5 sierpnia 2019


Z okazji dwudziestopięciolecia albumu "Parklife" Blur wydali na dziesięciocalowym winylu oraz oczywiście w formie cyfrowej epkę "Live At The BBC". Niby tylko dwanaście minut, ale ileż zabawy! Sesje radiowe czasem brzmieć mogą niezręcznie i kończą się zanim zespół zdąży wczuć się w sytuację, ale młodziutcy Blur (materiał zarejestrowany został w 1994 roku) pełni są frywolnej energii, całość jest naprawdę świetnie wyprodukowana a "Girls & Boys" brzmi dziś chyba jeszcze bardziej aktualnie i ponadczasowo.


Dla tych, którzy jeszcze nie zdążyli się osłuchać z nowym solowym albumem Thoma Yorke'a nadeszła dodatkowa i szalenie atrakcyjna motywacja. Epka "Not The News Rmx" przynosi cztery nowe wersje najbardziej chyba emocjonalnie miętoszącego fragmentu płyty "Anima". Cieszy bardzo udział Marka Pritcharda, który wart jest ciągłego przypominania od czasu znakomitego albumu "Under The Sun", ale jeśli jego remiks wydaje się komuś niepokojący to poczekajcie tylko na folkowy horror, który przygotował Clark. Zdecydowanie w duchu jego wydanej tydzień wcześniej płyty "Kiri Variations", zasługującej tutaj na honorową wzmiankę.


Zarówno płyty, jak i trasy koncertowe Fever Ray to nieczęste wydarzenia, "Live At Troxy" zasługuje więc na szczególną uwagę. Sam miałem szczęście uczestniczyć w praskiej odsłonie trasy promującej "Plunge", mogłem więc naocznie się przekonać jak dobrym w istocie jest nowy materiał, o ile bardziej angażująca i atrakcyjna jest nowa inkarnacja Fever Ray oraz ile w nowych aranżacjach zyskują kompozycje z jej debiutanckiego albumu. Szkoda tylko, że brakuje wizualnego aspektu tego koncertu, bo, cóż, doświadczenie to było niecodzienne.


Gęste riffy, ale klarowna produkcja, zwięzłe kompozycje, bez zbytecznych dłużyzn i efekciarstwa, choć też nie jakoś specjalnie pamiętne. Oto w skrócie "Blood Year", nowy album Russian Circles, siódmy już zresztą w ich karierze i zgodnie z oczekiwaniami nieprzynoszący żadnego dramatycznego zwrotu. Zespół, który osobiście zaliczam do trzeciej fali post-rocka, odpowiedzialnej za znaczące i bardzo ograniczające zawężenie tego gatunku, sprawdza się jednak w ciemnych, zapoconych klubach, nowa płyta będzie więc z pewnością przyczynkiem wielu koncertowo udanych wieczorów.


[Wojciech Nowacki]

30 lipca 2019


LOW Double Negative, [2018] Sub Pop || Album ten wbrew pozorom nie pojawił się znikąd. Na "Ones And Sixes", płycie, która wraz z wydaniem "Double Negative" natychmiast się zestarzała i dziś wydaje się niemal niepotrzebna, pobrzmiewała już surowość, minimalistyczna elektronika, automaty perkusyjne. Jednocześnie jednak pełna była kompozycji modelowo wpisujących się w typowe brzmienie Low. Zatrzymanie się na tym etapie nie byłoby dla zespołu o takim statusie najgorszym rozwiązaniem, ale redefinicja zaczynała być palącą potrzebą. Tym większym była zaskoczeniem gdy w końcu nadeszła.

Im bardziej zdehumanizowane wydają się dźwięki na "Double Negative", tym bardziej paradoksalnie ludzką wydaje się ta płyta, mamy więc nadal do czynienia z klasyczną kreacją Low. Idea stojąca za tym albumem bliska jest ściankowym "zepsutym piosenkom", obojętnie jak bardzo przetworzona, zniekształcona i zanurzona w pozornym chaosie jest ta muzyka, jej podstawą zawsze są kruche piosenki a w najbardziej nawet mechanicznym stukocie kryją się kojące melodie. Wyjątkowe brzmienie "Double Negative" przypominać może maszynerię do podtrzymywania życia, ale bliższe jest raczej z wolna słabnącemu sygnałowi z kosmosu. W zimnej pustce pełnej szumów, stukotów, zderzających się dźwiękowych fal i mechaniczne stygnącej aparatury nadal usłyszeć można przerywane, ginące, kruche ludzkie głosy. Przesłuchanie więc tego albumu bliskie jest fascynującej obserwacji powoli dziejącej się katastrofy.


Muzyka wyłania się tu z chaosu, lecz tkwi w niej porządek. Spore fragmenty brzmią wręcz medytacyjnie, okazjonalnie przypominają minimalistyczny industrial, by po chwili zapaść się w zrezygnowany ambient, znów rodzący ściankowe skojarzenia, tym razem w postaci ich pustynnych pejzaży. Tu i ówdzie wyłania się klarowna gitara, linia basu, piosenkowy zaśpiew i powraca klasyczne brzmienie Low, lecz tylko po to, by jeszcze silniej wybrzmiał kontrast surowych dźwiękowych modyfikacji. I choć "Double Negative" jawi się jako niepokojąca, jednolita całość, zaskakująco łatwo wyłonić z niej można autonomicznie broniące się fragmenty: hipnotyczny nieład klamry "Quorum" - "Disarray", nerwowo mantryczny "Poor Sucker", rozmigotane "Always Trying To Work It Out" czy wreszcie "Dancing And Fire" z piękną gitarą, na wzór Sigur Rós rosnącą siłą i wersem It's not the end, it's just the end of hope, klarownym jak żaden inny na całej płycie, będącym zatem jej bezdyskusyjnym emocjonalnym centrum.

I skoro mowa o nadziei, pozostaje liczyć na to, że ten radykalny zwrot Low pozostanie monumentalnie jednorazowym i z czymkolwiek powrócą będzie znów czymś zaskakująco innym. 8.5/10 [Wojciech Nowacki]

22 lipca 2019


PLEASE THE TREES Infinite Dance, [2018] Starcastic || Please The Trees znaleźli się na tym etapie kariery w którym muzyka ich brzmi absolutnie ponadczasowo. Był to zresztą proces całkiem fascynujący do obserwowania. Od pierwszych płyt "Lion Prayer" i "Inlakesh" wypełnionych lekko jeszcze folkowym i liźniętym post-rockiem pieśniopisarstwem, poprzez wskazujące na wyczerpywanie się formuły, ale kierujące Czechów wyraźnie w stronę Stanów Zjednoczonych "A Forest Affair", aż po monumentalną płytę "Carp", zespół ciągle poszukiwał, ale od samych początków był też jasno zdefiniowaną całością. Please The Trees jest dziś zespołem po prostu rockowym, bez przymiotników, bez odgrzewania retro sentymentów, pokazującym, wbrew głosom sceptyków, ciągłą żywotność gitarowej muzyki.


