27 listopada 2019


Po płytach Tindersticks plus minus wiadomo czego się spodziewać, ale zawsze też liczyć można na pewne niespodzianki. To po prostu grupa tego samego i całkiem zresztą niesamowitego kalibru co np. Low i Lambchop, z tym samym niezmiernym talentem i niezmienną stylowością. "No Treasure But Hope" daleko ma do radykalnej modyfikacji brzmienia "Double Negative" czy "FLOTUS", to nadal nieznośnie wręcz ciepły komfort poprzednich płyt Tindersticks, ze śladem tylko motorycznej nerwowości satysfakcjonująco się przewijającej przez ich wcześniejsze albumy. Nie ma tu też jednak przesadnej ckliwości i choć nie wszystkie kompozycje zapadają od razu w pamięć to pojawiają się i znane już smyczki, i charakterystyczny wibrafon, szczególnie zaś wyróżnia się znacznie większa niż do tej pory rola pianina.


Powrót z podwójnym albumem jest dostatecznie mocnym oświadczeniem, ale DJ Shadow przeliczył się chyba z ważnością swojego nowego materiału. (Teoretyczny) podział na części instrumentalną i wokalną mógł się udać, wzmacnia jednak tylko przyciężkie i nienaturalne wrażenie "Our Pathetic Age". Brzmienie jest surowe, niespecjalnie kreatywne i pozbawione dawnego ciepła, wokalne sample nie wyróżniają się na tyle, by rozpoznać w nich jego wczesne brzmienie. Mamy tu raczej artefakt z przeszłości, hip-hopowy mixtape z lat dziewięćdziesiątych o dziwnej strukturze, który swego czasu pewnie odnalazłby się obok tak pamiętnego dzieła jak "The Dirtchamber Sessions Volume One" The Prodigy.


Po stopniowo publikowanych żywych rejestracjach z trasy promującej album "re:member", można było się spodziewać nadchodzącego koncertowego wydawnictwa od Ólafura Arnaldsa. I faktycznie: sześć utworów, pół godziny muzyki, więc może niekoniecznie pełen album, ale też i znacznie więcej niż ciekawostka dla fanów. "re:visions (live)" to w istocie przyjemniejsze doświadczenie niż studyjne i zazwyczaj lekko przeprodukowane albumy Arnaldsa. Jest to całość krótsza, cieplejsza i bardziej przestrzenna. Praktycznie nie słychać tu publiczności, choć wyczuwalna jest silnie intymna otoczka, utrzymująca wzorcową spójność pomimo kompozycji zarejestrowanych w sześciu różnych europejskich miastach.


[Wojciech Nowacki]

17 listopada 2019


Cieszy zbliżający się i wyczekiwany już niemal od dekady powrót Islandczyków z Seabear. Oczywiście w międzyczasie do śledzenia mieliśmy karierę solową urokliwej Sóley, kolejny autorski album wydał też Sin Fang. "Sad Party" to zaktualizowana na dzisiejsze potrzeby emotronika przełomu wieków, z silnym naciskiem na żywe instrumenty i pełno produkcyjnych ciekawostek. Same kompozycje trochę się ze sobą zlewają, ale przynoszą sporo komfortu, wielkie zaś nadzieje rozbudza ambientowy, instrumentalny początek.


Rozedrganej kruchości FKA twigs można było się spodziewać, największą wartością jej drugiego albumu, ale też i zaskoczeniem, jest jednak pieśniopisarstwo wreszcie dorównujące charakterystycznie zjawiskowej produkcji. "Magdalene" jest w pełni świadoma swej efektowności, ale dawkuje ją umiejętnie i bez popisywania się. Każdy usłyszy tu coś innego, mnie zaskakują luźne skojarzenia z "Amnesiac", w każdym razie, jeśli "LP1" stawiało wiele pytań o FKA twigs, to ta płyta wreszcie udziela pierwszych odpowiedzi.


Max Cooper wydaje nowe single niemal nieprzerwanie, ciężko rozpoznać, czy pochodzą one z aktualnego albumu, czy już z następnego. W istocie, wydaje się, że albumy w jego przypadku tylko podsumowują i gromadzą kolejne kompozycje, jako odrębne całości przemijając dość niezauważalnie. Już "One Hundred Billion Sparks" rodziło pewne wątpliwości, zdecydowanie zaś za długie "Yearning For The Infinite" tylko je potwierdza. Czegoś w jego elektronice brakuje, wyraźnie staje się tylko podkładem pod niezaprzeczalnie atrakcyjne wizualizacje, rumieńców zaś nabiera wtedy, gdy pozwala sobie na odrobinę niepokoju i wkroczenie na odważniejsze terytoria techno.


Mono to grupa, która zredukowała post-rock do jego kontrastującego monumentalizmu, ale też sprowadziła go do dość przewidywalnej nudy. Razem z szeregiem innych epigonów Mogwai gatunku tworzą muzykę zestaloną już w smutnie sztywnych ramach, w ich akurat patosie nawet czasem lekko śmieszną. "Before The Past • Live From Electrical Audio" to powrót do najwcześniejszego i odświeżająco surowszego brzmienia Japończyków. Te trzy kompozycje należą do ich najstarszych a zarejestrowane zostały na nowo, na żywo i studiu Steve'a Albini'ego. Prościej, krócej, lepiej.


[Wojciech Nowacki]

29 października 2019


THOM YORKE ANIMA, [2019] XL || Wielkomiejskie wyalienowanie, poczucie czającej się gdzieś w tle państwowej biurokracji, która nie przekłada się jednak na rozwiązywanie realnych problemów, automatyzacja życia, zapętlająca je do cichej, codziennej męczarni, wszystko to zalane bladym światłem sączącym się z wszystkich naszych smart-urządzeń. Wizja pozornie dystopijna, ale istniejąca już tu i teraz, za cienką zasłoną rzeczywistości. Nie wydaje się więc przypadkiem, że wizualny towarzysz "ANIMY", krótki, netflixowy film w reżyserii Paula Andersona, dzieje się w Pradze, mieście pełnym nie tylko dusznych, kafkowskich tradycji, ale i współczesnego społeczeństwa, które wydaje się być na progu totalnej dezintregracji.

Wizualny aspekt nowego albumu Thoma Yorke'a ciąży nad nim silnie, jednocześnie ratując go przed stoczeniem się do bajecznie wyprodukowanego, lecz przeintelektualizowanego niebytu. Yorke zwyczajowo operuje bardziej emocjonalną niż intelektualną analizą, końcowy efekt wymaga podania właściwego kontekstu, którym staje się właśnie wizualnie dopełnienie płyty, czy to w postaci zestawu skojarzonych barw, czy wspomnianego filmu. Pomijając solowy debiut Thoma Yorke'a, który z dzisiejszej perspektywy mieści się gdzieś pomiędzy ówczesnym Radiohead a avant-popowym potencjałem, a którego kontynuacją wydaje się być raczej płyta Atoms For Peace, jego albumy silnie pracują z własną obrazowością. "Suspiria" czyni to w sposób naturalny, ale broni się i jako całość niezależna od filmu, który ilustruje. "Tomorrow's Modern Boxes" pozostaje zaś jego najbardziej satysfakcjonującym dokonaniem ponieważ kreuje swój własny, niezwykle plastyczny świat wyłącznie przy pomocy muzycznych środków. Zredukowana do nich "ANIMA" może zaś zawodzić.


