30 listopada 2018


NOSOWSKA Basta, [2018] Kayax || Wszystko wokół Katarzyny Nosowskiej wydaje się być teraz trudne. Nie tylko sama nowa jej solowa płyta jest analizowana i poszturchiwana z każdego możliwego kąta, ale i jej osoba, książka, słynny już Instagram, muzyczna wrażliwość, literackie umiejętności, granice między artystyczną kreacją a życiem prywatnym. Na swój sposób "Basta" jest odpowiedzią na atak, który sama prowokuje, gmeraniem w ranie palcem służącym potem do wytykania oponentów. "Basta" uwiera, drażni, może, nawet chce odrzucać. Chcemy czy nie, artystyczna wypowiedź musi czasem prowokować, więc, cóż, mission accomplished.

Nikt się nie kończy i nikt się nie zaczyna, Nosowska jako tekściarka to fenomen. Jasne, wieku nie wypominając, jest już na scenie zbyt długo, żeby cieszyć się taryfą ulgową od mile w towarzystwie widzianego kopania po kostkach. Wyrastające klony nosowszczyzny tylko jednak pokazują jaka siła tkwi w jej lirycznej plastyce i w zasobach polskiego języka. Chodzi o te codzienne kolokwializmy, słowa, frazy, nawet całe dialogi, tak swojskie, tak znajome, ale jakoś nikt wcześniej nie pomyślał, żeby z taką łatwością wykorzystać je tekstach. A Nosowska pomyślała. Nowością na "Baście" jest za to świdrujący brak. Brak humoru, tej charakterystycznej, groteskowej ironii, która wcześniej podobne nawet tematy ocieplić potrafiła zabawnym podtonem. "Basta" jest bowiem manifestem znużenia, dość silenia się na żarciki, fasada opada a krajobraz oczom się ukazuje niewesoły.

Płyta jest wręcz klaustrofobiczna, "Basta" dusi zamknięciem w mieszkaniu, w rodzinie, w pętlach codzienności. Nosowska zawsze świetnie oddawała te nasze introwertyczne frustracje, lecz tym razem otwartość ta jest tak niewygodna, tak niezręczna, że dochodzi niemal do odwrócenia biegunów, jakby nie strach przed śmiertelnością był tym razem problemem, ale przed życiem właśnie.


I odpowiada temu warstwa muzyczna. Nie znajdziemy tu wiele przyjemności, za to sporo rozdrażnienia, monotonii, kłującej niewygody. Granica między kreacją a niezamierzonym efektem jest jednak tutaj bardzo cienka. Nie chodzi wcale o "cięższą" elektronikę czy nawet o "pójście w hip-hop", ale o fakt, że muzyka jest tu najczęściej albo minimalistyczna, albo archaiczna. Surowa, hip-hopowa rytmika najczęściej przypomina soundcloudowe dema i zdecydowanie ujednolica brzmienie albumu, choć monotonia ta wpisywać się może w ową niewygodną wymowę płyty. W najlepszych momentach ten smętny minimalizm zbliża się do tego, co w instrumentalno-elektronicznym hip-hopie robią Nosaj Thing i Lorn. Z drugiej zaś strony elektroniczne rozwiązania okazują się dość archaiczne, czasem przypominając, hmm, przedostatnią solową Chylińską, ale czasem też efektownie płyną na efekcie "tak złe, że aż dobre". Weźmy "Brawa dla państwa", jeden z najlepszych fragmentów płyty, praktycznie eurodance'owy z Nosowską w roli jednoosobowego 2 Unlimited, pokrywającą zarówno quasi-rap, jak i skandowany refren.

