Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 10/10. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 10/10. Pokaż wszystkie posty

30 kwietnia 2021


MOGWAI Rock Action, [2001] Southpaw || Minęło dwadzieścia lat od wydania "Rock Action", trzeciego albumu Mogwai. Sama świadomość takiego upływu czasu słusznie może wydawać się wstrząsającą, ale mówimy tutaj o zespole, który ze wstrząsającości uczynił swój znak rozpoznawczy. W dekady trwającym procesie recepcji post-rocka Mogwai mieli płyty być może bardziej znaczące, może efektowniejsze, może przystępniejsze. Ich debiut wpisał się w legendarny już status roku 1997, niektóre spośród późniejszych albumów padły zaś po latach na podatniejszy grunt, ale płyta idealna może być tylko jedna. I tak samo jak zasługiwała na odkrycie w momencie wydania, zasługuje na nie po latach.

Z punktu widzenia rozwoju Mogwai "Rock Action" może wydawać się jednocześnie przełomem i etapem przejściowym. "Mogwai Young Team" zapisało się w historii, nawet jeśli jego brzmienie silnie tkwi w czasach jego powstania. "Come On Die Young" powtórzyło poniekąd sprawdzoną formułę, ale w spójniejszej i emocjonalnie ciemniejszej formie. Etap ten podsumowało znakomite "EP+6", pierwszy dowód na to, że najlepszymi płytami Mogwai niekoniecznie są te regularne. Zespół mógł z łatwością się tutaj zatrzymać i w nieskończoność powtarzać te same patenty, co stało się losem większości wykonawców utożsamiających się ze stereotypowo definiowanym post-rockiem, przyczyniając się do skostnienia mającego łamać bariery gatunku.

Ale "Rock Action" przyniosło zasadnicze ożywienie jeszcze zanim jego potrzeba stała się tak palącą, na lata ustanawiając Mogwai jako jeden z najważniejszych zespołów muzyki rockowej, która wyłoniła się z alternatywnego fermentu przełomu wieków. Gatunkowe bariery zburzyli Radiohead z "Kid A", emocjonalną pustkę rocka lat dziewięćdziesiątych wypełnili Blur z "13", nagle możliwą stała się intymna kruchość The Notwist czy rozdzierająca melancholia Hood. Konstelacja ta, do której z "Rock Action" dołączyli Mogwai, przetrwała jako znacznie istotniejsza dla brzmienia późniejszych dekad niż ówczesna "nowa rockowa rewolucja" skupiająca uwagę tych, którzy oglądając się na przeszłość nie byli jeszcze gotowi na prawdziwie alternatywny wymiar rocka.


Dla zespołu, który zdążył już odznaczyć się gargantuicznymi kompozycjami, rozpozcierającymi kontrolowane batalie skupionej ciszy z gitarowym hałasem na kilkanaście minut, liczące niewiele ponad pół godziny "Rock Action" musiało być jasną wypowiedzią. Wyraźniejsze wykorzystanie elektroniki stało się zaś zapowiedzią normy na późniejszych albumach Mogwai. Choć syntezatorowe brzmienia stały się równorzędną do gitar częścią ich stylu, to elektronika na "Rock Action" przejawia się oszczędnie, choć wyraziście, czasem wręcz niezręcznie, jak w rozedrganych szumach skądinąd kontemplacyjnie eskalującego "Sine Wave". Wbrew pozorom wyjątkowo dużo jest tu wokali, często przewijają się one nierozpoznane, jako ukryta linia melodyczna, dodatkowa warstwa ostrożnie, lecz bezbłędnie przemyślanych kompozycji, pełniąc rolę raczej instrumentu niż pierwszoplanowego punktu zaczepienia. "Dial Revange" jednak, którą w języku walijskim zaśpiewał Gruff Rhys z Super Furry Animals, to po prostu, krótka, lecz rozdzierająco piękna, zwyczajna piosenka, jakże inna od znanych z późnych płyt Mogwai skocznych, praktycznie rockowych singli i zajmująca w ich dorobku miejsce absolutnie wyjątkowe. Z drugiej zaś strony "Take Me Somewhere Nice" z prostą, dźwięczną gitarą i ciepłą melancholią, w której można powoli zatonąć, wywodzi się wprost z podobnych prób zawartych już na wcześniejszych, klasycznych albumach.

Ideał "Rock Action" nie tkwi jednak tylko w rozwoju, odmianie, łączeniu nowego ze starym, ale paradoksalnie właśnie w zwięzłości tej płyty. Pomijając dwa przerywniki, kołysankowe "O I Sleep" i niby-industrialne "Robot Chant", zostajemy tu tak naprawdę tylko z sześcioma kompozycjami, spośród których większość stanowi test wrażliwości i emocjonalną podbudowę przed dwoma utworami stanowiącymi centrum albumu. "You Don't Know Jesus" powraca do z zacięciem dawkowanego, gitarowego terroru, już wtedy typowego dla Mogwai, tutaj jednak w znacznie krótszej, ale równie skutecznej formie. Utworu takiego jak "2 Rights Make 1 Wrong" Mogwai jednak nie stworzyli nigdy wcześniej i już nigdy potem. Jasne, w podstawowej strukturze to nadal post-rockowa eskalacja budująca niezmiernie efektowne momenty zwrotne, ale dech w piersiach zapiera tutaj wyjątkowy optymizm, przechodzący od ekstatycznego do kojącego, oraz kalejdoskopowe wręcz aranżacje z maestrią powiązane w niemal dziesięciomiutową całość. Stosunkowo powolna, gitarowa melodia szybko kontrastowana jest mocną, rozpędzoną perkusją i gdy do całości dołączają dęciaki kompozycja już tylko wspina się do niesamowicie intensywnego punktu kulminacyjnego. To jednak ledwie połowa podróży, utwór redukuje się bowiem do intymnej, laptopowej elektroniki, po czym nabiera zupełnie innego rozmachu wraz z pojawieniem się banjo(!) i wieńczących całość współbrzmiących zaśpiewów. Po czymś takim finałem albumu i emocjonalnym zejściem nie mogło być nic innego niż medytacyjne "Secret Pint".

Pół roku po wydaniu Mogwai "Rock Action" ukazał się swoisty suplement do tego albumu, co poniekąd zapoczątkowało tradycję wieńczenia etapów kolejnych płyt rozmaitymi dodatkami. Wtedy jednak nie była to epka z niewykorzystanymi utworami, zbiór remiksów czy album koncertowy. "My Father My King", płyta z jednym tylko, dwudziestominutowym utworem, była raczej autentyczną antytezą "Rock Action". Być może chodziło o odreagowanie, być może o zaspokojenie rozczarowanych kierunkiem obranym na tamtej płycie. Tradycyjna melodia żydowskiej modlitwy zmieniona w kwintesencję post-rockowej kakofonii i kontrolowanego gitarowego hałasu stała się kultowym zwieńczeniem koncertów Mogwai, ale traktowane razem "Rock Action" i "My Father My King" są wyczerpującym dowodem na to, jak wyjątkowy jest to zespół. 10/10 [Wojciech Nowacki]

7 października 2020


RADIOHEAD Kid A, [2000] Parlophone || Krajobraz końca lat dziewięćdziesiątych tkwi w naszej pamięci niczym nostalgiczny monolit, całkiem zresztą słusznie, najbardziej bowiem ekscytujące jego elementy były ruchami dość powierzchownymi. Z wypiekami na twarzach donosiło się wtedy o szokującym "zastosowaniu elektroniki w muzyce rockowej" czy o "łączeniu/przełamywaniu gatunków", co samo w sobie utrzymywało nadal fasadę ich istnienia. Nawet jednak to skromne jeszcze napięcie wystarczyło do rozchwiania mainstreamu na rubieże pozbawiające go jakiejkolwiek samokontroli. I tak oto, symbolami końca wieku zostały zarówno Metallica z koncertem symfonicznym, jak i U2 kapitulujące przed recepcją płyty "Pop", tak formatywnej dla brzmienia dekady, powracając z następną do totalnego konformizmu i trwającej już na wieki zachowawczości. Krajobraz ten był już jednak na krawędzi całkowitego przekształcenia, z mocą i impetem nowej epoki lodowcowej.