Na "Infinite Dance" nie muszą więc donikąd podążać po zjawiskowej wypowiedzi albumu "Carp". Na piątej ich płycie muzyka zespołu wydaje się bez osadzenia w żadnym konkretnym punkcie czasu zapętlać się i trwać w nieskończoność. Wszystkie kompozycje, łącznie ze stosunkowo najbardziej pod względem struktury piosenkowym "Forget About Me", brzmią jakby można było wskoczyć do nich w dowolnym momencie, trwać by też mogły dowolną ilość czasu. Główną tego przyczyną jest fantastyczne zrytmizowanie tego materiału. Sekcja rytmiczna pracuje świetnie, gitary zaskakująco często brzmią po prostu ekscytująco, nawet gdy rozpędzają się w amerykański bluesowy klangor. Płytę niesie na swych barkach ciągły, atrakcyjny groove, motoryczny, ale też i zbyt żywotny by spaść do kategorii heremtycznego kraut-rocka. Wręcz przeciwnie, często przebija się tu wręcz popowa lekkość a wymowa całości jest w ostatecznym rozrachunku pozytywnie budująca.

Album ten jest zatem przystępniejszy niż noise'owy, szamański "Carp", oferuje jednak mniej punktów natychmiastowego zaczepienia, więc przy pierwszym kontakcie wydawać się może nieco zbyt jednorodnym. I tak jest też w istocie, nieskończony groove to przecież wyjściowy pomysł na tą płytę. Od tytułowego "Infinite Dance" i "Follow The Smoke" po finałowe "Dive Deep" nowy album Please The Trees przynosi sporo satysfakcji i z pewnością nie rozczarowuje. Chyba, że mówimy o udziale Johna Granta, ale tu akurat chodzi o moją prywatną do niego słabość oraz kontekst jego dotychczasowych, różnorodnych występów gościnnych. W duecie z Václavem Havelką Grant pełni jednak tylko rolę ozdobnika, ze swym głosem upstrzonym tu i ówdzie w tle, ale pojawienie się jednego z najlepszych światowych songwriterów na płycie jednego z najlepszych czeskich zespołów jest i tak spełnionym snem. 8/10 [Wojciech Nowacki]

13 lipca 2019


Czasem remiksów nie potrzebujemy, bo materiał wyjściowy jest po prostu zbyt dobry. Czasem jednak dokładnie z tego samego powodu remiksom poddaje się doskonale, jest bowiem na tyle złożonym, że ciągle odkrywać można nowe punkty widzenia i interpretacje. Brandt Brauer Frick dopiero co wydali znakomity nowy album a tu już otrzymujemy jego dopełnienie "Echo (Remixes)". Epka brzmi bardziej technicznie, ujawnia kanciaste kontury dźwiękowych gier tria i, co ciekawe, przynosi całkiem sporo ech (nomen omen) lat dziewięćdziesiątych, od drum'n'bassu aż po easy listening.


Od Róisín Murphy nie możemy się nadal doprosić nowego albumu, ale w kontekście jej dyskusyjnych dwóch poprzednich płyt i szeregu wydawanych od tamtego czasu świetnych niezależnych singli, pogodzić się chyba musimy z tym, gdzie tkwi jej prawdziwa siła. "Incapable" to kompozycja ambitna i zjawiskowa zarazem, w towarzystwie zaś obszernych remiksów i wariacji silnie tchnie latami osiemdziesiątymi, gdy najbardziej nawet komercyjny przebój miał taneczny extended mix odtwarzany w undergroundowych dyskotekach.


Wątpliwym jest etap kariery, w którym zespoły czują potrzebę celebrowania i odgrywania w całości swych najsłynniejszych albumów, najczęściej zresztą debiutanckich. Ostatnia płyta Bloc Party i pierwsza zarazem w dość radykalnie odmienionym składzie do najcieplej przyjętych nie należała. Przyznać jednak trzeba, że powrót do debiutu z okazji jego piętnastolecia mógł zostać mniej udanie przeprowadzony. Zamiast np. bombastycznej wersji deluxe otrzymaliśmy koncertową płytę "Silent Alarm Live", sprawdzić więc możemy jak po latach radzi sobie ten materiał oraz jak radzą z nim sobie nowi członkowie. Ciekawostka.


Album koncertowy wydali też New Order i niemal najciekawszym jego elementem jest jego tytuł "∑(No,12k,Lg,17Mif) New Order + Liam Gillick: So It Goes..". Całość, a jest to całość dość długa, być może i za długa, brzmi dość archaicznie, nacisk w końcu położony został na "syntezatorową orkiestrę". W efekcie nie jest ani specjalnie gitarowo, ani też zbyt tanecznie, najlepsze zatem elementy późniejszej twórczości grupy zostały w lekko nużący sposób zredukowane. Warto jednak choćby dla nadal żywych w ich wykonaniu utworów Joy Division ("Disorder").


Kojarzycie jak Spotify poleca wam nowe wydawnictwo lubianego wykonawcy, lecz okazuje się, że to nikomu nieznany artysta skrywający się pod identyczną nazwą? Widząc okładkę "Weather" przekonany byłem, że to kolejna pomyłka streamingowych algorytmów, w końcu nie przypomina niczego, co dotąd z graficznym pietyzmem przygotował Tycho. Tymczasem to naprawdę jego nowy album, wyraźnie sygnalizujący sporo zmian. Nadal obecne są tu syntezatorowe plamy oplecione żywą sekcją rytmiczną, ale dzięki implementacji wokali całość ma zdecydowanie bardziej piosenkową wymowę.


Piosenek sporo znajdziemy na płycie "Egoli" projektu Africa Express. Oczywiście, że chodzi o pewnego rodzaju muzyczny kolonializm, bez takich nazwisk jak Damon Albarn, Gruff Rhys z Super Furry Animals, czy Nick Zinner z Yeah Yeah Yeahs nie usłyszelibyśmy tejże plejady afrykańskich artystów. Album zarejestrowany został w Johannesburgu, brzmi niezwykle barwnie i różnorodnie, łatwo więc poczuć jak nowocześnie i niezależnie się rozwijającą jest muzyka z Afryki. A przy okazji, jeśli mowa o inicjatywach Albarna, Africa Express to rzecz znacznie bardziej ciekawa i bezpretensjonalnie swobodna niż ostatnie płyty Gorillaz.


[Wojciech Nowacki]

8 lipca 2019


MAX COOPER One Hundred Billion Sparks, [2018] Mesh || Rival Consoles, Jon Hopkins, Max Cooper, w roku 2018 zdecydowanie ukazał się szereg rozczarowujących w zestawieniu ze swoimi poprzednikami elektronicznych albumów. O ile dwaj pierwsi pogrążyli się trochę rozdmuchując wykoncypowane narracje wokół swych płyt, o tyle Max Cooper wychodzi z tego starcia wyraźnie mniej posiniaczony, bo i oczekiwania były też znacznie bardziej stonowane.

