Wartościowanie ścieżek dźwiękowych przynosi szereg trudności. Muzyka zawsze posiadać będzie jakiś kontekst, ale jeśli w pierwszym rzędzie jest muzyką ilustracyjną to kontekst ten jest tak ciążący i jasno nakreślony, że nie sposób się do niego nie odnieść. Nawet jeśli zdecydujemy się na jego świadome pominięcie to już poprzez samo dokonanie takiego wyboru przyznajemy mu istotną wagę. Podejście do "Suspirii" bez znajomości filmu wydaje się z jakiegoś powodu już na starcie doświadczeniem wybrakowanym i problematycznym. Łatwiej jednak uchwycić inne pole interpretacyjne. Czy ten dwupłytowy album jest w istocie najlepszym solowym dokonaniem Thoma Yorke'a?

Pułapką związaną ze słuchaniem "Suspirii" jest wyobraźnia. Dobrą muzykę instrumentalną poznajemy po tym, w jaki sposób ewokuje ona w naszej myśli obrazy. Ba, w przypadku Yorke'a i Radiohead nawet opatrzone konkretnymi słowami piosenki oferują naszej wyobraźni dodatkowe warstwy sięgające daleko poza zwyczajną lirykę. Słysząc wszystkie wplecione tutaj stukoty, pogłosy, skrzypnięcia natychmiast podlegamy upiornie panicznej atmosferze "Suspirii" i snuć zaczynamy własne obrazy. Ale ale, obraz ten już istnieje w postaci filmu, odbierana jest nam zatem swoboda, cokolwiek sobie nie wyobrazimy będzie fałszem w zestawieniu z oficjalną wykładnią filmu. Ścieżki dźwiękowe Mogwai łatwiej odbierać jako w miarę autonomiczne jednostki, ale nad "Suspirią" jaszczurcze spojrzenie Tildy Swinton unosi się silniej niż klapnięte oczko Yorke'a.


Najbardziej fascynujące w tym pieczołowicie rozpisanym materiale jest to, że z łatwością by można z niego wyodrębnić przynajmniej kilka zupełnie różnych mini-albumów lub epek. Z teatralnym ambientem i field recordingiem, z neoklasycznymi kompozycjami zaaranżowanymi na motoryczne pianino, z filmowymi i eksperymentującymi zarazem orkiestracjami, z postapokaliptycznymi pejzażami, z pustynną psychodelią, z sakralnymi chórami, z wariacjami na temat Twin Peaks, wreszcie z bliskimi Radiohead i pięknie niebanalnymi piosenkami. Jednocześnie jednak wszystkie te odcienie układają się w absolutnie spójną całość, obszerną, niemal półtoragodzinną, trzymającą w nieustannym napięciu. Całkiem zresztą dosłownym, w końcu mówimy o ścieżce dźwiękowej do horroru. Bardziej to jednak Kafka niż Lovecraft, bardziej duszne poddasze pełne pamiątek i artefaktów z dachami miasta i rozgwieżdżonym niebem prześwitującymi przez pokrzywione dachówki niż wilgotna piwnica.

Bezbłędna ta całość potwierdza w całej rozległości znany już talent i rosnącą wszechstronność Yorke'a jako kompozytora, pieśniopisarza, producenta, aranżera. Nawet te kilka zawartych na "Suspirii" piosenek pozwala nam się solidnie zadumać, z łatwością znaleźć by się bowiem mogły na płycie nowej inkarnacji Radiohead, nie stoi za nimi jednak zespół, lecz jeden tylko człowiek. Wzdragam się przed nazywaniem "Suspirii" najlepszym jego solowym dziełem. Ale jeśli "The Eraser" brzmiał jak stacja pośrednia między "Hail To The Thief" a "In Rainbows" Radiohead a "Tomorrow's Modern Boxes" rozwijając najbardziej awangardowe elementy elektroniki "Kid A" mogło być zbyt hermetyczne, o tyle "Suspiria" na swój sposób może faktycznie okazać się powszechnie najprzystępniejszym albumem Thoma Yorke'a. 8/10 [Wojciech Nowacki]

31 marca 2019


A PERFECT CIRCLE Eat The Elephant, [2018] BMG || A Perfect Circle uniknęli losu bycia spin-offem Toola, zdobywając sobie, niezbyt rozległą przecież dyskografią, pozycję niemal kultową. Na swój sposób był to idealny zespół przełomu lat dziewięćdziesiątych i zerowych. Odpowiednio alternatywny, odpowiednio rockowy, odpowiednio ambitny, odpowiednio popowy, odpowiednio gniewny i kojący zarazem. Odpowiednio też amerykański, o czym niekoniecznie pamiętamy, lub i niekoniecznie rozumiemy. Amerykańscy żołnierze słuchający A Perfect Circle gdzieś na misji w Iraku lub Afganistanie? True story. W dziś wspominanej niemal z nostalgicznym rozrzewnieniem bushowskiej rzeczywistości powstało i "Riot Act" Pearl Jamu, i enigmatyczne płyty A Perfect Circle, ale jeśli ci pierwsi wiekiem pewnie zmęczeni dzisiaj milczą to powrót tych drugich zasadniczo nie dziwi.

Zwłaszcza że i od strony muzycznej zawsze byli konceptem nienachalnie atrakcyjnym i poniekąd ponadczasowym. Chwytliwości ich własnych kompozycji, ale też coverów, nie można im odmówić i ten aspekt A Perfect Circle jest oczywiście na "Eat The Elephant" nadal eksplorowany. Płyta przyjemnie przepływa, poszczególne jej cząstki wpadają w ucho, choć nie zawsze z właściwych powodów, ale lepiej zbytnio się nie wgłębiać w poszukiwanie stojącej za nimi większej wagi. Album utrzymany jest w jednym, imponująco kroczącym, ale w ostatecznym rozrachunku sennym tempie. Najsilniej punktowany jest właśnie dźwiękami pianina, które już w otwierającym płytę utworze tytułowym, w połączeniu z szurającą perkusją, kreślą atmosferę całości.


Jeśli pojawiają się tu gitary to najczęściej właśnie w duchu radiowej alternatywy przełomu wieków, co na szczęście tworzy nadal dość ponadczasowy efekt. Niektóre rozwiązania melodyjne są lekko zbyt banalne, okazjonalnie pojawiają się echa macho-new-metalu, ale nie ma tu mowy o żadnych zaskoczeniach. Bardziej agresywna konkluzja refrenu rozbrzmiewa tylko w "TalkTalk", "The Contrarian" zaś wydaje się nawet lekko eskalować, flirtując jednocześnie z czymś na kształt elektronicznego dark-folku. Reszta zaś to głównie przyjemnie wyprodukowany i, zwłaszcza w zestawieniu z pierwszymi płytami A Perfect Circle, tylko okazjonalnie naprawdę przebojowy podkład pod zwodnicze słowa Maynarda Jamesa Keenana. Śpiewa bowiem o rzeczach ważkich, odnieść więc można wrażenie, że używa wielu wielkich słów, tymczasem nawet w piosenkach z nieodgadnionych powodów sięgających pięciu, sześciu minut są to głównie repetycje i proste slogany.