Poza dystopijnym techno "Traffic" i niesamowitym tąpnięciem "Not The News", zdecydowanie najpełniejszego utworu na płycie, który sięga po wykorzystanie smyczków w najlepszym duchu "A Moon Shaped Pool", album spływa się w snujący się podkład pod senne monologi Yorke'a. Okazjonalnie wypływają na powierzchnię fragmenty obszernej mitologii Radiohead ("Dawn Chorus"), szczególnie zaś pod koniec, dzięki odważniejszym manifestacjom żywego basu czy perkusji ("Impossible Knots"), kompozycje zaczynają nabierać śpiewnie piosenkowych rumieńców. Większość "ANIMY" brzmi jednak niczym minimalistyczny spoken-word na podkładzie z instrumentalnych interludiów rodem z "Kid A", migotliwe detale tego dość szarego świata ujawniają się dopiero przy bardzo uważnym i intymniejszym kontakcie. By w pełni docenić te impresje na temat izolacji trzeba więc samemu się dość solidnie wyizolować od otoczenia. Na szczęście Yorke nie jest starcem krzyczącym na chmury, który nie rozumie dzisiejszej rzeczywistości, jego obserwacje są na emocjonalnym poziomie niepokojąco trafne a codzienne lęki uniwersalnie nam bliskie. 7/10 [Wojciech Nowacki]

25 października 2019


Nowy "Frankenstein", "Papillon" i "Munich" to bardzo mocny początek kolekcji "Black Gold: Best Of Editors". Wydawnictwo tego typu z definicji nie powinno przynosić większych zaskoczeń, ale pierwszą niespodzianką jest nacisk położony bardziej na dynamiczne single silniej podbarwione elektroniką (choć brak "Eat Raw Meat = Blood Drool" z niedocenianej płyty "In This Light And On This Evening" podpada pod bycie karygodnym), niż na dominujące raczej na ostatnich płytach Editors ballady mieszczące się gdzieś pomiędzy U2 a Depeche Mode. Z tego samego też powodu zaskakuje świadomość siły warsztatu Editors, bo pomimo drobnych różnic aranżacyjnych na poszczególnych albumach, śpiewnie melodyjne przeboje są konsekwentnie obecne na wszystkich. Balladowe potrzeby zaspokaja zaś dodatkowy dysk z sesją akustyczną, po wersję bez niego nie ma potrzeby sięgać, choć szkoda, że nie znalazły się na nim raczej remiksy i b-side'y. Wybór kompozycji jest jednak całkiem ciekawy, zwłaszcza utwory z debiutu prezentują się tutaj w zupełnie nowym, ale i znajomym świetle.


Niespodzianką jest zdecydowanie koncertowy album "Kamp! Live", bo o takie Kamp! zawsze nam chodziło. Grupę trapił problem przełożenia swej niezmiennie silnej koncertowej formy i inteligentnie tanecznej wrażliwości na równie udane długogrające płyty z wolna zwracające się w stronę solidnie liźniętego elektroniką, ale jednak popu. Można się tu obyć bez okazjonalnych "siemek", ale ten koncertowy set okazuje się ich najbardziej satysfakcjonującym album, płynnie hipnotycznym, uniwersalnym i podporządkowującym idee piosenkowości festiwalowemu oczyszczeniu.


Amon Tobin już z drugim w tym roku albumem. "Fear In A Handful Of Dust" po wieloletniej przerwie od multimedialnego "ISAM" było dość solidnym rozczarowaniem, brzmiącym niczym orientalnie zabarwiony folder z przypadkowo poszatkowanymi dźwiękowymi zbitkami pozostałymi po produkcji poprzedniej płyty. "Long Stories" zamiast twardych bitów przynosi wibrującą dźwięczność, zdecydowanie więcej przestrzeni, nawet zarysy melodii śmielej wyłaniające się ze struktur odrobinę bliższych dawnemu nu-jazzowemu wcieleniu Amona Tobina. Płycie tej ostatecznie, podobnie jak "Fear In A Handful Of Dust", brakuje siły do utrzymania skupienia, ale przynajmniej w przyjemniejszy do słuchania sposób.


"leaving meaning." było albumem wyczekiwanym znacznie bardziej niż, ot, kolejna płyta wykonawcy całkiem dosłownie kultowego. Formuła trzech poprzednich płyt Swans ewidentnie się wyczerpała, lider grupy samoświadome więc zdecydował o jej rozwiązaniu i przekształceniu w bardziej otwartą formę z muzykami dobieranymi w zależności od potrzeb Michaela Giry. Możliwość wpuszczenia świeżego powietrza okazała się równie obiecująca co zwodnicza, "leaving meaning." w delikatniejszych momentach brzmi niemal jak dojrzalsze Sigur Rós, w ciekawszych zaś jak odważniejsze Dead Can Dance, odrobinę mniej tu totalnego monumentalizmu, ale Gira trzyma się nadal swojego firmowego szamanizmu oraz identycznych kompozycyjnych struktur, które tym razem jednak nie robią już takiego wrażenia. I to pomimo udziału takich gości jak Anna Von Hausswolff czy Ben Frost.


[Wojciech Nowacki]

22 października 2019


Nie było innego wyjścia. Po znakomitej części pierwszej "Everything Not Saved Will Be Lost Part 2" musiało być najbardziej oczekiwanym albumem 2019 roku. Największą jego wartością jest unaocznienie tego, że faktycznie jednak mamy do czynienia z jednym albumem podzielonym na dwie połowy. Druga, traktowana odrębnie, nie robi już tak wielkiego wrażenia, sugeruje też, że Foals mogą sięgać ambicjami odrobinę zbyt wysoko. Jest gęściej, odrobinę ciężej, bardziej gitarowo i choć nie wszystkie piosenki wbijają się w pamięć z równą energią to nadal zaskakują fenomenalnymi rozwiązaniami produkcyjnymi i strukturalnymi. I żeby nie było wątpliwości, to nadal świetna rockowa płyta.


"Juice B Crypts" najbardziej zaskakuje tym, że jak na album Battles wyjątkowo słabo irytuje. Ich math-rockowe łamańce czasem robiły wrażenie, częściej jednak słuchalne były tylko z mocno zmrużonymi oczami. Na nowej płycie jest przewidywalnie gęsto i intensywnie, i choć wydaje się, że w pamięci nie pozostanie wiele więcej niż poczucie zręcznie splecionych dźwięków, to szczególnie odświeżająco działa lekko się tu unoszący duch King Crimson. Do tego współudział Tune-Yards i wyjątkowo udany hip-hopowy crossover w "IZM".


Bez niespodzianek, w końcu wyjątkowo nie mówimy tutaj o nowej muzyce. Zgodnie z wcześniejszymi obietnicami Nils Frahm zebrał trzy epki mające dopełniać jego ostatni regularny album "All Melody" w jedną całość. Już dawno ustaliliśmy, że każda z tych winylowych epek muzycznie przewyższa wspomniany album, zgodnie więc z przewidywaniami "All Encores" z miejsca staje się jednym z najlepszych wydawnictw Frahma, idealnie obrazując naturalne przejścia od muzyki klasycznej przez elektroniczną aż po eksperymentalną. Oraz że lepiej mu jednak wychodzi pisanie muzyki w mniejszych i bardziej naturalnych cząstkach.


Ścieżki dźwiękowe do gier z czeskiego studia Amanita Design, zwłaszcza te, które napisał Floex, to mały fenomen o którym już wiele razy tutaj pisaliśmy. Wszystko zaczęło się tak naprawdę od "Machinarium" i z okazji dziesięciolecia tejże gry ukazało się "Machinarium Remixed", gdzie fragmenty oryginalnego soundtracku zremiksowane zostały przez m.in. DVA, 65daysofstatic czy wreszcie samych Orbital. Niby drobnostka, lecz jej największą siłą jest przekształcenie ilustracyjnej przecież muzyki w pełnoprawne, samodzielne i spójnie do siebie nawiązujące kompozycje, które bynajmniej nie tracą przez to swojego narracyjnego charakteru.


Sufjan Stevens aktywnościami zawsze sypie jak z rękawa, ostatnimi czasy zaś szczególnie udanymi, co ładnie zaciera smętne wrażenie po jego ostatniej regularnej płycie. Najpierw pride'owy singiel "Love Yourself / With My Whole Heart" przypomniał, że potrafi pisać fajne piosenki, teraz zaś "The Decalogue" pokazuje go w całkowicie nowej roli klasycznego kompozytora. Na pianinie gra tu Timo Andres, rzecz pełni rolę ścieżki dźwiękowej do eksperymentalnego baletu, ale nie ma tu mowy o muzyce eksperymentalnej, lecz jak najbardziej klasycznej, bez przedrostka neo-, wprost i bez wstrzemięźliwości sięgającej do tradycji romantyzmu. Zaskakująco żywa i frywolna muzyka, skromna i dramatyczna zarazem, sprawia, że pozostaje mieć nadzieję, że ta niespodziewana metamorfoza nie pozostanie jednorazową.