Nie oznacza to bynajmniej, że jego poprzedni album "Emergence" nie był na tyle dobry, by większych oczekiwań nie rozbudzić. Wręcz przeciwnie, była to jedna z najlepszych elektronicznych płyt roku 2016, choć łatwa do przeoczenia i niezasłużenie w naszej pamięci pomijana. Kluczem do jej niespodziewanej wielkości była ujęta w ramy przemyślanej spójności różnorodność, każda z kompozycji bazowała na innym pomyśle, innym koncepcie do rozwinięcia, innym przedmiocie audiowizualnej ciekawości, tworząc tym samym całość angażującą i trzymającą w ciągłej uwadze.


Podobnie jednak jak u ostatniego Hopkinsa właśnie trzymania w uwadze brakuje na "One Hundred Billion Sparks" najbardziej. Brakuje i pomysłowości, i różnorodności, być może Cooper celował tym razem w bardziej albumową niż kompilacyjną całość, inwencji do pamiętnych kompozycji jednak zabrakło. Album rozpoczyna dobre i dobrze wyprodukowane intro, kolejny utwór brzmi jak jego tak samo brzmiące i donikąd nie zmierzające rozwinięcie z subtelnie dodaną rytmiką, którą z kolei w bardziej piosenkowych ramach bez fajerwerków rozwija utwór kolejny, następny zaś rozwija taneczny aspekt poprzednika itd. I tak właśnie przemija cała płyta, przelewając się z utworu w utwór, nie tworząc ani pamiętnych fragmentów, ani pamiętnej całości. Potencjału jednak nie brakuje, zwłaszcza w środkowej części płyty. Rozedrgane i zdecydowanie za krótkie "Reciprocity" obiecująco przypomina mniej katastroficzne Boards Of Canada, w "Volition" dzwoneczkowo pobrzmiewa Pantha Du Prince, wciągający zaś "Emptyset" zaczepnie sugeruje efektowne tąpnięcie, tego typu ruchów pojawia się jednak zbyt mało i zbyt późno. W drugiej połowie więc, z wyjątkiem pulsującej progresji "Reflex", płyta znów się rozmywa.

Cooper jest niemniej producentem na tyle aktywnym, ciągle wydającym kolejne single i nowe wizualizacje, że album ten ukazał się niemal bez ciśnienia, jako kolejny z jego nieustałych wydawniczych ruchów. W przeciwieństwie więc do milczącego latami Hopkinsa nie doszło do zbytecznego budowania napięcia i eskalacji oczekiwań, w efekcie "One Hundred Billion Sparks" brzmi mimo swych niedociągnięć przyjemnie niezobowiązująco. 6.5/10 [Wojciech Nowacki]

30 czerwca 2019


U Thoma Yorke'a jak zwykle poszło szybko: zapowiedź, entuzjazm fanów, wydanie albumu w formie cyfrowej i dopiero na fizyczne nośniki poczekać musimy jeszcze parę tygodni. Największe nadzieje związane z płytą "Anima" to zaprzestanie mówienia o "Suspirii" jako o najlepszym solowym dokonaniu głosu i oczka Radiohead. Szum medialny z pewnością działa, ale materiał ten wydaje się być najtrudniejszym do uchwycenia. Ani tak chwytliwie nerwowy jak "The Eraser", ani tak eterycznie przestrzenny jak "Tomorrow's Modern Boxes", choć miejscami brzmi jak zagubione ogniwie między tym właśnie albumem a "A Moon Shaped Pool", praktycznie bez śladu po ambientowej upiorności "Suspirii". Jednocześnie zaś Yorke zatacza pełne koło implementując i żywe instrumenty w tą wielowarstwowo wyprodukowaną całość. Zostajemy więc z zagadką do długiego jeszcze rozgryzania.


Skoro mowa o zagadkach, ale też i o Netfliksie, z którym Thom Yorke nawiązał współpracę przy okazji "Animy", moje zaległości serialowe są chyba jeszcze większe niż płytowe. Powrót niemieckiego serialu "Dark" cieszy mnie bardzo, ponieważ jego pierwszy sezon należał do najlepszych w 2017 roku. Rzecz jest to jednak tak skomplikowana, że przed drugim sezonem niezbędna jest bardziej niż solidna powtórka. Pomóc w tym może oficjalne wydanie jednego z najlepszego elementów serialu, czyli muzyki Bena Frosta. Równie upiorna co wspomniana "Suspiria", jeszcze bardziej duszna, pełna namacalnej grozy przemysłowej katastrofy i postapokaliptycznego spustoszenia. Alles ist miteinander Verbunden.


W poprzednim tygodniu po naszej uwadze przemknął może i hendrixowsko nienajgorszy, ale i white'owsko irytujący album The Raconteurs "Help Us Stranger". Porównanie z nową płytą The Black Keys nasuwa się więc samo, w końcu mówimy o modelowych wręcz konkurentach. "Let's Rock" była chyba jednak płytą bardziej wyczekiwaną i z pewnością atrakcyjniej też promowaną. W efekcie jest całkiem bezpretensjonalnie, naturalnie, zabawnie i różnorodnie. Bez szaleństw, ale w ogólnym rozrachunku dlaczego nie.


[Wojciech Nowacki]

26 czerwca 2019


JON HOPKINS Singularity, [2018] Domino || Im obszerniejszymi słowy twórcy elektroniki opisują swoje albumy, wielkie koncepty za nimi stojące, technologiczne i produkcyjne postępy, naukowe i filozoficzne teorie, lub ich emocjonalne podbudowy, tym bardziej robię się podejrzliwy. Koncept często przytłacza muzykę, często też całkiem świadomie służy przykryciu jej niedociągnięć. Zwłaszcza jeśli, tak jak u Jona Hopkinsa, w bardzo oczywisty sposób chodzi o powtórkę z rozrywki.

"Immunity" bowiem, owszem, miało parę mielizn, ale w większości było albumem dość emocjonującym, precyzyjnie technicznym i miejscami prawie awanturniczym. Spójność eksponowała jego różnorodność, która to z kolei oddalała zagrożenie nudą. Zagrożenie, przed którym "Singularity" kapituluje całkowicie. Utwór tytułowy przynosi znajome poczucie przestrzeni, sugeruje drobne wahnięcia nastrojów i tonacji, ale nie wydaje się dokądkolwiek prowadzić. Choć też jeszcze nie musi, pełni w końcu rolę przedłużonego intra, pod koniec zaś dopiero wprowadza nieco twardszy bit i ślad pewnej progresji. Tym samym jednak kreśli całą resztę albumu, proste kompozycje zlewają się ze sobą bez wyraźniejszych granic, kontynuując jakby ten sam rytm, to samo tempo, ten sam nieinwazyjny i zachowawczy nastrój. Okazjonalnie tylko przebijają się nieco bardziej kanciaste kształty, na drugim zaś biegunie mamy tu sporo pianina, silnie inspirowanego oczywistymi neoklasykami, ale też i Floexem, nad którym Hopkins swego czasu rozpływał się w zachwycie.