Słysząc rzeczy w rodzaju Thoughts / And prayers / Adorable ma się pełne prawo do przewracania oczami, zarówno humor, jak i obserwacja rzeczywistości są tu trafne, choć może i przyciężkie, ale A Perfect Circle udaje się to wszystko zbalansować w przyjemną całość. Choć oczekiwania mogły być większe, "Eat The Elephant" jest powrotem udanym, po prostu w żaden sposób nieekscytującym. 6.5/10 [Wojciech Nowacki]

18 marca 2019


JOHN GRANT Love Is Magic, [2018] Bella Union || Single potrafią zmylić. Syndrom ten szczególnie daje się we znaki w przypadku albumów silnie wyczekiwanych, zwłaszcza jeśli obiektywne ku temu powody przykryte są ciepłym kocykiem osobistego afektu. Cat Power wyszła z tej sytuacji obronną ręką od samego początku tonując oczekiwania względem wycofanego "Wanderer". Anna Calvi zaniepokoiła nieco zbyt ładnymi i radiowymi singlami, gdy tymczasem "Hunter" okazał się być wypełniony kompozycjami znakomicie niebanalnymi. Zapowiedzi "Love Is Magic", łącznie z utworem tytułowym, cóż, również lekko zaniepokoiły.

Jasne, "He's Got His Mother's Hips" to niezobowiązująco fajna piosenka, ale zarówno w kategoriach taneczności, jak i humoru, John Grant miał już lżejsze dokonania. "Touch And Go", "Is He Strange" i "Love Is Magic" zbyt mocno jednak zwracały się w stronę soft-rockowych ballad dla dojrzałych, co też zdarzało się Grantowi niejeden raz w przeszłości, lecz zawsze albo z lekką nutą pastiszu, albo z całkiem poważną i niezwykle silną emocjonalnością ujętą w zjawiskowe kompozycje. Single więc, choć ładne, zjawiskowością się nie popisywały. Soft-rockowe również są tylko pod względem melodyki i produkcji, zamiast gitar uświadczymy w nich bowiem ejtisowe syntezatory i zduszony wokalny pogłos. Czy zatem kryzys wieku średniego, który znalazł się w tytule poprzedniego albumu "Grey Tickles, Black Pressure", tutaj dopadła Granta na serio?


Otóż nie, utwory te nie są na szczęście dla płyty "Love Is Magic" reprezentatywne, jeśli coś w nich wskazuje na charakter albumu to jest właśnie owa charakterystyczna surowość elektroniki. Mniej lub bardziej taneczna elektronika dla Granta obczyzną nie jest, "Pale Green Ghosts" było znakomitym albumem nieprzypadkowo spowitym brzmieniami charakterystycznymi dla GusGus, współpraca z Hercules & Love Affair przelała się lekko na "Grey Tickles, Black Pressure" jako jeden z elementów różnorodności tej płyty. Na "Love Is Magic" wydaje się, że największy wpływ miała praca nad "Mr Dynamite", wydanym parę miesięcy wcześniej albumem projektu Creep Show , w którym Grant połączył siły z triem Wrangler, niszowo pływającym po wodach surowego elektro.

Otwierające całość "Metamorphosis" wydaje się wprost kontynuować wątki napoczęte z Creep Show, będąc jednocześnie początkiem płyty dość ciężkiego kalibru. Nieokrzesane, balansujące na granicy nieprzyjemności syntezatorowe brzmienie rozpościera się na przestrzeni niemal sześciu minut, będąc tylko podkładem dla pozornie chaotycznego strumienia świadomości Granta. Singlowe "Love Is Magic", łagodne, piosenkowe, ale i z unoszącym się nad nim delikatnym zapachem antydepresantów nabiera zatem na drugiej pozycji nowego sensu, choć sporo mglistego czasu musi upłynąć zanim dotrzemy do najciekawszej, środkowej części płyty. "Preppy Boy" wreszcie przynosi ożywienie wraz z duchem Hercules & Love Affair przefiltrowanym przez śmiesznostki Granta, "Smug Cunt" oferuje bodajże najsilniejszy na płycie refren, "Diet Gum" zaś paradoksalnie okazuje się być swoistym centrum albumu.

Ten ponad siedmiominutowy i niemal kreskówkowy spoken-word jest totalnie przegadany, ale dzięki typowemu, sarkastycznemu poczuciu humoru Granta sprawdza się doskonale. Jego zmysł obserwacji i krytyki rzeczywistości jest tu też obecny, filtrowany przez głęboko osobiste, queerowe jej postrzeganie, ale jeśli we frenetycznym, pełnym absurdów codzienności "Metamorphosis" przyznaje się do pochłonięcia sobą, to jednak zarówno jego osobowość, jak i zwyczajowy talent kompozytorski wśród tych niewielu, lecz zbyt długich i sennych piosenek jakoś się tym razem wytracają. "Love Is Magic" to silna i zdecydowana płyta, choć zarazem pierwsza na której pojawiają się jakiekolwiek niedociągnięcia. Wbrew więc uniwersalnemu tytułowi niekoniecznie nadaje się do pierwszego kontaktu z jednym z największych pieśniopisarzy naszych czasów. 7.5/10 [Wojciech Nowacki]

21 lutego 2019


CAT POWER Wanderer, [2018] Domino || Cat Power jest pełna lęków, ale swój nowy album otoczyła nieprzeniknionym murem pewności siebie. Pragnienie wytwórni by na następcy "Sun" Chan Marshall brzmiała "bardziej jak Adele" to być może miejska legenda, ale ich rozczarowanie przy pierwszym kontakcie z nowym materiałem łatwo sobie wyobrazić. A nawet przeżyć je samemu. Pozbawione ograniczeń brzmienie "Sun" można uznać za niemożliwe do kontynuowania bądź duplikowania, stąd nie dziwi zabieg, który zastosowała i znajdująca się w identycznej sytuacji Feist, czyli zwrot w stronę brzmieniowego i po części kompozycyjnego minimalizmu. "Wanderer" w tym kształcie został jednak odrzucony przez wytwórnię, ale naturalnie bezkompromisowa Cat Power znalazła mu nowy dom, problem recepcji płyty przenosząc o krok dalej, na swoich fanów.