Ice Age coming, Ice Age coming
Let me hear both sides

Mówimy tu jednak o naszej perspektywie, dzisiejszych trzydziestoparolatków, dla których czasy bez internetu wydają się równie nieodległe, co ówczesne sztywne podziały gatunkowe i (sub)kulturowe, przynoszące komfort jasnej identyfikacji. Pojawiające się dziś rocznicowe analizy znaczenia "Kid A" pisane z anglosaskich ujęć zaczynają się od tych samych i oczywistych wniosków, dochodzą do nich jednak inną drogą. Dla nas Radiohead było niemalże znikąd wyłaniającą się enigmą, w obliczu której i profesjonalna wydawałoby się krytyka bezradnie rozkładała ręce, próbując definiować ten album choćby jako jazzowy, tylko dlatego, że euforyczny majestat "The National Anthem" napędzany był rozszalałą sekcją dętą. Reszta świata tymczasem obserwowała Radiohead od ich początków jako britpop klasy B (pod względem przyjęcia raczej niż jakości) i poprzez fazę przywrócenia na "OK Computer" muzyce rockowej ambicji, ciągle jeszcze bez opuszczania jej stylistycznych ram.

Zanim jednak "Kid A" rozpoczęło nową dekadę i w konsekwencji nowy wiek w muzyce, to Blur płytą "13" zakończyło dekadę poprzednią. Zmiana krajobrazu dokonać się mogła bowiem dopiero po geograficznym spięciu dwóch, nam ówcześnie dość obojętnych tradycji: brytyjskiej i amerykańskiej alternatywy. Ciekawe też jest to, że obie te płyty w swych absolutnie skończonych formach były dokonaniami na wskroś albumowymi, "Kid A" obyło się oficjalnie bez żadnych singli, co paradoksalnie już wkrótce tylko umożliwiło zaistnienie ery playlist i nowej recepcji muzyki, bez estetycznych ograniczeń, bez guilty pleasures, z nieskończonym bogactwem możliwości i głodem dalszego ich eksplorowania.


Promocja muzyki, w świecie Radiohead będąca pojęciem brudnym i technokratycznym, przenosić zaczęła się też wtedy do sfery cyfrowej. Brak singli i tradycyjnie kapitalistycznej otoczki towarzyszącej standardowym cyklom wydawniczym z nawiązką zastąpiony został enigmatycznymi klipami, tajemniczą ikonografią i stroną internetową wymagającą kryptograficznej wręcz interpretacji. Cyfrowy kod raczkującego internetu stał się nośnikiem ukrytych znaczeń, tak atrakcyjnym, że fandom Radiohead jeszcze długo nie mógł uwolnić się spod jego czaru, wiele lat później doszukując się na "The King Of Limbs" przemyconych zapowiedzi rychłej kontynuacji tak frapująco krótkiej płyty.

Na przełomie wieków ukazało się wiele płyt, dzięki którym muzyka alternatywna włączona została w mainstream, niszcząc od środka jego skostniałe formy. Elektronika uzyskała należne sobie miejsce, zrewitalizowany jazz odzyskał masową atrakcyjność, ale choćby fascynacja islandzkością splotła się w początkiem znaczenia festiwali, avant-pop okazał się zbyt obcym a post-rock zaszczepił się u nas dopiero po latach, lecz w rozwodnionym kształcie i na post-metalowym gruncie. Dzisiejszy bezsens hermetycznych podziałów i gatunkowej czystości, fakt, że słuchać możemy czegokolwiek, kiedykolwiek i jakkolwiek, nie tracąc przy tym poczucia integralności na rzecz pobieżnego prześlizgiwania się po przeróżnych stylistykach, to, że na DNA muzyki możecie czytać i o abstrakcyjnej elektronice, i o neoklasykach, i muzyce rockowej, i o Lady Gadze, wszystko to, w sferze nie tylko symbolicznej zawdzięczamy właśnie "Kid A".

Zaburzenie tą płytą dekad muzycznego ładu nie oznaczało bynajmniej upowszechnienia dokonań zespołu wśród odbiorców muzyki, którzy do dziś korzystają z możliwości świata tą płytą zapoczątkowanego. Radiohead nadal towarzyszy obraz przeintelektualizowanej abstrakcji i to pomimo miażdżącej plastyczności emocji stanowiących jawny sens "Kid A". Dla samego zespołu album ten był jednak przede wszystkim wypowiedzią, prawdziwy obraz ich ówczesnej kreatywności jako oznaki nowej rzeczywistości poznaliśmy parę miesięcy później na płycie "Amnesiac". Zbliża się więc kolejna rocznica, której pominąć nie możemy. 10/10 [Wojciech Nowacki]

16 kwietnia 2019


FOALS Everything Not Saved Will Be Lost Part 1, [2019] Warner || Wreszcie. Dwa ostatnie albumy Foals zatrzymywały się gdzieś u progu wielkości. "Holy Fire" i "What Went Down" wznosiły się na fali rewelacyjnych singli, ale oba wędrowały przez parę znośnych, ale jednak mielizn, będąc może zbyt długimi i zerkając asekuracyjnie w stronę najprzystępniejszego "Total Life Forever". "Everything Not Saved Will Be Lost Part 1" to album krótki, intensywny i wreszcie nietracący czasu na bezpieczne piosenki. Na swoim piątym albumie Foals są u szczytu kreatywnych możliwości i z zasłużoną pewnością siebie nie bawią się już we wstrzymywanie koni.

Już "Prelude" na "Holy Fire" pokazało, że Foals mają niezwykłą zdolność do tworzenia kompozycji pełniących rolę intra, ale jednocześnie w pełni autonomicznych. "Moonlight" wynosi ten talent do doskonałości, stopniowo, lecz zdecydowanie ogarniając słuchacza przestrzenią podszytą oddechem, śpiewem ptaków, ale i poczuciem obecności opustoszałej betonowej dżungli. Bajeczna, narracyjna gitara, karuzelowy syntezator i punktujące klawisze niby mogłyby dalej eskalować, idealnie wyważone proporcje satysfakcji i niedosytu sprawiają jednak, że trudno wyobrazić sobie lepszą konkluzję niż przejście do reszty albumu. Oraz do "Exits", oh, "Exits", czyli jak zdeformowanym pianinem rodem z "Westworld" odstartować singiel hołdujący ideałom art-popu lat osiemdziesiątych. Przy pierwszym kontakcie wydaje się niepozorny, choć prowadzi go niesamowity groove, podtrzymywany warknięciami sekcji rytmicznej i mnóstwem produkcyjnych zabiegów. Ostatecznie jednak okazuje się obłędnie śpiewną piosenką, która mogłaby trwać i trwać, i tak się dzieje w istocie. Senna i stymulująca zarazem atmosfera kreuje zaskakująco wizualny, post-apokaliptyczny świat, co całkowicie wystarcza do satysfakcjonującej konkluzji po około czterech minutach, ale nie, nadchodzi instrumentalny finał, rodzaj epilogu dominującego nad całą kompozycją, najnowszy z doprowadzonych do mistrzostwa patentów Foals.


