12 listopada 2018


O duecie Tomáš Palucha wspominaliśmy już parokrotnie, ale im częściej się o nim się pisze, tym silniej staje się przed problemem braku odpowiednich słów. Albo bowiem potrzebujemy pełnej garści wyróżników, by wskazać czym ich brzmienie tak mocno się wyróżnia, albo pogodzić się musimy ze zbyt prostym, zbyt szerokim, ale doskonale prawdziwym terminem "muzyka gitarowa". "Kámen mudrců" przyniósł zaiste magiczną porcję analogowego mistycyzmu, pomimo częściowego zwrotu w stronę otwarcie piosenkowych form "Guru" pokazało zaś, że podobnie metafizycznym okazać się może indie z lat dziewięćdziesiątych. Tegoroczne znakomite "Čaro" silnie akcentuje niemal plemienny pierwiastek, docierając tym samym do esencjonalnych pierwocin rocka, na szczęście tym razem znów w większości instrumentalnego, w sposób zbliżony do płyty "Carp" Please The Trees. Chodzi więc o album podobnie prosty i monumentalny zarazem, bezpośredni i ponadczasowo satysfakcjonujący.



Różnice między formatami czasem są bardziej niż symboliczne. Epka "Elegy", która swego czasu ukazała się w kasetowej reedycji słowackiego labelu Z Tapes, jest praktycznie tej samej długości co tegoroczne "So Far So Good". Ten drugi tytuł jednak formalnie jest albumem, do tego pierwszym w karierze prażaków z Mayen, ale ani to debiut, ani tym bardziej długogrający. Być może chodzi po prostu o fetyszyzację winylu, jakby muzyka wydana na tym nośniku była automatycznie prawdziwszą a kariera bardziej profesjonalną. Zwłaszcza, że "So Far So Good" wydane zostało bardzo ładnie. Ich beztroskie indie-rockowe kompozycje są tutaj gęstsze i śmielsze w operowaniu instrumentami, jednocześnie zaś przyjemnie klarowne w warstwie aranżacji. Na spektrum powagi mieszczą się gdzieś pomiędzy Cut Copy a dansingiem, brakuje im jedynie przesunięcia akcentów z niespecjalnie porywających wokali na naprawdę zręczną warstwę instrumentalną.



Muzyka nieistniejących stacji tym razem doprowadzona została do ekstremum. O muzyce DVA pisało się w ten sposób już przy okazji ich pierwszych albumów, gaworzenie w wymyślonych językach stało się w ich wykonaniu oryginalną i zaskakująco przyswajalną formą wypowiedzi. "Cherries On Air" to tym razem naprawdę w duchu dość słuchowiskowy zapis fikcyjnej audycji radiowej, charakterystyczne frazowanie, akustyka, dżingle, przejścia między częściami "mówionymi" a "piosenkami" brzmią równie naturalnie i przekonywująco, co Złote Przeboje czy inny poranek z Trójką, z pominięciem oczywiście wymyślonego języka "spikerów", będących bohaterami gry "Chuchel" ze studia Amanita Design, do której to album jest ścieżką dźwiękową. Jak zwykle słyszymy tu zabawę konwencjami, od dansingu po hip-hop, bardziej jednak kanciastą i elektronicznie archaiczną niż na regularnych płytach. Na następcę "Nipomo" i w pełni autorską kreację DVA musimy zatem jeszcze poczekać.



Ambient najpiękniej brzmi na kasecie, label Genot Centre znalazł więc sobie idealną niszę. Lišaj swoją epką "Szara" powinien był zwrócić naszą uwagę nie tylko dlatego, że częściowo była wynikiem field-recordingu na Półwyspie Helskim. Materiał ten targał cienką granicę między sennym ukojeniem a lekko upiornym niepokojem ambientu przy pomocy przypadkowych hip-hopowych bitów i wokali skrytych pod warstwami zniekształceń oraz czegokolwiek, co przyniosła odrealniona izolacja Helu. "Mezina" na pierwszy rzut ucha wydawać się może bardziej stonowana, kompozycje, mimo, że dłuższe niż na poprzedniku, wydają się też być bardziej, no właśnie, kompozycjami niż zapisem snujących się dźwiękowych fal. Więcej tu też krystalicznych rozbłysków niż podprogowego szumu, specyficzny mikro-rap śmielej też wychodzi na pierwszy plan, całość zaś ma równie blisko do ambientowych taśm, co do wariacji na temat klasyków czeskiej hip-hopowej alternatywy z WWW.



W retro-elektronice Mo-Du jest coś rozkosznie wręcz komfortowego. Spoglądanie w Kosmos to nie tylko awanturniczy eskapizm, ale też prostoduszny techno-optymizm rodem z dawnego sci-fi. Zamiast post-nuklearnych wizji zagłady odsłania się przed nami śmiała podróż między gwiazdami z plastycznie nakreślonymi przystankami od planety do planety. "MOD03" wydaje się jeszcze bardziej światotwórczy niż poprzednie taśmy, tym razem z łatwością można sobie wyobrazić, że jest to ścieżka dźwiękowa to filmu animowanego lub gry komputerowej. Albo słuchowiska do powieści Lema, gdyby tylko znalazła się jakaś mniej pesymistyczna.



A skoro wracamy do tematu gier, ostatnimi laty była to główna domena działalności Tomáša Dvořáka, który wreszcie powraca jako Floex z nie-do-końca-solowym wydawnictwem niebędącym ścieżką dźwiękową, choć bynajmniej nie pozbawionym ilustracyjnego charakteru. "A Portrait Of John Doe" to dzieło które współtworzył z nim Londyńczyk Tom Hodge a pod którym popisana jest również Orkiestra Symfoniczna Praskiego Radia. Nie dochodzi tu do żadnej rewolucji ani pogoni za najnowszymi trendami w elektronice, ale ten obowiązkowo świetnie wyprodukowany album z umiejętnie wplecionymi orkiestracjami ma filmowy rozmach, zręcznie kontrolowaną emocjonalność, niezaprzeczalną stylowość i nawet w najmniejszym fragmencie nie nudzi. Zarówno Max Cooper, jak i Jon Hopkins, który swego czasu wyraził publiczny zachwyt muzyką Floexa, wydali w tym roku jednak dość rozczarowujące albumy. Wystarczy zatem wyjść z anglosaskiego kręgu by odnaleźć jedną z najbardziej satysfakcjonujących elektronicznych płyt tego roku.