Uczciwie przyznać trzeba, że najlepszym utworem jest ten najczystszy i najbardziej przypominający brzmienie "Sun". "You Get" dzieli z tamtą wielką płytą ową zadziorną rytmikę, charakterystyczną melodykę wokalu oraz to podskórne poczucie złości o potencjale przerodzenia się w pozytywnie budujący przebój. Nawet słowa nothing like time wydają się być echem niemal-finałowej mantry z "Sun". W roli gościa na nowym albumie Iggy'ego Popa zastąpiła jednak Lana Del Rey, z innym, lecz równie czarująco udanym efektem. "Woman" to niemal doroślejsza, w skali albumu niemal epicka, odpowiedź na "Hey Girl" Gagi i Florence. Temat kobiecego koleżeństwa podany został tutaj prawdziwie udanym połączeniem wokali, w kombinacji o której nawet nie śniliśmy, że może się sprawdzić. Tymczasem ich głosy łączą się niczym dwie dobre whiskey w wybornie aksamitny blend. Wyróżnia się jeszcze "Stay", choć to dopiero mój małżonek rozpoznał w tej piosence cover Rihanny, co tylko przypomina nam jaki Cat Power ma talent do cudzych kompozycji.

Większość albumu, niedługiego zresztą, to bardzo skromnie zaaranżowane utwory, które z paru powodów ciężko właściwie zakwalifikować jako minimalistyczne, pozwalają zaś docenić w warsztacie Cat Power dwie rzeczy. Po pierwsze, obojętnie czy wiodącym instrumentem jest pianino czy gitara, każdy z instrumentów, łącznie z głosem, znajduje tu sobie miejsce do pełnego wybrzmienia. Produkcja nie pozostawia żadnych pustych plam i zbędnego igrania z ciszą. Instrumentarium może być skromne, ale nie znaczy to, że brzmienie jest surowe. Pozostaje ono głębokie i kojące, co tylko wzmaga poczucie, że piosenki Cat Power są plastem przeciwdziałającym codziennym lękom, obecnym stale, ale przynajmniej czymś przykrytym, rozproszonym.

Po drugie, pomimo małej skali pieśniopisarstwo Cat Power pozostaje na "Wanderer" zupełnie niezmienione. Z łatwością wyobrazić sobie można te piosenki w bogatszych, wyrafinowanych aranżacjach doskonale odnajdujące się na "Sun". Tym samym, Cat Power wyszła obronną ręką z manewru na którym poległa Feist, również wycofaniem i skromnością chcąca kontrować wielkość "Metals". Niestety, "Pleasure" okazało się albumem pełnym przeciągniętych, szkicowych kompozycji bez pomysłu, nad którym ledwie unosiło poczucie, że za płytą stać mogła jakaś większa, choć nieodgadniona idea. "Wanderer" niczego nie zmienia, nie jest nawet pozycją obowiązkową, lecz pokazuje, że czasem najlepszą rzeczą jaką można zrobić z muzyką to po prostu ją wydać. 7/10 [Wojciech Nowacki]

6 lutego 2019


MOUSE ON MARS Dimensional People, [2018] Thrill Jockey || Kolaboracje są najczęściej traktowane jako pobłyskujący dodatek, mający przyciągać uwagę bonus, marketingowy niestety chwyt. Konfrontacje na wspólnych albumach sprawdzają się najlepiej, Tortoise i Bonnie "Prince" Billy, St. Vincent i David Byrne, Nils Frahm i Ólafur Arnalds, Ulver i Sunn O))) to niemal osobna kategoria, nie zawsze w pełni satysfakcjonująca artystycznie i często pozostawiana na uboczu właściwych dyskografii, ale prawdziwie zderzająca rozdzielnie wartości. Znacznie częstsze w naszym codziennym muzycznym doświadczeniu są featuringi, lecz owe gościnne występy często okazują się albo przysłowiowym kwiatkiem u kożucha, albo zasłoną dymną. Na myśl przychodzi tutaj z miejsca najnowszy James Blake, im silniej nowy album zapowiadany jest w kontekście uczestniczących w nim gości, tym bardziej rośnie nieufność względem jakości materiału, słusznie z resztą.

Oczywiście mamy tu i kwestię muzyki z natury instrumentalnej, gdzie w ramach lub nowości, lub urozmaicenia, wprowadza się gościnnych wokalistów i o ile po takich The Chemical Brothers tego się właśnie oczekuje, o tyle, jak na ostatniej płycie Pantha Du Prince, naruszanie instrumentalnej stabilności może poważnie irytować. Mouse On Mars wynoszą na "Dimensional People" aspekt kolaboracji na zupełnie inny poziom. Chwytliwe nazwy jak Bon Iver, bracia Dessner z The National czy lider Beirut rzecz jasna z premedytacją przyciągają uwagę, nie ma tu jednak mowy o festiwalu osobowości. Muzycy pełnią rolę wymiennych modułów, autonomicznych części swobodnie do siebie nawiązujących, pod narracyjną kuratelą niemieckiego duetu synchronizujących się w niepozbawioną niedociągnięć, ale całkiem fascynującą jedność. Kolaboracja z naddatku staje się tu podstawowym instrumentem służącym do nagrania płyty.



Całość plasuje się gdzieś pomiędzy zarejestrowanym na żywo mixtapem, strumieniem świadomości a koncertową suitą. Podziały między poszczególnymi ścieżkami są umowne i arbitralne, pozornie niekompatybilne ze sobą fragmenty łączą się czasem w wyróżnialne części, choć żadna nie osiąga poziomu rozdzielonego na trzy części utworu tytułowego. Jeśli na albumie, zwłaszcza w jego drugiej części, brakować może skupienia i kierunku, to dwie części "Dimensional People" obiecują naprawdę wiele. Rozedrgany, maszynowy bit, dęciaki, jazzowa sekcja rytmiczna, szarpiąca gitara wciągają wielością tekstur, krautowym zapętleniem i pączkującymi mikrodźwiękami. Utwór lekko się wycisza, napięcie niemal micro-house'owo się redukuje, sugeruje zbieranie sił przed kolejnym wzlotem. Następuje jednak część trzecia będąca praktycznie tylko gaworzeniem Justina Vernona na modłę ostatniej, nieszczęsnej płyty Bon Iver. Wtórność jego maniery jest męcząca, na szczęście do tej przedziwnej całości jakoś zapada.

