12 listopada 2018


O duecie Tomáš Palucha wspominaliśmy już parokrotnie, ale im częściej się o nim się pisze, tym silniej staje się przed problemem braku odpowiednich słów. Albo bowiem potrzebujemy pełnej garści wyróżników, by wskazać czym ich brzmienie tak mocno się wyróżnia, albo pogodzić się musimy ze zbyt prostym, zbyt szerokim, ale doskonale prawdziwym terminem "muzyka gitarowa". "Kámen mudrců" przyniósł zaiste magiczną porcję analogowego mistycyzmu, pomimo częściowego zwrotu w stronę otwarcie piosenkowych form "Guru" pokazało zaś, że podobnie metafizycznym okazać się może indie z lat dziewięćdziesiątych. Tegoroczne znakomite "Čaro" silnie akcentuje niemal plemienny pierwiastek, docierając tym samym do esencjonalnych pierwocin rocka, na szczęście tym razem znów w większości instrumentalnego, w sposób zbliżony do płyty "Carp" Please The Trees. Chodzi więc o album podobnie prosty i monumentalny zarazem, bezpośredni i ponadczasowo satysfakcjonujący.



Różnice między formatami czasem są bardziej niż symboliczne. Epka "Elegy", która swego czasu ukazała się w kasetowej reedycji słowackiego labelu Z Tapes, jest praktycznie tej samej długości co tegoroczne "So Far So Good". Ten drugi tytuł jednak formalnie jest albumem, do tego pierwszym w karierze prażaków z Mayen, ale ani to debiut, ani tym bardziej długogrający. Być może chodzi po prostu o fetyszyzację winylu, jakby muzyka wydana na tym nośniku była automatycznie prawdziwszą a kariera bardziej profesjonalną. Zwłaszcza, że "So Far So Good" wydane zostało bardzo ładnie. Ich beztroskie indie-rockowe kompozycje są tutaj gęstsze i śmielsze w operowaniu instrumentami, jednocześnie zaś przyjemnie klarowne w warstwie aranżacji. Na spektrum powagi mieszczą się gdzieś pomiędzy Cut Copy a dansingiem, brakuje im jedynie przesunięcia akcentów z niespecjalnie porywających wokali na naprawdę zręczną warstwę instrumentalną.



Muzyka nieistniejących stacji tym razem doprowadzona została do ekstremum. O muzyce DVA pisało się w ten sposób już przy okazji ich pierwszych albumów, gaworzenie w wymyślonych językach stało się w ich wykonaniu oryginalną i zaskakująco przyswajalną formą wypowiedzi. "Cherries On Air" to tym razem naprawdę w duchu dość słuchowiskowy zapis fikcyjnej audycji radiowej, charakterystyczne frazowanie, akustyka, dżingle, przejścia między częściami "mówionymi" a "piosenkami" brzmią równie naturalnie i przekonywująco, co Złote Przeboje czy inny poranek z Trójką, z pominięciem oczywiście wymyślonego języka "spikerów", będących bohaterami gry "Chuchel" ze studia Amanita Design, do której to album jest ścieżką dźwiękową. Jak zwykle słyszymy tu zabawę konwencjami, od dansingu po hip-hop, bardziej jednak kanciastą i elektronicznie archaiczną niż na regularnych płytach. Na następcę "Nipomo" i w pełni autorską kreację DVA musimy zatem jeszcze poczekać.



Ambient najpiękniej brzmi na kasecie, label Genot Centre znalazł więc sobie idealną niszę. Lišaj swoją epką "Szara" powinien był zwrócić naszą uwagę nie tylko dlatego, że częściowo była wynikiem field-recordingu na Półwyspie Helskim. Materiał ten targał cienką granicę między sennym ukojeniem a lekko upiornym niepokojem ambientu przy pomocy przypadkowych hip-hopowych bitów i wokali skrytych pod warstwami zniekształceń oraz czegokolwiek, co przyniosła odrealniona izolacja Helu. "Mezina" na pierwszy rzut ucha wydawać się może bardziej stonowana, kompozycje, mimo, że dłuższe niż na poprzedniku, wydają się też być bardziej, no właśnie, kompozycjami niż zapisem snujących się dźwiękowych fal. Więcej tu też krystalicznych rozbłysków niż podprogowego szumu, specyficzny mikro-rap śmielej też wychodzi na pierwszy plan, całość zaś ma równie blisko do ambientowych taśm, co do wariacji na temat klasyków czeskiej hip-hopowej alternatywy z WWW.



W retro-elektronice Mo-Du jest coś rozkosznie wręcz komfortowego. Spoglądanie w Kosmos to nie tylko awanturniczy eskapizm, ale też prostoduszny techno-optymizm rodem z dawnego sci-fi. Zamiast post-nuklearnych wizji zagłady odsłania się przed nami śmiała podróż między gwiazdami z plastycznie nakreślonymi przystankami od planety do planety. "MOD03" wydaje się jeszcze bardziej światotwórczy niż poprzednie taśmy, tym razem z łatwością można sobie wyobrazić, że jest to ścieżka dźwiękowa to filmu animowanego lub gry komputerowej. Albo słuchowiska do powieści Lema, gdyby tylko znalazła się jakaś mniej pesymistyczna.