Wszystko to pozbawione jest jednak jakiejkolwiek struktury i służy tylko budowaniu iluzji przemyślanej narracji. Nawet gdy w "Everything Connected" robi się w końcu odrobinę bardziej awanturniczo, to i tak jest to tylko blada kopia najlepszych momentów z "Immunity", z niewyjaśnionych powodów trwająca ponad dziesięć minut i w gruncie rzeczy nadal będąca tylko rozwinięciem tego samego rytmu, tego samego tempa, tego samego nastroju. Wszystko jest tu więc aż za bardzo ze sobą połączone. Nie nuda tej płyty jest jednak najgorsza, nawet nudne dźwięki mogą udanie wypełnić tło, zwłaszcza jeśli są dobrze wyprodukowane. Bardziej chyba razi to poczucie niezręczności obcowania z materiałem mającym być ewidentną kopią poprzedniego. Naprawdę liczono, że tak łatwo się nabierzemy? 5/10 [Wojciech Nowacki]

24 czerwca 2019


THE FLAMING LIPS Greatest Hits Vol. 1, [2018] Warner || Jeśli wymieszamy ze sobą nawet najbardziej kolorową plastelinę, zwłaszcza gęsto podlaną substancjami psychoaktywnymi, w efekcie i tak otrzymamy jednorodną i średnio apetyczną szarą masę. Obcowanie z imponującym podsumowaniem paru dekad twórczości The Flaming Lips, a mówimy o trzydyskowej wersji deluxe, jest podobnym doznaniem. Wszystkie ich szaleństwa, wykwity wyobraźni, kontrolowany chaos, okazują się być w istocie całkiem do siebie podobne. I nie ma w tym nic złego, widać bowiem, że zmienia się produkcja, technologia, emocje, ale warsztat i styl The Flaming Lips jest całkiem jasno zdefiniowany od samych początków grupy.


Zwłaszcza, że kompilacja ta ułożona została w jedynym właściwym porządku - czysto chronologicznym. Na pierwszych ich albumach czytelne jest wspólne z Mercury Rev i Grandaddy pochodzenie, ujęte we frapująco niedefiniowalną wtedy jeszcze odmianę psychodelicznego indie-rocka. Potencjał The Flaming Lips do pisania popowych melodii jest również oczywisty, nie można się jednak nie zgodzić, że wyraźna zmiana następuje na wysokości płyty "The Soft Bulletin". Produkcja staje się klarowniejsza, aranżacyjne eksperymenty odważniejsze, nastroje bardziej zróżnicowane i sięgające intrygująco mroczniejszych rejonów, lecz w efekcie kompozycje te stają się nawet jeszcze przystępniejsze. "Greatest Hits Vol. 1" służy nie tylko jako przewodnik po historii The Flaming Lips, ale też punkt zaczepienia do sięgnięcia po najlepsze spośród ich albumów, czy to po pomysłową różnorodność "At War With The Mystics", najbardziej kompletną całość "Embryonic", czy nawet niedoceniany "Oczy Mlody".

Dla tych, którzy nie potrzebują ani przewodnika, ani wprowadzenia, prawdziwie ciekawy będzie dopiero trzeci dysk z różnorodnymi rarytasami. W niemal niekontrolowanym zalewie pobocznych wydawnictw The Flaming Lips, epek, kolaboracyjnych projektów, cover-albumów, soundtracków, pendrive'ów, gumowych płodów, wypełnionych piwem winyli czy wielogodzinnych kompozycji, praktycznie niemożliwym jest choćby pobieżne zmapowanie całego tego szaleństwa, ale drobnostki w rodzaju wyciszonej wersji "The Yeah Yeah Yeah Song (In Anatropous Reflex)", wspólnej ze Spiritualized kolędy "Silent Night / Lord, Can You Hear Me" czy "If I Only Had A Brain", klasycznej śmiesznostki z rodem "Czarnoksiężnika z Krainy Oz", udanie wzbogacają już i tak kalejdoskopowy świat The Flaming Lips. 7/10 [Wojciech Nowacki]

22 czerwca 2019


Hot Chip na ich siódmym albumie jest z miejsca rozpoznawalne, łącznie z tradycyjnie paroma irytującymi elementami, w ogólnym więc rozrachunku "A Bath Full Of Ecstasy" nie przynosi żadnych niespodzianek. Utrzymywanie niezmiennego poziomu na tym etapie kariery jest jednak szczerze imponujące, zwłaszcza jeśli okazjonalnym efektem są takie single jak "Hungry Child", taneczny, epicki i być może właśnie dzięki swojej prostocie całkiem obezwładniający. Grupa ograniczyła też balladowe zapędy, zawsze będące ich słabą stroną i choć płyta jest lekkim rozczarowaniem to z pewnością mamy do czynienia z pierwszym letnim albumem tego roku.


Nie zawodzi za to Daphni, czyli parkietowo-tanecznie wcielenie Dana Snaitha, szerzej znanego jako Caribou. Epka "Sizzling", choć niedługa, z łatwością zastąpić może cały powyższy album Hot Chip. Tytułowy utwór jest gęsty, intensywny i z miejsca wciągający, później pojawiają się nawet zaskakujące elementy jazzu i micro-house'u. Liczy się tu zabawa i prostota, ale spleciona w niezwykle zręczny i angażujący sposób.


Epki dopełniające długogrające płyty są zawsze równie dobrymi pomysłami. "Life Goes On" towarzyszy wydanemu w zeszłym roku albumowi ">>>" Beak> i okazuje się, że jest to idealny format dla ich gęstego kraut-rocka, w krótszej formie nawet jeszcze bardziej satysfakcjonującego niż na płycie. Utwory te faktycznie niekoniecznie do niej pasują, brzmiąc nawet jeszcze bardziej szaleńczo, czas zatem przestać mówić o zespole Geoffa Barrowa jako o pobocznym projekcie Portishead.


Drugi już rok z rzędu przyjeżdżam do Austin i Willie Nelson akurat wydaje nowy album. Przypadek? Niekoniecznie, ikona country, bardziej liberalnej strony Teksasu i palenia pewnej nadal niezbyt legalnej używki naprawdę wydaje płyty w tempie imponującym nie tylko dla kogoś w wieku 86(!) lat. Wspomóc się trzeba Wikipedią, by oszacować, że "Ride Me Back Home" jest jego sześćdziesiątymdziewiątym albumem(!), niezmiennie stylowym, w ciepły sposób sympatycznym, świetnie wyprodukowanym oraz idealnie sumującym brzmienie centralnego Teksasu. Nic dziwnego zatem, że żyjący przecież muzyk uwieczniany jest w Austin na muralach, ba, ma tutaj już nawet swój pomnik. Dziwi raczej, że tutejsze lotnisko nie nosi jeszcze jego imienia.