Dalej bowiem otwierają się wrota przez które przechodzi autentyczny, bagienny folk, afrobeat i dubowa rytmika, pełen harmonii pop lat sześćdziesiątych, spoken-word, anty-muzyka w stylu późnej Björk, fuzja jazzu i hip-hopu niczym od Flying Lotus, wszystko to świetnie podszyte post-rockiem rodem z lat dziewięćdziesiątych. Mouse On Mars stali wtedy blisko Tortoise a na płycie "Dots And Loops" Stereolab ich ówczesne podejście do kolaboracji zaowocowało totalną fuzją brzmień obu formacji. Wtedy też, w 1997 roku, ich własny album "Instrumentals" okazał się ostatnim w pełni udanym dokonaniem Mouse On Mars, zanim z wolna nie zaczęli eksperymentować z elektroniką i hip-hopem, nie zawsze ze słuchalnymi efektami. "Dimensional People" żadnym powrotem do przeszłości nie jest, ale najbardziej ich satysfakcjonującą płytą od lat z pewnością. 8/10 [Wojciech Nowacki]

31 stycznia 2019


FEVER RAY Plunge, [2017] Rabid || Przyznać, że nie lubi się debiutanckiego albumu Fever Ray dość powszechnie przyjęte być musi jako szokujące wyznanie. Nie chodzi bynajmniej o jakąś antypatię, raczej o zarzut jeszcze bardziej nawet zapierający fanom dech w piersiach. Otóż płyta ta zawsze wydawała mi się po prostu nudna. Poszczególne kompozycje brzmią dziś bez wątpienia klasycznie, świetnie sprawdzają się na ścieżkach dźwiękowych i nie można odmówić im atmosfery, ale jako całość "Fever Ray" była zbyt jednorodna, zbyt oswojona i jakaś taka nieangażująca. Zupełnie jakby kluczem do Fever Ray było wykrojenie ładnych, świetnie wyprodukowanych, ale najłagodniejszych i najnudniejszych piosenek z twórczości The Knife.

Kluczem do The Knife zawsze jednak z kolei była ciągła reinwencja brzmienia. "Shaking The Habitual" już było materiałem dość szokującym, nie pozostawiającym nikogo w obojętności. "Shaken Up Versions" jeszcze zwiększyło ten poznawczy dysonans prezentując nie tylko ten sam, ale i starszy materiał w późniejszych, koncertowych aranżacjach. Radykalne modyfikowanie własnych kompozycji pozwoliło unaocznić jak płynną są w istocie materią, pozbawioną jednej i definitywnej formy. Fever Ray naturalnie odziedziczyła to samo podejście, choć w ciągu wielu lat od wydania jej solowego debiutu można było mieć wątpliwości czy kiedykolwiek dojdzie do jego realizacji. Gdy Karin Dreijer ruszyła z "Plunge" w trasę koncertową nawet ja nie mogłem ominąć wyjątkowej okazji zobaczenia Fever Ray na żywo. Świetny i angażujący występ tylko potwierdził siłę nowego albumu, ale zgodnie z przewidywaniami pozwolił też odkryć na nowo ten debiutancki.


I want to run my fingers up your pussy to slogan w tak nieznośnie oczywisty sposób chwytliwy, że w żywym wykonaniu po prostu nie mógł się nie sprawdzić, ale "To The Moon And Back" to w istocie kwintesencja nowej odsłony Fever Ray. Wyjątkowo optymistyczna, budująca piosenka, atrakcyjnie wielowarstwowa w sferze rytmicznej, pokazuje Fever Ray pozytywną jak nigdy, silnie też cielesną, zamiast zwyczajowo eteryczną. Cielesność manifestuje się już w otwierającym album "Wanna Sip", I kinda got hooked on your scent rozbrzmiewa na tle muzyki o subtelności nalotu bombowego, która natychmiast budzi z letargu debiutu. Wydawać się może zresztą lekko nawet archaiczną, ale w uniwersalny, ponadczasowy sposób, szczególnie "An Itch" udanie łączy eurodance, industrial i typową dla Fever Ray wokalną melodykę. Snujące się brzmienie jej debiutanckiej płyty pojawia się natomiast i w eksperymentalnie popowym "Mustn't Hurry", i we wzbogaconym smyczkami "Red Trails".

Fever Ray nigdy nie była tak przebojowa, plemienne "IDK About You", choć surowe, to przecież jeden wielki hook, ale tym razem równie ważne są słowa. Przestrzenne "Falling" piętnuje jeszcze indukowane poczucie queerowego wstydu (She makes me feel dirty again / Making me feel I want too much / Making me feel it's enough), ale "A Part Of Us", brzmiące niczym soundcloudowa, eksperymentalna elektronika rozwinięta w chwytliwie pobudzający, pozytywny manifest, celebruje poczucie jedności, bezpieczeństwa i swobody nowych, tym razem wybranych rodzin (So proud / To be / A part / Of us / A chosen family / To love / To trust). Gdy w "This Country" Fever Ray ochoczo posługuje się kolejnym sloganem This country makes it hard to fuck przypomina nam się całkiem otwarta polityczność późnego The Knife. O ile "Shaking The Habitual" walczyło z kapitalizmem, o tyle "Plunge" walczy o seksualność. Album angażuje na tylu poziomach, że Fever Ray w końcu jest nie tylko czym ładnym do przesłuchania, ale wreszcie też czymś istotnym do wysłuchania. 8/10 [Wojciech Nowacki]

20 stycznia 2019


IGOR BOXX Fyodor, [2017] ToolBoxx || Spośród dotychczasowych albumów Igora Boxxa "Fyodor" wydawać się może stosunkowo najbliższy powrotowi do brzemienia debiutanckiego "Breslau", ale przede wszystkim pomaga uzmysłowić sobie jak znakomicie starzeją się wszystkie jego płyty. Najnowsza zatem, nawet jeśli sprawiać może wrażenie nieodgadnionej, jeszcze przez długi czas może odsłaniać kolejne swe warstwy, jeśli tylko da się jej ku temu szanse.


Koncepcyjność "Fyodora" jest bardzo silnie sugerowana, naturalnie więc myśli wędrują w stronę wyśmienicie historyzującego audio-wizualnego doświadczenia jakim było "Breslau". Czy zatem tym razem jest to opowieść o życiu Dostojewskiego? O jego bohaterach i niesionych nimi literackich tropach? Czyżby to kolejna podróż w czasie, tym razem do kamienicznego wieku dziewiętnastego zamiast do post-wojennych gruzowisk? A może gra ze wschodnioeuropejską melodyką i instrumentarium? Niekoniecznie. Mnogość stylistyk i motywów, które naturalnym sposobem pojawiają się na tej stosunkowo niedługiej przecież płycie, wraz z tytułami w których kryją się odniesienia do The Velvet Underground, The Chemical Brothers czy Pink Floyd, wskazywać mogą raczej na inny klucz. Nie ma ucieczki przed gigantami, nawet ich negacja jest przyznawaniem im znaczenia. Czym Dostojewski w literaturze, tym klasycy w muzyce, pozostaje zatem tylko oddać im honory, dopracowując jednocześnie własne brzmienie.

