4 lipca 2020


Japandroids miałem szczęście widzieć na żywo trzykrotnie, dwa razy w Poznaniu, raz w Pradze, i nie chodzi tylko o wspomnienie z dawnych czasów, gdy klubowe koncerty były możliwe, ale o obcowanie z kimś, kto potrafi podtrzymać istotność rocka. I na płytach, i na żywo. "Massey Fucking Hall", ich pierwszy album koncertowy, pozwala zadumać się nie tylko nad ilością świetnych piosenek, ale i poziomem energii potrzebnej do grania (i śpiewania) w ten sposób przez ponad godzinę.


Tym razem do zwyczajowej już pieczołowitej produkcji dołączają zaskakująco melodyjne i piosenkowe kompozycje, po raz pierwszy zatem Arca w pełni mnie przekonuje, nawet jeśli płyta brzmi niczym nowy sezon "RuPaul's Drag Race" zorganizowany w postapokaliptycznym świecie zniszczonym wojną pomiędzy M.I.A. i Rosalíą  "KiCk i" to już nie tylko dźwiękowy eksperyment, to muzyczna współczesność na tle której nawet pojawiająca się tu Björk wypada niczym przebrzmiała staruszka.


Na "Women In Music Pt. III" pełno jest całkiem fajnym zabiegów produkcyjnych, album tchnąć ma optymizmem i przystępnością, utrzymany jest jednak w jednostajnym i rozentuzjazmowanym tempie, szybko więc przyprawić może o całkiem autentyczny ból głowy. Nic przeciwko siostrom HAIM, ale nadal mam wrażenie, że ich muzyka podobać się będzie głównie tym, którzy muzyki na co dzień nie słuchają.


Przyznaję, że Jessie Ware już przy okazji jej entuzjastycznie przyjętego debiutu wydawała mi się jednak dość nudnawą. Na "What Is Your Pleasure" mowy o nudzie nie ma, album w niezmiernie stylowy sposób przywołuje duchy wczesnej Madonny i Janet Jackson, rewitalizuje lata osiemdziesiąte i wczesne dziewięćdziesiąte w sposób podobny do przedostatniej płyty Little Dragon, konkurować zaś może bezpośrednio z dzisiejszą Róisín Murphy.


[Wojciech Nowacki]

21 czerwca 2020


"Civic Jams" to całkiem trafna nazwa nowego albumu Darkstar. Na poprzedniej płycie elektronika duetu konfrontowana była z wypowiedziami członków niewielkiej brytyjskiej społeczności, tworząc obraz kraju w warunkach po parlamentarnej wygranej konserwatystów. Ten aspekt obywatelski pozostaje, ale tym razem silniej wpleciony w warstwę muzyczną, która, no właśnie, przypomina raczej rejestracje bardzo niezobowiązujących jamów, skromnych, luźnych i tym razem pozbawionych większych szans na zdobycie nowych słuchaczy.


Może się mylę, ale chyba po raz pierwszy w historii laureat literackiej nagrody Nobla wydaje album? Bob Dylan oczywiście płyt w swej ikonicznej dyskografii ma dziesiątki, lecz kilka ostatnich zawierało wyłącznie covery tradycyjnych amerykańskich pieśni. Na "Rough And Rowdy Ways" Dylan powraca do roli poety, barda i bluesmana w jednym. Płyta brzmi ponadczasowo klasycznie, nie ogląda się na przemijalne zabiegi produkcyjne, jest też i całkiem awanturnicza. W końcu zapowiadał ją poświęcony zamachowi na Kennedy'ego siedemnastominutowy singiel "Murder Most Foul".


Kolejny klasyk, do tego jedna z moich ulubionych historii w dziejach muzyki, mianowicie motyw "zagubionego albumu". Neil Young nagrał "Homegrown" w połowie lat siedemdziesiątych, ale ponieważ materiał inspirowany był jego ówcześnie rozpadającym się związkiem, trafił ostatecznie na półkę opatrzony mianem zbyt osobistego. Osobisty nie znaczy bynajmniej trudny, szczególnie bowiem cieszy jego różnorodność, country, blues, folk, nawet odrobina morrisonowskiej poezji, wszystko to ujęte w zwięzłe, ale zaskakująco swawolne ramy.


[Wojciech Nowacki]

19 czerwca 2020


MOGWAI ZeroZeroZero, [2020] Rock Action || W samym środku pandemii, podczas domowej izolacji i eskalujących obostrzeń, gdy zlewały się ze sobą dni tygodnia i same tygodnie, jednak udało mi się zdać sobie sprawę z tego, że czas by już był najwyższy na nowy album Mogwai. Ich cykl wydawniczy zawsze był dość regularny, plus minus co dwa lata nowa płyta, przeplatana innego rodzaju, lecz nie pozbawionymi równej istotności wydawnictwami, a to epką, a to albumem koncertowym, a to remiksowym, a to wreszcie ścieżką dźwiękową.

Gdy więc kolejni artyści, pozbawieni możliwości koncertowania i przekładający kolejne premiery płytowe, pocieszać zaczęli siebie i słuchaczy zaglądaniem do swych szuflad i archiwów, udostępniając w różnych formach niezwykle czasem interesujące ciekawostki, Mogwai wydali kolejny soundtrack, do narkotycznego serialu "ZeroZeroZero", przez pierwsze trzy dni do pobrania z niezastąpionego Bandcampa za dowolną kwotę, w tym i za darmo, z dochodami przeznaczonymi dla brytyjskiej służby zdrowia.