[Wojciech Nowacki]

19 czerwca 2019


BOKKA Life On Planet B, [2018] [PIAS] || Debiutancki album Bokki, pomijając oczywistą "zagadkę" tożsamości grupy, przyniósł przede wszystkim muzykę gustownie zróżnicowaną, ale ujętą we własny, w pełni ukształtowany styl, za którym ewidentnie stało doświadczenie wieloletniego obcowania z muzyką. Ciepłe brzmienie i, mimo oczywistej roli elektroniki, niemal folkowe podejście oraz przeplecione ciekawie wyprodukowanymi interludiami piosenki, uchodzić mogły za całość całkiem ambitną i intrygującą, zwłaszcza z echami polskiej fascynacji alternatywą początku wieku. "Don't Kiss And Tell" zwróciło się zaś w stronę gitar, popowo pojmowanego post-punka, będąc płytą brzmieniowo bardziej jednolitą, ale też i jednocześnie bardziej piosenkową, zadziorną i potencjalnie dość monumentalną.


"Life On Planet B" wydaje się się przykładem płyty zbyt pośpiesznej i pewnej siebie zarazem. Bokka sprawia na niej wrażenie zespołu, który zbyt wcześnie dopracował się charakterystycznego dla siebie brzmienia i osiadł lekko we własnej strefie komfortu, zamiast odczekać trochę i dać sobie czas na wypączkowanie nowych pomysłów. Od pierwszych dźwięków album brzmi niczym średnia wyciągnięta z najważniejszych dla grupy składników, znów tkwi w mocno jednolitej atmosferze, lecz w odróżnieniu do poprzednika bez śladów wyraźniejszej energii. Mgła noirowego synth-popu spowija wszystkie kompozycje i choć w singlowym "In Love With The Dead Man" wskazuje na pewną progresję melodii to nawet tutaj nie prowadzi w stronę żadnej wyraźniejszej konkluzji. Zamiast tego mamy tu ciąg piosenek niekoniecznie zapamiętywalnych, sugerujących nie tyle zmęczenie materiału, co samej grupy, co miejscami odbija się też na wokalu, zawsze przecież tkwiącym niebezpiecznie blisko granicy irytacji. Dynamiczne klawisze w "Secret Void" i sympatycznie emotroniczny posmak "Take My Hand" to za mało, żeby wyciągnąć album z kojącego, ale jednak marazmu.

Ale ale, to jednak nie kompozycje tutaj zawodzą, ale raczej ich aranżacje, zbyt proste i oszczędne, ze sporym polem do manewru i przestrzenią do wypełnienia. Stąd też tak efektownie brzmi epka "Satellites Of Planet B" z pięcioma remiksami z tegoż albumu, która w pełni ujawnia jaki talent do przebojowych melodii Bokka w istocie posiada. I być może właśnie na następnym albumie, na który już teraz czekam z zaciekawieniem, warto po prostu wpuścić do ich zamaskowanego świata kogoś z zewnątrz. 6/10 [Wojciech Nowacki]

17 czerwca 2019


AURORA Infections Of A Different Kind (Step 1), [2018] Glassnote || Spokoju mi nie daje sposób wydania tego materiału, bo co to jest? Album? Epka? Minialbum? Dodatek do wydanej już części drugiej, właściwej, bo dostępnej i na fizycznych nośnikach? Nie, muszę zmężnieć, pokonać własne natręctwa i zaakceptować fakt, że Aurora po prostu wydaje nową muzykę i tyle. Zwłaszcza, że pod względem jakości kompozycji "Infections Of A Different Kind (Step 1)" z pewnością nie jest żadnym dodatkiem i traktowane jako album rozwiewa wszelkie wątpliwości odnośnie "kryzysu drugiej płyty".

Wątpliwości, które częściowo zasiała sama Aurora singlami promującymi to wydawnictwo, zwłaszcza piosenką "Queendom", która wydaje się ją napawać szczególną dumą. Pomysł na sympatyczny, ale i hymniczny tekst zrealizowany został w postaci hiperoptymistycznej, dziewczęcej i silnie disneyowskiej, pozbawionej finezji bardziej intrygujących kompozycji Aurory. Na szczęście "Forgotten Love", będąc nadal znakomicie przebojowym, pokazało, że jej unikalny warsztat do pisania zaczepnych melodii i niebanalnych refrenów nadal ma się wybornie. Single te i tak jednak nie są dla "Infections Of A Different Kind (Step 1)" reprezentatywne, zamieszczone też zostały na samym początku, czyszcząc pole dla tego co nadchodzi, ale też silnie sugerując, że jest to tylko kolekcja niepowiązanych ze sobą piosenek.


"Gentle Earthquakes" w dość fascynujący sposób wydaje się jednocześnie przebojowe i medytacyjne. Znów uwodzi charakterystycznie zadziornym refrenem, ale w sferze muzycznej jest niemal eksperymentatorske i stonowane zarazem. Szklane "All Is Soft Inside" jest równie gustowne i stonowane, bardzo też przestrzenne, gdy zaś wybrzmiewa dość niespodziewane outro, zdajemy sobie sprawę, że cała kompozycja podskórnie w jego stronę eskalowała. Poczucie przestrzeni utrzymuje klasycznie pieśniarskie "It Happened Quiet", ale to ledwie chwila wytchnienia przed rewelacyjnym "Churchyard", które jak żadna inna piosenka pokazuje, jak świetnie Aurora pracuje z niebanalną, lecz chwytliwą melodią i z intensyfikowaniem emocji. Gustowna pomysłowość trwa w "Soft Universe", by dopiero w finałowym utworze tytułowym przynieść znaczące wyciszenie.

Na swój sposób to kompaktowe wydawnictwo jest niemal lepsze od debiutanckiego albumu Aurory. Niczym idealnie skrojony teaser trailer pokazuje jej najlepsze wartości i jakości, lecz tak samo jak teaser trailer pozostawia silny miks poczucia zachwytu i niedosytu. Niechcąco więc oczekiwania przed kontynuacją tylko wzrosły. 8/10 [Wojciech Nowacki]

14 czerwca 2019


Od paru dni jestem znów w Stanach Zjednoczonych, w miejscu, które powoli wyrasta na jeden z moich domów, ma więc sens, że pierwszą dzisiejszą nowością jest Bruce Springsteen, prawdziwa amerykańska ikona. Od tytułu "Western Stars", poprzez okładkę i transkontynentalną wymowę, wszystko wydaje się tutaj klasyczne i znajome. Głos Springsteena jednak wyraźnie z wiekiem się zmienia, co w połączeniu z wygładzoną i nie zawsze najnowocześniejszą produkcją przypominać może lekko ostatnie albumy Leonarda Cohena. Kanadyjski bard stawiał jednak na poezję marginalizując lekko stronę muzyczną, amerykańskie tradycje zaś przesiąkają na wskroś zarówno słowa, jak i muzykę Bruce'a Springsteena.