Które w przypadku nowego albumu Igora Boxxa jest z miejsca rozpoznawalne. Największą nowością jest całkiem optymistyczna wymowa niektórych kompozycji, co niekoniecznie zresztą oznaczać musi ich prostą piosenkowość. Wręcz przeciwnie, im dalej od początku płyty, tym mniej standardowych struktur, niezmiennie jednak przystępnych i różnorodnych. Niektóre eskalują, inne się zapętlają, słychać w nich i odrobinę kanciastego chaosu, i laboratoryjnej ciekawości, i teatralnej ilustracyjności, odnaleźć w nich można echa najróżniejszych stylistyk, do drum'n'bassowej rytmiki po symboliczne elementy (nu-)jazzu. Najlepiej chyba "Fyodor" prezentuje się w swych najsubtelniejszych momentach, jak w majestatycznym wręcz "A Gentle Creature" czy krystalicznie bliskim Boards Of Canada "Music For Monasteries". Nie znajdziemy tu apokaliptycznej jazzowości "Breslau", taneczności "Dream Logic", noirowej atmosfery "Delirium", ani nawet przebojowości wypchniętej swego czasu w ramy epki "1945", ale wyróżniające się brzmienie Igora Boxxa po raz kolejny zmaterializowało się w ponadczasową całość, która z czasem będzie tylko zyskiwać. 7/10 [Wojciech Nowacki]

28 grudnia 2018


ZOLA JESUS Okovi, [2017] Sacred Bones || Do Zoli Jesus od zawsze podchodzę ze sporą nieufnością i to nie tylko z powodu jej flagowego wręcz odwoływania się do słowiańskiego / rosyjskiego / "wschodnioeuropejskiego" pochodzenia. Mistyczna egzotyka kusi wizerunkowo, zwłaszcza w przypadku dusz, którym uwierać zdaje się niedostatek wyrafinowania własnej, amerykańskiej tożsamości. Każdy Amerykanin ma w końcu prawo odwoływać się do jakiegoś pochodzenia, pytaniem pozostaje, jak i kiedy zbilansować proporcje między tożsamością odziedziczoną po przodkach a nową, amerykańską. Wydawać by się mogło, że domniemana rosyjskość Zoli Jesus jest jeszcze rzeczą na tyle świeżą, że pozwala jej się kreować bardziej na Rosjankę urodzoną w Stanach niż Amerykankę rosyjskiego pochodzenia. Tymczasem, okazuje się, że i jej "prawdziwe" imię Nika Roza Danilova jest fikcją. Proszę Państwa, oto Nicole Hummel, która zapytana w wywiadach, cóż to właśnie czyta, odpowiada, że akurat "Mistrza i Małgorzatę", a i jej artystyczny pseudonim do najbardziej wyrafinowanych intelektualnie nie należy. To jednak zupełnie inny poziom artystycznej kreacji niż Lady Gaga czy Lana Del Rey, z problemami wielonarodowej tożsamości zaś znacznie lepiej radzi sobie Emika.


Nie pomagają też ani koncerty, intensywne, ale w swym ponurym monumentalizmie i scenicznym opętaniu dość wystudiowane, ani jednorazowe przejście pod skrzydła wielkiego wydawnictwa płytą "Taiga". Chęć wejścia do świata popu jest nawet całkiem zrozumiała, Zola Jesus zresztą na pierwszych swych wydawnictwa była na tyle eksperymentatorska, że przyznać trzeba, że nie było to jej ambicją od samego początku. Nieudane popowe próby mieli za sobą i Twin Shadow, i How To Dress Well, ale po fiaskach ich mainstreamowo orientowanych płyt nie tylko zwrócili się z powrotem w stronę bardziej niezależnych brzmień, ale też nagrali albumy ciekawsze i bardziej eksperymentujące niż ich dotychczasowe dokonania. Zola Jesus tymczasem powraca i do starego labelu, i do starych brzmień, nawet "Taigę" wpisując w kontekst bycia dla niej typową.

Najmocniejszą stroną "Okovi" pozostaje produkcja, klarowna, jasno zdefiniowana, intymna i monumentalna zarazem, doskonale się sprawdzająca przy dostarczaniu wielkich wrażeń w małych klubach. W kompozycje wkrada się jednak stagnacja. Elektronika w tle udanie i nowocześnie akcentuje dość czarno-białe nastroje, piosenki ciągle mają te chwytliwe akcenty, ale melodyka Zoli Jesus pozostaje zasadniczo niezmienna, co uwydatniania tylko jej charakterystyczny, silny i monotonny jednak wokal. Wszystko to już jednak było, od samej muzyki po oprawę graficzną nie ma na "Okovi" niczego, co w jakikolwiek sposób by zaskakiwało. Album ani nie męczy, ani nie przykuwa uwagi, zastanawiać zacząć się można czy kontynuacja "Taigi" nie przyniosłaby ciekawszych efektów, nawet jeśli nowa płyta jest i lżejszą, i gustowniejszą. Zola Jesus jest zatem ciągle pozostawionym bez odpowiedzi projektem Nicole Hummel mierzącej się na wielu poziomach z pytaniem o własną tożsamość. 6/10 [Wojciech Nowacki]

26 grudnia 2018


LIIMA 1982, [2017] City Slang || Debiut Liimy, czyli zasadniczo nagle zrelaksowanych Efterklang, faktycznie przyniósł poczucie uwolnienia się od zobowiązań, oczekiwań, tego zadumanego majestatu albumów pieczołowicie przygotowywanych pod uprzednim szyldem. O ile "ii" była raczej zwieńczeniem poszukiwań nowego brzmienia i entuzjastycznym zapisem nowo ujawnionych pokładów nieskrępowanej kreatywności (nieprzypadkowo zapewne jedna z kompozycji nosiła wcześniej roboczy tytuł "Weed Jar"), o tyle "1982", choć tylko rozwija odkryte na poprzedniku tropy, jest płytą, którą zestala brzmienie Liimy w ich własny, autorski język i spójną, wyróżniającą całość.


Jednocześnie grupa nie kryje się wcale z inspiracjami, które zdają się spontanicznie pączkować w ich głowach, ba, podają je wprost na dłoni, pinkfloydowy riff rodem z "Money" dał choćby przecież tytuł piosence "Roger Waters". "1982" jest w oczywisty sposób ewidentne, wystarczy rzut oka na nazwę, na okładkę, tym razem zarówno neonowe, jak i noir'owe lata osiemdziesiąte są po prostu motywem przewodnim spajającym klamrą całą płytę, w przeciwieństwie do kolażowo różnorodnego debiutu. Nie znaczy to bynajmniej, że "1982" nie jest zróżnicowany, ale już rozpoczynający go utwór tytułowy kreśli atmosferę utrzymującą się do samego końca. Wyobraźcie sobie świat z "Blade Runnera", ale z tlącymi się jeszcze resztkami życia. Jest w nim pewien spokój, majestat i przestrzeń, a choć muzyka może brzmieć syntetycznie to nawet nie zbliża się do bycia taneczną.