[Wojciech Nowacki]

18 października 2019


Z każdym kolejnym albumem Elbow roznieca się na nowo płomień nadziei na powrót zadziornych, niemal wściekłych i złożonych kompozycji, które na późniejszych płytach zasadniczo ustąpiły miejsca ładnym piosenkom i miłosnym balladom. "Dexter & Sinister" roznieciło ten płomień wyjątkowo silnie, bo to faktycznie najbardziej nawiązujący do wczesnego brzmienia singiel od lat. "Giants Of All Sizes" jest zaskakująco chaotyczne, ale w odświeżająco zwięzły sposób, balladowość tu i ówdzie przebija się na powierzchnię, ale tym razem zespół nie wydaje się stawiać się oczywiste melodie. Zamiast tego słychać powrót bardziej zdecydowanej rytmiki, jazzującą perkusję, smyczki, gitarowe solówki, ale i elektronikę, co na razie plasuje ten album gdzieś w ciekawym miejscu pomiędzy "Leaders Of The Free World" a solową płytą Guy'a Garvey'a.


Ciężko śledzić dziś poczynania Sigur Rós, ostatnimi czasy to głównie ciąg drobnych ścieżek dźwiękowych i nieskończonych ambientowych playlist, na tle których wyróżniały się obchody dwudziestolecia "Ágætis Byrjun" czy dziesięciolecia "Riceboy Sleeps", płyty Jónsi'ego i Alexa Somersa. Partnerzy zupełnie niespodziewanie wydali z tej okazji "Lost And Found", niby kontynuację ich wcześniejszego albumu, która przynosi jeszcze więcej ambientu w jego nadmorsko-dzwoneczkowej odsłonie. Czyli rzecz bardzo sympatyczna, lecz przypominająca też o jednorazowości ich wspólnej muzyki.


Wielcy liderzy wielkich zespołów mają tendencję to wypychania z siebie natłoku pomysłów, jeśli tylko zyskują w końcu szansę i/lub odwagę do próby ukształtowania swej solowej tożsamości. Kim Gordon nie ucieka całkowicie przed Sonic Youth, ale jej krótka płyta pełna jest bardziej lub mniej udanych pomysłów, silnie szkicowych i mocno chaotycznych, wyprodukowanych też w sposób nadający tytułowi "No Home Record" bardzo ironicznego charakteru. Przypomina się "Democrazy" Damona Albarna, który po oczyszczeniu w ten sposób szuflad zapoczątkował nie jedną, ale kilka nowych formacji. Polecamy podobną drogę.


Lindstrøm, król norweskiego disco i wszechstronnie traktowanej elektroniki, zawsze wzbudza zasłużoną ciekawość. "On A Clear Day I Can See You Forever" brzmi z początku całkiem filmowo, zupełnie jakby akcję "Blade Runnera" przeniesiono do skandynawskiej wioski, ale choć na cały album składają się tylko cztery, ale za to kusząco długie kompozycje, to niestety, niewiele się tutaj dzieje.


[Wojciech Nowacki]

15 października 2019


"Star Wars" i "Schmilco", dwa ostatnie i niemal bliźniacze albumy Wilco, z wielu powodów prezentowały się na wskroś żartobliwie. "Ode To Joy" spowija niespieszna hipnotyczność i wydaje się bardziej stawiać na budowanie atmosfery niż chwytliwych piosenek. Można nawet pozastanawiać się, czy nie jest tej płycie bliżej do solowych wydawnictw Jeffa Tweedy'ego, ale zespołowość jest w niej ukryta w sposób podobny do części albumów Lambchop, z naciskiem na produkcyjne ciekawostki bliskie The National. Jest tu jednak i trochę lekkości alternatywnego country, i trochę potarganego jesiennym wiatrem kraut-rocka. Do rozgryzienia.


Owszem, na nowym albumie DIIV słychać typowy shoegaze, rockowy trend, który zainspirował dream-pop a'la Beach House, ale i powrócił też bezpośrednio w swej historycznej formie, szybko się chyba jednak wypalając jako kolejny retro-revival. "Deceiver" na szczęście i podkręca dynamikę, i poszerza horyzonty, sięga bowiem od garażowo-studenckiego amerykańskiego indie aż po echa grunge'u. Nic wybitnego się tu nie dzieje, ale wiara w żywotność bezpretensjonalnego rocka pozostaje.


Nie ma nic bardziej atrakcyjnego od tajemnicy. Od występu w "Twin Peaks" po losy wyczekiwanego, zarejestrowanego, zniszczonego i podobno raz jeszcze nagranego albumu "Dear Tommy", Chromatics wiedzą jak uszlachetnić swoją taneczną elektronikę. Niespodziewane wydane "Closer To Gray" to nie "Dear Tommy", tamten album podobno jeszcze kiedyś się ukaże, choć ciężko sobie wyobrazić by przyniósł muzykę drastycznie odmienną od tego zwyczajowego miksu disco, synth-popu i coraz senniejszej czerwonej poświaty.


Na tym etapie Nick Cave jest już artystą, który wymaga kontekstu. Kontekstu własnej legendy, poezji, oddania fanów, śmierci nastoletniego syna, która napędzała "Skeleton Tree", płytę intrygująco eksperymentującą, bliską poniekąd "Double Negative" Low oraz domyślnie jednorazową. Ale nie, trauma przesącza się dalej na "Ghosteen", upraszczając brzmienie tak radykalnie, że postawić trzeba pytanie o rolę The Bad Seeds. Nie można się zbliżyć do tego albumu ot tak po prostu, wielkie konteksty wytrącają broń z ręki krytyki, w efekcie, podobnie jak gazetki do których nieświadomie(?) nawiązuje okładka, trafi wyłącznie do już przekonanych.


[Wojciech Nowacki]

29 września 2019


Początek "In Cauda Venenum" jest zaskakująco obiecujący. Niemal ambientowy puls i bliskie nagraniom terenowym tajemnicze sample bardzo szybko jednak ustępują typowej kawalkadzie gitar, topornym riffom i dość rachitycznej melodyce a'la prog-rock klasy B z lat siedemdziesiątych. Co na albumie (nomen omen) "Heritage" brzmiało zaskakująco świeżo, problem w tym, że od tego czasu Opeth tylko powtarza tą samą nudnawą już formułę. Spośród późniejszych płyt ta najnowsza faktycznie prezentuje się najlepiej, Szwedzi wreszcie też porzucili płaską produkcję stylizowaną na ich ulubioną dekadę, lecz poza może wersją albumu śpiewaną w ich macierzystym języku nie ma specjalnych powodów by koniecznie po niego sięgnąć.


Tegoroczna ofensywa wydawnictwa Sacred Bones była jak dotąd wyjątkowo surowa, sięgając od noise'u popowego Blanck Mass po industrialny Pharmakon. Tymczasem u progu jesieni ukazała się płyta, która spokojnie mogłaby uchodzić za idealny letni album i staje się jednym z przyjemniejszych zaskoczeń tego roku. Moon Duo jeśli było już z czymś kojarzone to z psychodelią raczej w alt-rockowej odsłonie. Śmietanowe wokale i syntezatory tworzą ze "Stars Are The Light" całość hipnotyczną, ale i nienachalnie chwytliwą, niepozbawioną zwiewnie przebojowego charakteru. W najbardziej popowych momentach mieści się gdzieś pomiędzy niepozbawionymi siły Starfucker a radośniejszą wersją Beach House, ale przeplatająca się przez ten zwięzły album pustynna gitara subtelnie przypomina o jego psychodelicznie rockowych korzeniach.


Cieszy powrót Bad Light District, zwłaszcza, że ich "Science Of Dreams" było chyba jedną z najbardziej niedocenianych polskich płyt ostatnich paru lat. "Lucky Blood Moon" nie ogląda się na poprzednika i zdecydowanie stawia na swoje własne brzmienie, szkoda jednak, że trochę zapożyczone. Popularna dziś nostalgia za latami osiemdziesiątymi jest tutaj oczywista i niemal netflixowa w stylu, bliżej jednak niż do neonowego synth-popu "Stranger Things" ma do post-punkowej surowości "DARK". Album pełen jest pomysłów i melodii, lecz by w pełni wydobyć te najbardziej udane przydałoby mu się odchudzenie o jakieś dziesięć, piętnaście minut.


Pianistka Vanessa Wagner zachwyciła wspólną z Murcofem płytą "Statea", w tym roku zaś wydała już swój własny album "Inland", dalej eksplorujący możliwości reinterpretacji klasyków minimalizmu. Zaskakująco, remiksowe "Inland Versions" okazuje się być w pełni autonomicznym i jeszcze lepszym wydawnictwem, należy bowiem do tych płyt, które unaoczniają bajeczną bliskość muzyki klasycznej i eksperymentalnej elektroniki. Wszystkie remiksy prezentują się imponująco, ale szczególnie przyciąga maszynowo repetytywny Vladislav Delay oraz GAS fantastycznie łączący analogowy, post-klubowy, pulsujący ambient z motorycznymi dźwiękami pianina.