 

[Wojciech Nowacki]

5 listopada 2018


ANNA CALVI Hunter, [2018] Domino || If I was a man in all but my body. Pierwsze słowa albumu z pełną otwartością natychmiastowo kreślą warunki i zasady niespiesznego powrotu Anny Calvi. Po dłuższym milczeniu naturalnie oczekiwać można było jakiejś odnowy, ale raczej ze strony muzyki niż jak dotąd enigmatycznych treści nią niesionych. Choć muzyka tak naprawdę odmiany nie potrzebowała, ani w sferze kompozycji, ani aranżacyjnych naddatków, co pokazało już "One Breath". Ma zatem sens, że zmiana zajść musiała w samej Calvi. "Hunter" nie brzmi rewolucyjnie, ale rewelacyjnie się go czuje. Anna Calvi wreszcie oddycha pełną piersią i oddech ten napełnia album poczuciem dumy, akceptacji i pewności siebie.

Wcześniejsze aluzje, subtelności narracji, zwroty w stronę żeńskich bohaterek i stawianie siebie na męskich pozycjach, tutaj śmiało wyłania się zza zasłony. Owszem, "Hunter" jest queerowym albumem, ale nie oznacza to bynajmniej prostolinijnej agitacji ani epatowania odmiennością. Queerowość jest tutaj czymś znacznie prostszym, bardziej esencjonalnym. To komfort, pewność siebie i samoakceptacja, wolność od zewnętrznego wartościowania. Radość Calvi z osiągnięcia tego stanu wydawać się może powściągliwa, ale "Hunter", pomimo wojowniczego tytułu, przynosi przede wszystkim obezwładniające i zaraźliwe wręcz poczucie lekkości.


Emocje Anna Calvi kontroluje podobnie jak swój głos, w czym ma imponujące wręcz doświadczenie, ale "As A Man" jest zadziornym i ewidentnie radośnie samoświadomym wstępem, rytmicznie wciągającym i oferującym pełno przestrzeni do oddechu. Wykorzystane środki są proste, nośny zaśpiew w dość zabawny sposób kojarzy się z Coldplay, lecz już tutaj dochodzi i do efektownej eskalacji, i do niemniej efektownego popisu wokalnych możliwości Calvi. Wokal i muzyka są ze sobą idealnie splecione, nawet jeśli jednym z jej kluczowych talentów jest silna narracyjność samej muzyki właśnie. Słowa nadal są enigmatyczne a siła głosu ciągle pozostaje jedną z kluczowych kompozycyjnych nici. Równie charakterystyczna gitara czasem po staremu koronkowo oplata kompozycje, częściej jednak brzmi niczym agresywnie rozcierana po ich powierzchni. Silnej też niż dotąd zaznacza się rytmika, od krocząco przyczajonej po motorycznie rozbieganą, we wszystkich tych elementach uwodzi jednak przede wszystkim ich umiejętna prostota. Bez zbędnych naddatków i pomimo nawet braku typowej piosenkowej struktury w ciągu utworów takich jak "Alpha", "Chain" i "Wish" tkwi prawdziwa siła.

Co zaznaczyć trzeba wyraźnie, zwłaszcza w kontekście pierwszych singli, delikatnie rozczarowujących, bo będących po prostu ładnymi piosenkami. "Swimming Pool" blisko ma nawet do sennej eteryczności Lany Del Rey, ale Anna Calvi bynajmniej nie zbliża się do popu, przystępność albumu tkwi w jego emocjach i prostocie, nie zaś w zwyczajnej przebojowości. W niemal zwierzęcym "Indies Or Paradise" jest coś wręcz post-rockowego a niepiosenkowa art-popowa struktura w stylu lat osiemdziesiątych jasno przypomina, że Anna Calvi godna była współpracy z Davidem Byrnem. Szkoda zatem, że zarówno jej rozpoznawalność, jak i przyswajalność wydaje się być nadal dość ograniczona. Wiem, że niekoniecznie już musi identyfikować tylko z żeńską muzyczną sceną, ale i tak pozostaje na niej jednym z największych współczesnych talentów, w zestawieniu z przereklamowanymi reprezentantkami zarówno popu, jak i alternatywy. "Hunter" nie musi być płytą lepszą od pierwszego albumu Anny Calvi, ale może okazać się istotniejszą. Po lekkim przeładowaniu "One Breath" powraca do czystej prostoty i dźwięcznej klarowności debiutu, lecz z przynoszącą ulgę otwartością i komfortem bycia wreszcie w swej własnej skórze. 8.5/10 [Wojciech Nowacki]

22 października 2018


ÓLAFUR ARNALDS re:member, [2018] Mercury KX || U Ólafura Arnaldsa bez zmian. Zapowiedzi nowego, regularnego, studyjnego albumu umacniały tylko wizerunek sympatycznego chłopca a rosnące przekonanie, że żadna rewolucja się nie dokona i "re:member" najpewniej będzie kolejną ładną płytą z której, wbrew tytułowi i nikłym nadziejom, w pamięci niewiele pozostanie.

Arnalds nadal ma kłopot z byciem pozostawionym samemu sobie. Ciągle najlepiej radzi sobie z zewnętrznym wspomaganiem w postaci albo odgórnego konceptu, albo współpracownika. Stąd też tak dobrze sprawdzają się jego ścieżki dźwiękowe, tworzone najczęściej pod naciskiem czasowych założeń mini-albumy czy którekolwiek z jego bardzo satysfakcjonujących przecież kolaboracji, z Nilsem Frahmem, z Janusem Rasmussenem w ramach Kiasmos, z Alice Sarą Ott przy kompozycjach Chopina. Ugoszczenie na "re:member" Sohna okazało się głęboko rozczarowujące, Arnalds nie wykorzystał ani jego potencjału kompozytorskiego, ani nawet jego głosu, w efekcie mogłoby go tutaj wcale nie być, choć jako jedyny wokalny fragment na tej płycie przynajmniej nie irytuje jak przytłaczająca obecność Dana Arnóra na "For Now I Am Winter". Przykuciu uwagi do albumu nie pomagają poszczególne kompozycje, w większości krótkie i ledwie szkicowe, zlewające się w nieinwazyjną całość. Jedyną ciekawostką są multiplikowane dźwięki pianina przypadkowo generowane przez specjalnie przygotowane oprogramowanie, co jednak niekoniecznie musi pomagać w akcentowaniu własnych kompozycyjnych zdolności.