Pominiemy doskonałą okazję do ponarzekania na Record Store Day oraz na nigdzie niedostępne, drogie i często bezsensowne wydawnictwa, by z ulgą odnotować, że "Remixes Are Also Magic", jeden z winyli, które przy okazji tegoż święta w tym roku akurat rozpalił moją wyobraźnię, jest wreszcie dostępny do posłuchania. John Grant i elektronika to związek już stabilny i owocny, w jego pieśniopisarstwie zawsze też tkwił potencjał do remiksowania i utaneczniania. Wbrew sugestii zawartej w tytule epka ta zawiera remiksy nie tylko z "Love Is Magic", ale też i ze znakomitego "Grey Tickles, Black Pressure". Pięć utworów, niecałe pół godziny, solidna więc selekcja, ale nie spodziewajcie się dyskoteki, magia remiksów służy tu raczej budowaniu odmiennej atmosfery niż parkietowych petard.


Rutyna wydawnicza łatwo wkrada się w poczynania wykonawców darzonych swoistym kultem. Burial albumów nie wydaje, od czasu do czasu pojawia się więc ekscytacja związana z zapowiedzią jego nowego wydawnictwa i zazwyczaj kończy się na kolejnym podwójnym singlu. I czemu nie, ot, taka jego natura. Nocna wielkomiejskość nadal jest na "Claustro / State Forest" obecna, pierwszy utwór ma zaskakująco jak na niego zwięzłą strukturę, choć też i lekki posmak eurodance'u, drugi zaś to niemal ambientowy pasaż, który nieźle by się odnalazł w jakiejś większej narracyjnej całości.


Bastille to jeden z tych zespołów pogranicza, które zwodzą bezwstydnie popową stronę iluzją obcowania z ambitniejszą alternatywą. Mixtape'y "Other People’s Heartache" trzeba przyznać, że wychodzą im naprawdę nieźle, ale ich autorską muzyką straciłem zainteresowanie natychmiast po debicie "Bad Blood". "Doom Days" tego nie zmieni, to nadal muzyka hiperaktywna, przeprodukowana, z przytłaczającym i wysiłkowym wokalem, teoretycznie pełna gatunkowej żonglerki, ze sporym potencjałem, ale w istocie zbyt jednorodna i dość męcząca.


Calexico czasem brakuje zwięzłości i zdolności selekcji materiału, Iron & Wine zaś większej dynamiki i odważniejszej żonglerki nastrojami. Kolaboracyjne albumy różnych wykonawców wypaść mogą nie zawsze tak intrygująco jakby się chciało, ale "Years To Burn" wydaje się idealnym połączeniem. Zwłaszcza w kontekście powyższej płyty Springsteena warto sprawdzić jak wygląda nowocześniejsze i żywe zamiast muzealnego podejście do tradycji. Americana, country, folk, ten krótki album zawiera to wszystko, pokazując jednocześnie bezustanną aktualność tejże muzyki. Ośmiomiutowe zaś "The Bitter Suite (Pájaro / Evil Eye / Tennessee Train)" zręczność dobrej produkcji i eksperymentującego podejścia do klasyki.


Wow, Spotify nawet nie uwzględniło albumu Madonny w dzisiejszych promowanych nowościach, gdyby nie krótki reportaż w amerykańskiej telewizji śniadaniowej nawet bym nie zauważył, że "Madame X" właśnie się ukazało. Po okropnym "Rebel Heart" musiałem się przekonać z czysto naukowej ciekawości czy uda się jej upaść jeszcze niżej, pamiętając jednak, że płyty Madonny nawet jeśli nie są dobre to mogą być przynajmniej zabawne. Z "Madame X" rzecz ma się o tyle intrygująco, że nadal nie jest to album potrzebny, ale nie jest też zły, choć i niespecjalnie zabawny. Nawet produkcja jest całkiem niezła, poza samym wokalem Madonny oczywiście, jej pogoń za młodością zaś wydaje się tu stonowana i bardziej niż dotąd zrelaksowana. Niemal szkoda, że płyta ta skazana jest na zapomnienie, nawet jeśli jest najbardziej stylową produkcją Madonny od ponad dekady.


Skoro nie królowa to może baronowa? Baroness powrócili z kolejnym ze swych barwnych albumów, tym razem na "Gold & Grey" miętolą nasze uszy dynamicznymi riffami wciśniętymi w zwięzłe i w gruncie rzeczy całkiem przebojowe piosenki. Brakuje tu może jakiegoś kluczowego tąpnięcia, odchudzenie materiału z pewnością też by tej płycie pomogło, ale w kategorii mocniejszego rocka jest to nadal rzecz równie stylowa i dopracowana co ich okładki.


[Wojciech Nowacki]

8 czerwca 2019


Brandt Brauer Frick to fenomenalna formacja, zarówno na płytach, jak i na żywo, czy to formie bardziej elektronicznej, czy z pełnym żywym zespołem. Ich podejście do techno i microhouse'u, w połączeniu z klasycznym instrumentarium i wykształceniem, ale też z charakterystycznym nerwem i niemal naukową ciekawością sprawdza się po prostu doskonale. Debiut "You Make Me Real" i bigbandowy "Mr. Machine" to majstersztyki, "Miami" poszło już dość oklepaną drogą implementacji wokali, "Joy" zaś przyniosło średnio słuchalny eksperyment ze spoken-wordem. Pierwsze zapowiedzi "Echo" wskazywały wyraźnie na powrót do korzeni przy jednoczesnym poszerzaniu sprawdzonego już brzmienia. Bezbłędna produkcja jest oczywistością, płyta buzuje od emocji i jest tak gęsta, że prawdziwie imponuje jej awanturniczość. Niemieckie trio gra na najbardziej podstawowych fizycznych instynktach w precyzyjnie intelektualny sposób, ich powrót do formy oznacza zaś zaprzestanie skrywania się za krystalicznym minimalizmem. Wow.


Aurora namieszała, "Infections Of A Different Kind (Step 1)" okazało się kolekcją naprawdę udanych piosenek, ale w liczbie tylko ośmiu, do tego nadal dostępnych wyłącznie w formie cyfrowej. "A Different Kind Of Human" podtytułem identyfikującym go jako "Step 2" operuje nieśmiało, przynosi już jedenaście nowych utworów, tym razem też wreszcie ukazuje się i na fizycznych nośnikach. Pozostawiając na boku definicję albumu skupić się należy na, hmm, płodności Aurory, która z pewnością wybaczyłaby nam tą dwuznaczność. Pierwsza część zaskoczyła, bo zamiast sugerowanych singlami dziewczęcych pioseneczek przyniosła parę naprawdę imponujących i niebanalnych kompozycji. Część druga niczego zapierającego dech w piersiach na pierwszy rzut ucha nie zawiera, stawia raczej na dalsze eksplorowanie "typowego brzmienia Aurory", z niemal disneyowskimi melodiami i hiperpozytywnym, ale dość już jednak jednostajnym entuzjazmem. Nieźle, ale bez zaskoczeń.