[Wojciech Nowacki]

24 września 2019


Pamiętacie jeszcze ogłoszenie zakończenia działalności Efterklang? Warto pamiętać też ten mały przypis mówiący o końcu zespołu "w dotychczasowej formie". Owszem, był i dramatyczny "ostatni koncert", ale później wydali jeszcze na płycie napisaną przez siebie operę, dwa albumy pod nowym szyldem Liima, teraz zaś powracają odmienieni wyłączenie macierzystymi wokalami. Zmiana jest to faktycznie dość istotna, język duński okazuje się być niezwykle malownicznym, jednocześnie zwodniczo bliskim angielszczyźnie. Eteryczna niezrozumiałość rodzi też naturalne skojarzenia z Sigur Rós, zwłaszcza, że "Altid Sammen" ma całkiem ambientową wymowę. Piosenki te pobieżnie wydawać się mogą art-popem dla dorosłych, lecz kreślone szurającą perkusją melancholijne pejzaże przypominają powrót z wielkiego miasta nad pochmurne wybrzeże i oferują całkiem sporo do dalszego odkrywania.


Jest to zresztą jedno w wielu niespodziewanych podobieństw do "DSVII". To również krajoznawczy lot nad nieznanym terenem, w tym wypadku nieco mniej rzeczywistym, tak samo też pozornie przemija w mglistej przyjemności, choć w istocie przynosi naprawdę sporo zaskakujących rozwiązań formalnych i instrumentalnych, które jeszcze długo będą się z wolna odsłaniać. Zwłaszcza dla słuchaczy kojarzących M83 bardziej z przebojowością "Hurry Up, We're Dreaming" czy nawet jego ostatnim i niedocenianym regularnym albumem "Junk". Najważniejsze jednak, że lekko zapomniana instrumentalna płyta "Digital Shades [Vol. I]" w końcu doczekała się oficjalnej kontynuacji.


Nils Frahm kontynuuje zaś i finalizuje trylogię epek dopełniającą jego przeceniany z kolei album "All Melody". Część pierwsza podtrzymywała najbardziej klasyczną sferę jego twórczości, druga wkraczała już w bardziej ambientowe rejony, "Encores 3" natomiast kończy u otwartego eksperymentatorstwa, w sposób, dodajmy, niezmiernie satysfakcjonujący. Wciągające, dwunastominutowe "All Armed" z miejsca zapisuje się w panteonie najlepszych kompozycji Frahma a "All Encores", nadchodzące zbiorcze, kompaktowe wydanie tychże winylowych epek, już teraz można zaliczyć do jego najlepszych wydawnictw. Kolejny dowód na to, że Nils Frahm najpełniej się realizuje w krótszych, kompilacyjnych czy też kolaboracyjnych formach i nie potrzebuje tradycyjnych płyt długogrających do utrzymania miana jednego z najważniejszych artystów dzisiejszej doby.


[Wojciech Nowacki]

19 września 2019


THE FLAMING LIPS King's Mouth, [2019] Warner || W pierwszym odruchu chciałem winić sposób wydania "King's Mouth" za niedostatek uwagi, który wydaje się trapić nowy album The Flaming Lips. Płyta ukazała się najpierw wyłącznie w limitowanej winylowej formie w kwietniu z okazji nieszczęsnego Record Store Day. Z miejsca oczywiście pojawiły się recenzje, całkiem zresztą entuzjastyczne, dotyczyły jednak wydawnictwa, które mało kto miał szansę usłyszeć. Gdy więc "King's Mouth" ukazał się w końcu aż w lipcu w powszechnej dystrybucji krytyka nie miała już powodu do okazania nim zainteresowania. Przynajmniej dostaliśmy tytuł, który na zawsze mógł zostać niedostępnym i limitowanym, lecz to rozproszone wydanie z pewnością odbiera pewnym płytom należną uwagę.

Po namyśle jednak "King's Mouth" na specjalną uwagę nie zasługuje, będąc najbledszym dokonaniem w dość już przecież nierównej późnej dyskografii The Flaming Lips. Mglista hipnotyczność okazuje się być rozwleczoną nudą, kompozycje ciągną się pozbawionym dynamiki tempem, Conye niespiesznie wyśpiewuje słowa, które brzmią jak wielokrotnie już wyśpiewane ("The Sparrow"), muzyka zaś wydaje się być wyblakłą kalką typowych motywów The Flaming Lips. Sięgających jednak tylko do na wzór "Yoshimi Battles The Pink Robots" infantylno-bajkowej strony ich twórczości. Niestety, rzecz mająca potencjał bycia alternatywną ścieżką dźwiękową do "Adventure Time" zawodzi nie tylko pod względem kompozycji, ale też produkcji.


Niewiele raczej wnosząca narracja Micka Jonesa z The Clash to największy dźwiękowy eksperyment na "King's Mouth", płyta brzmi zaskakująco surowo i oszczędnie, sprawiając wrażenie niedokończonego półproduktu. Pośredniczony słuchawkami bardziej intymny kontakt odsłania poutykane w tle produkcyjne ciekawostki, mało co jednak do takiego kontaktu zachęca. Słów full of joy joy joy joy nie można odebrać inaczej jak wymuszone i ironiczne. Ślady ciekawszej zabawy pojawiają się dopiero wraz ze śmiercią tytułowego króla w drugiej połowie płyty, jakby na potwierdzenie tego, że The Flaming Lips bardziej komfortowo czują się jednak z mroczniejszymi tematami. W niby niepozornym "Feedaloodum Beedle Dot" wreszcie pojawia się większa dynamika, lekki niepokój, jakiś wewnętrzny rozwój krótkiej kompozycji, którą prowadzi morbidno-ekstatyczny zaśpiew atrakcyjnie przepleciony z narracją Jonesa.

"King's Mouth" daleki jest jednak od frenatycznie narastającej grozy "Embryonic" czy choćby zaskakująco przyjemnie melodyjnej melancholii "Oczy Mlody". Ba, nawet snująca się beznadzieja "The Terror" wydaje się dziś bardziej pamiętna i charakterystyczna od tego albumu, który przemijać zaczął już w chwili wydania. 5/10 [Wojciech Nowacki]

14 września 2019


"Days Of The Bagnold Summer" oferuje sporą swobodę w przyjmowaniu perspektywy. Od naszych tylko oczekiwań zależy, czy uznać tą płytę za w miarę regularny album Belle And Sebastian, czy też wyłącznie za poboczną ścieżkę dźwiękową do tytułowego filmu. Szkoci rezygnują z zabawy tanecznymi rytmami z "Girls In Peacetime Want To Dance" i powracają do klasycznie melancholijnego, lecz skąpanego w ciepłym świetle brzmienia. Nowością są jednak fragmenty instrumentalne, bynajmniej nie czysto ilustracyjne, ale i zachowujące bogatą piosenkową strukturę. Łatwo ten album zignorować, ale jeszcze łatwiej się go słucha.


Kto zwrócił uwagę na Jenny Hval przy okazji jej supportowania The xx, lecz jej ówczesny album "Blood Bitch" odebrał jako zbyt chaotyczny i, jako niemal dosłownie skąpany w menstruacyjnej krwi, niezbyt apetyczny, absolutnie powinien dać szansę jej płycie "The Practice Of Love". Widoczne jest przesunięcie akcentów w stronę kruchej emocjonalności, bardziej delikatna stała się również muzyka, skupiona, lecz wielowarstwowa, jeszcze niekoniecznie popowa, lecz już z niebanalną przebojowością.


W niemalże tej samej kategorii, którą najprościej chyba nazwać bajkami dla dorosłych, przynajmniej od zjawiskowego i niedocenianego albumu "Mala" sprawdza się Devendra Banhart. Jego muzyka wydaje się wręcz słonecznie infantylna, beztrosko radosna, przynosi jednak opowiastki pełne genderowych wahnięć, przeplatających się języków i inspiracji sięgających od Południowej Ameryki po Daleki Wschód. "Ma" brzmieć może jak dźwięki z przeszłości, ale w istocie jest to poezja przyszłości, świata, w którym żadne kulturowe różnice nie mają już znaczenia.