Była więc i niespodzianka, jest też i nowy album, szkoda, że nie regularny, ale w takich czasach nie będziemy przecież narzekać. Jednocześnie jednak "ZeroZeroZero" łatwiej w ten sposób potraktować marginalnie, bo w kontekście całej dyskografii Mogwai, włączając tą ilustracyjną, do najjaśniejszych punktów nie należy, będąc ich chyba pierwszym prawdziwie wtórnym dokonaniem. Zostając przy samych tylko soundtrackach, "Zidane: A 21st Century Portrait" przyniósł muzykę intensywnie kontemplacyjną, "Les Revenants" szereg wyjątkowo udanych kompozycji, "Atomic" okazał się jednym z ich najlepszych albumów w ogóle, "Kin" zaś, choć łatwy do przeoczenia, był różnorodną miniaturą z paroma naprawdę mocnymi momentami.


Zwłaszcza na tle tego niedługiego, spójnego i narracyjnie ze sobą związanego poprzednika, "ZeroZeroZero" licząc 21 średnio dwu-, trzyminutowych utworów nie oferuje żadnego punktu zaczepienia. Są tu wszystkie znane elementy, medytacyjne pianino, syntezatorowe plamy, odrobina nerwowego rozedrgania, stosunkowo niewiele gitar, choć wyróżnia się perkusja, zaskakująco dźwięczna i szurająca, co jest jedyną prawdziwą nowością w brzmieniu Mogwai. Wszystkie te fragmentaryczne szkice, bo żaden spośród nich nie nabiera satysfakcjonującego kształtu pełnoprawnej kompozycji, sprawiają wrażenie kolejnych ćwiczeń z prób eskalacji, czyli markowego zagrania Mogwai, ale bez wyraźnych melodii, bez pamiętnych tematów i bez myśli przewodniej, co szczególnie frapuje w przypadku ścieżki dźwiękowej do serialu.

Materiał ten powstał w trakcie i przy okazji trasy koncertowej do albumu "Every Country's Sun", do tego mieć na uwadze trzeba, że w pracy nad soundtrackami muzycy niekoniecznie muszą dysponować pełną artystyczną swobodą. Szkoda, że nie wyszło z tego nic ciekawszego, zwłaszcza, że muzyczne ilustracje seriali urastają dziś do miary w pełni autonomicznej sztuki, niekoniecznie wymagającej kontekstu materiału źródłowego. Dla dobra grupy być może jednak lepiej obejrzeć "ZeroZeroZero" (u nas na HBO GO), ale jeśli dziś tak fenomenalne rzeczy tworzą Jeff Russo (nowe inkarnacje "Star Treka"), Ramin Djawadi ("Westworld"), Reznor z Rossem ("Watchmen"), czy Ben Salisbury i Geoff Barrow ("Devs"), to lubię myśleć, że jest po części i zasługą Mogwai. 5/10 [Wojciech Nowacki]

14 czerwca 2020


Ostatnia płyta Agnes Obel to nie tylko kolejny jasny moment w jej karierze, ale i jeden z najlepszych albumów tego roku w ogóle. Głównie za sprawą perfekcyjnego wyważenia głosu, kompozycji i aranżacji. Czy więc "Myopia (Instrumentals)" odpowiada na pytanie o bronienie się tej muzyki również w wersjach instrumentalnych? I tak, i nie, emocjonująca melodyka Obel nadal fascynuje, brak jej śpiewu jest jednak wyczuwalny. Ale być może jest to po prostu okazja do najdziwniejszego na świecie karaoke.


Kto po solowym albumie Jehnny Beth, wokalistki i liderki zespołu Savages, spodziewał się post-punkowej surowości i rozerotyzowanej poetyki, rację mieć będzie tylko po części. Na "To Love Is To Live", mimo odświeżającej zwięzłości płyty, zaskakuje filmowy rozmach i atmosfera rodem z noirowej przyszłości pełnej deszczowego kryminału i eskapistycznej cielesności. Do tego lista gości wśród których znalazł się i Atticus Ross z Nine Inch Nails, i Romy Madley Croft z The xx, i aktor Cillian Murphy.


W kategoriach niezobowiązującej, bezpretensjonalnej przyjemności ciężko wyobrazić sobie lepsze danie niż remiksy Foals. Zarówno zadziorna przebojowość, jak i wcale nie tak podskórna taneczność jednej z najlepszych indie-rockowych formacji dzisiejszych czasów, jest faktem. I choć spodziewać się można było raczej remiksowego towarzysza ich ostatniego albumu to "Collected Reworks Vol. 1", począwszy od dziesięciu minut z Hot Chip, przynosi parkietowy przekrój przez niemal całą ich twórczość. Do zobaczenia na winylu w październiku!


[Wojciech Nowacki]

7 czerwca 2020


Emika kombinuje coraz wyraźniej, rozdzielając swoje muzyczne wcielenia w odrębne linie przekazu, mamy więc "regularne", elektroniczno-piosenkowe albumy, mamy operę, mamy cykl pianistyczny. "Chaos Star" to ćwiczenie w elektronice instrumentalnej, twardszej, opartej o repetytywne wzorce, spoglądającej też zarówno w stronę dark ambientu, jak i technicznego industrialu. I jak każde ćwiczenie dowodzi, że nie wszystko, co sprawia przyjemność artyście w studiu, musi być upublicznianie, materiał ten jest bowiem nie tylko niepotrzebnie szkicowy, ale w sporej swej części po prostu nieprzyjemny.