Nadal też bowiem, zarówno na polu kompozycji, jak i eksperymentu Arnalds ustępuje pola Frahmowi. Na "re:member" często też wydaje się go imitować, zarówno w ciekawszych ambientowych fragmentach, przypominających ich kolaboracje, jak i w miniaturowych jednak utworach zaaranżowanych wyłącznie na pianino, łącznie z wszystkimi stukotami, skrzypnięciami i pogłosami. Najczęściej Arnalds sięga po swe niezmiennie ulubione patenty. Albo więc luźno kreśli sentymentalnie ckliwą atmosferę, albo wesoło rozbieganą, w obu przypadkach nadużywając smyczki, które stają się powoli jego największą słabością. Zaaranżowane bez finezji i pomysłu, sprowadzają się tylko do melancholijnie falującego szumu i zasłony dymnej udającej emocjonalną głębię materiału. Brzmienie Ólafura Arnaldsa jest natychmiast rozpoznawalne, ale tak naprawdę nie oferuje niczego więcej niż prostą emocjonalną szarlatanerię, jest zatem w tym coś szczerego i nieautentycznego. W początkach swej kariery wypłynął na fali islandzkości, trwa natomiast dzięki swej niezaprzeczalnej sympatyczności, bo Ólafura Arnaldsa nie sposób nie lubić. Ale jako samodzielnego kompozytora, pianisty i aranżera nie należy też przeceniać. 5/10 [Wojciech Nowacki]

18 października 2018


MOGWAI KIN, [2018] Rock Action || Oczywiście, "KIN" jest pierwszym "hollywoodzkim" soundtrackiem Mogwai, ale jest to pierwszeństwo czysto symboliczne. W swym naprzemiennym cyklu wydawniczym Szkoci przeplatają regularne albumy innego typu wydawnictwami i ścieżek dźwiękowych mają już niemałą kolekcję: serial o zombie, dokument piłkarski i nuklearno-atomowy, artystyczna instalacja, nie wspominając o kolaboracjach z Clintem Mansellem i Kronos Quartet czy z duetem Reznor / Ross. Hollywood czy nie, ilustracyjność muzyki Mogwai jest oczywista i już dawno potwierdzona.

W głowach naturalnie rozjaśnia się slogan o "post-rocku jako soundtrackach do nieistniejących filmów", ale ta atrakcyjna przecież koncepcja jest w gruncie rzeczy logiczną pułapką. Ścieżki dźwiękowe, nawet te najlepsze, w swej podstawowej funkcji mają być jednak tylko dopełnieniem obrazu, kolejnym jego wymiarem, jedną z narracyjnych warstw. Muzyka instrumentalna natomiast żadnych dodatkowych warstw nie potrzebuje, jest bowiem obrazową sama w sobie. I pomijamy już czy i w jaki sposób Mogwai odpowiadają wyobrażeniom, dawnym i dzisiejszym, na temat post-rocka. Być może wymiana gitar na pianino jest w istocie ostatecznym post-rockowym gestem.


Maestria prostoty. "Eli's Theme" może wydawać się niepozorne, ale jeśli Stuart Braithwaite twierdzi, że ma "KIN" znalazły się jedne z najlepszych kompozycji Mogwai, to utwór otwierający tą płytę należy do nich zdecydowanie. A przecież to tylko pianino, dźwięczne, medytacyjne, z subtelną progresją i niepokojącym dronem w tle. Brzmi to niezwykle filmowo, ba, serialowo wręcz, przywodząc na myśl czołówki "The Man In The High Castle" czy "Westworld", jednocześnie dowodząc, że Mogwai radzą sobie z minimalizmem znaczne lepiej i efektowniej niż niejeden z przecenianych neoklasyków. "Scrap" zwraca się w stronę bardziej ustrukturyzowanej melodii, ale okazuje się być łatwym do przeoczenia. "Flee" natomiast to klasyczne Mogwai w miniaturze. Elektroniczne rozdygotanie napędzają akordy motorycznego pianina z wolna eskalując w stronę typowego chwytu z kontrastową ciszą i powrotem ze zmianą tonacji. Tutaj też dopiero pojawia się gitara i bardziej zdecydowana perkusja, całość zaś przypomina bombę zegarową na wybuch której czekamy z radością.

"KIN" przynosi też jednak parę niemal podprogowo przemijających, ambientowych miniatur, jak i pełnoprawnych kompozycji wpisujących się w ciąg ostatnich albumów i formy zespołu. "Donuts" to takie typowe późne Mogwai, ładne, łatwe, komfortowo z siebie zadowolone, ale niezapadające w pamięć i pozbawione awanturnictwa. "We're Not Done (End Title)" to natomiast kolejny przykład najnowszej fascynacji Szkotów, czyli zwyczajnych i całkiem przebojowych piosenek z wokalami. Co udało się raz, niekoniecznie musi udawać się zawsze, ale póki co ładne efekty przynosi. Autentycznie cieszy zaś utwór tytułowy, pomału i podskórnie się gotujący, znów przywodzący na myśl minorowe akordy z "Westworld".

Najlepszą ścieżką dźwiękową Mogwai pozostaje "Atomic", który okazał się po prostu bardzo dobrym albumem, wnoszącym powiew emocjonującej świeżości do późnego dorobku grupy, jednocześnie zaś w pełni samodzielnym i całkowicie obrazowym. "KIN" towarzyszącego mu obrazu również nie potrzebuje, choć jego więź z kinem sci-fi niełatwo tu uchwycić. W zestawieniu z wcześniejszymi soundtrackami Mogwai wydawać się jednak może lekko niespójny i pozbawiony kierunku, lecz nawet jako niewielka kolekcja mniej lub bardziej przypadkowych kompozycji "KIN" jest płytą znacznie bardziej satysfakcjonującą niż ich dwa ostatnie regularne albumy. 7.5/10 [Wojciech Nowacki]

16 października 2018


PEARL JAM Let's Play Two, [2017] Monkeywrench || Albumy koncertowe Pearl Jam to temat rzeka. Dosłownie, bo można je już liczyć bodajże w setkach, co oczywiście nie jest problemem dla nikogo poza hardkorowymi zwolennikami katalogowania wszystkiego na Discogs. Legalne udostępnienie niemal każdego koncertu zespołu jego uczestnikom, fanom i właściwie każdemu zainteresowanemu jest jednocześnie rewolucyjne i, po lekkim namyśle, całkowicie naturalne. Jaki zatem w obliczu swobodnego dostępu do tzw. oficjalnych bootlegów i możliwości własnego ich wartościowania sens ma wydawanie przez Pearl Jam bardziej tradycyjnie pojmowanych płyt koncertowych?