Trupa Trupa raz zaszalała ze zwyczajowo intensywną, ale wyjątkowo dłuższą formą, w efekcie tytułowy utwór z płyty "Headache" był jedną z moich większych obsesji 2015 roku. Na kolejnych albumach brakuje podobnego punktu zaczepienia, najnowszy "Of The Sun" kontynuuje redukcję brzemienia do prostych i często całkiem satysfakcjonujących repetycji, choć w paru spośród tych krótkich kompozycji tkwi niespełniony potencjał do eskalacji, jakiegoś narracyjnego rozwoju. Zagadką pozostaje jednak pytanie, co się stało ze współpracą z Sub Popem, Trupa Trupa miała być przecież drugim polskim artystą wydającym album(?) w tymże labelu w tym roku.


[Wojciech Nowacki]

8 września 2019


Wreszcie. Bat For Lashes pokonała twórczy i energetyczny marazm dwóch ostatnich albumów i wydała taką płytę, o której potencjał ją podejrzewaliśmy. Bez wydumanych konceptów, bez prześpiewania, miejscami wręcz instrumentalnie, syntetycznie, ale i niezwykle przestrzennie. "Lost Girls" osadzone jest silnie w latach osiemdziesiątych, lecz gustownie i nowocześnie, do tego licząc jedynie dziesięć utworów jest płytą chwalebnie krótką, czyli odświeżającym odstępstwem od normy dzisiejszych czasów. Przeboje niekoniecznie są tu oczywiste, ale art-popowe spotkanie Kate Bush i Patti Smith ze wczesną Madonną i Kylie Minogue sprawdza się bardzo dobrze.


"Zaginiony" album Milesa Davisa bardziej przypomina zaginione ogniwo między klasycznie pojmowanym jazzem a tym, co dziś robi np. Flying Lotus. Na "Rubberband" słychać zalążki hip-hopu, odrobinę r'n'b, ale też całkiem sporo produkcyjnych i aranżacyjnych zabiegów prosto z lat osiemdziesiątych, brzmiących dziś równie muzealnie co telewizyjne reklamy z tamtej dekady. Jak za magicznym dotknięciem jednak wszystko poprawiają dźwięki trąbki, wspaniałego instrumentu, który zdecydowanie zasługuje na odebranie saksofonowi pierwszeństwa w kojarzeniu się z jazzem.



Trąbka znakomicie się odnajduje i na nowej płycie Iggy'ego Popa. Niby już o "Post Pop Depression" mówiło się jako o albumie idealnie kończącym jego muzyczną karierę, ale dlaczego właściwie jej nie kontynuować. Zwłaszcza jeśli "Free" wydaje się płytą powstałą z wielką lekkością i swobodą, dzisiejsze zaś, ponadgatunkowe wcielenie Popa pełno ma jeszcze pomysłów z pogranicza sztuk. Oraz humoru. W efekcie plasuje się pomiędzy późnym Leonardem Cohenem a muzycznie eksperymentującym Davidem Lynchem.


Na epce Death Cab For Cutie znajduje się utwór "Kids in '99" i wydaje się, że dla dzisiejszych trzydziestoparolatków jest to odpowiedź na pytanie o źródło zadowolenia płynącego ze słuchania "The Blue". Wracamy więc do czasów, gdy alternatywny rock zaczął sięgać po produkcyjne zabiegi rodem z elektroniki, utrzymując jednocześnie eskalującą, gitarową zadziorność i beatlesowskie harmonie. Pytanie tylko czy to brzmienie z późnych lat dziewięćdziesiątych brzmi świeżo nadal czy znów?


Album Kindness uwodzi przede wszystkim swoją bezpretensjonalną zwyczajnością. Jak na płytę z pogranicza popu, r'n'b i niemal klasycznego disco "Something Like War" jest dość wstrzemięźliwe jeśli chodzi o szczególnie pamiętne melodie. Zręcznie jednak przepływają jedna w drugą, cieszą zarówno żywymi instrumentami, jak i house'ową rytmiką, nawet zaś gościnne wokale starają się nie epatować przesadną efektownością. Co jednak jest prawdziwie nadzwyczajnym, to sposób w jaki efektownie w całość wplecione zostały dęciaki, czyniąc ten album zaskakująco satysfakcjonującym.


[Wojciech Nowacki]

31 sierpnia 2019


Koniec letniego sezonu ogórkowego, obfity początek wysypu jesiennych nowości, ale ani Tool, ani Lana Del Rey, lecz múm jest pierwszą piątkową premierą po którą z miejsca sięgnąłem. Zdecydowanie lepszy to powrót do przeszłości, bo szczerszy i bezpośredni, i choć islandzką grupę bardziej pamiętać możemy z dwóch późniejszych albumów, nagranych z wokalami bliźniaczek Valtýsdóttir, to instrumentalny debiut "Yesterday Was Dramatic - Today Is OK" z 1999 roku jest jedną z płyt, które prawdziwe zapoczątkowały alternatywne brzmienie nowego wieku. Rocznicowe wznowienie przynosi po dwudziestu latach nie tylko niezmiernie ciekawe remiksy i reinterpretacje (Kronos Quartet, Hauschka, Sóley), ale przede wszystkim odświeżony materiał podstawowy z nadal bajecznym, jakimś cudem jednocześnie elektronicznym i rustykalnym brzmieniem.


Powrotem do przeszłości, choć dość niezręcznym, bo z zamierzenia udającym jakiś tam progres, jest też oczywiście nowy Tool. Surowe "Undertow", schizofreniczne agresywna "Ænima", bezpretensjonalnie monumentalny "Lateralus", do pewnego momentu ich płyty naprawdę się od siebie różniły. Rozczarowaniem nie jest więc sam długi czas oczekiwania, ale fakt, że jeśli już "10,000 Days" było niezapamiętywalną próbą powtórzenia sukcesu, formuły i brzmienia poprzednika, to "Fear Inoculum" jest znów dokładnie tym samym. Plus głupi tytuł, brzydka okładka, karykaturalny pierwszy singiel i na wzór ostatniej płyty A Perfect Circle ugrzeczniona forma wokalna Keenana. Jakkolwiek więc, mimo wszystko, przyjemnie by się tego nie słuchało, pozostaje pytanie po co.


Po Tool sięga się jednak z naturalną ciekawością, kolejna Lana Del Rey, zwłaszcza po jej dwóch ostatnich albumach, budzić zaś może zasłużone obawy. Nadzieje rozbudziło nieprzebieranie w słowach, naprawdę obiecujące single ("Doin' Time"), w tym i jeden dziesięciominutowy (autentycznie zjawiskowe "Venice Bitch"), ale zaniepokoić mógł rzut oka na tracklistę i czas trwania płyty. "Norman Fucking Rockwell!" ma wszelkie zadatki by być pozytywną odpowiedzią na "Ultraviolence". Świetne brzmienie i produkcja (co nie jest u Lany regułą), żywe instrumentarium, całkiem sporo napięcia, lecz znów też jest albumem odrobinę za długim. Parę piosenek mniej, lub parę bardziej pamiętnych melodii więcej i marzenia o wielkiej popowej płycie mogły być łatwo spełnione.


Wytwórnia Sacred Bones w noise'owym natarciu, najpierw nowy album Blanck Mass, teraz zaś nowa Pharmakon. Margaret Chardiet przekuła swe zdrowotne problemy i cielesne obsesje w supportowanie Swans dzikimi okrzykami i waleniem w blachę. W jej industrialnym hałasie jest coś faktycznie kojącego, "Devour" nie przynosi żadnych zmian w zwyczajowym rytuale, jeśli więc wystarczy wysłuchać jedną płytę Pharmakon to dlaczego nie najnowszą.


Skoro mowa o braku zmian, Bon Iver umacnia się na pozycji artysty silnie przecenianego. Premiera "i,i" odbyła się trochę rozwodnionym sposobem, album niespodziewanie pojawił się na cyfrowych platformach już przed paroma tygodniami. Nadużywanie wokalnych modyfikacji z miejsca irytuje, podobnie jak niepotrzebne blake'owskie aspiracje, ale płyta sprawdza się jako fuzja eksperymentatorstwa "22, A Milion" z bardziej tradycyjnym pieśniarstwem wcześniejszych albumów, jest też niewątpliwe lepiej od poprzednika wyprodukowana. Ciekawym aranżacjom i talentowi do udziwnień nie towarzyszą jednak melodie pamiętne na tyle by tą płytę zachować w pamięci.