Prawdziwe duety sprawdzają się całkiem nieźle, zwłaszcza damsko-męski dwugłos w "Mówiła mi matka". Innym kluczowym momentem jest też "Kto ci to zrobił?", kroczące, narastające i z bardziej heyową melodyką. Wszystko to jednak tylko się kotłuje, gotuje, by wylać się w, nomen omen, finałowym "Dosyć". Jeśli Nosowska, od czasu do czasu operująca malowniczo poetycką dupą, sięgnąć musiała w końcu po poważniejsze wulgaryzmy, łącznie z naszą koronną kurwą, to właśnie tutaj. Frustracje i czająca się dość wyraźnie na płycie przemoc prowokują ostatecznie ten pasywnie agresywny wyraz oporu. Prosty, efektowny i łatwy do utożsamienia się. "Basta" jest przecież o nas wszystkich, nie tylko zaś o Katarzynie Nosowskiej. Inaczej zaniepokoić by nas musiał fakt, że poprzedni jej album kończył się słowami Musisz tu przyjść, ten zaś wysyczanym Gadać mi się nie chce.

Czyli może to jednak ironia, w końcu "Basta" to całkiem dosłownie jej najbardziej przegadana płyta. Ale nie ma potrzeby doszukiwać się w solowych albumach Nosowskiej ciągu przyczynowo-skutkowego. O ile płyty Heya wydawały się zawsze w jakiś sposób reakcją na siebie, o tyle solowa Nosowska jakby za każdym razem debiutuje, redefiniuje się, odkrywa na nowo. "UniSexBlues" wyrasta po latach na najlepszy jej album i cudo polskiej alternatywy, które zainicjowało jej bromance z Marcinem Macukiem z czasem odmieniający i twórczość Heya. "Osiecka" coraz silniej olśniewa ponadczasową stylowością, "8" zaś dojrzałością i pięknymi aranżacjami, choć z tego ostatniego akurat niewiele zapamiętaliśmy. "Basta" w pamięć się wrzyna, lecz o starzenie się jej brzmienia można mieć już obawy. Nieprzekonanych jednak ukoić powinna myśl, że czymkolwiek będzie kolejna solowa Nosowska powinno być to znów coś innego. 7.5/10 [Wojciech Nowacki]

27 listopada 2018


KAMP! Dare, [2018] Agora || Po latach niknie w pamięci to lekkie westchnięcie rozczarowania, które towarzyszyło wydaniu długogrającego debiutu Kamp! Dziś płyta ta brzmi zaskakująco klasycznie, ale czy można mówić o zaskoczeniu w przypadku kariery tak pilnie obserwowanej przez zmieniającą się publiczność i konfrontowanej z ciągłymi oczekiwaniami? "Kamp!" z perspektywy czasu wydaje się być pierwszym sprawdzianem w temacie albumu, wątku wyraźnie kontynuowanym przez "Ornetę". Zupełnie jakby druga płyta nauczyć nas miała, że dobry album nie musi być kolekcją przebojów, ale stylową całością dającą muzyce należną jej przestrzeń. Kamp! miał wprowadzić elektronikę na polskie popowe salony, ale misją poboczną okazało się dowartościowanie długogrającej płyty.

Być może z tego też powodu oczekiwania wobec Kamp! przesunęły się w stronę ich koncertów, jako dostarczycieli przebojów znanych i lubianych, zupełnie jakby na trzecią płytę już się niespecjalnie czekało. Chcieliście przebojów to macie przeboje, Kamp! zdają się pokazywać na "Dare", ale i tym razem robią to na swoich warunkach, trzeci ich album nie jest też bynajmniej tym czego oczekiwano po dwóch pierwszych. Wyobraźcie sobie raczej dziewczęta z rozwianym włosiem, w słonecznych kapeluszach i słonecznych okularach, zmierzające z walizeczkami na kółkach na Coachellę. Do takiego właśnie obrazu "Dare" jest idealnym soundtrackiem.


Płyta tchnie festiwalowością, Kamp! nie pogardzają klubami, ale mierzą wyraźnie na sceny letnich festiwali. Teksty tak trochę o niczym, ale odpowiednio pozytywne, muzyka na ogół beztroska, lecz z rozmachem, pełno w niej odniesień do lat osiemdziesiątych i wczesnych dziewięćdziesiątych, czasem do bardziej współczesnego alt-r'n'b z hip-hopową rytmiką, czasem do ech belearycznego chillwave'u,  tu i ówdzie zabrzmi a to vocoder, a to innego rodzaju wątpliwy zabieg aranżacyjny. Atmosfera ta została naprawdę bezbłędnie odtworzona, problem w tym, że poszczególne piosenki, zwłaszcza w drugiej połowie płyty, stają się w swej masie dość nierozróżnialne i zbyt znajome zarazem. Ciekawiej robi się wtedy, gdy Kamp! pozwalają pełniej rozbrzmieć elektronice, w przeciwieństwie jednak do "Ornety" warstwa instrumentalna wiele miejsca tu sobie nie zdobywa. Fun fact: mój małżonek słysząc "Dare" myślał, że z jakiegoś powodu słucham Savage Garden, faktycznie zatem zbliżamy się tu do cukrowo-popowego ideału.