Nie ma chwili wytchnienia, wręcz przeciwnie, "White Onions" jest tak intensywne, że nie potrzebuje nawet równie krzykliwego, co śpiewnego wokalu by zapierać dech w piersiach. Perkusja niemal o sile Led Zeppelin, math-rockowa gitara, cięższe riffy, do tego zmiany tonacji, naprawdę bardzo łatwo o niemieszczącą się na emocjonalnej skali przesadę, ale prawdziwym wyciskaczem łez (sic!) jest dopiero "In Degrees". Syntezatorowa pętla przypominać może The Who, ale nad tym fenomenalnym parkietowym przebojem unosi się raczej duch Primal Scream i lat dziewięćdziesiątych. Mogłaby być z tego prosta, taneczna głupotka, ale po obowiązkowym mostku wzbiera pełzająca eskalacja a grupowy zaśpiew Am I wasting my time? / I could not persevere zmierza w stronę gospel i obłędnie gęstej emocjonalności.

"Syrups" na moment zwalnia tempo, wyjątkowo silna linia basu przynosi przydymioną, barową atmosferę, ale znów kompozycja całkowicie przekształca się w szaleńczą galopadę, która wbiega prosto w oczywisty singlowy przebój "On The Luna". Ten murowany koncertowy faworyt jest kunsztownie opleciony gitarą, podbarwiony pulsującą syntezatorową plamą, bawi prostą zadziornością, gniewną energią i fantastycznym uwolnieniem napięcia. Wyrafinowanie materiału staje się znów bardziej czytelne w "Cafe D'Athens", którego połamana rytmika zdecydowanie kojarzy się z późnym Radiohead i początkowo wydaje się być pierwszym słabszym momentem albumu. Mglisty wokal, marimba, wibrafony wydają się być chaotyczne, przypadkowe i trudniejsze do uchwycenia, lecz znowu dochodzi do przewrotu i finałowy, mantryczny zaśpiew całkowicie zmienia wymowę i odbiór całości.


Do ładnego, ale i banalniejszego etapu Foals z "Total Life Forever" wydaje się powracać "Sunday" ze swoją łatwą, falistą melodią, ale raz jeszcze utwór ulega przekształceniu, znów w duchu brytyjskiej muzyki tanecznej lat dziewięćdziesiątych, brzmiąc niczym rave subtelnie opleciony finezyjną gitarą. I tak oto dopiero "I'm Done With The World (& It's Done With Me)", ostatni na płycie utwór staje się pierwszym o którym niewiele da się powiedzieć. Foals zawsze mieli problem z balladami i to właśnie one, choć ładne, temperowały impet i potencjał ich ostatnich płyt. Owszem, zaaranżowana praktyczne tylko na pianino piosenka przynosi tu pewną ulgę, założyć jednak trzeba, że prawdziwy jej sens zostanie odsłonięty wraz z wydaniem drugiej części płyty.

Wydaje się, że "Everything Not Saved Will Be Lost Part 2" nie będzie po prostu kontynuacją, drugą częścią, ale raczej samodzielnym sequelem, nową odsłoną serii. To dwa niezależne albumy od początku planowane jako autonomiczne całości, posiadające jednak dodatkowe konteksty. Nad częścią pierwszą unosi się tajemnica części drugiej, część druga liczyć będzie pewnie na poczucie spełnienia i kompletności. Nawet jeśli na razie znamy tylko połowę wizji to jest ona już imponująco atrakcyjna i nie chodzi nawet tylko o kompozycyjną i produkcyjną maestrię Foals. "Everything Not Saved Will Be Lost" to obraz apokalipsy, kreślony bardziej wizualnie niż werbalnie. W obrazowości słów Yannisa Philippakisa w połączeniu z totalną formą zespołu jest coś niemal kinematograficznego. W obliczu końca świata wyzwolenie tkwi w umyśle tworzącym piękno i we wspólnocie pozwalającej je doświadczać. Z konfrontacji alienacji i wspólnotowości na "Everything Not Saved Will Be Lost Part 1" ostatecznie wynosimy naprawdę sporo nadziei. Ciąg dalszy nastąpi. 10/10 [Wojciech Nowacki]

12 grudnia 2017


KRISTEN LAS, [2016] Instant Classic || Pływamy po powierzchni alternatywy. Wszystko jest tu większym lub mniejszym uproszczeniem, ale mógłby to być nasz jednozdaniowy manifest. Od początku chodziło mi o propagację, o zachętę, o pokazanie, że nie trzeba sięgać zbyt głęboko, żeby odnaleźć dosłownie rozumianą alternatywę. Muzykę zaspokajającą całe spektrum emocjonalnych potrzeb, równie satysfakcjonującą, różnorodną i przystępną, co bardziej oczywiste pierwsze wybory z popularnej linii rozpostartej między popem a rockiem. Piętnaście, dwadzieścia lat temu rzeczy o których pisuję mogły uchodzić i faktycznie uchodziły za głęboką alternatywę, ale czasy się zmieniły, granice między mainstreamem a niezależnymi potoczkami całkowicie się rozmyły. Na marginaliach kwitną zatem kolejne niezwykłe efemerydy, mikrogatunki, netlabele, niezaprzeczalnie ciekawe zjawiska, które dość bezrefleksyjnie wzdychają za większą popularnością. Jeśli jednak nadal są na świecie fajni, inteligentni ludzie dla których szczytem muzycznego wyrafinowania będzie U2 to bardzo mi przykro, ale nie będę pisał o field-recordingu czy kasetowym ambiencie.

Najbliżej przełamania szklanego sufitu rozdzielającego alternatywę od rockistowskiego i popowego mainstreamu była polska scena w samych początkach tego światowego procesu, kiedy istniało Sissy Records, działał Ampersand a Rojek zamiast festiwalu miał audycję radiową. Coś jednak popsuło się po drodze, mamy co prawda poświęcony polskiej muzyce kwartalnik, ale żywotom labeli brakuje stabilności, ich tradycje są krótkotrwałe a tzw. niezal wydaje się zajmować głównie sam sobą. Blogosfera, wydawcy, muzycy zbyt mocno uczestniczą w chowie wsobnym, własnym i bardzo hermetycznym mikro-światku, który ożywiają takie aferki jak lament nad końcem działalności jednego z netlabeli czy rozgorączkowanie wokół pewnej recenzji pewnego zespołu. Kristen symptomatycznie przeszli przez wszystkie niemal etapy polskiej alternatywy, wydawał ich Gustaff, Ampersand, Lado ABC czy wreszcie Instant Classic, dziś flagowiec płynący pod polską banderą na zagraniczne wody. W jego katalogu Kristen pełnią w towarzystwie znacznie nowszych imion rolę jakby prekursorów, stabilnych i zapomnianych klasyków, zbyt mało jednak awangardowych. "LAS" odnajduje nas zatem dokładnie tam, właśnie tam gdzie znajdować się chcemy. Powierzchnia alternatywy, za łatwa dla trudnych, a dla łatwych za trudna.