Najżywsze rytmicznie "People Like You" wywodzi się lekko ze współcześniejszej elektroniki, ale wraz z wejściem żywej perkusji przeradza się w rozbieganą post-punkową piosenkę. Vocoderowy wokal w "2-Hearted" może naturalnie irytować, ale ma sens o tyle, że utwór ten wydaje się być właśnie wariacją na temat popowego przeboju. Ejtisowy synth-pop najsilniej daje się we znaki w "Life Is Dangerous", brzmiącej jak muzyka do seksu z tej niezbyt chwalebnej dekady, zatem w tapirowych fryzurach i chmurze ciężkich perfum. To wszystko jednak tylko wahnięcia w tej szklanej przestrzeni, co najlepiej oddaje prawie siedmiominutowy "David Copperfield", niemal instrumentalny, z ową kruchą rytmiką i nagłym tąpnięciem, które w finale przynosi i prog-rockową zmianę tonacji, i elementy gospel. Reszta płyty to właśnie taki senny krajobraz z rysującymi się tu i ówdzie dziwnymi kształtami i nawet "Kirby's Dream Land" tylko tytułem sugeruje świat komiksowej wyobraźni Jacka Kirby'ego. Ciekawostka, najbardziej chwytliwym fragmentem jest naprawdę całkiem przebojowe "My Mind Is Yours", najkrótsze jednak na płycie i oddzielone ciszą od utworu ukrytego na samym końcu. Niedostępnego zresztą w wersji winylowej. Lśniąca tęczowym pobłyskiem płyta kompaktowa to w końcu kolejny kluczowy artefakt z lat osiemdziesiątych, nie dziwi więc jej dowartościowanie albumem tak nostalgicznym i autonomicznym zarazem. 8/10 [Wojciech Nowacki]

10 grudnia 2018


FOUR TET New Energy, [2017] Text || Jest coś niezmiernie kojącego w świadomości, że te same reguły, oczywiście w innej skali, działać potrafią w przypadku twórców indie-elektroniki, co u rockowych gigantów i stadionowych dinozaurów. Zatem najpierw zasłużony artystyczny i komercyjny sukces, wsparty entuzjazmem fanów i krytyki, potem faza eksperymentowania, prób modyfikowania własnego brzmienia z niekoniecznie satysfakcjonującymi efektami, by wreszcie ogłosić tzw. powrót do korzeni.



Owszem, jeśli weźmiemy pod uwagę regularne, długogrające płyty, które Kieran Hebden wydaje pod szyldem Four Tet, to "New Energy" faktycznie jest najlepszym jego albumem od "There Is Love In You", ale nie dajcie się zwieść nowej energii. Jest to raczej energia stara, odgrzana w letniej tylko temperaturze. Tym razem więc nic już nie irytuje, całość jest to przyjemna, ale ani nie wprowadza niczego nowego, ani nie porywa na wzór najlepszych spośród minionych dokonań Four Tet. Właściwy materiał sprawdziłby się zapewne lepiej jako epka, gromada krótkich przerywników nie ma tutaj bowiem żadnego innego celu niż wydłużanie i uprzyjemnianie całości, która przepływa w sennie komfortowej atmosferze.

Sam Hebden wydaje się być znacznie bardziej zrelaksowany, pozbawiony chęci eksperymentatorskiego czy rytmicznego popisywania się. "Two Thousand And Seventeen" to właśnie taki niespieszny chill bliski Bonobo, żywszy "Lush" brzmi z kolei jak Jamie xx chcący brzmieć jak Four Tet. "You Are Loved" bardziej przypomina jego ostatnie, kanciaste wcielenie i rytmiczne fascynacje, ale w takiej właśnie uprzyjemnionej wersji, która nie wydaje się dokądkolwiek zmierzać. "New Energy" jest zresztą, jak na Four Tet, płytą wyjątkowo minimalistyczną, ale kompozycyjnie zatrzymuje się gdzieś w połowie drogi. Konsekwentna celebracja minimalizmu mogła przynieść faktycznie całkowicie nowy rodzaj energii, co pokazuje choćby medytacyjny początek "LA Trance", upstrzony niestety później dość infantylnymi elektronicznymi blipnięciami, mającymi przypominać typową dla Four Tet melodykę. Szkoda, bo w końcówce czytelniejsze się stają echa Boards Of Canada. Najlepiej zatem sprawdzają się kompozycje najbardziej oczywiste, żywe, ale skromne i klarowne "Planet" oraz przede wszystkim chłodne, zaciekłe "SW9 9SL", niczym Burial pełne wielkomiejskich ech i w prosty sposób eskalujące. Z albumu na album kolejny więc krok w górę. 7/10 [Wojciech Nowacki]

8 grudnia 2018


CUT COPY Haiku From Zero, [2017] Astralwerks || Zamierzenie czy nie, udało się Cut Copy stworzyć album, który unosi się nieważko w przestworzach, bez napięcia, bez oczekiwań, w oderwaniu od wszelkich niuansów recepcji. Z perspektywy więc naturalną wydaje się konkluzja, że oto mamy do czynienia z najlepszą ich płytą. Na poprzedniej, "Free Your Mind", zbytnio się zapędzili w topornie dość przesłodzony über-pop, porzucając wcześniejsze próby stworzenia czegoś więcej. "Haiku From Zero" nawet swoją okładką pokazuje, że nie chodzi już o neonowe fajerwerki, ale coś niewymuszonego, niby przypadkowego, oplecionego jakimś tajemnym kodem.


Tajemnicą ale nie jest, że każda z dziewięciu kompozycji jest przebojowo, choć i niebanalnie chwytliwa. Wstrzemięźliwość w ilości utworów jest zresztą zawsze wyraźną zaletą, plus minus dziesiątka pokazuje zdolność selekcji i skupienia zespołu. Jednocześnie zaś ten akurat album nie wydaje się bynajmniej krótki, atrakcyjność materiału nie oznacza bowiem, że są to standardowe, trzyminutowe przeboje. Płyta układa się w niemal mixtape'ową całość, jednocześnie różnorodną i komplementarną. Oczywiście, stosunkowo najłatwiej wskazać świetne "Airborne", nieznośnie słoneczne w duchu ostatniego Washed Out, bardziej typowe dla melodyki Cut Copy i pokłaniające się latom osiemdziesiątym "No Fixed Destination", czy kroczące, niemal house'owe i bliskie tanecznej odsłonie Yeasayer "Memories We Share".