Ideału, który najlepiej sprawdza się w singlach. "F.O.M.O." wydawać się może zbyt wesolutkie, ale okazuje się być piosenką bardzo chwytliwą. "Don't Clap Hands" natomiast zaskakująco gustownie i wciągająco sięga po estetykę wczesnych lat dziewięćdziesiątych, z pokorą przypominającą ostatnią płytę Little Dragon, ale wreszcie konfrontuje ją w wyraźniejszą house'ową rytmiką. Najbardziej satysfakcjonuje jednak "Dalida", w końcu z większą dozą przestrzeni wędrująca po meandrach tanecznej elektroniki ostatniej dekady, wprowadza tak potrzebną płycie chwilę wytchnienia, całkiem intrygującą, choć tracącą niestety początkowo obiecujący impet. Wracamy więc znów do kwestii oczekiwań, chcąc posłuchać bowiem świetnej i wciągającej elektroniki sięgnąć trzeba (trzeba!) po We Draw A. Kamp! to ani muzyka dla Kowalskiego, ani techno, ani żadna wyrafinowana lekcja z muzycznego obycia dla narodu. Pozostaje zatem odciążyć trio od splotów oczekiwań i ambicji oraz docenić jasno tym razem obrany cel. 6/10 [Wojciech Nowacki]

23 listopada 2018


EVERYTHING EVERYTHING A Fever Dream, [2017] RCA || Everything Everything mają wielką, wszechogarniającą nazwę i dążą do wielkiego, szerokiego brzmienia. Bynajmniej niebezpodstawnie i naprawdę szkoda, że nadal nie osiągają należnej im i zasłużonej rozpoznawalności. Przyznać jednak trzeba, że balansują na granicy słuchalności, gęste brzmienie i, cóż, specyficzne wokale mogą przysłonić fakt, że Everything Everything to jedna z najbardziej przebojowych i na swój sposób najmądrzejszych grup z kręgu indie-rocka. Czymkolwiek ten krąg właściwie jest. "A Fever Dream" przynosi dalsze umocnienie brzmienia zespołu, ale ujednolicanie niekoniecznie musi pomagać zespołowi, który wyróżniał się właśnie różnorodnością i niemal chaotyczną nieprzewidywalnością.

Dawna kolażowość zdaje się być odpowiedzialna za dość wyraźny zwrot w stronę math-rocka, stąd też okazjonalne wrażenie obcowania z Foals na zwolnionych obrotach. Przynajmniej w warstwie muzycznej, Jonathan Higgs nadal bowiem cedzi słowa z dość oszałamiającym natężeniem. Album może wydawać się prześpiewany, okazjonalnie jednak rozbrzmiewa twardsza gitara, efektowne instrumentalne mostki, nawet zręcznie połamana, żywa perkusja, mamy więc punkty dostępu, które pozwalają odkryć nam złożoność piosenek Everything Everything. Pod względem jednak ogólnej atmosfery są całością dość jednorodną i zbitą w charakterystyczną dla nich pozorną zabawność / zabawowość, kontrastowaną z mocnymi słowami.