Four Tet wydał już w tym roku kilka nowych singli, można więc spodziewać się zapowiedzi nowego albumu, tymczasem jednak niespodziewanie ukazała się niezmiernie satysfakcjonująca epka "Anna Painting". Kompozycje te można było do tej pory usłyszeć tylko na wystawie malarki Anny Liber Lewis, powstały zaś albo jako źródło, albo jako wynik jej obrazów. Niezależnie od pochodzenia i konceptu jest to najbardziej skupione od lat dokonanie Kierana Hebdena, świetnie brzmiące, wciągające oraz złożone i lekkie zarazem. Czekanie na album tylko się wzmogło.


[Wojciech Nowacki]

5 sierpnia 2019


Z okazji dwudziestopięciolecia albumu "Parklife" Blur wydali na dziesięciocalowym winylu oraz oczywiście w formie cyfrowej epkę "Live At The BBC". Niby tylko dwanaście minut, ale ileż zabawy! Sesje radiowe czasem brzmieć mogą niezręcznie i kończą się zanim zespół zdąży wczuć się w sytuację, ale młodziutcy Blur (materiał zarejestrowany został w 1994 roku) pełni są frywolnej energii, całość jest naprawdę świetnie wyprodukowana a "Girls & Boys" brzmi dziś chyba jeszcze bardziej aktualnie i ponadczasowo.


Dla tych, którzy jeszcze nie zdążyli się osłuchać z nowym solowym albumem Thoma Yorke'a nadeszła dodatkowa i szalenie atrakcyjna motywacja. Epka "Not The News Rmx" przynosi cztery nowe wersje najbardziej chyba emocjonalnie miętoszącego fragmentu płyty "Anima". Cieszy bardzo udział Marka Pritcharda, który wart jest ciągłego przypominania od czasu znakomitego albumu "Under The Sun", ale jeśli jego remiks wydaje się komuś niepokojący to poczekajcie tylko na folkowy horror, który przygotował Clark. Zdecydowanie w duchu jego wydanej tydzień wcześniej płyty "Kiri Variations", zasługującej tutaj na honorową wzmiankę.


Zarówno płyty, jak i trasy koncertowe Fever Ray to nieczęste wydarzenia, "Live At Troxy" zasługuje więc na szczególną uwagę. Sam miałem szczęście uczestniczyć w praskiej odsłonie trasy promującej "Plunge", mogłem więc naocznie się przekonać jak dobrym w istocie jest nowy materiał, o ile bardziej angażująca i atrakcyjna jest nowa inkarnacja Fever Ray oraz ile w nowych aranżacjach zyskują kompozycje z jej debiutanckiego albumu. Szkoda tylko, że brakuje wizualnego aspektu tego koncertu, bo, cóż, doświadczenie to było niecodzienne.


Gęste riffy, ale klarowna produkcja, zwięzłe kompozycje, bez zbytecznych dłużyzn i efekciarstwa, choć też nie jakoś specjalnie pamiętne. Oto w skrócie "Blood Year", nowy album Russian Circles, siódmy już zresztą w ich karierze i zgodnie z oczekiwaniami nieprzynoszący żadnego dramatycznego zwrotu. Zespół, który osobiście zaliczam do trzeciej fali post-rocka, odpowiedzialnej za znaczące i bardzo ograniczające zawężenie tego gatunku, sprawdza się jednak w ciemnych, zapoconych klubach, nowa płyta będzie więc z pewnością przyczynkiem wielu koncertowo udanych wieczorów.


[Wojciech Nowacki]

30 lipca 2019


LOW Double Negative, [2018] Sub Pop || Album ten wbrew pozorom nie pojawił się znikąd. Na "Ones And Sixes", płycie, która wraz z wydaniem "Double Negative" natychmiast się zestarzała i dziś wydaje się niemal niepotrzebna, pobrzmiewała już surowość, minimalistyczna elektronika, automaty perkusyjne. Jednocześnie jednak pełna była kompozycji modelowo wpisujących się w typowe brzmienie Low. Zatrzymanie się na tym etapie nie byłoby dla zespołu o takim statusie najgorszym rozwiązaniem, ale redefinicja zaczynała być palącą potrzebą. Tym większym była zaskoczeniem gdy w końcu nadeszła.

Im bardziej zdehumanizowane wydają się dźwięki na "Double Negative", tym bardziej paradoksalnie ludzką wydaje się ta płyta, mamy więc nadal do czynienia z klasyczną kreacją Low. Idea stojąca za tym albumem bliska jest ściankowym "zepsutym piosenkom", obojętnie jak bardzo przetworzona, zniekształcona i zanurzona w pozornym chaosie jest ta muzyka, jej podstawą zawsze są kruche piosenki a w najbardziej nawet mechanicznym stukocie kryją się kojące melodie. Wyjątkowe brzmienie "Double Negative" przypominać może maszynerię do podtrzymywania życia, ale bliższe jest raczej z wolna słabnącemu sygnałowi z kosmosu. W zimnej pustce pełnej szumów, stukotów, zderzających się dźwiękowych fal i mechaniczne stygnącej aparatury nadal usłyszeć można przerywane, ginące, kruche ludzkie głosy. Przesłuchanie więc tego albumu bliskie jest fascynującej obserwacji powoli dziejącej się katastrofy.


Muzyka wyłania się tu z chaosu, lecz tkwi w niej porządek. Spore fragmenty brzmią wręcz medytacyjnie, okazjonalnie przypominają minimalistyczny industrial, by po chwili zapaść się w zrezygnowany ambient, znów rodzący ściankowe skojarzenia, tym razem w postaci ich pustynnych pejzaży. Tu i ówdzie wyłania się klarowna gitara, linia basu, piosenkowy zaśpiew i powraca klasyczne brzmienie Low, lecz tylko po to, by jeszcze silniej wybrzmiał kontrast surowych dźwiękowych modyfikacji. I choć "Double Negative" jawi się jako niepokojąca, jednolita całość, zaskakująco łatwo wyłonić z niej można autonomicznie broniące się fragmenty: hipnotyczny nieład klamry "Quorum" - "Disarray", nerwowo mantryczny "Poor Sucker", rozmigotane "Always Trying To Work It Out" czy wreszcie "Dancing And Fire" z piękną gitarą, na wzór Sigur Rós rosnącą siłą i wersem It's not the end, it's just the end of hope, klarownym jak żaden inny na całej płycie, będącym zatem jej bezdyskusyjnym emocjonalnym centrum.

I skoro mowa o nadziei, pozostaje liczyć na to, że ten radykalny zwrot Low pozostanie monumentalnie jednorazowym i z czymkolwiek powrócą będzie znów czymś zaskakująco innym. 8.5/10 [Wojciech Nowacki]

22 lipca 2019


PLEASE THE TREES Infinite Dance, [2018] Starcastic || Please The Trees znaleźli się na tym etapie kariery w którym muzyka ich brzmi absolutnie ponadczasowo. Był to zresztą proces całkiem fascynujący do obserwowania. Od pierwszych płyt "Lion Prayer" i "Inlakesh" wypełnionych lekko jeszcze folkowym i liźniętym post-rockiem pieśniopisarstwem, poprzez wskazujące na wyczerpywanie się formuły, ale kierujące Czechów wyraźnie w stronę Stanów Zjednoczonych "A Forest Affair", aż po monumentalną płytę "Carp", zespół ciągle poszukiwał, ale od samych początków był też jasno zdefiniowaną całością. Please The Trees jest dziś zespołem po prostu rockowym, bez przymiotników, bez odgrzewania retro sentymentów, pokazującym, wbrew głosom sceptyków, ciągłą żywotność gitarowej muzyki.


Na "Infinite Dance" nie muszą więc donikąd podążać po zjawiskowej wypowiedzi albumu "Carp". Na piątej ich płycie muzyka zespołu wydaje się bez osadzenia w żadnym konkretnym punkcie czasu zapętlać się i trwać w nieskończoność. Wszystkie kompozycje, łącznie ze stosunkowo najbardziej pod względem struktury piosenkowym "Forget About Me", brzmią jakby można było wskoczyć do nich w dowolnym momencie, trwać by też mogły dowolną ilość czasu. Główną tego przyczyną jest fantastyczne zrytmizowanie tego materiału. Sekcja rytmiczna pracuje świetnie, gitary zaskakująco często brzmią po prostu ekscytująco, nawet gdy rozpędzają się w amerykański bluesowy klangor. Płytę niesie na swych barkach ciągły, atrakcyjny groove, motoryczny, ale też i zbyt żywotny by spaść do kategorii heremtycznego kraut-rocka. Wręcz przeciwnie, często przebija się tu wręcz popowa lekkość a wymowa całości jest w ostatecznym rozrachunku pozytywnie budująca.