A skoro wracamy do tematu gier, ostatnimi laty była to główna domena działalności Tomáša Dvořáka, który wreszcie powraca jako Floex z nie-do-końca-solowym wydawnictwem niebędącym ścieżką dźwiękową, choć bynajmniej nie pozbawionym ilustracyjnego charakteru. "A Portrait Of John Doe" to dzieło które współtworzył z nim Londyńczyk Tom Hodge a pod którym popisana jest również Orkiestra Symfoniczna Praskiego Radia. Nie dochodzi tu do żadnej rewolucji ani pogoni za najnowszymi trendami w elektronice, ale ten obowiązkowo świetnie wyprodukowany album z umiejętnie wplecionymi orkiestracjami ma filmowy rozmach, zręcznie kontrolowaną emocjonalność, niezaprzeczalną stylowość i nawet w najmniejszym fragmencie nie nudzi. Zarówno Max Cooper, jak i Jon Hopkins, który swego czasu wyraził publiczny zachwyt muzyką Floexa, wydali w tym roku jednak dość rozczarowujące albumy. Wystarczy zatem wyjść z anglosaskiego kręgu by odnaleźć jedną z najbardziej satysfakcjonujących elektronicznych płyt tego roku.

 

[Wojciech Nowacki]

5 listopada 2018


ANNA CALVI Hunter, [2018] Domino || If I was a man in all but my body. Pierwsze słowa albumu z pełną otwartością natychmiastowo kreślą warunki i zasady niespiesznego powrotu Anny Calvi. Po dłuższym milczeniu naturalnie oczekiwać można było jakiejś odnowy, ale raczej ze strony muzyki niż jak dotąd enigmatycznych treści nią niesionych. Choć muzyka tak naprawdę odmiany nie potrzebowała, ani w sferze kompozycji, ani aranżacyjnych naddatków, co pokazało już "One Breath". Ma zatem sens, że zmiana zajść musiała w samej Calvi. "Hunter" nie brzmi rewolucyjnie, ale rewelacyjnie się go czuje. Anna Calvi wreszcie oddycha pełną piersią i oddech ten napełnia album poczuciem dumy, akceptacji i pewności siebie.

Wcześniejsze aluzje, subtelności narracji, zwroty w stronę żeńskich bohaterek i stawianie siebie na męskich pozycjach, tutaj śmiało wyłania się zza zasłony. Owszem, "Hunter" jest queerowym albumem, ale nie oznacza to bynajmniej prostolinijnej agitacji ani epatowania odmiennością. Queerowość jest tutaj czymś znacznie prostszym, bardziej esencjonalnym. To komfort, pewność siebie i samoakceptacja, wolność od zewnętrznego wartościowania. Radość Calvi z osiągnięcia tego stanu wydawać się może powściągliwa, ale "Hunter", pomimo wojowniczego tytułu, przynosi przede wszystkim obezwładniające i zaraźliwe wręcz poczucie lekkości.


Emocje Anna Calvi kontroluje podobnie jak swój głos, w czym ma imponujące wręcz doświadczenie, ale "As A Man" jest zadziornym i ewidentnie radośnie samoświadomym wstępem, rytmicznie wciągającym i oferującym pełno przestrzeni do oddechu. Wykorzystane środki są proste, nośny zaśpiew w dość zabawny sposób kojarzy się z Coldplay, lecz już tutaj dochodzi i do efektownej eskalacji, i do niemniej efektownego popisu wokalnych możliwości Calvi. Wokal i muzyka są ze sobą idealnie splecione, nawet jeśli jednym z jej kluczowych talentów jest silna narracyjność samej muzyki właśnie. Słowa nadal są enigmatyczne a siła głosu ciągle pozostaje jedną z kluczowych kompozycyjnych nici. Równie charakterystyczna gitara czasem po staremu koronkowo oplata kompozycje, częściej jednak brzmi niczym agresywnie rozcierana po ich powierzchni. Silnej też niż dotąd zaznacza się rytmika, od krocząco przyczajonej po motorycznie rozbieganą, we wszystkich tych elementach uwodzi jednak przede wszystkim ich umiejętna prostota. Bez zbędnych naddatków i pomimo nawet braku typowej piosenkowej struktury w ciągu utworów takich jak "Alpha", "Chain" i "Wish" tkwi prawdziwa siła.

Co zaznaczyć trzeba wyraźnie, zwłaszcza w kontekście pierwszych singli, delikatnie rozczarowujących, bo będących po prostu ładnymi piosenkami. "Swimming Pool" blisko ma nawet do sennej eteryczności Lany Del Rey, ale Anna Calvi bynajmniej nie zbliża się do popu, przystępność albumu tkwi w jego emocjach i prostocie, nie zaś w zwyczajnej przebojowości. W niemal zwierzęcym "Indies Or Paradise" jest coś wręcz post-rockowego a niepiosenkowa art-popowa struktura w stylu lat osiemdziesiątych jasno przypomina, że Anna Calvi godna była współpracy z Davidem Byrnem. Szkoda zatem, że zarówno jej rozpoznawalność, jak i przyswajalność wydaje się być nadal dość ograniczona. Wiem, że niekoniecznie już musi identyfikować tylko z żeńską muzyczną sceną, ale i tak pozostaje na niej jednym z największych współczesnych talentów, w zestawieniu z przereklamowanymi reprezentantkami zarówno popu, jak i alternatywy. "Hunter" nie musi być płytą lepszą od pierwszego albumu Anny Calvi, ale może okazać się istotniejszą. Po lekkim przeładowaniu "One Breath" powraca do czystej prostoty i dźwięcznej klarowności debiutu, lecz z przynoszącą ulgę otwartością i komfortem bycia wreszcie w swej własnej skórze. 8.5/10 [Wojciech Nowacki]