Zatytułować piosenkę "Night Of The Long Knives" może być bardzo niebezpiecznym gestem, na szczęście nie dochodzi tu do taniego szokowania i tekst okazuje się być gustownie wstrzemięźliwym. Niekoniecznie zatem można się od razu domyśleć jak polityczną jest ta płyta. Od kryzysu lokalnych społeczności, przez Brexit i uchodźców, aż po wiadomą prezydenturę. Szkoda więc, że słowa w rodzaju I'm tiredAnd you are ridiculous / God for a clown and a clown for a pig czasem giną w jednolicie umiarkowanym nastroju piosenek. Stąd też niespodzianką nie jest, że najefektowniej wypadają te najbardziej taneczne. Synth-popowe "Can't Do" obezwładnia przebojową, house'ową rytmiką, tytułowe "A Fever Dream" zaś najpierw zwodzi poetyckim, balladowym wstępem, by przekształcić się w prostą kompozycję opartą na wciągającej, tanecznej motoryce i pierwotnych repetycjach.

Dramaturgia, po raz kolejny zresztą, poprawia się w końcówce płyty, w ogólnym rozrachunku jest tu jednak mniej niż dotąd ciekawostek. Stopniowe kompaktowanie własnego brzmienia i przekazu zapewnia spójność i niezmienną jakość materiału, droga ta jest więc z pewnością jedną z możliwości. Mamy tu też ślady drogi bardziej tanecznej i porywającej, szkoda po prostu, że Everything Everything, choć wydają się do tego całkowicie zdolni, nie znaleźli trzeciej drogi, własnej i prawdziwie zaskakującej. 7/10 [Wojciech Nowacki]

19 listopada 2018


SUSANNE SUNDFØR Music For People In Trouble, [2017] Bella Union || "Music For People In Trouble" jest płytą mglistą. Spowija ją całą niedookreślony opar, który wydaje się ujednolicać, wybarwiać wszystkie kryjące się w nim kształty, ale w istocie ujawnia między nimi niewidoczne zazwyczaj tajemne połączenia. Susanne Sundfør niebywale zaskoczyła. Pokazała nie tylko, że zasługuje na znacznie więcej niż grupowanie jako kolejną ze skandynawskich wokalistek czy bycie postrzeganą przez pryzmat jednego przeboju i paru elektronicznych kolaboracji. By zostać porwanym przez pełnię jej niesamowitych i również niedocenianych możliwości wokalnych nadal trzeba ją zobaczyć na żywo. Ale "Music For People In Trouble" przede wszystkim przywraca wiarę w format albumu jako misternie konstruowanej całości.

Sundfør parokrotnie z podziwu godną wstrzemięźliwością powstrzymuje się przed uprzebojowieniem swych kompozycji. "Undercover" czy "Reincarnation" z łatwością można sobie wyobrazić jako piosenki z ogromnym popowym potencjałem, rozbuchaną rytmiką i lepką elektroniką. Tymczasem zaaranżowane zostały, w duchu reszty albumu, niemal wyłącznie na gitarę akustyczną i pianino, zręcznie muśnięte tylko a to gitarą pedal steel, a to szurającą perkusją. Klasyczne piosenki wydają się tu zresztą tak atrakcyjnie głównie dzięki otoczeniu w jakim się znajdują. Struktura kompozycji rzadko kiedy zresztą dotrzymuje klasycznych standardów, balladowe czy folkowe fragmenty często urzekają by przeminąć pod kolejnymi podmuchami niemal przypadkowych dźwięków.


Początek albumu jeszcze wydaje się udawać, ot, kolejną folkową płytę, choć z krystalicznie klarowną produkcją, instrumentalną prostotą, ale i z subtelnie czarownym field-recordingiem. Stopniowo jednak pojawiają się w tej rzeczywistości pęknięcia, załamania i całe bogactwo światów skrywających się tuż pod pieśniarską powierzchnią. Początkowo klasycznie zaaranżowana na pianino ballada "Good Luck Bad Luck" traci swe wewnętrzne opanowanie i zapada się w jazzowe meandry. "The Sound Of War" nie pierwszy raz na tej płycie przynosi sakralne niemal tchnienie muzyki dawnej, lecz rodzi tak naprawdę dronowy ambient, który z teatralnym napięciem niespiesznie eskaluje i tonie w wokalnych pogłosach. By niezauważalnie przejść z utwór tytułowy, który paradoksalnie jest tylko słuchowiskowym spoken-wordem, nawet jeśli kończy go koronkowa gitara akustyczna, której na ostatnich płytach nie powstydziłoby się Opeth.