Album ten jest zatem przystępniejszy niż noise'owy, szamański "Carp", oferuje jednak mniej punktów natychmiastowego zaczepienia, więc przy pierwszym kontakcie wydawać się może nieco zbyt jednorodnym. I tak jest też w istocie, nieskończony groove to przecież wyjściowy pomysł na tą płytę. Od tytułowego "Infinite Dance" i "Follow The Smoke" po finałowe "Dive Deep" nowy album Please The Trees przynosi sporo satysfakcji i z pewnością nie rozczarowuje. Chyba, że mówimy o udziale Johna Granta, ale tu akurat chodzi o moją prywatną do niego słabość oraz kontekst jego dotychczasowych, różnorodnych występów gościnnych. W duecie z Václavem Havelką Grant pełni jednak tylko rolę ozdobnika, ze swym głosem upstrzonym tu i ówdzie w tle, ale pojawienie się jednego z najlepszych światowych songwriterów na płycie jednego z najlepszych czeskich zespołów jest i tak spełnionym snem. 8/10 [Wojciech Nowacki]

13 lipca 2019


Czasem remiksów nie potrzebujemy, bo materiał wyjściowy jest po prostu zbyt dobry. Czasem jednak dokładnie z tego samego powodu remiksom poddaje się doskonale, jest bowiem na tyle złożonym, że ciągle odkrywać można nowe punkty widzenia i interpretacje. Brandt Brauer Frick dopiero co wydali znakomity nowy album a tu już otrzymujemy jego dopełnienie "Echo (Remixes)". Epka brzmi bardziej technicznie, ujawnia kanciaste kontury dźwiękowych gier tria i, co ciekawe, przynosi całkiem sporo ech (nomen omen) lat dziewięćdziesiątych, od drum'n'bassu aż po easy listening.


Od Róisín Murphy nie możemy się nadal doprosić nowego albumu, ale w kontekście jej dyskusyjnych dwóch poprzednich płyt i szeregu wydawanych od tamtego czasu świetnych niezależnych singli, pogodzić się chyba musimy z tym, gdzie tkwi jej prawdziwa siła. "Incapable" to kompozycja ambitna i zjawiskowa zarazem, w towarzystwie zaś obszernych remiksów i wariacji silnie tchnie latami osiemdziesiątymi, gdy najbardziej nawet komercyjny przebój miał taneczny extended mix odtwarzany w undergroundowych dyskotekach.


Wątpliwym jest etap kariery, w którym zespoły czują potrzebę celebrowania i odgrywania w całości swych najsłynniejszych albumów, najczęściej zresztą debiutanckich. Ostatnia płyta Bloc Party i pierwsza zarazem w dość radykalnie odmienionym składzie do najcieplej przyjętych nie należała. Przyznać jednak trzeba, że powrót do debiutu z okazji jego piętnastolecia mógł zostać mniej udanie przeprowadzony. Zamiast np. bombastycznej wersji deluxe otrzymaliśmy koncertową płytę "Silent Alarm Live", sprawdzić więc możemy jak po latach radzi sobie ten materiał oraz jak radzą z nim sobie nowi członkowie. Ciekawostka.


Album koncertowy wydali też New Order i niemal najciekawszym jego elementem jest jego tytuł "∑(No,12k,Lg,17Mif) New Order + Liam Gillick: So It Goes..". Całość, a jest to całość dość długa, być może i za długa, brzmi dość archaicznie, nacisk w końcu położony został na "syntezatorową orkiestrę". W efekcie nie jest ani specjalnie gitarowo, ani też zbyt tanecznie, najlepsze zatem elementy późniejszej twórczości grupy zostały w lekko nużący sposób zredukowane. Warto jednak choćby dla nadal żywych w ich wykonaniu utworów Joy Division ("Disorder").


Kojarzycie jak Spotify poleca wam nowe wydawnictwo lubianego wykonawcy, lecz okazuje się, że to nikomu nieznany artysta skrywający się pod identyczną nazwą? Widząc okładkę "Weather" przekonany byłem, że to kolejna pomyłka streamingowych algorytmów, w końcu nie przypomina niczego, co dotąd z graficznym pietyzmem przygotował Tycho. Tymczasem to naprawdę jego nowy album, wyraźnie sygnalizujący sporo zmian. Nadal obecne są tu syntezatorowe plamy oplecione żywą sekcją rytmiczną, ale dzięki implementacji wokali całość ma zdecydowanie bardziej piosenkową wymowę.


Piosenek sporo znajdziemy na płycie "Egoli" projektu Africa Express. Oczywiście, że chodzi o pewnego rodzaju muzyczny kolonializm, bez takich nazwisk jak Damon Albarn, Gruff Rhys z Super Furry Animals, czy Nick Zinner z Yeah Yeah Yeahs nie usłyszelibyśmy tejże plejady afrykańskich artystów. Album zarejestrowany został w Johannesburgu, brzmi niezwykle barwnie i różnorodnie, łatwo więc poczuć jak nowocześnie i niezależnie się rozwijającą jest muzyka z Afryki. A przy okazji, jeśli mowa o inicjatywach Albarna, Africa Express to rzecz znacznie bardziej ciekawa i bezpretensjonalnie swobodna niż ostatnie płyty Gorillaz.


[Wojciech Nowacki]

8 lipca 2019


MAX COOPER One Hundred Billion Sparks, [2018] Mesh || Rival Consoles, Jon Hopkins, Max Cooper, w roku 2018 zdecydowanie ukazał się szereg rozczarowujących w zestawieniu ze swoimi poprzednikami elektronicznych albumów. O ile dwaj pierwsi pogrążyli się trochę rozdmuchując wykoncypowane narracje wokół swych płyt, o tyle Max Cooper wychodzi z tego starcia wyraźnie mniej posiniaczony, bo i oczekiwania były też znacznie bardziej stonowane.

Nie oznacza to bynajmniej, że jego poprzedni album "Emergence" nie był na tyle dobry, by większych oczekiwań nie rozbudzić. Wręcz przeciwnie, była to jedna z najlepszych elektronicznych płyt roku 2016, choć łatwa do przeoczenia i niezasłużenie w naszej pamięci pomijana. Kluczem do jej niespodziewanej wielkości była ujęta w ramy przemyślanej spójności różnorodność, każda z kompozycji bazowała na innym pomyśle, innym koncepcie do rozwinięcia, innym przedmiocie audiowizualnej ciekawości, tworząc tym samym całość angażującą i trzymającą w ciągłej uwadze.


Podobnie jednak jak u ostatniego Hopkinsa właśnie trzymania w uwadze brakuje na "One Hundred Billion Sparks" najbardziej. Brakuje i pomysłowości, i różnorodności, być może Cooper celował tym razem w bardziej albumową niż kompilacyjną całość, inwencji do pamiętnych kompozycji jednak zabrakło. Album rozpoczyna dobre i dobrze wyprodukowane intro, kolejny utwór brzmi jak jego tak samo brzmiące i donikąd nie zmierzające rozwinięcie z subtelnie dodaną rytmiką, którą z kolei w bardziej piosenkowych ramach bez fajerwerków rozwija utwór kolejny, następny zaś rozwija taneczny aspekt poprzednika itd. I tak właśnie przemija cała płyta, przelewając się z utworu w utwór, nie tworząc ani pamiętnych fragmentów, ani pamiętnej całości. Potencjału jednak nie brakuje, zwłaszcza w środkowej części płyty. Rozedrgane i zdecydowanie za krótkie "Reciprocity" obiecująco przypomina mniej katastroficzne Boards Of Canada, w "Volition" dzwoneczkowo pobrzmiewa Pantha Du Prince, wciągający zaś "Emptyset" zaczepnie sugeruje efektowne tąpnięcie, tego typu ruchów pojawia się jednak zbyt mało i zbyt późno. W drugiej połowie więc, z wyjątkiem pulsującej progresji "Reflex", płyta znów się rozmywa.