Mówiąc wprost, trzeba być bezdusznym potworem, żeby "LAS" już od pierwszych rytmów obezwładniającego "SALTA" nie wywołał emocjonalnej odpowiedzi. Tym razem bowiem destylat Kristen wreszcie oddziałuje bardziej na emocje niż intelekt, co zawsze było lekką przywarą zespołu i nawet na niemal idealnym poprzedniku "The Secret Map" prowadziło do lekko schizofrenicznego efektu. Nie znaczy to, że "LAS" jest jakimś mitycznym punktem docelowym do którego zmierzała cała kariera Kristen, każda z płyt dysponowała własnym, charakterystycznym wyróżnikiem i nie mamy powodów by sądzić, że i kolejne albumy nie będą się różnić i dalej poszukiwać. "LAS" zbudowany został jednak na prostocie, odarciu ze zbędnych warstw, dotarciu do pierwotnego, motorycznego rdzenia. W pewnym wręcz sensie zatacza koło do debiutu "Kristen", przynajmniej pod względem uproszczenia instrumentarium, kompozycyjnie bowiem radykalizuje się jeszcze bardziej porzucając jakiekolwiek zawikłane post-rockowe struktury. Zapętlona rytmika "LASU" jest w istocie transowa, ale już niekoniecznie plemienna, wydaje się być znacznie bardziej mechaniczna niż naturalistyczna. Pobrzmiewa tu raczej technologiczny optymizm post-apokalipsy. Jeśli Mogwai na "Atomic" pokazali nam drogę do nuklearnej zagłady a Boards Of Canada na "Tomorrow’s Harvest" trawione głodem atomowe zgliszcza, to krautowa motoryka Kristen wskazuje na świat żywej, świadomej i pozostawionej samej sobie maszynerii, być ten sam, który znacznie bardziej niepokojąco Ścianka odmalowała na "Niezwyciężonym". "LAS" wciąga i pochłania, jego idealne proporcje i emocjonalna karuzela sprawiają, że do płyty powraca się natychmiast i niemal kompulsywnie. Nawet bez piosenkowości będącej najlepszym elementem "The Secret Map" najnowsza płyta Kristen jest perfekcyjnie przystępną. Nie potrzebujecie znać środowiska, niczego wiedzieć, niczego rozumieć, starać się niczego doceniać, mieć żadnego przygotowania. "LAS" jest dokładnie taką płytą o jakiej zawsze chciałem tutaj napisać. 10/10 [Wojciech Nowacki]

15 października 2017


WILD BEASTS Boy King, [2016] Domino || 4 lipca 2010 roku. Open'er Festival. Tłum z namiotu po zjawiskowym koncercie Kings Of Convenience dość zgodnie odpływa pod główną scenę, gdzie The Hives wymienia się na The Dead Weather. Podążają tam też dwie moje przyjaciółki, ja zostaję w namiocie, korzystam z okazji i po raz pierwszy w ciągu całego festiwalu przesuwam się pod samą scenę. O Wild Beasts wiem tylko z przedfestiwalowych trójkowych zapowiedzi, przelotnie zdążyłem przesłuchać "Two Dancers" i tak oto splot okoliczności pozwolił mi obejrzeć jeden z najlepszych koncertów festiwalu. W Wild Beasts jest kruchość debiutantów, którą łatwo pomylić z niepewnością, ale dominuje poczucie uczestnictwa w czymś wyjątkowym, w podrygu murszejącego pomału indie-rocka (patrz: główna scena) rodzącego wielki zespół z własną, oryginalną i współczesną tożsamością.

"Limbo, Panto" było jednak tylko ciekawostką, po którą i dziś sięga się głównie wstecznie, po poznaniu późniejszych płyt Wild Beasts. Jednocześnie był to niewątpliwie oryginalny debiut w czasach gdy fala indie-rocka zaczęła słabnąć, jawić się jako coraz bardziej wtórna i rozpadać się na odważniejsze formy mające zapewnić jej przetrwanie, od freak-folku po rehabilitowaną elektronikę. Wild Beasts przyszli z czymś prawdziwie własnym a "Limbo, Panto" natychmiastowo zdefiniowało główne elementy ich brzmienia, nawet jeśli wytracone zostały na późniejszych płytach. Silne operowe wokale, pewna cyrkowość, pogmatwana struktura piosenek, niewątpliwie jednak lekkich i przebojowych, oplecionych koronkową gitarą i wyrafinowanym słownictwem dziś czynią ten album zaskakująco bliski art-popu Kate Bush. Być może dlatego właśnie to "Two Dancers" pozostaje płytą bardziej przyswajalną, podprogowo wręcz i obezwładniająco. Hipnotyczny drugi album Wild Beasts na nowo konstytuował pojęcie indie-rocka jako muzyki wychodzącej z łatwych i znajomych punktów wyjściowych, ale jednak lekko obcej, ambitnej i nowatorskiej, po prostu innej. "Two Dancers" podkreśliło również, że choć Hayden Thorpe dominuje w wizerunku grupy to wokal Toma Fleminga nie jest tylko okazjonalnym dodatkiem, ale równorzędnym, jeśli nie kluczowym składnikiem.

20 sierpnia 2015 roku. Kraków Live Festival. Tym razem Wild Beasts są jednym z głównych powodów udania się do Krakowa, ale znów zaważył korzystny splot okoliczności. Mieszkamy w Pradze, festiwalów nie lubię, ale pomogły zdecydować naprawdę fajny line-up, sympatyczna wielkość, względna bliskość, możliwość pokazania Krakowa mojemu partnerowi i zmuszenia go do spróbowania pierogów. I znów Wild Beasts, którzy w międzyczasie stali się jednym z jego ulubionych zespołów, więc popijanie wina przez Thorpe'a oczywiście obserwujemy z pierwszego rzędu. Tym razem na głównej scenie, ze znacznie bogatszą kolekcją przebojowych piosenek, choć bez popularności mogącej zapewnić im piski fanów płci obojga jak dzień wcześniej na Foals. Może nie piszczymy, ale w natchnionym skupieniu chłoniemy przedziwną zawadiackość Wild Beasts.

W momencie premiery "Smother" wydawał mi się najmniej przekonującym albumem Wild Beasts. Skromy, wyciszony, wyjątkowo nawet jak na nich introwertyczny, przyniósł jednak zarówno dźwięki pianina, jak i pościelową, choć subtelnie taneczną elektronikę. "Smother" po czasie zyskuje na klasycznej patynie, paradoksalnie zaś, to "Present Tense" jako całość wymyka się uwadze, choć pochodzi z niego cała plejada jednych z największych przebojów i najlepszych refrenów Wild Beasts. Wydawało się, że grupa szybko osiągnęła poziom pewnego ukontentowania własnym brzmieniem i pozycją, po "łagodnej" trzeciej płycie i "dojrzałej" czwartej można było się z równym prawdopodobieństwem spodziewać się stagnacji, jak i kolejnego zwrotu. Dostaliśmy to drugie. A nawet więcej. Na dobre i na złe.