Słuchowiskowo-ambientowe tropy najsilniej właśnie spajają "Music For People In Trouble", zupełnie jakby ludzie w opałach potrzebowali właśnie takiej, niepiosenkowej, niebanalnej, podskórnej wrażliwości z odrobiną szaleńczej nieprzewidywalności. Pod koniec dopiero te teatralne inklinacje krystalizują się w podbitą syntezatorem cyrkową melodykę w stylu Agnes Obel, ale album zapętla się przy pomocy "Mountaineers" z udziałem Johna Granta, zaśpiewu pełnego mocnych obrazów, ale wietrznie rozpostartego po zaskakująco długiej kompozycji, która jednocześnie służyć może jako intro do całego albumu dosłownie cytując początkową "Mantrę".

"Music For People In Trouble" jest też płytą-manuskryptem. Niczym średniowieczna księga łączącą różne teksty, pokornych i często anonimowych pisarzy, iluminacje i marginalne noty w jedną, spójną i pozornie tylko chaotyczną całość. Kompilację, w której sam akt pisania jest bardziej magiczny niż sam tekst, co nie znaczy, że i w nim nie skrywa się żadna metafizyka: The almighty scientist / Says most of the universe is empty / And gods don’t exist / Well, / Maybe that's where / Our love ends up / No Holy Grail / Just an empty cup. 9/10 [Wojciech Nowacki]

12 listopada 2018


O duecie Tomáš Palucha wspominaliśmy już parokrotnie, ale im częściej się o nim się pisze, tym silniej staje się przed problemem braku odpowiednich słów. Albo bowiem potrzebujemy pełnej garści wyróżników, by wskazać czym ich brzmienie tak mocno się wyróżnia, albo pogodzić się musimy ze zbyt prostym, zbyt szerokim, ale doskonale prawdziwym terminem "muzyka gitarowa". "Kámen mudrců" przyniósł zaiste magiczną porcję analogowego mistycyzmu, pomimo częściowego zwrotu w stronę otwarcie piosenkowych form "Guru" pokazało zaś, że podobnie metafizycznym okazać się może indie z lat dziewięćdziesiątych. Tegoroczne znakomite "Čaro" silnie akcentuje niemal plemienny pierwiastek, docierając tym samym do esencjonalnych pierwocin rocka, na szczęście tym razem znów w większości instrumentalnego, w sposób zbliżony do płyty "Carp" Please The Trees. Chodzi więc o album podobnie prosty i monumentalny zarazem, bezpośredni i ponadczasowo satysfakcjonujący.



Różnice między formatami czasem są bardziej niż symboliczne. Epka "Elegy", która swego czasu ukazała się w kasetowej reedycji słowackiego labelu Z Tapes, jest praktycznie tej samej długości co tegoroczne "So Far So Good". Ten drugi tytuł jednak formalnie jest albumem, do tego pierwszym w karierze prażaków z Mayen, ale ani to debiut, ani tym bardziej długogrający. Być może chodzi po prostu o fetyszyzację winylu, jakby muzyka wydana na tym nośniku była automatycznie prawdziwszą a kariera bardziej profesjonalną. Zwłaszcza, że "So Far So Good" wydane zostało bardzo ładnie. Ich beztroskie indie-rockowe kompozycje są tutaj gęstsze i śmielsze w operowaniu instrumentami, jednocześnie zaś przyjemnie klarowne w warstwie aranżacji. Na spektrum powagi mieszczą się gdzieś pomiędzy Cut Copy a dansingiem, brakuje im jedynie przesunięcia akcentów z niespecjalnie porywających wokali na naprawdę zręczną warstwę instrumentalną.