Po ambient spełniający swą podstawową funkcję, czyli hipnotyczne ukojenie, najlepiej więc sięgnąć po prawdziwego klasyka. Biosphere wznawia "Dropsonde", swój album z 2006 roku, wzbogacony o siedem premierowych kompozycji, co znacznie go wydłuża, oferując jeszcze więcej plastycznej kontemplacji. Od nagrań terenowych, w rodzaju szczekającego w oddali psa, dźwięczność przepływa tu aż po szmerającą, ale jednak zaskakująco rytmiczną perkusję, album nabiera więc niespodziewanie jazzowego smaku, pokazując ambient jako przestrzeń pomiędzy gatunkami.


Imponujące fragmenty tego występu krążą już oficjalnie po sieci od jakiegoś czasu, przypominając nam o niegdyś efektownym istnieniu żywej muzyki. "Live With The Metropole Orkest" jako całość nie okazuje się być tak bombastyczną jak można by oczekiwać. Zaskakująco, na pierwszy plan wysuwa się tu sam Sohn i jego możliwości wokalne. Prawdziwa siła połączenia jego kompozycji z gustowną elektroniką i orkiestralnymi aranżacjami ujawnia się w pełnej krasie dopiero pod koniec, przypominając jednocześnie jak znakomitą płytą było "Rennen".


Pozostając w temacie intrygujących połączeń klasyki i elektroniki, "Glassforms", czyli rejestracja wspólnego występu związanego z oficyną InFiné pianisty Bruce'a Brubakera oraz elektronicznego producenta Maxa Coopera, okazuje się być przedsięwzięciem zaskakująco skromnym. Cooper, znany ze swego naukowego i silnie wizualnego podejścia do muzyki, ledwie oplata tutaj klasyczne kompozycje Philipa Glassa, owszem, używając wyrafinowanego na papierze oprogramowania, ale z kruchym i medytacyjnym efektem. 


[Wojciech Nowacki]

31 maja 2020


Ej no, ja tam narzekać nie mam zamiaru. Powrót Lady Gagi do bezpiecznego i sprawdzonego wizerunku rodem z pierwszych albumów słusznie mógł rodzić zakłopotanie, ale "Chromatica" faktycznie przynosi tak dziś potrzebny nieskomplikowany eskapizm. Z pamiętnymi melodiami jest tu nadal problem, ale płyta nada się i do odpoczynku od wiadomości ze świata, i do domowych ćwiczeń podczas wymuszonej izolacji, i do ożywienia tła rozmazującej się codzienności. Jednostajne tempo może z czasem przyprawić o ból głowy, ale wreszcie nie szwankuje produkcja, proste więc dźwięki nie muszą brzmieć już archaicznie.


Will Wiesenfeld pod szyldem Baths inicjuje swój własny label, ale przede wszystkim zbiera przeróżne swe drobnostki w kolejną już kolekcję "Pop Music / False B-Sides II". Tytuł wyjaśnia wszystko doskonale. Bez ciążącej nad całością koncepcją albumu więcej pola dla siebie zdobywa sobie odważniej eksperymentująca i mniej prześpiewana muzyka, od bardziej abstrakcyjnej elektroniki po całą plejadę żywych instrumentów, ale jednocześnie nadal prezentuje jego popową lekkość, optymistyczną melodykę i sympatyczną przystępność swej osobowości.


Deerhoof wydają płyty z podziwu godną regularnością, powstają też one szybko i intensywnie, stąd cechują się spójną energią, brzmieniem charakterystycznym dla danej chwili, ale i pozostają w ich własnym, naturalnie wypracowanym stylu. "Future Teenage Cave Artists" zawiera kilka świetnych piosenek znakomicie oddających ich humor i chwytliwość, cieszą też powroty do klasycznej psychodelii lat sześćdziesiątych, tym razem jednak granicząca z chaosem abstrakcja przeważa zbyt silnie by zdobyć im nieosłuchanych jeszcze miłośników.


[Wojciech Nowacki]

23 maja 2020


The 1975 to nic więcej niż zręczne pogranicze indie-pop-rocka, ale na poprzednim albumie udało im się przekonać i krytykę, i publikę, o wielkości, ba, pokoleniowości nawet tamtego materiału. Bez przesady, kluczem do sukcesu okazało się zebranie wszystkiego nośnego we współczesnej muzyce w jedną, przyswajalną całość. "Notes On A Conditional Form" to próba powtórzenia dokładnie tego samego, z ambicjami rozciągającymi się na 22 utwory i 80 minut muzyki, które dlatego też nie pozwalają na nawiązanie z nią żadnej więzi. Wrażenie (i zaangażowanie) podobne do słuchania przypadkowego radia podczas podróży samochodem.


Pamiętacie jeszcze o Badly Drawn Boy? Jego włochata twarz była swego czasu niemal symbolem brzmienia wczesnych lat zerowych, plastycznego, akustycznego, swojsko-chwytliwego. "Banana Skin Shoes" nie jest bynajmniej powrotem specjalnie wyczekiwanym, ale odrobina słoneczniejszej muzyki dziś z pewnością nie zaszkodzi. Nawet jeśli ogólne wrażenia są równie letnie, co u opisanych powyżej, to przynajmniej pozostaje poczucie bezpretensjonalnej nostalgii.