Pozostałe piosenki jednak pod względem jakości im nie ustępują, w zależności od tego, jaki zabieg produkcyjny czy kompozycyjny przyciąga naszą uwagę, każda ma potencjał pozostania z nami na dłużej. Stopniowo jednak staje się jasnym, jak żywą jest ta płyta. Nie ma tu już zasadniczo mowy o synth-popie, nawet najbardziej taneczne aspekty zawdzięczane są na "Haiku From Zero" rytmicznej gitarze, wspomaganej często naturalnie żywym basem, perkusją, czasem nawet retro-klawiszami. I choć te lekkie, bezpretensjonalne piosenki są niezaprzeczalnie przebojowe, to wzorem tego, co Cut Copy na tej płycie osiągają jest już linearne, zapraszające "Standing In The Middle Of The Field", stopniowo budujące napięcie, jednocześnie chwytliwe i eksperymentujące, bliskie zarówno ambitniejszej, jak i popowej elektronice. Bardziej więc wariacja na temat tanecznej piosenki niż typowy przebój. Niezauważalnie, ale Cut Copy, przynajmniej na razie, odnaleźli swoją perfekcyjną niszę. 8/10 [Wojciech Nowacki]

30 listopada 2018


NOSOWSKA Basta, [2018] Kayax || Wszystko wokół Katarzyny Nosowskiej wydaje się być teraz trudne. Nie tylko sama nowa jej solowa płyta jest analizowana i poszturchiwana z każdego możliwego kąta, ale i jej osoba, książka, słynny już Instagram, muzyczna wrażliwość, literackie umiejętności, granice między artystyczną kreacją a życiem prywatnym. Na swój sposób "Basta" jest odpowiedzią na atak, który sama prowokuje, gmeraniem w ranie palcem służącym potem do wytykania oponentów. "Basta" uwiera, drażni, może, nawet chce odrzucać. Chcemy czy nie, artystyczna wypowiedź musi czasem prowokować, więc, cóż, mission accomplished.

Nikt się nie kończy i nikt się nie zaczyna, Nosowska jako tekściarka to fenomen. Jasne, wieku nie wypominając, jest już na scenie zbyt długo, żeby cieszyć się taryfą ulgową od mile w towarzystwie widzianego kopania po kostkach. Wyrastające klony nosowszczyzny tylko jednak pokazują jaka siła tkwi w jej lirycznej plastyce i w zasobach polskiego języka. Chodzi o te codzienne kolokwializmy, słowa, frazy, nawet całe dialogi, tak swojskie, tak znajome, ale jakoś nikt wcześniej nie pomyślał, żeby z taką łatwością wykorzystać je tekstach. A Nosowska pomyślała. Nowością na "Baście" jest za to świdrujący brak. Brak humoru, tej charakterystycznej, groteskowej ironii, która wcześniej podobne nawet tematy ocieplić potrafiła zabawnym podtonem. "Basta" jest bowiem manifestem znużenia, dość silenia się na żarciki, fasada opada a krajobraz oczom się ukazuje niewesoły.

Płyta jest wręcz klaustrofobiczna, "Basta" dusi zamknięciem w mieszkaniu, w rodzinie, w pętlach codzienności. Nosowska zawsze świetnie oddawała te nasze introwertyczne frustracje, lecz tym razem otwartość ta jest tak niewygodna, tak niezręczna, że dochodzi niemal do odwrócenia biegunów, jakby nie strach przed śmiertelnością był tym razem problemem, ale przed życiem właśnie.


I odpowiada temu warstwa muzyczna. Nie znajdziemy tu wiele przyjemności, za to sporo rozdrażnienia, monotonii, kłującej niewygody. Granica między kreacją a niezamierzonym efektem jest jednak tutaj bardzo cienka. Nie chodzi wcale o "cięższą" elektronikę czy nawet o "pójście w hip-hop", ale o fakt, że muzyka jest tu najczęściej albo minimalistyczna, albo archaiczna. Surowa, hip-hopowa rytmika najczęściej przypomina soundcloudowe dema i zdecydowanie ujednolica brzmienie albumu, choć monotonia ta wpisywać się może w ową niewygodną wymowę płyty. W najlepszych momentach ten smętny minimalizm zbliża się do tego, co w instrumentalno-elektronicznym hip-hopie robią Nosaj Thing i Lorn. Z drugiej zaś strony elektroniczne rozwiązania okazują się dość archaiczne, czasem przypominając, hmm, przedostatnią solową Chylińską, ale czasem też efektownie płyną na efekcie "tak złe, że aż dobre". Weźmy "Brawa dla państwa", jeden z najlepszych fragmentów płyty, praktycznie eurodance'owy z Nosowską w roli jednoosobowego 2 Unlimited, pokrywającą zarówno quasi-rap, jak i skandowany refren.

Prawdziwe duety sprawdzają się całkiem nieźle, zwłaszcza damsko-męski dwugłos w "Mówiła mi matka". Innym kluczowym momentem jest też "Kto ci to zrobił?", kroczące, narastające i z bardziej heyową melodyką. Wszystko to jednak tylko się kotłuje, gotuje, by wylać się w, nomen omen, finałowym "Dosyć". Jeśli Nosowska, od czasu do czasu operująca malowniczo poetycką dupą, sięgnąć musiała w końcu po poważniejsze wulgaryzmy, łącznie z naszą koronną kurwą, to właśnie tutaj. Frustracje i czająca się dość wyraźnie na płycie przemoc prowokują ostatecznie ten pasywnie agresywny wyraz oporu. Prosty, efektowny i łatwy do utożsamienia się. "Basta" jest przecież o nas wszystkich, nie tylko zaś o Katarzynie Nosowskiej. Inaczej zaniepokoić by nas musiał fakt, że poprzedni jej album kończył się słowami Musisz tu przyjść, ten zaś wysyczanym Gadać mi się nie chce.

Czyli może to jednak ironia, w końcu "Basta" to całkiem dosłownie jej najbardziej przegadana płyta. Ale nie ma potrzeby doszukiwać się w solowych albumach Nosowskiej ciągu przyczynowo-skutkowego. O ile płyty Heya wydawały się zawsze w jakiś sposób reakcją na siebie, o tyle solowa Nosowska jakby za każdym razem debiutuje, redefiniuje się, odkrywa na nowo. "UniSexBlues" wyrasta po latach na najlepszy jej album i cudo polskiej alternatywy, które zainicjowało jej bromance z Marcinem Macukiem z czasem odmieniający i twórczość Heya. "Osiecka" coraz silniej olśniewa ponadczasową stylowością, "8" zaś dojrzałością i pięknymi aranżacjami, choć z tego ostatniego akurat niewiele zapamiętaliśmy. "Basta" w pamięć się wrzyna, lecz o starzenie się jej brzmienia można mieć już obawy. Nieprzekonanych jednak ukoić powinna myśl, że czymkolwiek będzie kolejna solowa Nosowska powinno być to znów coś innego. 7.5/10 [Wojciech Nowacki]

27 listopada 2018


KAMP! Dare, [2018] Agora || Po latach niknie w pamięci to lekkie westchnięcie rozczarowania, które towarzyszyło wydaniu długogrającego debiutu Kamp! Dziś płyta ta brzmi zaskakująco klasycznie, ale czy można mówić o zaskoczeniu w przypadku kariery tak pilnie obserwowanej przez zmieniającą się publiczność i konfrontowanej z ciągłymi oczekiwaniami? "Kamp!" z perspektywy czasu wydaje się być pierwszym sprawdzianem w temacie albumu, wątku wyraźnie kontynuowanym przez "Ornetę". Zupełnie jakby druga płyta nauczyć nas miała, że dobry album nie musi być kolekcją przebojów, ale stylową całością dającą muzyce należną jej przestrzeń. Kamp! miał wprowadzić elektronikę na polskie popowe salony, ale misją poboczną okazało się dowartościowanie długogrającej płyty.