Muzyka nieistniejących stacji tym razem doprowadzona została do ekstremum. O muzyce DVA pisało się w ten sposób już przy okazji ich pierwszych albumów, gaworzenie w wymyślonych językach stało się w ich wykonaniu oryginalną i zaskakująco przyswajalną formą wypowiedzi. "Cherries On Air" to tym razem naprawdę w duchu dość słuchowiskowy zapis fikcyjnej audycji radiowej, charakterystyczne frazowanie, akustyka, dżingle, przejścia między częściami "mówionymi" a "piosenkami" brzmią równie naturalnie i przekonywująco, co Złote Przeboje czy inny poranek z Trójką, z pominięciem oczywiście wymyślonego języka "spikerów", będących bohaterami gry "Chuchel" ze studia Amanita Design, do której to album jest ścieżką dźwiękową. Jak zwykle słyszymy tu zabawę konwencjami, od dansingu po hip-hop, bardziej jednak kanciastą i elektronicznie archaiczną niż na regularnych płytach. Na następcę "Nipomo" i w pełni autorską kreację DVA musimy zatem jeszcze poczekać.



Ambient najpiękniej brzmi na kasecie, label Genot Centre znalazł więc sobie idealną niszę. Lišaj swoją epką "Szara" powinien był zwrócić naszą uwagę nie tylko dlatego, że częściowo była wynikiem field-recordingu na Półwyspie Helskim. Materiał ten targał cienką granicę między sennym ukojeniem a lekko upiornym niepokojem ambientu przy pomocy przypadkowych hip-hopowych bitów i wokali skrytych pod warstwami zniekształceń oraz czegokolwiek, co przyniosła odrealniona izolacja Helu. "Mezina" na pierwszy rzut ucha wydawać się może bardziej stonowana, kompozycje, mimo, że dłuższe niż na poprzedniku, wydają się też być bardziej, no właśnie, kompozycjami niż zapisem snujących się dźwiękowych fal. Więcej tu też krystalicznych rozbłysków niż podprogowego szumu, specyficzny mikro-rap śmielej też wychodzi na pierwszy plan, całość zaś ma równie blisko do ambientowych taśm, co do wariacji na temat klasyków czeskiej hip-hopowej alternatywy z WWW.



W retro-elektronice Mo-Du jest coś rozkosznie wręcz komfortowego. Spoglądanie w Kosmos to nie tylko awanturniczy eskapizm, ale też prostoduszny techno-optymizm rodem z dawnego sci-fi. Zamiast post-nuklearnych wizji zagłady odsłania się przed nami śmiała podróż między gwiazdami z plastycznie nakreślonymi przystankami od planety do planety. "MOD03" wydaje się jeszcze bardziej światotwórczy niż poprzednie taśmy, tym razem z łatwością można sobie wyobrazić, że jest to ścieżka dźwiękowa to filmu animowanego lub gry komputerowej. Albo słuchowiska do powieści Lema, gdyby tylko znalazła się jakaś mniej pesymistyczna.



A skoro wracamy do tematu gier, ostatnimi laty była to główna domena działalności Tomáša Dvořáka, który wreszcie powraca jako Floex z nie-do-końca-solowym wydawnictwem niebędącym ścieżką dźwiękową, choć bynajmniej nie pozbawionym ilustracyjnego charakteru. "A Portrait Of John Doe" to dzieło które współtworzył z nim Londyńczyk Tom Hodge a pod którym popisana jest również Orkiestra Symfoniczna Praskiego Radia. Nie dochodzi tu do żadnej rewolucji ani pogoni za najnowszymi trendami w elektronice, ale ten obowiązkowo świetnie wyprodukowany album z umiejętnie wplecionymi orkiestracjami ma filmowy rozmach, zręcznie kontrolowaną emocjonalność, niezaprzeczalną stylowość i nawet w najmniejszym fragmencie nie nudzi. Zarówno Max Cooper, jak i Jon Hopkins, który swego czasu wyraził publiczny zachwyt muzyką Floexa, wydali w tym roku jednak dość rozczarowujące albumy. Wystarczy zatem wyjść z anglosaskiego kręgu by odnaleźć jedną z najbardziej satysfakcjonujących elektronicznych płyt tego roku.