Złośliwie zauważyć można, że za ambientem stoją nieskończone źródła inspiracji, wystarczy bowiem zarejestrować cokolwiek i gdziekolwiek, liznąć lekko dźwiękowymi plamami oraz opatrzyć atrakcyjną historią, najlepiej z emocjonalnym, lub niemal naukowym uzasadnieniem. Biosphere zwłaszcza w ostatnich latach okazjonalnie się potknie (vide: inspirowane "polską królową" "Departed Glories"), ale nadal jest w stanie z właściwą sobie umiejętnością bronić istotności ambientu i field-recordingu. "The Senja Recordings" jako geograficzny dokument nie zawodzi, album tworzą improwizacje na temat dźwięków zarejestrowanych na norweskiej wyspie Senja, znajdującej się za kołem podbiegunowym, oblewanej wodami Atlantyku i arktycznych mórz. I płyta ta tak właśnie brzmi, bardzo łatwo się w nią zanurzyć i nie potrzebna jest jej żadna strona wizualna, wystarczają dźwięki i kreowane nimi poczucie. Perfekcyjna pocztówka dźwiękowa, przy czym używam tego określenia z pełnym szacunkiem i podziwem.


Po dwóch pierwszych płytach Yeasayer stracił trochę na uwadze słuchaczy, szkoda, bo mieli spore szanse być znacznie przystępniejszą alternatywą dla Animal Collective. "Fragrant World" było nadal całkiem udanym albumem, dopiero "Amen & Goodbye" zesunęło się w lekką przeciętność i szczerze mówiąc pierwsze zapowiedzi "Erotic Reruns" sugerowały kontynuowanie tej tendencji. Płyta to krótka, sięga ledwie niecałe pół godziny, a i piosenki na niej zawarte do najdłuższych nie należą. Tym razem postawili zdecydowanie na żywe, popowe i niespecjalnie skomplikowane melodie, całość brzmi raczej jak Cut Copy na niewłaściwych narkotykach. Pod względem wesołkowatego nastroju zlewa się w dość jednorodną całość, ale z potencjałem do odkrycia paru ciekawostek.


Warp Records cieszy się powszechnym szacunkiem i katalogiem pełnym kultowych nazw, od Boards Of Canada i Flying Lotus, przez Marka Pritcharda, po Battles i nawet Grizzly Bear. Plaid cieszą się statusem jednego z najstarszych wykonawców w tym gronie i jest to niestety fama dość zawężająca. Album "Polymer" sytuacji tej nie zmieni, wręcz przeciwnie, umocnić tylko może wrażenie obcowania z elektroniką lekko już staromodną, ale o to właśnie chodzi. Ponadczasowa klasyka, z silnymi korzeniami, lecz i różnorodnością, która pozwala na zaskakująco entuzjastyczne przemknięcie się po tym niekrótkim przecież materiale.


[Wojciech Nowacki]

6 czerwca 2019


DEERHUNTER Double Dream Of Spring, [2018] 4AD || Krwiożercze instynkta wyzwoliło we mnie polowanie na to wydawnictwo. Późną wiosną 2018 roku w trasę koncertową ruszył Deerhunter, spowity wieściami o żywym testowaniu nowego materiału z mającej się ukazać jeszcze w tym samym roku płyty. Faktycznie, rozbrzmiały całkiem obiecujące piosenki z wydanego ostatecznie na początku 2019 roku albumu "Why Hasn't Everything Already Disappeared?", ale być może chcąc wynagrodzić rozbudzone nadzieje na szybkie nadejście nowej muzyki zespół zabrał ze sobą w trasę limitowaną do 300 sztuk kasetę "Double Dream Of Spring", z nowym i niedostępnym nigdzie indziej oraz w jakiejkolwiek innej formie materiałem.

Pierwszym powodem do udania się na koncert Deerhunter była oczywista chęć zobaczenia zespołu na żywo. Nie jest to może jedna z moich absolutnie ulubionych grup, ale ich "Halcyon Digest" należy do moich ulubionych albumów i najlepszych rockowych płyt XXI wieku. Za możliwość usłyszenia "Desire Lines" na żywo dałbym się pokroić i to pomimo mojego spadającego z wiekiem entuzjazmu związanego z chodzeniem na koncerty w ogóle. Bo kolejnym powodem jest właśnie możliwość zakupienia różnego rodzaju suwenirów, z rozprowadzanymi wyłącznie na koncertach limitowanymi wydawnictwami, które ze zbieraczą namiętnością włączam do swojej rosnącej kolekcji. Po trzecie zaś, chodziło o kasetę i jako dziecko lat dziewięćdziesiątych darzę ten nośnik ogromnym sentymentem, wierząc jednocześnie w jego praktycznie zastosowanie jako antidotum na winylową bańkę spekulacyjną. Krew za "Double Dream Of Spring" mogła się zatem przelać.

Kaseta rozpoczyna się faktycznie na wskroś wiosennie, "Clorox Greek Chorus" to dziwnie biologiczny ambient, niczym żabi chór budzący się o poranku, szybko i płynnie jednak przechodzi w fantastyczne "Dial's Metal Patterns". Kompozycję wiedzie zręcznie zapętlona melodia, choć pobrzmiewa tu charakterystyczna, minimalistycznie krautowa gitara, to najbardziej wyróżniają się dźwięku klawesynu i stopniowo ośmielające się dęciaki. To zdecydowanie nie jest poziom nagrania demo, brzmienie jest bardziej niż zazwyczaj organiczne, w ostatecznym rozrachunku przebijając to, co na ostatnim albumie osiągnęli Mouse On Mars i o czym ciągle marzy Bon Iver. "Strang's Glacier" przynosi zaś bardziej zrelaksowany majestat motorycznego kraut-rocka po raz kolejny odsłaniając przeplatające się korzenie Deerhunter i Stereolab. Wspomnieć jednak trzeba, że cała pierwsza strona to rzecz całkowicie instrumentalna. Dopiero po zaaranżowanym na pianino prostym, nomen omen, "The Primitive Baptists", Bradford Cox pojawia się w "Denim Opera", piosence brzmiącej jak zetknięcie się Deerhunter z The Flaming Lips, z frenetycznym wokalem bliższym raczej "Monomanii" niż popowym melodiom z "Fading Frontier" i nowej płyty. W znów instrumentalnych "Lilacs In Motor Oil" i "Faulkner's Dance" łokciami rozpycha się kontrolowany chaos i poczucie niepokoju, nie tracąc niczego z barwności żywego instrumentarium. Rozedrgany wokal powraca w "How German Is It?" i pozostaje w "Serenity 1919", zaiste brzmiącym niczym przekaz z dawno minionych czasów.