O albumie "POST-" nie było niestety okazji tu napisać, nie tak dawno temu był to naprawdę fajny kawałek amerykańskiego punka, zwłaszcza w podaniu tak sympatycznej, ale i mądrze refleksyjnej osobowości jak Jeff Rosenstock. O ile tamta płyta może uchodzić za całkiem złożoną, oczywiście w gatunkowych ramach, o tyle "NO DREAM" jest… intensywny, już od pierwszej, niemającej nawet minuty piosenki. Jest więc szybko, krótko, gęsto od niemal pop-punkowo skandowanych wokali, ale też i od pierwotnej energii, która powinna zaspokoić choćby tęskniących za Japandroids.


[Wojciech Nowacki]

15 maja 2020


Perfume Genius prezentuje się na okładce "Set My Heart On Fire Immediately" w kruchym, lecz dumnym, monochromatycznym półnegliżu, na płycie jednak przystraja się w kolejne gatunkowe kostiumy: pop-rock, queer-indie, noir dansing, klasyczne pieśniopisarstwo, narracyjność musicalu. Wszystko to jednak okazuje się tylko pretekstem do zamyślonego, introwertycznego śpiewu, który jest emocjonalnym centrum albumu, ale pozostaje w zbytnim odłączeniu od muzyki by stworzyć bardziej pamiętną całość.


Dwa ostatnie albumy Amona Tobina, choć przypomniały nam jego, znany już przecież, dźwiękowy design, okazały się być niespecjalnie potrzebnymi. Rewitalizacji jego drugiego projektu Two Fingers towarzyszyły celowo kontrastujące z powyższymi deklaracje o jego bynajmniej nie utraconej "twardości". Faktycznie, "Fight! Fight! Fight!" bliżej ma do pozbawionego humoru Modeselektor, ale buńczucznie nażelowaną męskość dzieli raczej z mundialową estetyką i wypalanymi na CD-Rach latami dziewięćdziesiątymi.


Pozostając przypadkiem w temacie nagiej męskości. Moses Sumney na albumie "græ" uosabia całą drogę, jaką organiczne r'n'b przeszło światem, w którym wydarzył się James Blake, Sufjan Stevens i post-rock, od czasów, gdy jego twarzą, w innych produkcyjnych warunkach był Seal. Płycie pewnie nie zaszkodziłoby lekkie skrócenie, ale jej pełne, bogate brzmienie i gustownie bezpretensjonalny rozmach nie pozostawiają miejsca na przesyt. Kolejna z tegorocznych niespodzianek.


[Wojciech Nowacki]

10 maja 2020


I Break Horses wydaje się być projektem dla alternatywnych koneserów, istniejącym w świadomości dość wąskich kręgów, lecz (być może właśnie dlatego) reakcje krytyki na nowy album są całkiem entuzjastyczne. Nic dziwnego, na następcę "Chiaroscuro" czekać musieliśmy aż siedem lat, groźba osunięcia się w zapomnienie była zatem całkiem realna. Upraszczając, powiedzieć można, że "Warnings" to rzecz przede wszystkim dla stęsknionych za Beach House, ale z odważniejszym manipulowaniem dynamiką i flirtowaniem z elektronicznym synth-popem.


Czyszczenia szuflad ciąg dalszy. Dema, rarytasy, pełno koncertówek, każdego tygodnia najróżniejsi wykonawcy rozpieszczają nas pandemicznymi prezentami, czasem nawet i za darmo, czasem na jakiś szczytny cel, czasem ot tak, po prostu. Zola Jesus wydała dość tradycyjny album koncertowy "Live At Roadburn 2018", który choć może nie oddaje w pełni jej szalonej, żywej energii, ale w ramach zgrabnej i spójnej całości przypomina o całkiem sporej ilości popowych piosenek w jej repertuarze. A przy okazji pozwala sprawdzić, jak radzi sobie w specyficznie festiwalowych warunkach.


Komu Mark Lanegan kojarzy się z noirowym, rockowym bardem, zasadniczo nie jest w błędzie, ale komu nie straszny skok w jego onieśmielająco obszerną dyskografię, temu "Straight Songs Of Sorrow" przynieść może przyjemne zaskoczenie. Lanegan swobodnie żongluje stylistykami, gra ze strukturą piosenek, wokalnie mieszcząc się gdzieś pomiędzy Iggym Popem a Leonardem Cohenem. Niemal coroczne wydawanie kolejnych płyt odsłania jednak w pewnym momencie lekką szkicowość materiału, zwłaszcza w połączeniu ze wspieraniem się perkusyjnym automatem.


Niespodziewanie udany debiut! Hayley Williams pozornie wyłoniła się znikąd, ale jej debiutancki album "Petals For Armor" zaskakuje dojrzałą i złożoną wizją, absolutnie niepozbawioną zapraszającej lekkości. Słychać tu zarówno współczesne, kobiece indie spod znaku Warpaint czy Sharon Van Etten, jak i radiowy pop-rock lat dziewięćdziesiątych w stylu Suzanne Vegi i Sheryl Crow, a do tego jeszcze migotliwe lata osiemdziesiąte gdzieś spomiędzy młodej Madonny i Whitney Houston. Ale, ale, Hayley debiutantką nie jest, mówimy bowiem o wokalistce średnio się kojarzącego pop-rockowego zespołu Paramore. Co tylko częściowo wyjaśnia artystyczny sukces tejże płyty.