 

[Wojciech Nowacki]

5 listopada 2018


ANNA CALVI Hunter, [2018] Domino || If I was a man in all but my body. Pierwsze słowa albumu z pełną otwartością natychmiastowo kreślą warunki i zasady niespiesznego powrotu Anny Calvi. Po dłuższym milczeniu naturalnie oczekiwać można było jakiejś odnowy, ale raczej ze strony muzyki niż jak dotąd enigmatycznych treści nią niesionych. Choć muzyka tak naprawdę odmiany nie potrzebowała, ani w sferze kompozycji, ani aranżacyjnych naddatków, co pokazało już "One Breath". Ma zatem sens, że zmiana zajść musiała w samej Calvi. "Hunter" nie brzmi rewolucyjnie, ale rewelacyjnie się go czuje. Anna Calvi wreszcie oddycha pełną piersią i oddech ten napełnia album poczuciem dumy, akceptacji i pewności siebie.

Wcześniejsze aluzje, subtelności narracji, zwroty w stronę żeńskich bohaterek i stawianie siebie na męskich pozycjach, tutaj śmiało wyłania się zza zasłony. Owszem, "Hunter" jest queerowym albumem, ale nie oznacza to bynajmniej prostolinijnej agitacji ani epatowania odmiennością. Queerowość jest tutaj czymś znacznie prostszym, bardziej esencjonalnym. To komfort, pewność siebie i samoakceptacja, wolność od zewnętrznego wartościowania. Radość Calvi z osiągnięcia tego stanu wydawać się może powściągliwa, ale "Hunter", pomimo wojowniczego tytułu, przynosi przede wszystkim obezwładniające i zaraźliwe wręcz poczucie lekkości.


Emocje Anna Calvi kontroluje podobnie jak swój głos, w czym ma imponujące wręcz doświadczenie, ale "As A Man" jest zadziornym i ewidentnie radośnie samoświadomym wstępem, rytmicznie wciągającym i oferującym pełno przestrzeni do oddechu. Wykorzystane środki są proste, nośny zaśpiew w dość zabawny sposób kojarzy się z Coldplay, lecz już tutaj dochodzi i do efektownej eskalacji, i do niemniej efektownego popisu wokalnych możliwości Calvi. Wokal i muzyka są ze sobą idealnie splecione, nawet jeśli jednym z jej kluczowych talentów jest silna narracyjność samej muzyki właśnie. Słowa nadal są enigmatyczne a siła głosu ciągle pozostaje jedną z kluczowych kompozycyjnych nici. Równie charakterystyczna gitara czasem po staremu koronkowo oplata kompozycje, częściej jednak brzmi niczym agresywnie rozcierana po ich powierzchni. Silnej też niż dotąd zaznacza się rytmika, od krocząco przyczajonej po motorycznie rozbieganą, we wszystkich tych elementach uwodzi jednak przede wszystkim ich umiejętna prostota. Bez zbędnych naddatków i pomimo nawet braku typowej piosenkowej struktury w ciągu utworów takich jak "Alpha", "Chain" i "Wish" tkwi prawdziwa siła.

Co zaznaczyć trzeba wyraźnie, zwłaszcza w kontekście pierwszych singli, delikatnie rozczarowujących, bo będących po prostu ładnymi piosenkami. "Swimming Pool" blisko ma nawet do sennej eteryczności Lany Del Rey, ale Anna Calvi bynajmniej nie zbliża się do popu, przystępność albumu tkwi w jego emocjach i prostocie, nie zaś w zwyczajnej przebojowości. W niemal zwierzęcym "Indies Or Paradise" jest coś wręcz post-rockowego a niepiosenkowa art-popowa struktura w stylu lat osiemdziesiątych jasno przypomina, że Anna Calvi godna była współpracy z Davidem Byrnem. Szkoda zatem, że zarówno jej rozpoznawalność, jak i przyswajalność wydaje się być nadal dość ograniczona. Wiem, że niekoniecznie już musi identyfikować tylko z żeńską muzyczną sceną, ale i tak pozostaje na niej jednym z największych współczesnych talentów, w zestawieniu z przereklamowanymi reprezentantkami zarówno popu, jak i alternatywy. "Hunter" nie musi być płytą lepszą od pierwszego albumu Anny Calvi, ale może okazać się istotniejszą. Po lekkim przeładowaniu "One Breath" powraca do czystej prostoty i dźwięcznej klarowności debiutu, lecz z przynoszącą ulgę otwartością i komfortem bycia wreszcie w swej własnej skórze. 8.5/10 [Wojciech Nowacki]