6 lutego 2019


MOUSE ON MARS Dimensional People, [2018] Thrill Jockey || Kolaboracje są najczęściej traktowane jako pobłyskujący dodatek, mający przyciągać uwagę bonus, marketingowy niestety chwyt. Konfrontacje na wspólnych albumach sprawdzają się najlepiej, Tortoise i Bonnie "Prince" Billy, St. Vincent i David Byrne, Nils Frahm i Ólafur Arnalds, Ulver i Sunn O))) to niemal osobna kategoria, nie zawsze w pełni satysfakcjonująca artystycznie i często pozostawiana na uboczu właściwych dyskografii, ale prawdziwie zderzająca rozdzielnie wartości. Znacznie częstsze w naszym codziennym muzycznym doświadczeniu są featuringi, lecz owe gościnne występy często okazują się albo przysłowiowym kwiatkiem u kożucha, albo zasłoną dymną. Na myśl przychodzi tutaj z miejsca najnowszy James Blake, im silniej nowy album zapowiadany jest w kontekście uczestniczących w nim gości, tym bardziej rośnie nieufność względem jakości materiału, słusznie z resztą.

Oczywiście mamy tu i kwestię muzyki z natury instrumentalnej, gdzie w ramach lub nowości, lub urozmaicenia, wprowadza się gościnnych wokalistów i o ile po takich The Chemical Brothers tego się właśnie oczekuje, o tyle, jak na ostatniej płycie Pantha Du Prince, naruszanie instrumentalnej stabilności może poważnie irytować. Mouse On Mars wynoszą na "Dimensional People" aspekt kolaboracji na zupełnie inny poziom. Chwytliwe nazwy jak Bon Iver, bracia Dessner z The National czy lider Beirut rzecz jasna z premedytacją przyciągają uwagę, nie ma tu jednak mowy o festiwalu osobowości. Muzycy pełnią rolę wymiennych modułów, autonomicznych części swobodnie do siebie nawiązujących, pod narracyjną kuratelą niemieckiego duetu synchronizujących się w niepozbawioną niedociągnięć, ale całkiem fascynującą jedność. Kolaboracja z naddatku staje się tu podstawowym instrumentem służącym do nagrania płyty.



Całość plasuje się gdzieś pomiędzy zarejestrowanym na żywo mixtapem, strumieniem świadomości a koncertową suitą. Podziały między poszczególnymi ścieżkami są umowne i arbitralne, pozornie niekompatybilne ze sobą fragmenty łączą się czasem w wyróżnialne części, choć żadna nie osiąga poziomu rozdzielonego na trzy części utworu tytułowego. Jeśli na albumie, zwłaszcza w jego drugiej części, brakować może skupienia i kierunku, to dwie części "Dimensional People" obiecują naprawdę wiele. Rozedrgany, maszynowy bit, dęciaki, jazzowa sekcja rytmiczna, szarpiąca gitara wciągają wielością tekstur, krautowym zapętleniem i pączkującymi mikrodźwiękami. Utwór lekko się wycisza, napięcie niemal micro-house'owo się redukuje, sugeruje zbieranie sił przed kolejnym wzlotem. Następuje jednak część trzecia będąca praktycznie tylko gaworzeniem Justina Vernona na modłę ostatniej, nieszczęsnej płyty Bon Iver. Wtórność jego maniery jest męcząca, na szczęście do tej przedziwnej całości jakoś zapada.

Dalej bowiem otwierają się wrota przez które przechodzi autentyczny, bagienny folk, afrobeat i dubowa rytmika, pełen harmonii pop lat sześćdziesiątych, spoken-word, anty-muzyka w stylu późnej Björk, fuzja jazzu i hip-hopu niczym od Flying Lotus, wszystko to świetnie podszyte post-rockiem rodem z lat dziewięćdziesiątych. Mouse On Mars stali wtedy blisko Tortoise a na płycie "Dots And Loops" Stereolab ich ówczesne podejście do kolaboracji zaowocowało totalną fuzją brzmień obu formacji. Wtedy też, w 1997 roku, ich własny album "Instrumentals" okazał się ostatnim w pełni udanym dokonaniem Mouse On Mars, zanim z wolna nie zaczęli eksperymentować z elektroniką i hip-hopem, nie zawsze ze słuchalnymi efektami. "Dimensional People" żadnym powrotem do przeszłości nie jest, ale najbardziej ich satysfakcjonującą płytą od lat z pewnością. 8/10 [Wojciech Nowacki]