[Wojciech Nowacki]

5 maja 2020


BON IVER i,i, [2019] Jagjaguwar || Jest lepiej, całkiem nieźle nawet. Czwarta płyta Bon Iver potrafi momentami zaintrygować, nawet jeśli tu i ówdzie zirytuje, to dość umiejętnie przebije to całkiem sympatyczną kolekcją efektownych zabiegów produkcyjnych. Słabością Justina Vernona nadal jest zbyt silna wiara, po pierwsze, we własne możliwości wokalne, po drugie zaś, w swój zmysł eksperymentatorski. Po raz kolejny mankamenty te stara się kamuflować może i zbytną kolażowością materiału, tym razem jednak z bardziej słuchalnym i rozluźnionym efektem niż na "22, A Million".

Materiał zresztą wyłania się niczym ze studyjnego szkicownika, pełnego szmerów i pogłosów, co przewija się przez całą płytę, zaskakująco zbliżając ją do dźwiękowej islandzkości. Mamy więc tu powrót do przyziemnie swojskiego, folkowego tchnienia, ale raczej w tym polodowcowo rustykalnym wykonaniu niż pochodzącym z drewnianej chaty gdzieś w Wisconsin. Więcej jest tu zatem całkiem przyjemnego ciepła, którego zdecydowanie brakowało na kanciastym poprzedniku. Do tego na powierzchnię wypływa tu pełno drobnostek, dęciaki, abstrakcyjna elektronika, folkowy post-rock, minimalizm Devendry Banharta, twinpeaksowe syntezatory, ba, nawet echa trip-hopu zmieszane z post-bluesową plemiennością King Crimson. Vernon nadal jednak bardzo chciałby być Jamesem Blake'iem i cóż, konsekwentnie mu to nie wychodzi, zwłaszcza jeśli wspomagać się musi wokalnymi modyfikacjami.


Podobnie z dźwiękowymi eksperymentami, nawet najlepsze z nich nie są doprowadzane do końca, niemal natychmiast porzucane są na rzecz kolejnych i kolejnych, składając się w efekcie na mgliście niezapamiętywalną całość. I tak oto dochodzimy do zasadniczej konkluzji, błahostki wybaczyć bowiem ewentualnie można, ale pod warunkiem, że towarzyszą one dobrym kompozycjom. Z wyjątkiem może "Hey, Ma", jedynego kompletnego i śpiewnego utworu, Bon Iver brakuje kompozycyjnego skupienia wystarczającego do napisania pamiętnej piosenki, co w połączeniu z ograniczoną i oklepaną melodyką przypomina nam tylko, jak przewartościowanym jest ten projekt.

Wiele miesięcy po premierze wiemy już, że "i,i" jest albumem, który zgodnie z przewidywaniami po prostu przeminął. Bon Iver zaś zostanie zapamiętany jako wykonawca, który przynajmniej się starał, ale po czterech płytach wydaje się, że nie będzie już potrzeby by sięgać po kolejną. 6/10 [Wojciech Nowacki]

3 maja 2020


"HiRUDiN" cechuje na swój sposób pełniejsze brzmienie niż na, z perspektywy czasu, surowszym poprzedniku. Austra wydaje się być tutaj bardziej popową, bardziej otwartą na międzygatunkowe flirty, chętniej też sięga po żywe instrumentarium. I choć obie płyty nie dorastają towarzyszącym im oczekiwaniom, to jednak "Future Politcs" przyniosło przynajmniej kilka zjawiskowych kompozycji, nowy zaś album jest raczej ostatecznie szkicową i nieszczególnie pamiętną całością.


Na "I Grow Tired But Dare Not Fall Asleep" sama atmosfera jest tymczasem tym, co szczególnie fascynuje. Ghostpoet w ponadczasowy sposób sięga po trip-hop w najlepszych tradycjach Massive Attack lat dziewięćdziesiątych, spowity jazzującym dymem i niemal rockową swobodą. Egzystencjalne lęki zostały podane tu w tak sennie kojący sposób, że album ten może okazać się znakiem czasów i jednym z najmocniejszych tytułów tego roku.


Czasy te stają się też dla wielu wykonawców okazją do czyszczenia szuflad i oferowania małych prezentów swoim fanom, tak oto Editors upublicznili dwie części kolekcji swoich rozlicznych b-side'ów, dem i bonusowych utworów. Dla tego zespołu zawsze były one okazją do odważniejszego eksperymentowania, do którego potencjał tonowany jest niestety na ostatnich studyjnych albumach, "You Are Fading, Vol. 3 / Vol. 4" powinny być zatem równorzędną częścią ich dziedzictwa. 


Na temat seriali mam równie wiele do powiedzenia, co na temat muzyki, ale jako że jest to blog muzyczny powiem tylko, że "Devs" to najbardziej zjawiskowe i filozoficznie poruszające science-fiction ostatnich lat. Sporą częścią obezwładniającej siły miniserialu Alexa Garlanda jest muzyka, medytacyjnie wędrująca po falach dalekowschodniego namysłu, narracyjnego napięcia, chrześcijańskiej sakralności, technologicznej grozy i jazzowej paranoi. Majstersztyk za którym stoją Ben Salisbury, The Insects oraz znany z Beak> i Porstishead Geoff Barrow.


[Wojciech Nowacki]

19 kwietnia 2020


Kontakt z nowym albumem Fiony Apple może dość solidnie onieśmielać. Z jednej strony z miejsca się pojawiające dziesiątkowe recenzje, z drugiej zaś sugerujące pewną podniosłość wydawanie płyt w wieloletnich odstępach. Darzę wielkim szacunkiem artystów nieczujących potrzeby tkwienia w ciągłym cyklu wydawniczym, ale jest też pewna nieufność względem bezkrytycznego przyjmowania tak oszczędnie pojawiającej się muzyki. "Fetch The Bolt Cutters" jest płytą, która absolutnie nie nadaje się to pobieżnego przesłuchania, więc żadne natychmiastowe odpowiedzi tu nie padną. Jest ewidentnie przemyślana, pełna treści, lecz zaczepna nie tylko w słowach, ale i w silnie zrytmizowanych dźwiękach.