"Live On Two Legs" z 1998 roku zdążyło się jeszcze ukazać przed pierwszą ofensywą bootlegów i zasadniczo wpisywało się w typowy model tego rodzaju wydawnictwa. Czyli parę piosenek z aktualnie promowanego albumu, ówcześnie "Yield", parę faworytów publiczności, parę obowiązkowych obowiązkowych pozycji z "Ten", ale złożyło się na całkiem reprezentatywną i różnorodną całość, choć pozbawioną naturalnej dramaturgii późniejszych nieedytowanych bootlegów. "Live On Ten Legs" z 2011 roku w oczywisty sposób nawiązywało do swojego niemalże imiennika, wpisując się też w ówczesne obchody dwudziestolecia grupy. Wtedy wydawać się mogło tylko jedną z rocznicowych ciekawostek, obok książki, filmu i kompilacji, nota bene, również o przynajmniej częściowo koncertowym, lecz głównie archiwalnym charakterze. Dziś jednak zaskakująco pokazuje jak silny, angażujący, nadal różnorodny i niekoniecznie w oczywisty sposób najprzystępniejszy set można złożyć z późnego katalogu Pearl Jam.

Do tego mamy pełno wydawnictw, które plasują się gdzieś pomiędzy regularnymi koncertówkami a oficjalnymi bootlegami (wielodyskowa kolekcja z The Gorge, akustyczny set z Benaroya Hall), "Let's Play Two" jest zaś formalnie ścieżką dźwiękową do filmu łączącego muzykę Pearl Jam z tematem, który nie mógłby mnie mniej obchodzić, mianowicie ze sportem. Futbol amerykański jest jednak niezaprzeczalnie nierozerwalną częścią tamtejszej kultury, dla Pearl Jam jest to więc nobilitujące podkreślenie ich statusu, dla samej płyty zaś klucz do doboru utworów.


Przede wszystkim ma być ładnie. Stąd i "Low Light", i stadionowo rozpędzający się do wspólnego śpiewania "Better Man", i "Elderly Woman Behind The Counter In A Small Town", czyli piosenka, którą wyobrazić dziś sobie można w dziejącym się w latach dziewięćdziesiątych niezależnym filmie drogi. Albo na podwórku demokratów gawędzących o sporcie i polityce przy niedzielnym bbq. Czyli wszystko pasuje. Są tu też oczywiście obowiązkowe numery z "Ten", w końcu słuchaczom / widzom przypomnieć trzeba skąd ten cały Pearl Jam pamiętają. "Corduroy" to kolejny ewidentny koncertowy faworyt, lekko schizofreniczny, podobnie zresztą jak album z którego pochodzi, irytuje bowiem w swej części piosenkowej, ale motoryczna część instrumentalna jest niezwykle nośna, pod warunkiem, że nie psują jej lekko głupiutkie zaśpiewy. Dodajmy jeszcze pełne rozmachu "Given To Fly" czy "Crazy Mary", narastający, angażujący cover, epicki, lecz bez patosu, by mniej więcej nakreślić obraz "Let's Play Two".

Dla urozmaicenia są tu jednak i ostrzejsze kompozycje, kanciaste "Last Exit", ale i "Go", pokazujące że najlepsze kompozycje Pearl Jam mogą z łatwością być i ostre, i ładne. Zaskakuje również tytułowy utwór z niestety wyjątkowo bezbarwnego i ostatniego jak dotąd studyjnego albumu "Lightning Bolt", po latach bowiem brzmi już całkiem klasycznie. Najciekawszymi niespodziankami są jednak "Black, Red, Yellow", znane z kompilacji rarytasów "Lost Dogs", finałowy cover The Beatles "I've Got A Feeling" oraz "All The Way", nowa i praktycznie solowa piosenka Eddiego Veddera, dedykowana drużynie Chicago Cubs, której domowy stadion Wrigley Field był miejscem zarejestrowanych tutaj koncertów. "Let's Play Two" ma większe szanse posłużyć jako ciekawostka dla przygodnych bardziej niż oddanych fanów. I jedni, i drudzy powinni raczej posłuchać któregokolwiek z nowych bootlegów, najlepiej z Krakowa lub z Pragi, by w pełni doświadczyć jak długimi, różnorodnymi, zaskakującymi i nadal fenomenalnymi potrafią być koncerty Pearl Jam. 6/10 [Wojciech Nowacki]

8 października 2018


KVĚTY Komik do půl osmé, [2017] Indies Scope || Mniejsze lub większe zmiany składu zespołu Květy zawsze były jego immanentną częścią, zwłaszcza w powiązaniu z obszernym i poszukującym instrumentarium. Redukcja grupy do postaci tria tym razem wiąże się z daleko wyraźniejszym pragnieniem. Dwa ostatnie albumy wskazywać zaczęły na pewne wyczerpywanie się formuły, bynajmniej nie na zniżkę formy, ale zasłużoną przecież stagnację. Samoświadomość przezwyciężyła jednak bezpieczeństwo i tak oto "Komik do půl osmé" stać się miał swoistym restartem zespołu, nawet w warstwie wizualnej, dzięki drastycznie innej od wcześniejszych kolaży i, cóż, nie najlepszej okładce. Album jednak pozostaje znacznie bezpieczniejszym niż może się wydawać i okazuje się bardziej płytą przejściową niż otwierającą odmieniony etap kariery.