31 stycznia 2019


FEVER RAY Plunge, [2017] Rabid || Przyznać, że nie lubi się debiutanckiego albumu Fever Ray dość powszechnie przyjęte być musi jako szokujące wyznanie. Nie chodzi bynajmniej o jakąś antypatię, raczej o zarzut jeszcze bardziej nawet zapierający fanom dech w piersiach. Otóż płyta ta zawsze wydawała mi się po prostu nudna. Poszczególne kompozycje brzmią dziś bez wątpienia klasycznie, świetnie sprawdzają się na ścieżkach dźwiękowych i nie można odmówić im atmosfery, ale jako całość "Fever Ray" była zbyt jednorodna, zbyt oswojona i jakaś taka nieangażująca. Zupełnie jakby kluczem do Fever Ray było wykrojenie ładnych, świetnie wyprodukowanych, ale najłagodniejszych i najnudniejszych piosenek z twórczości The Knife.

Kluczem do The Knife zawsze jednak z kolei była ciągła reinwencja brzmienia. "Shaking The Habitual" już było materiałem dość szokującym, nie pozostawiającym nikogo w obojętności. "Shaken Up Versions" jeszcze zwiększyło ten poznawczy dysonans prezentując nie tylko ten sam, ale i starszy materiał w późniejszych, koncertowych aranżacjach. Radykalne modyfikowanie własnych kompozycji pozwoliło unaocznić jak płynną są w istocie materią, pozbawioną jednej i definitywnej formy. Fever Ray naturalnie odziedziczyła to samo podejście, choć w ciągu wielu lat od wydania jej solowego debiutu można było mieć wątpliwości czy kiedykolwiek dojdzie do jego realizacji. Gdy Karin Dreijer ruszyła z "Plunge" w trasę koncertową nawet ja nie mogłem ominąć wyjątkowej okazji zobaczenia Fever Ray na żywo. Świetny i angażujący występ tylko potwierdził siłę nowego albumu, ale zgodnie z przewidywaniami pozwolił też odkryć na nowo ten debiutancki.


I want to run my fingers up your pussy to slogan w tak nieznośnie oczywisty sposób chwytliwy, że w żywym wykonaniu po prostu nie mógł się nie sprawdzić, ale "To The Moon And Back" to w istocie kwintesencja nowej odsłony Fever Ray. Wyjątkowo optymistyczna, budująca piosenka, atrakcyjnie wielowarstwowa w sferze rytmicznej, pokazuje Fever Ray pozytywną jak nigdy, silnie też cielesną, zamiast zwyczajowo eteryczną. Cielesność manifestuje się już w otwierającym album "Wanna Sip", I kinda got hooked on your scent rozbrzmiewa na tle muzyki o subtelności nalotu bombowego, która natychmiast budzi z letargu debiutu. Wydawać się może zresztą lekko nawet archaiczną, ale w uniwersalny, ponadczasowy sposób, szczególnie "An Itch" udanie łączy eurodance, industrial i typową dla Fever Ray wokalną melodykę. Snujące się brzmienie jej debiutanckiej płyty pojawia się natomiast i w eksperymentalnie popowym "Mustn't Hurry", i we wzbogaconym smyczkami "Red Trails".