Katarzia jak mało kto łączy wrażliwą emocjonalność, nieskrępowaną cielesność i wielkomiejskie rozintelektualizowanie. Tkwi w praskiej kwarantannie, niezwykle szczerze konfrontuje się z izolacją i choć śpiewa, że "Samota mi nevadí" to właśnie wydaje swój czwarty już album, którego nie ma szans koncertowo promować. "Celibát" kolejny już raz okazuje się być zarówno płytą silnie autorską, jak i czerpiącą z naturalnego talentu do wyczuwania tego, co dzieje się w muzyce i jak otaczać się współpracownikami. Nic nie stoi na przeszkodzie do tego, by Katarzia była naszą wspólną środkowoeuropejską dumą, bo posłuchajcie tylko jak rozkosznie śpiewnym jest język słowacki.


Debiut duetu Tęskno był jedną z najciekawszych polskich płyt paru ostatnich lat i nadal mam nadzieję napisać jeszcze o niej parę ciepłych słów. Tymczasem jednak, czas płynie i właśnie wydany drugi już album jest na swój sposób i powtórnym debiutem, "Tęskno" jest bowiem dziełem solowym. Jest tu mniej lekko nerwowego rozedrgania, jeszcze więcej natomiast poczucia ukojenia i chęci dzielenia się nim. Płyta jest ilustracyjna i piosenkowa zarazem, i choć na papierze łączenie smyczków z bardzo subtelną elektroniką nie musi prezentować się dziś szczególnie nowatorsko, to potrzeba szczególnego rodzaju wrażliwości, żeby zaowocowało tak stylowym efektem.


Thom Yorke - wiadomo, Jonny Greenwood ma swoje ścieżki dźwiękowe, klasyczne ciągoty, współpracę ze śp. Pendereckim, w zespole zaś swego brata Colina, ba, nawet perkusista Phil Selway ma na swym koncie już trzy płyty solowe. Ed O'Brien może więc wydawać się tym "zapomnianym" członkiem Radiohead, ale warto pamiętać, że i na koncertach często wspomaga Yorke'a wokalnie, czas więc najwyższy na samodzielne spełnienie. Warto odrzucić wszelkie porównania z Radiohead, choć na "Earth" znajdziemy znane nam twórcze eksperymentowanie. Muzyka EOB nie ma tej charakterystycznej nerwowości, jest zrelaksowana, nieinwazyjnie pomysłowa, niesiona przyjemnie zwyczajnie brzmiącym wokalem i ponadczasowym prześlizgiwaniem się po i rockowych, i elektronicznych tradycjach.


Koncerty akustyczne są często objawem komfortowej starości uznanych wykonawców, ale w czasach pozbawionych całkowicie żywej muzyki każdy jej przejaw powinien być witany z nostalgiczną radością. Zwlaszcza, że "Live At The Ritz: An Acoustic Performance" daleko ma zarówno do odświętnej celebracji a'la MTV Unplugged, jak i do wcześniejszych, całkiem bombastycznych koncertowych albumów Elbow. Jakimś cudem udało się wykreować tutaj atmosferę niemal pubowego koncertu, intymną, ale i rubaszną zarazem, na wskroś brytyjską i mimo klasycznej podniosłości kompozycji Elbow najlepiej pasującą do kufla piwa w ręce.


[Wojciech Nowacki]

16 kwietnia 2020


NINE INCH NAILS Ghosts V: Together / Ghosts VI: Locusts, [2020] Null Corporation || W pierwszym odruchu, nie jednak natychmiastowym, bo wymagającym przynajmniej pobieżnego zetknięcia się z ponad dwugodzinnym materiałem, pojawić się może pytanie, dlaczego wydany został pod szyldem Nine Inch Nails. Trent Reznor i Atticus Ross wznoszą się na fali oszałamiających sukcesów ich ścieżek dźwiękowych, żeby wspomnieć tylko "Watchmen", najnowszą i najsilniej powiązaną z całą siecią kulturowych fenomenów. Obie nowe części "Ghosts" są w oczywisty sposób ilustracyjne, z łatwością można sobie wyobrazić ich towarzyszenie oglądanym z hipnotycznym zaangażowaniem serialom czy filmom. Frapuje wreszcie sam powrót do serii "Ghosts", bo o ile "Ghosts I-IV" wydawały się twórczym czyszczeniem szuflad z pomysłów nie do końca wtedy jeszcze mieszczących się ramach NIN i które ostatecznie znalazły ujście w soundtrackowej twórczości Reznora, to czym są jej nowe części?

Choć "Ghosts V: Together" szczególnie wydaje się być nieinwazyjną muzyką tła, ambientem przyjemnie przeciekającym gdzieś na granicy świadomości, to nic z tego nie jest prawdą. Poza ową przyjemnością, co zaskakiwać może w przypadku NIN, u których satysfakcja płynęła częściej z agresywnie przebojowej rytmiki niż szczerej chęci ukojenia. Bo "Ghosts V" tak właśnie działa, jest albumem niespodziewanie budującym, podnoszącym na duchu, momentami fanfarowo wręcz monumentalnym. Ogólnie wiele tu z post-rocka, choć niewiele tu gitar, syntezatorowe drony przypominają o melancholii Hood, dźwięczne pianino i syntetyczne koronki bliskie są Mogwai. O ile post-rock opiera się jednak na umiejętnej eskalacji, o tyle "Ghosts V" uczą głębokiego zaangażowania w muzykę nieprowadzącą do żadnej konkluzji. Echa standardowego NIN można tu odnaleźć, a to zabrzmi charakterystyczna gitara z budującym napięcie frazowaniem, a to w finale pojawi się na moment rytmicznie rozmigotany industrial, ale przez swój retrofuturystyczny optymizm najbliżej ma do "Atomic" Mogwai i "Tomorrow’s Harvest" Boards of Canada.