"Kouzelník" jest intrygującym początkiem albumu, choć bardziej stawia kolejne pytania niż udziela odpowiedzi dotyczących nowego kształtu grupy. Jest tu atrakcyjna motoryka, brzmienie wydaje się być jednocześnie bardziej minimalistyczne i twardsze, różnice są zauważalne, lecz subtelne, Martin E. Kyšperský zaś tutaj akurat wydaje się być bardziej otwarcie autobiograficzny w swych słowach niż zwyczajowo baśniowo-senny. Niezmienną w jego tekstach pozostaje owa czeska melancholia konfrontująca wielkie życiowe problemy z małymi życiowymi sytuacjami i obowiązkowym absurdem. Słów zresztą na płycie jest sporo, co w połączeniu ze znanym i charakterystycznym sposobem frazowania Kyšperskiego sprawia, że album wydaje się być dość gęstym i całkiem długim, pomimo tego, że same kompozycje są w większości dość krótkie.


Ich deklarowany minimalizm nie zawsze jest konsekwentny, podobnie jak rzekomy zwrot w stronę elektroniki, sygnalizowany już przecież na wcześniejszych płytach. Utwory nieraz zatrzymują się gdzieś w połowie między eksperymentem a przebojowością, sygnalizują tylko jakiś efektowniejszy rozwój, z rzadka satysfakcjonująco eskalując. Płycie w szerszej skali brakuje wyraźnego kierunku, na poziomie poszczególnych kompozycji brakuje im często typowej dla Květów zadziornej chwytliwości. Stąd też zaskoczeniem nie jest, że najlepszymi okazują się te utwory, które wpisują się w sprawdzony już od lat przebojowy warsztat. "Holka" to dokładnie taka piosenka jaką tylko Květy potrafią napisać, "Vzhůru" wyróżnia się przynajmniej za sprawą twardszej rytmiki, "Socha" zaś to rozbiegany przebój, w którym wreszcie idealnie łączą się rytmika, repetycyjność, dawkowanie emocji oraz siła języka. Najciekawszym zaś śladem tego, czym mogłyby być odmienione i eksperymentujące Květy jest "Datel", który wreszcie przynosi inny i urokliwy minimalizm, niemal medytacyjny, ale z podskórnym napięciem i bliski dawnej emotronice.

"Komik do půl osmé" to jak dotąd ostatnia ich studyjna płyta dla Indies Scope i jakkolwiek przejściowy czy niezdecydowany to do pełni obrazu brakuje nam wydawnictw opublikowanych przez Polí5. "Copak můžu svojí milý mámě říct" to nagrany jeszcze w starym składzie w zaledwie jeden dzień album z coverami klasycznego czeskiego zespołu Psí vojáci, jak na Květy niemal awangardowy, miejscami teatralnie poetycki czy wręcz ambientowy. Pod koniec roku 2017, ledwie parę miesięcy po "Komik do půl osmé" niespodziewanie ukazał się też "świąteczny" album "Spí vánoční pták", podobno zarejestrowany równolegle z poprzednikiem, co wydaje się niemal niemożliwe, może mieć jednak sens jeśli oba tytuły od początku przeznaczone miały być dla innych wydawców. Stąd też bardzo nieśmiało eksperymentujący "Komik do půl osmé" jednak przynajmniej w części kontynuuje przystępną piosenkowość płyt z Indies Scope, tymczasem "Spí vánoční pták" to naprawdę intrygująca i tym razem w pełni autorska kontynuacja kierunku obranego na "Copak můžu svojí milý mámě říct". A brak komercyjnego charakteru tych tytułów podkreśla tylko fakt, że pobrać je możecie za darmo. Czy wręcz musicie. 7/10 [Wojciech Nowacki]

21 września 2018


WCIAS Hejnały, [2017] self-released || Korzenie nie są czymś do czego trzeba się dokopywać, jakąś pierwotną, archaiczną podstawą, wymagającą ponownego odkrycia, doczyszczenia i wyniesienia na muzealne piedestały. Korzenie są tu stale, oplatają nas czasem ledwie widzialnymi nićmi, stąd też wymagają określonej wrażliwości pozwalającej na ich dostrzeżenie. Wrażliwość ta też niekoniecznie musi być darem, można ją też wyćwiczyć. Droga do "Hejnałów", od We Call It A Sound jako jednego z wielu optymistycznych indie zespołów poprzez dziś ewidentnie przejściowe "Trójpole", niezależnie od przyczyn tego objawienia pozostaje bezdyskusyjnie imponującą.


Nie chodzi nawet o zaskakująco kunsztowną produkcję, idealne proporcje albumu czy też o sam wygląd płyty natychmiastowo stawiający ją pośród najpiękniej wydanych polskich albumów ostatnich lat. "Hejnały" to studium uniwersalizmu, dowód na to, że dźwięki sięgające korzeni, z natury folkowe czy może raczej folklorystyczne okazują się być po prostu ponadczasową muzyką niewymagającą żadnych przymiotników. Gdzieś nad całością unosi się duch Devendry Banharta z jego ostatnich płyt, podobnie pozornie skromnych, bezpretensjonalnie lekkich w kompozycjach, malowniczo enigmatycznych w tekstach. Oczywiście, pomimo zbliżonych efektów, źródłowy krąg geograficzny jest u WCIAS znacznie nam bliższy. Zwłaszcza jeśli sobie uświadomimy, że pełnoprawnym pejzażem dzisiejszej wielkopolskiej wsi są płaskie po horyzont pola, niemieckie samochody i post-geesowskie pawilony.