Fever Ray nigdy nie była tak przebojowa, plemienne "IDK About You", choć surowe, to przecież jeden wielki hook, ale tym razem równie ważne są słowa. Przestrzenne "Falling" piętnuje jeszcze indukowane poczucie queerowego wstydu (She makes me feel dirty again / Making me feel I want too much / Making me feel it's enough), ale "A Part Of Us", brzmiące niczym soundcloudowa, eksperymentalna elektronika rozwinięta w chwytliwie pobudzający, pozytywny manifest, celebruje poczucie jedności, bezpieczeństwa i swobody nowych, tym razem wybranych rodzin (So proud / To be / A part / Of us / A chosen family / To love / To trust). Gdy w "This Country" Fever Ray ochoczo posługuje się kolejnym sloganem This country makes it hard to fuck przypomina nam się całkiem otwarta polityczność późnego The Knife. O ile "Shaking The Habitual" walczyło z kapitalizmem, o tyle "Plunge" walczy o seksualność. Album angażuje na tylu poziomach, że Fever Ray w końcu jest nie tylko czym ładnym do przesłuchania, ale wreszcie też czymś istotnym do wysłuchania. 8/10 [Wojciech Nowacki]

20 stycznia 2019


IGOR BOXX Fyodor, [2017] ToolBoxx || Spośród dotychczasowych albumów Igora Boxxa "Fyodor" wydawać się może stosunkowo najbliższy powrotowi do brzemienia debiutanckiego "Breslau", ale przede wszystkim pomaga uzmysłowić sobie jak znakomicie starzeją się wszystkie jego płyty. Najnowsza zatem, nawet jeśli sprawiać może wrażenie nieodgadnionej, jeszcze przez długi czas może odsłaniać kolejne swe warstwy, jeśli tylko da się jej ku temu szanse.


Koncepcyjność "Fyodora" jest bardzo silnie sugerowana, naturalnie więc myśli wędrują w stronę wyśmienicie historyzującego audio-wizualnego doświadczenia jakim było "Breslau". Czy zatem tym razem jest to opowieść o życiu Dostojewskiego? O jego bohaterach i niesionych nimi literackich tropach? Czyżby to kolejna podróż w czasie, tym razem do kamienicznego wieku dziewiętnastego zamiast do post-wojennych gruzowisk? A może gra ze wschodnioeuropejską melodyką i instrumentarium? Niekoniecznie. Mnogość stylistyk i motywów, które naturalnym sposobem pojawiają się na tej stosunkowo niedługiej przecież płycie, wraz z tytułami w których kryją się odniesienia do The Velvet Underground, The Chemical Brothers czy Pink Floyd, wskazywać mogą raczej na inny klucz. Nie ma ucieczki przed gigantami, nawet ich negacja jest przyznawaniem im znaczenia. Czym Dostojewski w literaturze, tym klasycy w muzyce, pozostaje zatem tylko oddać im honory, dopracowując jednocześnie własne brzmienie.

Które w przypadku nowego albumu Igora Boxxa jest z miejsca rozpoznawalne. Największą nowością jest całkiem optymistyczna wymowa niektórych kompozycji, co niekoniecznie zresztą oznaczać musi ich prostą piosenkowość. Wręcz przeciwnie, im dalej od początku płyty, tym mniej standardowych struktur, niezmiennie jednak przystępnych i różnorodnych. Niektóre eskalują, inne się zapętlają, słychać w nich i odrobinę kanciastego chaosu, i laboratoryjnej ciekawości, i teatralnej ilustracyjności, odnaleźć w nich można echa najróżniejszych stylistyk, do drum'n'bassowej rytmiki po symboliczne elementy (nu-)jazzu. Najlepiej chyba "Fyodor" prezentuje się w swych najsubtelniejszych momentach, jak w majestatycznym wręcz "A Gentle Creature" czy krystalicznie bliskim Boards Of Canada "Music For Monasteries". Nie znajdziemy tu apokaliptycznej jazzowości "Breslau", taneczności "Dream Logic", noirowej atmosfery "Delirium", ani nawet przebojowości wypchniętej swego czasu w ramy epki "1945", ale wyróżniające się brzmienie Igora Boxxa po raz kolejny zmaterializowało się w ponadczasową całość, która z czasem będzie tylko zyskiwać. 7/10 [Wojciech Nowacki]