21 października 2016 roku. Lucerna Music Bar. Praga. Prawdziwy, samodzielny, niefestiwalowy koncert jednego z moich ulubionych zespołów w moim mieście. Jeden z przyczynków dlaczego warto raczej mieszkać w Pradze niż w Poznaniu. Do Lucerny jedziemy zaraz po pracy, frekwencja, cóż, nie najwyższa, trochę się złoszczę, że nie mają płyt na sprzedaż, "Boy King" znam nadal tylko ze Spotify, spotykamy tam kumpla, w trójkę totalnie rozsłuchani i rozśpiewani obserwujemy wyborny koncert pełen fascynującego i lekko niepokojącego napięcia. Może dlatego, że znów znacznie większą uwagę niż Thorpe przyciąga potężnogłosy i seksownie wycofany Fleming. Setlista to prawdziwy greatest hits do którego nowe piosenki zapadają doskonale. Przez głowę przebiega mi myśl, że jak fajnie, że Wild Beasts widzę na żywo już trzeci raz.


Po kalejdoskopowym "Present Tense" stylistyczna jednorodność "Boy King" naprawdę miała prawo w pierwszym momencie zmylić i zasugerować, że oto mamy powtórkę ze "Smother" w której pościelowe wyciszenie zastąpiła syntezatorowa zadziorność. Spójność i zwięzłość "Boy King" jest wręcz monumentalna, jak dotąd najbliżej jej miało "Two Dancers", ale nawet tamta płyta, uznawana za najlepszą przecież w dorobku Wild Beasts, rozpuszczała się pod koniec w eterycznym kompozycyjnym syropie. "Boy King" uderza każdą, dosłownie każdą spośród swych jedenastu kompozycji. Oczywiście, łatwo wskazać "Big Cat" czy "Alpha Female" jako modelowe dla całego albumu, ale właśnie, reprezentują cały album, bo podążają za nimi pozostałe utwory walczące o uwagę słuchacza z zaciekłością wściekłych psów. Czy innych mitycznych bestii, bo mitologicznych odniesień na "Boy King" nie da się zignorować. Adonis, Colossus, pijące szampana niebiańskie istoty. Nie wierzę w przypadki, zwłaszcza jeśli zarówno okładka, jak i tytuł płyty wydają się jednoznacznie wskazywać na Apolla, głodnego władzy słonecznego boga, w sposób w jaki przedstawiony był w "Wonder Woman" Briana Azzarello i Cliffa Chianga. Komiks ten w ten sam współczesny i niepokojący zarazem sposób co "Boy King" radził sobie z cielesnością, mocą, upojeniem. Nie jest zatem prawdą, że Wild Beasts wytracili intelektualny pierwiastek swej muzyki na rzecz neonowego podniecenia. Rzekomo ich wcześniejsze płyty były pod tym względem bardziej wyrafinowane, ale od samego początku wielkie słowa tylko skrywały szeroko rozumiany pierwiastek erotyczny, tak naprawdę dla Wild Bests esencjonalny. Prawda, na "Boy King" wszystko jest prostsze, słowa, rytmy, tytuły, ale spadła intelektualna zasłona przykrywająca dominujące cielesne żądze. Trzeba jednak dużo złej woli, żeby w przystrojeniu się w machystowskie pawie pióra nie dostrzec kolejnej zasłony dymnej. Wild Beast dojrzeli do otwartego celebrowania mitycznej męskości, ale poza boskimi atrybutami nadal tkwi ich naturalna kruchość. Dzięki temu "Boy King" jest płytą zadziorną, chwytliwą, seksowną i pomnikową zarazem.

25 października 2017 roku. Poniedziałek. Oczywiście, że poniedziałek. Wild Beasts zapowiadają zakończenie działalności, z powodów, których możemy się tylko domyślać. Dzień później zamawiam na pamiątkę ich finalną epkę mającą się ukazać w listopadzie w liczbie 300 sztuk. Smutno, ale myślę, że jest to dobry moment na rozstanie wcale nie dlatego, że "Boy King" jest ich najsłabszą płytą. Wręcz przeciwnie. Wręcz przeciwnie. 10/10 [Wojciech Nowacki]

26 lipca 2017


JOHN GRANT Grey Tickles, Black Pressure, [2015] Bella Union || W kategoriach uprawianej sztuki John Grant to self-made man idealny. Oczywiście, każdy artysta w mniejszym lub większym stopniu sięga do własnych przeżyć, doświadczeń i historii, ale każdy wers Granta, każda jego piosenka, płyta, każdy element jego osobowości, światopoglądu i nawet języka krzyczy głębią jego przeżyć. Niekoniecznie zresztą krzyczy, częściej ironicznie pomrukuje, wkrada się niezauważalnie do naszego życia stając się najlepszym przyjacielem, starszym bratem, dobrym wujkiem. John Grant - najlepszy pieśniarz i wzór męskości XXI wieku.

Urodzony w małym miasteczku w Michigan, wychowany w stanie Colorado, który dziś uchodzić może za względnie liberalny, ale znajduje się jednak na mentalnej granicy konserwatywnego Południa, Grant był niemal predestynowany do przegranej w boju o pogodzenie się z własną orientacją seksualną. Ukojenie przynosiła mu popkultura, literatura, zamiłowanie do języków, ale popadł w całe spektrum różnorakich uzależnień, od alkoholu przez narkotyki po autodestrukcyjny seks. Alternatywnie rockowy zespół The Czars, który zdołał zdobyć sobie pewną popularność, rozpłynął się w niebycie pozostawiając Granta samemu sobie. Początek kariery solowej naruszyła wieść o zakażeniu wirusem HIV, do czego publicznie przyznał się podczas występu z Hercules & Love Affair. Przy okazji nagrywania drugiej solowej płyty wyruszył na Islandię, gdzie zdecydował się pozostać, szlifując języki, współpracując z przedstawicielami nie tylko tamtejszej sceny muzycznej i nareszcie prowadząc zdrowe, szczęśliwe życie.

Brak pewności siebie i ciągły samokrytycyzm jednak pozostają, jak u każdego nadwrażliwego intelektualisty który otarł się o mentalne problemy. Grant analizuje siebie, otaczającą go rzeczywistość, ulega też pokusie analizy swej przeszłości, ale czyni to przez pryzmat bezbłędnie rozwiniętego zmysłu krytycznego oraz ironicznego poczucia humoru, które w dzisiejszym świecie jest zarówno mechanizmem samoobrony, jak i ekwiwalentem fizycznej przemocy dla w gruncie rzeczy miłych ludzi. Zręczny, inteligentny język Granta wydaje się być kolokwialnym, pełno w nim jednak odniesień do amerykańskiej popkultury, literatury wysokiej, historii LGBT, jego ironiczny dowcip jest jednak życzliwie prostolinijny, choć skrywa się za nim piekło dorastania w Ameryce. Pełen zakres emocji, które Grant rejestruje i analizuje, przekazuje oczywiście pod postacią swego lejącego się niczym miód głosu, lecz nie zawsze posługuje się banalną, choć widowiskową siłą. Emocje zagęszcza barwą, niesioną narracją, nie ulega przy tym pokusie prześpiewania i pozostawia sporo przestrzeni na wybrzmienie swej ponadczasowej, uniwersalnej muzyce.