Jeszcze bardziej chyba oczywista jest bliskość "Ghosts VI: Locusts" do "Suspirii" i generalnie bardziej paranoidalnej strony solowego Thoma Yorke'a. Upiorne pianino, teatralna duszność, rozliczne zniekształcenia, wszystko to sprowadza się do horroru, który jednak w swych nerwowo rozbieganych fragmentach flirtuje z ideą wyzwoleńczej ucieczki. Najbardziej fascynujące są jednak te momenty, w których pojawia się łkająca trąbka, z miejsca przynosząca niepokojąco zrezygnowaną atmosferę nocnego miasta, tak silnie kojarzącą się ze ścieżką dźwiękową do "House of Cards". Dlatego też "Ghosts VI" może wydawać się tym bardziej atrakcyjnym spośród obu albumów, w przeciwieństwie do "Ghosts V" brakuje mu jednak struktury, część pomysłów wydaje się ledwie naszkicowana, wciśnięta w ramy praktycznie przerywników, zbyt wielu i najczęściej pozbawionych przestrzeni do rozwoju.

Oba albumy chyba faktycznie są idealnym materiałem na obecne czasy. I nie, nie chodzi o miłą muzyczkę do pracy w domu, chodzi o naukę słuchania, pochłonięcia, posiadania czasu na prawdziwy kontakt z muzyką. Czyli jednak ścieżka dźwiękowa? Może i tak, ale jeśli Reznor i Ross ilustrują filmy i seriale, to jako Nine Inch Nails zawsze zajmowali się naszą rzeczywistością. Stąd i wydanie tych albumów pod tym właśnie szyldem. Nie sądzę jednak, by "Ghosts V" i "Ghosts VI" były chronologiczną opowieścią o pandemicznym świecie, to raczej dwie alternatywne wizje post-covidowej przyszłości. Do nas należy tylko wybór. 8/10 [Wojciech Nowacki]

12 kwietnia 2020


Nie podobała mi się cała ta promocyjna narracja zasadniczo odrzucająca istnienie dwóch ostatnich płyt The Strokes, spośród których zwłaszcza "Angles" było albumem zasługującym na większe docenienie. Do tego, kontrastowane ze średnimi delikatnie mówiąc singlami, buńczuczne zapowiedzi o "powrocie do korzeni", które w przypadku każdego zespołu z plus minus dwudziestoletnią historią mają prawo pachnieć starczą stęchlizną. Tymczasem, "The New Abnormal" jednak zaskakuje, choć energii nie wystarczyło na całą płytę, czego przykładem są zwłaszcza wymęczone single i syntezatorowe mielizny, ale w pozostałych miejscach cieszy i charakterystycznie dźwięczna gitara, i z miejsca rozpoznawalna melodyka, więc powrót do ducha debiutu można nawet zrozumieć.


Tu akurat oczekiwań nie było żadnych, ledwie parę niezbyt pamiętnych albumów, niepotrzebne czyszczenie szuflad, płyta koncertowa potwierdzająca tylko niewielką żywotność grupy, dla STRFKR była to dekada tylko pozornie aktywna. Czasy fenomenalnie przebojowego "Julius" okazują się w tym kontekście jedynie anomalią i na wydanej dość niespodziewanie płycie "Future Past Life" zespół wydaje się godzić z tą pozycją. Niespieszne piosenki prowadzone dźwiękami akustycznej gitary oraz echa zarówno folkowej psychodelii, jak i plażowego chillwave'u, w połączeniu z niewymuszonym charakterem materiału, może nie przynoszą niczego pamiętnego, ale oferują całkiem komfortową akceptację.


The Kooks akurat nigdy specjalnie nie śledziłem, więc jeśli mówimy tu o kolejnym powrocie do przeszłości, to zastanawia mnie, dlaczego rozpędzili się w stronę indie-rocka lat zerowych tak bardzo, że zatrzymali się aż w latach dziewięćdziesiątych, brzmiąc niemal jak ówczesna, rockowa wersja No Doubt. No serio, od rytmiki po manierę wokalną, może właśnie dlatego "Unshelved: Part I" jest tylko kolekcją piosenek, które nie pasowały do ostatniego albumu grupy.


[Wojciech Nowacki]

3 kwietnia 2020


W skali indie-popu Purity Ring mieszczą się gdzieś pomiędzy Chvrches a Poliçą i jest to sympatyczna, ale jednak nisza, nierozłącznie kojarząca się z początkiem drugiej dekady tego wieku. Problemem "WOMB" jest niekoniecznie to, że nie wnosi absolutnie nic do znanego już brzmienia duetu, lecz że w dość oczywisty sposób odsłania gwałtowne jego starzenie się. Synth-pop z pretensjami, hip-hopowe i r'n'b ozdobniki, przede wszystkim zaś produkcja i nachalnie zagęszczone wokalne modyfikacje mogą może dziś robić wrażenie w przypadku amatorów z SoundClouda, ale nie u wykonawcy z trzema albumami na koncie.