W tym właśnie raczej, a nie w samych dźwiękach, tkwi minimalizm płyty. W celebracji naszych małych ojczyzn w ich dzisiejszych kształtach zamiast w poszukiwaniu mrzonek światowości. I paradoksalnie, tenże minimalizm skali właśnie tak silnie napędza uniwersalizm "Hejnałów". Kompozycje natomiast, oczywiście, że wydawać się mogą skromne, ale też niczego więcej nie potrzebują, chociaż łatwo wyobrazić sobie można wypełnienie ich modną elektroniką z producenckiego kręgu Björk. Dla artystów tego formatu nagranie płyty opartej niemal w całości na dęciakach byłoby wykoncypowanym i szeroko ogłaszanym oh-tak-oryginalnym konceptem. Dla WCIAS jest to po prostu naturalny proces, nie dziwi więc jak pięknie instrumenty dęte są tu zaaranżowane. Trąbka i puzon niosą ze sobą majestat, melancholię, poczucie wielkiego brzmienia kapeli, ale też i intymności. I doskonale w to wpisuje ostatni z tropów, które odnaleźć można na "Hejnałach". Kruche repetycje i pewna motoryka przywodzą na myśl dawny post-rock z chicagowskich kręgów, co ma sens, bo również wtedy przez redukcję brzmienia osiągano bajeczne przykłady powszechności muzyki. 9/10 [Wojciech Nowacki]

14 września 2018


QUEENS OF THE STONE AGE Villains, [2017] Matador || Wyobraźcie sobie jedną z waszych najlepszych przyjaciółek, nota bene mężatkę, choć być może nie ma to tu większego znaczenia. Niezobowiązująco odwiedzacie się w swych domach, więc na tym etapie wieloletniej zażyłości nie jest żadnym problemem, że podczas waszej wizyty przyjaciółka postanawia umyć podłogę. W tle rzecz jasna pobrzmiewa sobie muzyczka i tym razem zamiast zwyczajowego, dziewczęcego zestawu Lana Del Rey - Anneke Van Giersbergen - Behemoth jest to Queens Of The Stone Age. I tak oto wasza droga przyjaciółka mopuje przed wami podłogę podśpiewując I wanna suck, I wanna lick a jedynym co was w całej tej malowniczej sytuacji frapuje jest pięknie zobrazowane miejsce w którym Queens Of The Stone Age się znalazło.

Nie ma wątpliwości co do tego, że na przełomie wieków płyty takie jak "Rated R" i "Songs For The Deaf" były istotnym elementem dość ekscytujących czasów. Gdy w 2000 roku "Kid A" ustanawiało status quo na przyszłość, "Rated R" było jednym z nielicznych już wtedy podrygów tradycyjnie pojmowanej muzyki rockowej w walce o utrzymanie swej istotności. Bez przechodzenia na stronę alternatywy, bez nalepki indie-rocka, bez flirtowania czy konkurowania z "nową rockową rewolucją", ale też bez starczego odgrzewania dawnych recept. Po-prostu-rockowa płyta nadal była w stanie okazać się świeżą, nowatorską, zaskakującą. Przy tym tak uniwersalnie udaną, że trafić mogła i do mainstreamu, i do indie-hipsteriady, i teraz-rockowych tradycjonalistów. Bo dlaczego nie? Po latach jednak wiemy, że w nowym stuleciu takie albumy należą do rzadkości.


Dla wykonawców "dojrzałych", czyli starych rutyniarzy wydających równe płyty nie wykraczające już swym zasięgiem poza krąg usatysfakcjonowanych fanów, jest bardzo cienka granica między starzeniem się pomysłowym a typowym trwaniem w samozadowoleniu. Na "...Like Clockwork" numer się udał, pomimo dość płaskiej produkcji, album ten przyniósł przynajmniej kilka udanych melodii, parę przebojowych kompozycji i trochę rozwiązań, które nienachalnie igrały z niby już ustalonym wizerunkiem zespołu. "Villains" to album pozornie bardzo podobny do poprzednika, ale im bardziej Queens Of The Stone Age starają się być zabawnym zespołem, tym bardziej jawią się jako pozbawieni humoru i autorefleksji. W najlepszych momentach mamy tu podlany lekko zjełczałym testosteronem glam-rock, który jednak stawia pomnik pewnym tradycjom zamiast odkrywać je na nowo. Najładniej w pamięć zapada "Fortress", stopniowo eskalujące i porzucające zabawowy nastrój na rzecz chwytliwego i nietypowo dla Queens Of The Stone Age eterycznego refrenu. Reszta zaś kompozycji jest przyciężka, przydługa, o umiarkowanej, nieinwazyjnej temperaturze. Przeciętność można jednak wytrzymać, nawet znaleźć dla niej zastosowanie, gorzej jeśli stara się udawać, że jest czymś więcej.

Próba napisania lżejszego, prostszego od "...Like Clockwork" albumu zawiodła pogrzebana pod tłustą, przyciężką produkcją, łamiącą kruchość niedostatecznie silnych kompozycji. Czasem w tle chichocze późny Marilyn Manson, któremu znacznie jednak lepiej wychodzi wędrowanie po kolejnych stopniach autoironii. Czasem pobrzmiewają tu Arctic Monkeys, którzy sami przecież w pewnym momencie pragnęli brzmieć jak Queens Of The Stone Age, Josh Homme zaś ewidentnie nie ma finezji pozwalającej mu na poruszanie się po jakichkolwiek meta-poziomach. Oczywiście, umieszczenie przez terazrockowców "Villans" na trzecim miejscu najlepszych albumów piętnastolecia jest aż zbyt łatwym celem do okrutnych żartów, ale co w tym zaskakującego skoro Queens Of The Stone Age zmierzają w stronę bycia trochę twardszym U2, czyli markującej własną istotność muzyki dla ludzi albo nie słuchających muzyki tak naprawdę, albo nie aktualizujących swych gustów, albo po prostu potrzebujących przyjemnej ścieżki dźwiękowej do sobotniego mopowania podłogi. Ale tutaj nadal lepiej sprawdza się "...Like Clockwork". 5/10 [Wojciech Nowacki]

4 września 2018


HERCULES & LOVE AFFAIR Omnion, [2017] BGM || Pierwszym spośród nie tyle nieporozumień, co dość powierzchownych wyobrażeń na temat Hercules & Love Affair jest bycie elektronicznym projektem w którym Antony Hegarty pokazał, że z taneczną elektroniką radzi sobie nawet lepiej niż z płaczliwymi balladami (tym większe rozczarowanie późniejszą płytą Anohni). Dla bardziej zaawansowanych może być to też zespół z którym współpraca na osobistym poziomie okazała się przełomową dla Johna Granta. Wreszcie albumy Hercules & Love Affair uchodzą za wakacyjną muzykę i sam, wiedząc przecież że to płytkie ich postrzeganie, miałem nadzieję na "Omnion" jako letnią płytę, ale z ambicjami, zwłaszcza po zaznajomieniu się z pierwszymi singlami.