Być może z tego też powodu oczekiwania wobec Kamp! przesunęły się w stronę ich koncertów, jako dostarczycieli przebojów znanych i lubianych, zupełnie jakby na trzecią płytę już się niespecjalnie czekało. Chcieliście przebojów to macie przeboje, Kamp! zdają się pokazywać na "Dare", ale i tym razem robią to na swoich warunkach, trzeci ich album nie jest też bynajmniej tym czego oczekiwano po dwóch pierwszych. Wyobraźcie sobie raczej dziewczęta z rozwianym włosiem, w słonecznych kapeluszach i słonecznych okularach, zmierzające z walizeczkami na kółkach na Coachellę. Do takiego właśnie obrazu "Dare" jest idealnym soundtrackiem.


Płyta tchnie festiwalowością, Kamp! nie pogardzają klubami, ale mierzą wyraźnie na sceny letnich festiwali. Teksty tak trochę o niczym, ale odpowiednio pozytywne, muzyka na ogół beztroska, lecz z rozmachem, pełno w niej odniesień do lat osiemdziesiątych i wczesnych dziewięćdziesiątych, czasem do bardziej współczesnego alt-r'n'b z hip-hopową rytmiką, czasem do ech belearycznego chillwave'u,  tu i ówdzie zabrzmi a to vocoder, a to innego rodzaju wątpliwy zabieg aranżacyjny. Atmosfera ta została naprawdę bezbłędnie odtworzona, problem w tym, że poszczególne piosenki, zwłaszcza w drugiej połowie płyty, stają się w swej masie dość nierozróżnialne i zbyt znajome zarazem. Ciekawiej robi się wtedy, gdy Kamp! pozwalają pełniej rozbrzmieć elektronice, w przeciwieństwie jednak do "Ornety" warstwa instrumentalna wiele miejsca tu sobie nie zdobywa. Fun fact: mój małżonek słysząc "Dare" myślał, że z jakiegoś powodu słucham Savage Garden, faktycznie zatem zbliżamy się tu do cukrowo-popowego ideału.

Ideału, który najlepiej sprawdza się w singlach. "F.O.M.O." wydawać się może zbyt wesolutkie, ale okazuje się być piosenką bardzo chwytliwą. "Don't Clap Hands" natomiast zaskakująco gustownie i wciągająco sięga po estetykę wczesnych lat dziewięćdziesiątych, z pokorą przypominającą ostatnią płytę Little Dragon, ale wreszcie konfrontuje ją w wyraźniejszą house'ową rytmiką. Najbardziej satysfakcjonuje jednak "Dalida", w końcu z większą dozą przestrzeni wędrująca po meandrach tanecznej elektroniki ostatniej dekady, wprowadza tak potrzebną płycie chwilę wytchnienia, całkiem intrygującą, choć tracącą niestety początkowo obiecujący impet. Wracamy więc znów do kwestii oczekiwań, chcąc posłuchać bowiem świetnej i wciągającej elektroniki sięgnąć trzeba (trzeba!) po We Draw A. Kamp! to ani muzyka dla Kowalskiego, ani techno, ani żadna wyrafinowana lekcja z muzycznego obycia dla narodu. Pozostaje zatem odciążyć trio od splotów oczekiwań i ambicji oraz docenić jasno tym razem obrany cel. 6/10 [Wojciech Nowacki]

23 listopada 2018


EVERYTHING EVERYTHING A Fever Dream, [2017] RCA || Everything Everything mają wielką, wszechogarniającą nazwę i dążą do wielkiego, szerokiego brzmienia. Bynajmniej niebezpodstawnie i naprawdę szkoda, że nadal nie osiągają należnej im i zasłużonej rozpoznawalności. Przyznać jednak trzeba, że balansują na granicy słuchalności, gęste brzmienie i, cóż, specyficzne wokale mogą przysłonić fakt, że Everything Everything to jedna z najbardziej przebojowych i na swój sposób najmądrzejszych grup z kręgu indie-rocka. Czymkolwiek ten krąg właściwie jest. "A Fever Dream" przynosi dalsze umocnienie brzmienia zespołu, ale ujednolicanie niekoniecznie musi pomagać zespołowi, który wyróżniał się właśnie różnorodnością i niemal chaotyczną nieprzewidywalnością.

Dawna kolażowość zdaje się być odpowiedzialna za dość wyraźny zwrot w stronę math-rocka, stąd też okazjonalne wrażenie obcowania z Foals na zwolnionych obrotach. Przynajmniej w warstwie muzycznej, Jonathan Higgs nadal bowiem cedzi słowa z dość oszałamiającym natężeniem. Album może wydawać się prześpiewany, okazjonalnie jednak rozbrzmiewa twardsza gitara, efektowne instrumentalne mostki, nawet zręcznie połamana, żywa perkusja, mamy więc punkty dostępu, które pozwalają odkryć nam złożoność piosenek Everything Everything. Pod względem jednak ogólnej atmosfery są całością dość jednorodną i zbitą w charakterystyczną dla nich pozorną zabawność / zabawowość, kontrastowaną z mocnymi słowami.


Zatytułować piosenkę "Night Of The Long Knives" może być bardzo niebezpiecznym gestem, na szczęście nie dochodzi tu do taniego szokowania i tekst okazuje się być gustownie wstrzemięźliwym. Niekoniecznie zatem można się od razu domyśleć jak polityczną jest ta płyta. Od kryzysu lokalnych społeczności, przez Brexit i uchodźców, aż po wiadomą prezydenturę. Szkoda więc, że słowa w rodzaju I'm tiredAnd you are ridiculous / God for a clown and a clown for a pig czasem giną w jednolicie umiarkowanym nastroju piosenek. Stąd też niespodzianką nie jest, że najefektowniej wypadają te najbardziej taneczne. Synth-popowe "Can't Do" obezwładnia przebojową, house'ową rytmiką, tytułowe "A Fever Dream" zaś najpierw zwodzi poetyckim, balladowym wstępem, by przekształcić się w prostą kompozycję opartą na wciągającej, tanecznej motoryce i pierwotnych repetycjach.

Dramaturgia, po raz kolejny zresztą, poprawia się w końcówce płyty, w ogólnym rozrachunku jest tu jednak mniej niż dotąd ciekawostek. Stopniowe kompaktowanie własnego brzmienia i przekazu zapewnia spójność i niezmienną jakość materiału, droga ta jest więc z pewnością jedną z możliwości. Mamy tu też ślady drogi bardziej tanecznej i porywającej, szkoda po prostu, że Everything Everything, choć wydają się do tego całkowicie zdolni, nie znaleźli trzeciej drogi, własnej i prawdziwie zaskakującej. 7/10 [Wojciech Nowacki]