Jej podstawa zawsze była prosta. Pianino i gitara akustyczna wystarczyły do wypełnienia debiutu "Queen Of Denmark" bez wyjątku zjawiskowymi kompozycjami. Sięgnięcie po mroźną, przestrzenną elektronikę Gus Gus na "Pale Green Ghosts" sytuacji tej w najmniejszym stopniu nie zmieniło, piosenki Granta pozostały równie melodyjne, pomysłowe, hymniczne niemal, choć bez niepoważnego patosu. Muzycznie "Grey Tickles, Black Pressure" nie jest ani powrotem do konwencjonalnego brzmienia pierwszej płyty, ani prostą kontynuacją elektronicznego oblicza drugiej. Grant nie stoi w miejscu, przesuwa akcenty, po nowe środki sięga z odwagą i wiedzą o ich pochodzeniu, stąd też album miejscami jest wyraźnie nieociosany, kanciasty, w porównaniu z poprzednikami wręcz agresywny. Cynizm (You know it takes an ass like yours to make it possible for me / To have developed such a very high tolerance for inappropriate behaviour), narcyzm i ataki paniki w "Snug Slacks" przystrojone są w twarde, narkotyczne disco lat siedemdziesiątych, zdewastowanemu sercu w "Guess How I Know" towarzyszy agresja brzmieniowa i wizualna. Wycedzona złość łączy się z kabaretowym humorem w zaśpiewanym wspólnie z Amandą Palmer "You & Him" (You and Hitler oughta get together / You oughta learn to knit and wear matching sweaters). Bezsilność pomocy w obliczu klinicznej depresji skrywa się w "Voodoo Doll" pod postacią rytmicznej elektronicznej piosenki. Obrazom ludzkiej ignorancji w "Global Warming" i uwłaczających związków w "No More Tangles" (No more reindeer games with narcissistic queers) przygrywają zaś gustowne orkiestracje.

Tytułowe "Grey Tickles, Black Pressure" pogrywa z potrzebą akceptacji, konfrontuje problemy własne z tymi światowymi i wyraźnie sugeruje, że motywem przewodnim płyty jest męski kryzys średniego wieku, trudny szczególnie jeśli ma się za sobą życie pełne dewastujących doświadczeń. Album spina jednak klamra miłości rodem z Pierwszego Listu do Koryntian, "Grey Tickles, Black Pressure" jest więc o odwadze konfrontacji między ideą a jej przejawami w rzeczywistości. Na szczęście miłość nie realizuje się tylko pod postacią narcyzmu, wykorzystywania, uzależnień, religijnego fanatyzmu, ale też w sposób czysty i prosty. Stąd też "Disappointing", nie tylko jedna z najbardziej przebojowych piosenek Granta, ale i tak po ludzku jego najpiękniejsza obok "GMF" piosenka miłosna. Poturbowana męskość wychodzi z tego zwycięsko. Inteligencja, ciekawość świata, analiza i krytyka, humor i życzliwość, emocjonalna szczerość, wrażliwość, cienie minionych przeżyć, to wszystko tworzy dziś mężczyznę może i w średnim wieku, ale na nowych warunkach seksownego. 10/10 [Wojciech Nowacki]

24 stycznia 2016


ŚCIANKA Białe wakacje, [2002] Sissy Records, reedycja: [2015] Sony || Minął kolejny listopad. Teraz już wiemy, że ciągłe istnienie Ścianki przestało być wątpliwe, w grudniu ukazał się niespodziewany "Niezwyciężony", ba, nawet "Come November", najbardziej oczekiwany album w historii polskiej muzyki rozrywkowej, który już, już prawie ukazał się w 2011 roku, jest nadal w planach Macieja Cieślaka, mimo wcześniej rozsiewanych tu i ówdzie defetystycznych głosów osób posiadających jakoby wiedzę tajemną. Latem ubiegłego roku jedynym śladem jakiegokolwiek ruchu ze strony Ścianki było winylowe wydanie "Białych wakacji".

Ruch zespołu jest to oczywiście czysto teoretycznie. Ciężko sobie wyobrazić, żeby Maciej Cieślak miał jakąkolwiek kontrolę nad tym wydawnictwem. Oryginalne "Białe wakacje" ukazały się w roku 2002 pod szyldem nieodżałowanego Sissy Records, sublabelu ówczesnego BMG, dziś z kolei wchłoniętego przez Sony. Winylowy renesans wkroczył do Polski w stopniu marginalnym, ale na tyle widocznym, że Sony właśnie rozpoczęło wydawać winylowe reedycje polskich albumów ze swego katalogu. I tak, obok płyty Brodki, kompilacji największych przebojów o.n.a., czy pierwszych solowych albumów Smolika, stanęła Ścianka z "Białymi wakacjami". Kto wie, może zatem ktoś całkiem sensowny podjął tą decyzję.

Z dwóch wydanych przez ówczesne Sissy Records to przecież "Dni wiatru" uznawane są obok debiutanckiego "Statku kosmicznego" za najważniejsze albumy polskiej alternatywy. Nawet późniejszy "Pan Planeta" obrósł już legendą, pozostając od 2006 roku ostatnim regularnym albumem Ścianki, do tego uchwycił zespół w dość specyficznym momencie jego historii. "Białe wakacje" tymczasem nawet wśród fanów często nazywane są najsłabszym czy zbiorem odrzutów, co jest wielopoziomową bzdurą. Jeśli ktoś wpadł zatem na pomył wystawienia winylowego albumu Ścianki na eksponowanej półce w Empiku, to najbardziej racjonalnym elementem tego planu jest wybór właśnie "Białych wakacji", płyty może nie tak epokowej, ale równie genialnej, co "Statek kosmiczny" i "Dni wiatru", przefiltrowanej jednak przez pokłady rockowej historii, do perfekcji dociągającej formułę albumu i destylującej po prostu najprzystępniejsze elementy brzmienia Ścianki.


"Got My Shoes And My Tattoo Part 1" na sam początek na twarzy fana starającego się wyjaśnić komuś jak wspaniała jest Ścianka może wywołać niezręczny rumieniec. Cyrkowo-karuzelowe klawisze Lachowicza i gaworzenie Cieślaka, zanim w ciągu ledwie dwóch minut przerodzą się w punkową niemal piosenkę, wydają się być bodaj jedynym na "Białych wakacjach" przykładem ściankowego poczucia humoru. Lecz także przykładem jak szybka i intensywna piosenka może poszczycić się niebanalną, ale logiczną strukturą.

Tytułowe "Białe wakacje" to maestria Ścianki w wykorzystaniu rockowych, niemal bluesowych tradycji, znanych i przyswajalnych, do stworzenia kompozycji praktycznie instrumentalnej, ale niezwykle narracyjnej. Oparte na kluczowym basowym rytmie, transowe i kojące, oplecione są gitarą, stopniowo zyskując napięcia i rozmachu. Po powrocie do pierwotnej linii basu, pojawia się początkowo delikatny i wietrzny zaśpiew, który przeradza się w pełen emocji krzyk z towarzyszeniem gitary, by wreszcie na koniec zejść w przestrzenny dźwiękowy pejzaż.

Piosenkową stronę Ścianki reprezentuje niezwykle zręczna "Harfa traw", prowadzona gitarą akustyczną, ale niebanalnie zrytmizowana, wręcz motoryczna, z elektrycznym, rockowym finałem Polski tekst brzmi niby abstrakcyjnie, ale przez swoją plastyczność staje się podświadomie zrozumiały, piosenka zaś, co pokazała epka z 2003 roku, daje szerokie możliwości remiksów i przesuwania akcentów. Urzekająco śpiewny jest też "September", początkowo akustyczna piosenka z której wyłania się frazowany gitarowy post-rock w chicagowskim stylu, pełen drobiazgów i ozdobników, zamknięty znów songwriterską klamrą. I jeszcze "Piosenka No 2" z wiodącą rolą pracy perkusji w ciągu siedmiu minut eskaluje, okazując się prostą, ale najbardziej złożoną z "piosenkowego ciągu" (modelowa, po prostu wręcz przebojowa "Piosenka No 3" z debiutanckiego "Statku kosmicznego" i "Piosenka No 1", jeszcze starsza a planowana być może na "Come November").