Cooper jest niemniej producentem na tyle aktywnym, ciągle wydającym kolejne single i nowe wizualizacje, że album ten ukazał się niemal bez ciśnienia, jako kolejny z jego nieustałych wydawniczych ruchów. W przeciwieństwie więc do milczącego latami Hopkinsa nie doszło do zbytecznego budowania napięcia i eskalacji oczekiwań, w efekcie "One Hundred Billion Sparks" brzmi mimo swych niedociągnięć przyjemnie niezobowiązująco. 6.5/10 [Wojciech Nowacki]

30 czerwca 2019


U Thoma Yorke'a jak zwykle poszło szybko: zapowiedź, entuzjazm fanów, wydanie albumu w formie cyfrowej i dopiero na fizyczne nośniki poczekać musimy jeszcze parę tygodni. Największe nadzieje związane z płytą "Anima" to zaprzestanie mówienia o "Suspirii" jako o najlepszym solowym dokonaniu głosu i oczka Radiohead. Szum medialny z pewnością działa, ale materiał ten wydaje się być najtrudniejszym do uchwycenia. Ani tak chwytliwie nerwowy jak "The Eraser", ani tak eterycznie przestrzenny jak "Tomorrow's Modern Boxes", choć miejscami brzmi jak zagubione ogniwie między tym właśnie albumem a "A Moon Shaped Pool", praktycznie bez śladu po ambientowej upiorności "Suspirii". Jednocześnie zaś Yorke zatacza pełne koło implementując i żywe instrumenty w tą wielowarstwowo wyprodukowaną całość. Zostajemy więc z zagadką do długiego jeszcze rozgryzania.


Skoro mowa o zagadkach, ale też i o Netfliksie, z którym Thom Yorke nawiązał współpracę przy okazji "Animy", moje zaległości serialowe są chyba jeszcze większe niż płytowe. Powrót niemieckiego serialu "Dark" cieszy mnie bardzo, ponieważ jego pierwszy sezon należał do najlepszych w 2017 roku. Rzecz jest to jednak tak skomplikowana, że przed drugim sezonem niezbędna jest bardziej niż solidna powtórka. Pomóc w tym może oficjalne wydanie jednego z najlepszego elementów serialu, czyli muzyki Bena Frosta. Równie upiorna co wspomniana "Suspiria", jeszcze bardziej duszna, pełna namacalnej grozy przemysłowej katastrofy i postapokaliptycznego spustoszenia. Alles ist miteinander Verbunden.


W poprzednim tygodniu po naszej uwadze przemknął może i hendrixowsko nienajgorszy, ale i white'owsko irytujący album The Raconteurs "Help Us Stranger". Porównanie z nową płytą The Black Keys nasuwa się więc samo, w końcu mówimy o modelowych wręcz konkurentach. "Let's Rock" była chyba jednak płytą bardziej wyczekiwaną i z pewnością atrakcyjniej też promowaną. W efekcie jest całkiem bezpretensjonalnie, naturalnie, zabawnie i różnorodnie. Bez szaleństw, ale w ogólnym rozrachunku dlaczego nie.


[Wojciech Nowacki]

26 czerwca 2019


JON HOPKINS Singularity, [2018] Domino || Im obszerniejszymi słowy twórcy elektroniki opisują swoje albumy, wielkie koncepty za nimi stojące, technologiczne i produkcyjne postępy, naukowe i filozoficzne teorie, lub ich emocjonalne podbudowy, tym bardziej robię się podejrzliwy. Koncept często przytłacza muzykę, często też całkiem świadomie służy przykryciu jej niedociągnięć. Zwłaszcza jeśli, tak jak u Jona Hopkinsa, w bardzo oczywisty sposób chodzi o powtórkę z rozrywki.

"Immunity" bowiem, owszem, miało parę mielizn, ale w większości było albumem dość emocjonującym, precyzyjnie technicznym i miejscami prawie awanturniczym. Spójność eksponowała jego różnorodność, która to z kolei oddalała zagrożenie nudą. Zagrożenie, przed którym "Singularity" kapituluje całkowicie. Utwór tytułowy przynosi znajome poczucie przestrzeni, sugeruje drobne wahnięcia nastrojów i tonacji, ale nie wydaje się dokądkolwiek prowadzić. Choć też jeszcze nie musi, pełni w końcu rolę przedłużonego intra, pod koniec zaś dopiero wprowadza nieco twardszy bit i ślad pewnej progresji. Tym samym jednak kreśli całą resztę albumu, proste kompozycje zlewają się ze sobą bez wyraźniejszych granic, kontynuując jakby ten sam rytm, to samo tempo, ten sam nieinwazyjny i zachowawczy nastrój. Okazjonalnie tylko przebijają się nieco bardziej kanciaste kształty, na drugim zaś biegunie mamy tu sporo pianina, silnie inspirowanego oczywistymi neoklasykami, ale też i Floexem, nad którym Hopkins swego czasu rozpływał się w zachwycie.


Wszystko to pozbawione jest jednak jakiejkolwiek struktury i służy tylko budowaniu iluzji przemyślanej narracji. Nawet gdy w "Everything Connected" robi się w końcu odrobinę bardziej awanturniczo, to i tak jest to tylko blada kopia najlepszych momentów z "Immunity", z niewyjaśnionych powodów trwająca ponad dziesięć minut i w gruncie rzeczy nadal będąca tylko rozwinięciem tego samego rytmu, tego samego tempa, tego samego nastroju. Wszystko jest tu więc aż za bardzo ze sobą połączone. Nie nuda tej płyty jest jednak najgorsza, nawet nudne dźwięki mogą udanie wypełnić tło, zwłaszcza jeśli są dobrze wyprodukowane. Bardziej chyba razi to poczucie niezręczności obcowania z materiałem mającym być ewidentną kopią poprzedniego. Naprawdę liczono, że tak łatwo się nabierzemy? 5/10 [Wojciech Nowacki]

24 czerwca 2019


THE FLAMING LIPS Greatest Hits Vol. 1, [2018] Warner || Jeśli wymieszamy ze sobą nawet najbardziej kolorową plastelinę, zwłaszcza gęsto podlaną substancjami psychoaktywnymi, w efekcie i tak otrzymamy jednorodną i średnio apetyczną szarą masę. Obcowanie z imponującym podsumowaniem paru dekad twórczości The Flaming Lips, a mówimy o trzydyskowej wersji deluxe, jest podobnym doznaniem. Wszystkie ich szaleństwa, wykwity wyobraźni, kontrolowany chaos, okazują się być w istocie całkiem do siebie podobne. I nie ma w tym nic złego, widać bowiem, że zmienia się produkcja, technologia, emocje, ale warsztat i styl The Flaming Lips jest całkiem jasno zdefiniowany od samych początków grupy.


Zwłaszcza, że kompilacja ta ułożona została w jedynym właściwym porządku - czysto chronologicznym. Na pierwszych ich albumach czytelne jest wspólne z Mercury Rev i Grandaddy pochodzenie, ujęte we frapująco niedefiniowalną wtedy jeszcze odmianę psychodelicznego indie-rocka. Potencjał The Flaming Lips do pisania popowych melodii jest również oczywisty, nie można się jednak nie zgodzić, że wyraźna zmiana następuje na wysokości płyty "The Soft Bulletin". Produkcja staje się klarowniejsza, aranżacyjne eksperymenty odważniejsze, nastroje bardziej zróżnicowane i sięgające intrygująco mroczniejszych rejonów, lecz w efekcie kompozycje te stają się nawet jeszcze przystępniejsze. "Greatest Hits Vol. 1" służy nie tylko jako przewodnik po historii The Flaming Lips, ale też punkt zaczepienia do sięgnięcia po najlepsze spośród ich albumów, czy to po pomysłową różnorodność "At War With The Mystics", najbardziej kompletną całość "Embryonic", czy nawet niedoceniany "Oczy Mlody".

Dla tych, którzy nie potrzebują ani przewodnika, ani wprowadzenia, prawdziwie ciekawy będzie dopiero trzeci dysk z różnorodnymi rarytasami. W niemal niekontrolowanym zalewie pobocznych wydawnictw The Flaming Lips, epek, kolaboracyjnych projektów, cover-albumów, soundtracków, pendrive'ów, gumowych płodów, wypełnionych piwem winyli czy wielogodzinnych kompozycji, praktycznie niemożliwym jest choćby pobieżne zmapowanie całego tego szaleństwa, ale drobnostki w rodzaju wyciszonej wersji "The Yeah Yeah Yeah Song (In Anatropous Reflex)", wspólnej ze Spiritualized kolędy "Silent Night / Lord, Can You Hear Me" czy "If I Only Had A Brain", klasycznej śmiesznostki z rodem "Czarnoksiężnika z Krainy Oz", udanie wzbogacają już i tak kalejdoskopowy świat The Flaming Lips. 7/10 [Wojciech Nowacki]