Utwór tytułowy jest bowiem jak na Hercules & Love Affair całkiem nietypowy. Sharon Van Etten, która nadal najbardziej kojarzy mi się z jej występem w serialu "The OA", wprowadza niepokojąco eteryczną atmosferę, niczym ze snu, który grozi brakiem przebudzenia się. Tymczasem dziwna produkcja zestawia tu ze sobą ozdobniki gustowne (dęciaki) z archaicznymi (bity), elektroniczna przestrzeń zaś targana jest płaską rytmiką. Po intrygującym początku przychodzi "Controller", modelowe wręcz Hercules & Love Affair, czyli gimnastyczny house z disco zaśpiewem i wysoce seksualnym tekstem. Satysfakcjonujące napięcie podbija podkręca ekstatyczne "Rejoice", które napędza rytm brzmiący jakby zapętlał się do nieskończoności i pozwalał nam na kilkuminutowe ze sobą obcowanie.


Ani nowatorstwo, ani przebojowość nie znajdują jednak większego rozwinięcia w dalszej części płyty, choć Andy Butler zdecydowanie skłaniał się ku tej pierwszej opcji. Utwory wydają się niewykończone, rozdarte między kompozycyjnym minimalizmem a połamaną rytmiką, pozbawione jednak jakiegoś spoiwa łączącego je w niezależne wypowiedzi. "My Curse & Cure" cieszy przynajmniej niezamierzonym efektem komicznym, zamiast tytułowej frazy nachalnie wręcz słyszę my prosecco, co idealnie współgra z tekstem (More each day / More each day czy So while it comes and goes / There's always more in store).

Projekt Hercules & Love Affair, jakkolwiek naturalnie taneczny, nigdy nie miał być żartobliwym, ani nawet beztroskim. Za pośrednictwem queerowych ikon zawsze wyciągał wspierającą dłoń w stronę gejowskiej społeczności, na kolejnych albumach byli to Antony Hegarty, Kele Okereke i John Grant. Na "Omnion" pochodnię z piosenką "Are You Still Certain?" dzierży Mashrou' Leila (مشروع ليلى), indie-rockowa grupa z Libanu poruszająca problematykę LGBT w wyjątkowo ku temu niesprzyjającym arabskim świecie. Wreszcie sam Andy Butler staje za mikrofonem by śpiewać o własnym alkoholizmie w "Fools Wear Crowns", przypominającym bardziej eksperymentalne utwory Hot Chip i wreszcie przynoszącym udaną realizację pomysłu który miał na ten album. Zboczenie ze ścieżki typowej house'owej płyty nie do końca się udało, nie jest ona bowiem ani przesadnie ambitną, ani po staremu totalnie przebojową. Ale nawet jeśli tylko uwypukla jak po latach udanym albumem jest "The Feast Of The Broken Heart", to pozycja Hercules & Love Affair w swej tanecznie zamyślonej niszy pozostaje niezagrożona. 7/10 [Wojciech Nowacki]

29 sierpnia 2018


SÓLEY Endless Summer, [2017] Morr Music || Przy całym swym niezręcznym uroku, będącym specjalnością Sóley zwłaszcza podczas żywych występów, przyznać trzeba, że jej muzyka jest w gruncie całkiem upiorna. Z debiutu "We Sink" pobrzmiewała typowa islandzko-rustykalna ornamentyka, ale kontrastowana z tak dziewczęco malowniczymi tytułami jak "Kill The Clown". "Ask The Deep" dalej pokazywało, że Sóley bardziej interesuje snucie ponurych opowieści niż pisanie porywająco przebojowych piosenek, ale i ten album mimo minorowej spójności tworzył atrakcyjną całość, której odświeżającej wielowymiarowości dodawał każdy bardziej zespołowy fragment. Sóley zostawiona sama sobie naturalnie zwraca się w stronę lekkiej makabreski. I bynajmniej nie ma nic w tym złego. Instrumentalna i zaaranżowana wyłącznie na pianino epka "Krómantik", rzecz raczej pomijana a warta odszukania, brzmi przecież niemal jak skrzyżowanie ścieżek dźwiękowych do "Westworld" i "American Horror Story".


Tytuł trzeciej płyty Sóley, jakkolwiek szczery, mógł jednak rodzić podejrzenia, że nie będzie to ani letnia płyta z przebojami, ani drastyczna odmiana brzmienia. Otwierająca album "Úa" to nadal typowa dla rękopisu Sóley islandzko-pozytywkowa piosenka, tym razem jednak, jako dedykowana córce artystki, bardziej osobista i istotnie rozświetlona. W czym zresztą pomaga zaprawdę krystaliczna produkcja. "Sing Wood To Silence" wydaje się już być zaginionym łącznikiem między tymże albumem a wcześniejszą epką "Don't Ever Listen". Tam Sóley jawiła się w minimalistycznej, ale bynajmniej nie surowej odsłonie, sięgając po niemal post-rockowo motoryczny folk. Ta sama skromność, pozbawiona jednak niepokoju, tutaj nabiera stopniowej głębi. Przedmiotem zainteresowania nadal są melodyjne historie raczej niż tradycyjne piosenki. Nawet jeśli kompozycje okazują się bardziej piosenkowe, jak "Never Cry Moon" które można wyobrazić sobie jako utwór Reginy Spektor czy Fiony Apple, to Sóley nie popełnia ich najczęstszych błędów i mimo nacisku położonego na opowieści sama nie wysuwa się przytłaczająco na pierwszy plan i pozwala wybrzmieć muzyce.