Emocjonalnym centrum albumu będą jednak "Miasta i nieba". Rozpoczynają się jako niemal ogniskowa piosenka z leniwym wokalem, wahająca sie jednak między (pop)rockową melodią a podskórnym napięciem, po dwóch i pół minucie rozjeżdża się w ambientowy pejzaż, by wraz wejściem basu w 4:30 zainaugurować się najlepszy fragment muzyki w dziejach polskiego rocka. Slide'ująca gitara Cieślaka, wejście perkusji, fascynujący motoryczny noise, intensywna melodia i gniewny wokal, tworzą emocjonalne zagęszczenie wywołujące ciarki w finałowym zejściu.

Porównywalna intensywność pojawia się na "Białych wakacjach" wielokrotnie, ale podsumowują ją nocny, kroczący sposób zamykające album klamrą "Got My Shoes And My Tattoo Part 2". Zwolniony i obniżony motyw z części pierwszej rozciągnięty został do trzynastu minut, Ścianka zagęszcza mglistą atmosferę a psychodelia miesza się z noise'ową werwą oraz post-rockowym operowaniem hałasem i ciszą. Przy tym ani to awangarda, ani dekonstrukcja, im bardziej na "Białych wakacjach" odchodzi od czysto piosenkowej formy, tym bardziej zbliża się do klasyki nieskrępowanego skostniałymi podziałami rocka, brzmiąc niczym grający post-rocka The Doors.

W kontekście albumu nawet gitarowy akord "A6" czy ilustracyjny i dający wytchnienie po "Miasta i niebach" "Peron 4" mają sens. Pozornie niezobowiązująca, krucha akustyczna miniatura "The Hill" dopiero później okazuje się zaginionym suplementem do "September". Misterna narracja "Białych wakacji" tworzy album kompletny i nierozerwalna całość. Którą w wersji winylowej zaburzać będzie oczywiście ciągłe przekładanie stron, szkoda też, że wydanie jest bardzo skromne i niepozbawione błędów. Ale trudno, taka specyfika czasów, z jakiś powodów chcemy muzyki słuchać na winylach (a może tylko ją posiadać). "Białe wakacje", choć niekoniecznie uznawane za klasyczną płytę Ścianki posiadać warto i posłuchać trzeba. Dla tych, którym alternatywność kojarzy się z niesłuchalnym wydumaniem i burzeniem muzycznego status quo, to właśnie "Białe wakacje" powinny jawić się jako fascynujące objawienie. A stąd już łatwiej do światów "Statku kosmicznego", "Dni wiatru" i "Pana Planety". 10/10 [Wojciech Nowacki]

8 listopada 2013


BOARDS OF CANADA Tomorrow’s Harvest, [2013] Warp || “Music Has The Right To Children” i “Geogaddi” to bezdyskusyjne klasyki IDMowej elektroniki przełomu stuleci. Dźwiękowe konstrukcje tajemniczego duetu niezwykle szybko wywindowały go na granice kultowości, czego chyba jednak nie udało się osiągnąć choćby Autechre. Wracając jednak do albumów Boards of Canada, nie odmawiam im znaczenia, ale poza fragmentami nigdy nie zdołały porwać mnie na emocjonalnym poziomie. Gdyby trzymać się kurczowo etykiet to IDM w wykonaniu Szkotów był zdecydowanie bardziej Intelligent niż Dance. Na poziomie intelektualnym wprawiał w podziw, zaspakajał analityczne umysły, ale dusze pozostawał chłodne. Podobnie ledwie życzliwe zainteresowanie wzbudziła we mnie zapowiedź wydania nowego albumu.

„Tomorrow’s Harvest” jednak zdecydowanie różni się od wyżej wspomnianych albumów. Zamiast kolażowych patchworków mamy tu do czynienia ze spójną, niepokojącą i naprawdę wciągającą opowieścią. Boards of Canada zrezygnowali z wielowarstwowej dźwiękowej wyklejanki na rzecz przestrzeni, nie odświeżającej jednak, lecz dusznej, wręcz pustynnej. Przy czym jest to pustynia postapokaliptyczna. Atmosfera tej muzyki jest nadal spójna, znacznie jednak bardziej wyrazista, jednoznaczna i czytelna.

Duet nie kryje się ze swoimi filmowymi inspiracjami, soundtrackowe brzmienie „Tomorrow’s Harvest to coś więcej niż tylko stylizacja. Album rozpoczyna się jak ścieżka dźwiękowa filmu science-fiction sprzed co najmniej trzech dekad i do końca kojarzy się z monolitycznością „Odyseji Kosmicznej 2001”, postnuklearnym światem „Mad Maxa”, pustynią rodem z „Diuny” i beznadzieją „Stalkera” Tarkowskiego. Muzyka ta kojarzyć się może ze znacznie mniej wyrafinowanym i bardziej sentymentalnie wystylizowanym retrofuturyzmem Com Truise, ale jeśli w jego przypadku był on neonowo-cyberpunkowy, to dla Boards of Canada jest to retrofuturyzm postapokaliptyczny.

Fantastyczno-naukowe odniesienia i silny niepokój kompozycji tworzyć mogą w czasie słuchania obrazy obcych pustynnych światów, wrogą planetą w stanie upadku na „Tomorrow’s Harvest” jest jednak Ziemia, dzika, zdewastowana i wyniszczona przez klęskę głodu. Tytułowe jutrzejsze żniwa prawdopodobnie nie nadejdą, jest tylko śmierć, pustka, choroby i pył. Choć pod koniec pojawiają się nowe nasiona, to są to tylko nasiona umarłych.


„Gemini” to całkiem nowo brzmiące i intrygujące intro. Singlowe „Reach For The Dead” niesamowicie graduje napięcie i, co rzadkie u Boards of Canada, budzi prawdziwe i jednoznaczne emocje. Całkiem niezłe minimalistyczne retro prezentuje następujące zaraz potem „White Cyclosa”. „Cold Earth” brzmi jak wyjęte prosto z gry komputerowej a’la Unreal. Ale najciekawsze rzeczy dzieją się w drugiej połowie płyty. Zdecydowanie wyróżnia się „Palace Posy” z intrygującym samplem wokalnym, upiorne „Uritual” czy niemal chillwave’owe „Nothing Is Real”. Ale zgodnie z wszelkimi prawidłami kinematografii prawdziwie miażdży finał „New Seeds” – „Come To Dust” – „Semena Mertvykh”.

Zaskocznie. Dla mnie najlepsza płyta Boards of Canada, która z pewnością zasługuje na większą uwagę niż „tylko” jako udany powrót klasyków po wieloletniej przerwie (vide Godspeed You! Black Emperor). „Tomorrow’s Harvest” to bowiem naprawdę nowa i pierwszorzędna jakość w dziedzinie kreowania światów elektroniczną muzyką. 10/10 [Wojciech Nowacki]

3 listopada 2013


DEVENDRA BANHART Mala, [2013] Nonesuch || Hildegarda z Bingen, XII-wieczna mistyczka, poetka, benedyktynka, po kanonizacji uznana za patronkę naukowców, językoznawców i… esperanto. Devendra Banhart na swym najnowszym albumie językami operuje swobodnie i niewymuszenie. Hiszpańskojęzyczna „Mi Negrita” spokojnie mogła by rozbrzmiewać z małego radyjka w jakimś zapadłym meksykańskim zakładzie fryzjerskim. Ale gdy „Your Fine Petting Duck”, tak, piosenka z kaczką w tytule, jednocześnie najdłuższa i centralna na płycie, w finale zmienia się w tanecznie elektroniczny kawałek z niemieckim wokalem, przyjmujemy to o dziwo całkiem naturalnie.