Ciekawe, że w ten sam dzień co Purity Ring, swój również trzeci album wydała Empress Of, która supportując duet podczas ich praskiego koncertu stała się niesamowitym odkryciem. Kto nie wie, niech natychmiast sięgnie po jej debiut "Me", bo to jeden z najbardziej zjawiskowych popowych albumów dekady. "Us" stało się ofiarą typowego syndromu drugiej płyty, przed wydaniem "I'm Your Empress Of" można więc było poczuć się nerwowo. Tym razem rzecz bliższa jest mixtape'owi, w którym niepozbawione społeczno-rasowego komentarza piosenki przepływają jedna w drugą, ale pozwalają na dalsze odkrywanie kompozycyjnej dojrzałości i rytmicznego wyczucia Lorely Rodriguez.


Dwa ostatnie albumy Amona Tobina do specjalnie udanych niestety nie należały, może więc ta nagrana wspólnie z Thys drobnostka okaże się zalążkiem czegoś ciekawego. "Ghostcards" to niecałe dziesięć minut muzyki, ale żywej, organicznej i z gustownie jazzowym posmakiem. O ile zamiast przydymionego klubu orkiestralny jazz nadaje się do domu strachów i opuszczonego wesołego miasteczka.


[Wojciech Nowacki]

29 marca 2020


Za wcześnie na werdykt, lecz jedna rzecz po pierwszym posłuchu jest pewna. "Gigaton" jest znacznie lepszy od nieszczęsnego "Lightning Bolt", jedynej płyty Pearl Jam, o której wspomnienie nie mówi mi nic. Owszem, jest tu i melodyka, i forma wokalna Veddera charakterystyczna raczej właśnie dla tych późnych albumów zespołu, ale i dawna, eksperymentalna zadziorność bliższa najlepszym czasom "Yield". Jest intensywnie, dzieje się tu wiele, nawet ballady są znów bardziej hipnotyczne niż ckliwe. Najlepsze momenty to jednak te, gdy pojawiają elementy dla grupy o trzydziestoletniej historii całkowicie nowe.


Wznowienie debiutanckiej epki "Blood Bank" przypomina nam o takim Bon Iver, jakiego dziś już brakuje. Zręczny, współczesny folk, dźwięczny, ale jeszcze nie pretensjonalny, bez niefortunnych eksperymentów, które później sprowadziły tą muzykę do czystej, lecz zagmatwanej formy. Choć zbyt wiara duża wiara we własne możliwości wokalne oraz w talent do domniemanej awangardy pojawiły się już tutaj, czego przykładem jest praktycznie niesłuchalne "Woods". Rocznicowe wykonania koncertowe pokazują jednak czym mógłby być Bon Iver trzymający się pierwotnego brzmienia.


Z każdą płytą Little Dragon pojawia się nadzieja na ostateczne zyskanie należnego im miejsca, tego, którego przebłysk pojawił się zbyt wcześnie na znakomitym "Machine Dreams" oraz w "Empire Ants", jedynym wartym pamiętania fragmencie dziwnie dziś przecenianego "Plastic Beach" Gorillaz. Szósty już album jest mniej kanciasty od inspirowanymi latami dziewięćdziesiątymi poprzednika, przynosi też więcej przestrzennej abstrakcji, do której grupa zawsze miała ciągoty, ale choć "New Me, Same Us" jest ich debiutem w barwach legendarnego wydawnictwa Ninja Tune, to, nomen omen, nowym otwarciem jednak nie jest.


Zapowiedzi były co najmniej intrygujące. "Aporia", którą Sufjan Stevens nagrał ze swym ojczymem Lowellem Bramsem, współbohaterem ostatniej standardowej jego płyty, mogła być pejzażem rozciągającym się pomiędzy Boards Of Canada a Com Truise, odmalowanym jednak przy pomocy tradycyjnego pieśniopisarstwa. Ostatecznie bliżej ma do instrumentalnych fragmentów M83 oraz do ścieżki dźwiękowej do okładek "Strażnicy". Dla regularnych fanów Stevensa pozostanie tylko ciekawostką, choć gdy w "The Runaround" w końcu pojawia się jego wokal, odsłania cały swój magiczny potencjał.


W natłoku nowości nowy album Nicolasa Jaara wydany pod jego własnym imieniem i nazwiskiem może okazać się rzeczą łatwą do przeoczenia, zwłaszcza w obliczu wyodrębnienia jego efektownie klubowego wcielenia pod szyldem Against All Logic. "Cenizas" przypomina o zadymionych przerywnikach dających chwile wytchnienia podczas jego intensywnych koncertów. Teatralna wręcz intymność łączy się tu z pierwszoligowym dźwiękowym designem, minimalizm dynamiki tonowany jest zaś wykorzystaniem takich instrumentów jak saksofon i pianino.


A jednak. Dirty Projectors, formacja od samych swych początków dysponująca charakterystycznie autorskim stylem, stała się z czasem praktycznie solowym projektem, następnie powróciła do bliższych sobie brzmień, by odrodzić się wraz ze skompletowaniem nowego składu. Świetny i opatrzony nostalgicznie nowojorskim teledyskiem "Overlord" miał tylko prezentować odnowione oblicze grupy, podążyła za nim jednak epka "Windows Open" urokliwie niezobowiązująca, skromna i efektowna zarazem, przywracająca też wreszcie silny żeński pierwistek.


[Wojciech Nowacki]