Deerhunter ma już doświadczenie w spontanicznych wydawnictwach, od albumu "Weird Era Continued" nagranego tylko dlatego, że przedpremierowo wyciekło "Microcastle", po serię "Bedroom Databank" Coxa w ramach jego solowego projektu Atlas Sound. Po "Double Dream Of Spring" można było zatem spodziewać się twórczego chaosu, intrygujących zalążków i jeszcze większego niż na regularnych płytach eksperymentowania. Kaseta ta warta była walki, ale nie jest mym zamiarem przechwalanie się posiadaniem rzadkiego wydawnictwa. Wręcz przeciwnie, życzę wszystkim by materiał ten doczekał się szerszej reedycji lub przynajmniej cyfrowego wydania, nie jest to bowiem oczekiwany zlepek spontanicznych szkiców, lecz pełnowymiarowa całość godna postawienia obok regularnych albumów Deerhunter. Lub nawet powyżej. 8/10 [Wojciech Nowacki]

31 maja 2019


Nowość to bardzo eteryczna i łatwa do przeoczenia, ale nowy album Eluvium już od jakiegoś czasu zapowiadał się jako cichy bohater. Wydawać by się mogło, że kolejna porcja zaaranżowanej wyłącznie na pianino (neo)klasycznej muzyki nie ma większych szans w natłoku bardziej rozpoznawalnych konkurentów. Matthew Cooper zawsze łączył klasyczne elementy z łatwym, nieinwazyjnym ambientem i nienachalną piosenkowością, niezależnie jednak od rozłożenia tychże akcentów jego muzyka pozostawała dość jednowymiarowa. Redukując się na "Pianoworks" paradoksalnie zyskuje na wyrazistości, kompozycje są w oczywisty sposób kruche, nie chodzi tu ani o wirtuozerię, ani o manipulowanie nastrojami, brzmią zaś zaskakująco klasycznie i piosenkowo zarazem. Płycie towarzyszy nawet bardzo kuszący zapis nutowy i choć Eluvium wyróżniałby się nawet wśród adeptów Erased Tapes to cieszy fakt pochodzenia tej muzyki z Portland raczej niż z Europy.


Karolina Rec zręcznie przeplatała się ze swoją wiolonczelą przez obrzeża polskiej alternatywy (choćby Cieślak i Księżniczki), teraz jednak jako Resina jest jedną z najciekawszych polskich karier za granicą i z pewnością jedną z najbardziej wartych kibicowania. Jej świetny debiutancki album ukazał się nakładem 130701, okołoklasycznego sublabelu FatCat Records, i do dziś żałuję, że z racji niezbyt intensywnego śledzenia polskiej sceny nie miałem wtedy okazji o nim napisać. Płyta "Traces" nadal jest stosunkowo świeża, ale najnowszą okazją do zapoznania się z Resiną jest epka "Traces - Remixes". Zawartość jej jest oczywista, szczególnie atrakcyjnie wypadają na niej takie imiona jak Lotic i sam Ben Frost, do tego jeszcze znalazł się tu całkiem emocjonujący nowy utwór "Trigger". Rzecz niewielka, ale obowiązkowa.


Nie ukrywałam nigdy, że specjalnym fanem Sufjana Stevensa nie jestem ("Carrie & Lowell", ugh), ale jego najnowszy, podwójny singiel "Love Yourself / With My Whole Heart" jest, po pierwsze, rzeczą całkiem sympatyczną, po drugie zaś, powraca do elektronicznej strony jego twórczości, czyli tej którą od czasu "The Age Of Adz" akurat lubię. "Love Yourself" powstało w 1996 roku, oryginalne demo i krótką repryzę znajdujemy też w wersji cyfrowej, "With My Whole Heart" jest zaś całkowicie nową kompozycją. Singiel ukazał się z okazji tegorocznego Pride Month (jak zwykle maj), wkrótce wydany zostanie na siedmiocalowym winylu, ale część dochodów przekazana zostanie na rzecz LGBT i bezdomnej młodzieży w Stanach.


[Wojciech Nowacki]

29 maja 2019


NILS FRAHM Encores 2, [2019] Erased Tapes || "All Melody" nie było najlepszym dokonaniem Frahma, będąc zbyt długim i zbyt szkicowym jednocześnie. Wbrew nazwie album ten nie dostarczył również wielu pamiętnych melodii, uwagę najbardziej przykuwały niekoniecznie udane aranżacyjne zabiegi, na czele z wątpliwie wpasowanym w całość chórem. Za płytą tą stała koncepcyjna radość Frahma z organizacji swego imponującego berlińskiego studia, można zatem było się spodziewać większej ilości materiału, zwłaszcza, że nieobce są Frahmowi mniejsze i swobodniejsze z natury formy. Epki "Encores" z miejsca więc zapowiadały się bardziej obiecująco niż długogrająca płyta którą mają dopełniać.


Już od pierwszych dźwięków "Encores 1" jasne było, że Nils Frahm najlepiej sprawdza się w postaci zwięzłej i minimalistycznej, ale przez to znacznie swobodniejszej niż wydumane koncepty. Na epce tej pełno było szmerów, stukotów, pogłosów tła, unoszących się w przestrzeni niby opiłki z ołówka. Piękne, głębokie brzmienie pozwalało wreszcie skupić się na grze na pianinie, nadal niepopisującej się melodyką, ale znacznie bardziej niż na albumie organicznej, uwolnionej i rozsmakowanej w sobie samej, bez zbytecznych dodatków. Nawet jeśli dźwięki te wydawały się przypadkowe, spontaniczne, to w ramach niedługiej epki zdobywały sobie zasłużoną uwagę.

Na "Encores 2" Frahm jeszcze bardziej i niemal dosłownie oddala się od "All Melody". Jeśli "Encores 1" brzmiało jakbyśmy nadal znajdowali się w tym samym studiu, po godzinach, w ciepłej i intymnej atmosferze, to ta epka przypomina bardziej radiowy sygnał nadawany z oddali, szmery przerodziły się w ciągły, lecz nieinwazyjny szum, pianino wydaje się bardziej rozedrgane, jakby stopniowo przykrywały je zakłócenia, stygnący dystans, utrata zasięgu. Jednocześnie dawne ciepło kryje się w melodyce, w "Sweet Little Lie" mechanicznie pozytywkowej, w "A Walking Embrace" bardziej finezyjnej, lecz pokrytej patyną zbyt wiele razy odtwarzanej pocztówki dźwiękowej. "Talisman" przynosi lekko już zrezygnowany, ambientowy puls, ale Frahm otrząsa się z niego w "Spells", ponad dwunastominutowej, rozmigotanej kompozycji, nadawanej już czysto i zdecydowanie z kosmosu. raczej niż z nagraniowego studia. Z naciskiem położonym na syntezatory i powolne narastanie lepiej odnalazłaby się na, nomen omen, "Spaces" niż na "All Melody". Na epkach "Encores" mamy niewątpliwą przyjemność obserwować Frahma w ruchu i jeśli seria ta będzie kontynuowana to będziemy mogli się przekonać czy jest to lot wznoszący czy raczej zatoczenie koła. Obie opcje wydaja się dziś jednakowo atrakcyjne. 8/10 [Wojciech Nowacki]