Mistyczne wizje Hildegardy pchnęły ją w stronę życia zakonnego, ale również nauk przyrodniczych, poezji, filozofii, czy muzyki. Wizje Devendry chyba najpełniej rozbłyskają barwami na tym niezwykłym albumie. „Mala” jest jednocześnie eklektyczna i spójna, intymna i bogata, skromna i dumna, prostodusznie radosna i podskórnie zła. W utworze „Für Hildegard Von Bingen”, jednym z najlepszych na płycie, rytmicznym i niepokojąco wciągającym zarazem, tworzy Devendra obraz siostry porzucającej kongregację na rzecz kariery VJki. Zgodnie z tytułem piosenka jest raczej dedykacją dla niż opowieścią o Hildegardzie. Banhart zaciera granice między boskim a cielesnym, grzesznym a przyjemnym, dobrym i złym. Nie bez powodu kończy płytę utworem „Taurobolium” i powtarzanymi niczym mantrę słowami I can’t keep myself from evil.


By zrezygnować z wizji i wierzeń na rzecz tanecznego parkietu doradza nam już w otwierającym album „Golden Girls”, który z szeptanej do ucha lo-fi ballady faktycznie zmienia się w zaproszenie do tańca. Etykieta „freak folku” nie mówi o muzyce Banharta właściwie nic. Podobnie „lo-fi”, jeśli bowiem „Daniel” jest jeszcze folkową balladą z szurającą perkusją, to już ironiczne i słonecznie-karawanowe „Never Seen Such Good Things” jest zbyt bogate na bycie kwalifikowanym do prostych i minimalistycznych szufladek. Dodajmy do tego żonglowanie stylistykami i inspiracjami, soft-rockowe „Won’t You Come Over”, synth-popowy „Cristobal Risquez” i szereg mglistych miniaturek. I nadal otrzymujemy spójną muzyczną opowieść.

Banhart unika banału, wciąga w swoją historię, niby uwodzi, ale i podskórnie niepokoi. „Mala” bezustannie odkrywa przed nami kolejne warstwy i poziomy, może przyjemnie zapełniać czas, ale może też i wciągać w swoje lekkie szaleństwo, w zależności od zaangażowania i wrażliwości słuchacza. A zaangażować się w nową płytę Devendry Banharta jest o tej porze roku szczególnie łatwo. 10/10 [Wojciech Nowacki]

3 grudnia 2012


CAT POWER Sun, [2012] Matador || Niczym w biblijnej przypowieści wędrujemy razem z Chan Marshall przez pustynię, walcząc ze smutkiem, własnymi słabościami, nadmiernym współczuciem wobec świata. Zapisem tej wędrówki, z której wychodzimy poturbowani i silniejsi zarazem, jest „Sun” – płyta roku 2012.

Marshall to nie pompatyczna diva w stylu Florence Welsh, lecz w prostej linii spadkobierczyni Joan Baez, pieśniarki, nie wokalistki, popisującej się nie głosem, lecz tym co ma do powiedzenia. Szkoda, że takich osobowości jest coraz mniej. W ostatnich latach do tej kategorii zaliczyć można jeszcze chyba tylko Fionę Apple oraz Feist. I wspomnieć jeszcze można o coraz bardziej niezdecydowanej Natashy Khan, która nie nie wie czy pchnąć Bat For Lashes w stronę wokaliz przy fortepianie, czy może jednak natchnionej poetki.

Podobnie jak w zeszłym roku Florence bardzo chciała nagrać „Metals”, lecz ubiegła ją w tym Leslie Feist, tak zapewne dziś Natasha przygryza z żalu wargi, że „Sun” nie jest jej. Nie, należy do Cat Power, absolutnie szczerej i dalekiej od jakiegokolwiek wystudiowania. „Sun” to dzieło skończone i kompleksowe. Proporcje między folk-rockiem a subtelną elektroniką są idealne, zabawy kolejnymi warstwami wokali zagęszczają atmosferę, otulając nas z każdej strony. Jest to płyta wielka, będąc bowiem okrutnie przebojową i chwytliwą, jest jednocześnie bezlitośnie gorzka.


Tytułowe Słońce nie jest bowiem ciepłym i radosnym słoneczkiem. To symbol pojawiający się na niebie, lecz dopiero wtedy, gdy jesteśmy już zmęczeni czekaniem na niego („Sun”). Czekanie wyczerpuje i prowadzi na skraj upadku, szczególnie jeśli środkiem do osiągnięcia chwilowej ulgi ma być butelka wina („3, 6, 9”). Prawdziwe życie jest zwyczajne, czasem żyć po prostu się nie chce („Real Life”), nie ma jednak nic bardziej ludzkiego i powszechnego jak małe codzienne załamania nas wszystkich („Human Being”). Ostatecznie okazuje się, że tańczyć można nawet na ruinach („Ruin”) a wszystko co mamy to czas i tylko od nas zależy co z nim zrobimy („Nothing But Time”).

Ta gorzka odyseja, historia każdego z nas, podana jest w niesamowicie uwodzącej formie. Już przebojowy i niepokojący „Cherokee” definiuje muzyczny charakter płyty. „Ruin” to chyba najlepszy singiel tego roku, katastroficzna piosenka zmusza do tańca i wykrzykiwania bitchin’! complaining! razem z Chan. Utwór tytułowy jest plemienno-hipnotyczny, beztroską rytmiką kusi „Manhattan”, z drugiej zaś strony mamy elektro-blues w „3, 6, 9” i niemal autostradowy hard-rock w „Silent Machine”.

Muzyczną i emocjonalną kulminacją płyty jest rzecz jasna „Nothing But Time”. 11-minutowa afirmacja życia, pogodzenia z sobą i z czasem, w którą w 5 minucie niczym z zaświatów wkracza sam Iggy Pop, jest jednym z najważniejszym momentów w muzyce tego roku. Ten hipnotyzujący, kojący psalm mógłby trwać w nieskończoność. Podobnie w nieskończoność chce się przechodzić z Cat Power całą jej cierniową drogę ku niezależności i absolutnie zwyczajnemu, zdesakralizowanemu człowieczeństwu. „Sun” zmienia i oczyszcza słuchaczy wraz ze słuchaniem. Afirmacja życia, humanistyczna niemal pochwała człowieczeństwa, to najwięcej ile można w muzyce osiągnąć. 10/10 [Wojciech Nowacki]

31 sierpnia 2011


JELLY BELLY Deaf Till 30 EP, [2011] Starcastic || Świat nie jest sprawiedliwy. Świat muzyki, jako bardziej niekiedy emocjonujący, jest jeszcze bardziej niesprawiedliwy. Opływamy w muzykę z szeroko rozumianego kręgu anglosaskiego, dla równowagi zasłuchujemy się we własnej, polskiej, narodowej, myśląc o tym jaka to krzywda, że nikt w świecie jej nie zna. Wszak mamy bardzo dobrą muzykę. Mamy? Ano mamy. Lecz nie tylko my.