Specjalnością Sóley jest nie tyle eskalacja, co swoiste kompozycyjne "rozbłyski", zupełnie jakby utwór wpadał nagle do króliczej nory i zyskiwał nieoczekiwanej wielowymiarowości. Dzieje się tak i w ozdobionym gustownymi orkiestracjami "Never Cry Moon", i w stopniowo nabierającym kontrolowanej epickości, subtelnie podbitym syntezatorem i znacznie mniej subtelnymi organami "Traveler", czy wreszcie w "Grow", początkowo jazzowo szurającym, lecz motorycznie narastającym w stronę najbardziej chwytliwego wersu płyty, którym w przypadku Sóley oczywiście jest We grow, and then we die. Jednocześnie znajdują się tu kompozycje zakrojone na nieco mniejszą skalę, pokazujące że czasem wystarczy po prostu krystalicznie czyste pianino ("Before Falling"), niemal dronowe smyczki aż proszące się o kolaborację Sóley z Resiną ("Inbetween") czy skupienie się właśnie na roli pianistki bardziej niż na fantazyjnym światotwórstwu ("Endless Summer"). Ale to właśnie pod postacią kreacji spójnego świata, z którego wydają się pochodzić wszystkie jej piosenki, na "Endless Summer" krystalizuje się wyjątkowy warsztat Sóley, która zręcznie podąża niełatwą drogą pisania utworów niekoniecznie oczywistych, ale fascynujących zarówno razem, jak i z osobna. 8/10 [Wojciech Nowacki]

21 sierpnia 2018


MOUNT KIMBIE Love What Survives, [2017] Warp || Promujący płytę "Cold Spring Fault Less Youth" koncert Mount Kimbie, który odbył się w Pradze jesienią 2013 roku pamiętny był nie tylko dlatego, że tego samego dnia poznałem swojego przyszłego małżonka. Ewidentnie się starzeję, i nie mam problemu się z tym godzić, ale uczestnictwo w koncertach sprawia mi coraz mniejszą przyjemność. Mount Kimbie byli jednak po prostu bardzo dobrzy, dysponowali wtedy świeżym, naprawdę udanym i zaledwie drugim w karierze albumem a ich żywe podejście do efektownej elektroniki skutkowało wyśmienitą i angażującą formą koncertową.

Skoro jednak dopiero druga płyta jest tak udaną to oczekiwania przed trzecią naturalnie rosną. Duet wydawał się zdawać sobie z tego sprawę i wygasił działalność zarówno wydawniczą, jak i koncertową na parę lat. Powrót aż trzy lata później odbył się pod znakiem testowania nowych idei przed wydaniem kolejnego albumu. Przekształcenie Mount Kimbie, przynajmniej w koncertowej odsłonie, w niemal regularny zespół doprowadziło do lekko przyciężkiego i niezgranego efektu. Potwierdził to też jeszcze jeden koncert, już po wydaniu "Love What Survives", o czym słyszałem z drugiej ręki, uczestnictwo w nim zaledwie rok po poprzednim nie wydawało mi się bowiem ani zasadne, ani potrzebne. Zawłaszcza, że przeciętność nowego brzmienia potwierdziła również sama płyta.


Zamiast rozwijać swoje organiczne podejście do elektroniki w stronę emocjonująco w nim tkwiącego post-rockowego potencjału, Mount Kimbie zdecydowali się na stylizację post-punkową, w której być może byłoby im do twarzy, gdyby nie zawiodło wykonanie. Pełno tu dysonansów, najczęściej niemal na granicy fałszu. Przybrudzony automat perkusyjny i fałszująca linia basu mają być częścią post-punkowego anturażu, ale efekt jest wysoce nieprzyjemny, zwłaszcza dla osób pamiętających lata dziewięćdziesiąte i palpitacje serca towarzyszące każdemu zniekształceniu dźwięku rodzącemu myśl o wkręcającej się kasecie. Roboczemu charakterowi całości nie pomagają zresztą same kompozycje w większości nie mające na siebie pomysłu. Z drugiej zaś strony mamy tutaj utwory wyróżniające się w sposób oczywisty, czyli te z gościnnymi wokalistami. James Blake i King Krule to jednak nudne i bezpieczne wybory, pierwszy z nich staje się powoli karykaturą samego siebie, całkiem serio zbliżając się do Sama Smitha, przereklamowanie drugiego zaś staje się powoli coraz jaśniejsze. "Marylin" z Micachu również trochę się gubi, ale ma przyjemnie medytacyjny charakter, najlepiej jednak wypada "You Look Certain (I’m Not So Sure)" z wokalistką praktycznie nieznaną. Rozedrgane fałszowanie i tutaj daje się we znaki, ale Andrea Balency idealnie wręcz imituje manierę Stereolab z nakładającymi się pętlami melodyjnie motorycznego wokalu.

Chwali się, że "Love What Survives" przynajmniej stara się być płytą diametralnie różną od poprzedników. Angażujący artyzm "Cold Spring Fault Less Youth" pozostaje jednak niezagrożony a intymną wielkomiejskość z wyspiarskim posmakiem "Crooks & Lovers" lepiej dziś realizuje Gold Panda. 6/10 [Wojciech Nowacki]

14 sierpnia 2018


GORILLAZ The Now Now, [2018] Parlophone || "The Now Now" to "The Fall" po raz kolejny. Zarówno warunki wydania, jak i stojąca za tymi płytami filozofia są niemalże identyczne. Oba albumy ukazały się niemal niespodziewanie i wyjątkowo szybko po swoich poprzednikach. Oba należą do dość spontanicznej i niezbyt jednak potrzebnej kategorii "ze szkicownika Damona Albarna", zapoczątkowanej niegdyś już przez "Democrazy". Wreszcie po raz kolejny tenże notatnikowy charakter wynika nie tyle z trapiącej Albarna w ostatnich latach niefiltrowanej nadprodukcji, co z ciągłej fascynacji Stanami Zjednoczonymi i melancholijno-obserwacyjnego podróżowania od hotelu do hotelu. O ile jednak "The Fall" jako iPadowy eksperyment i szkicownik z podróży od samego początku pozycjonowane było lekko jako album trzeci i pół, o tyle na "The Now Now" ciąży znacznie większa presja. Jako pełnoprawny szósty album Gorillaz zatrzeć ma niedobre wrażenie po "Humanz".

I udaje się to, przy okazji ujawniając kolejne podobieństwo do "The Fall". Tamta płyta również po plejadzie gości na "Plastic Beach" zwracała się w stronę samotniczego wokalu Albarna. "Humanz" było płytą złą na wielu poziomach i przeładowanie gośćmi było tylko tym najbardziej oczywistym, ale i tutaj reakcja w postaci nacisku gwałtownie położonego tylko na głos Albarna to niewątpliwa ulga. Już początek płyty sugeruje całość znacznie lżejszą, o zamierzeniach niekoniecznie równie ambitnych co "Gorillaz" i "Demon Days", ale w albarnowym świecie będącą ekwiwalentem płyty na lato. Słoneczne "Humility" nie niesie może jakoś porywająco przebojowa melodia, ale uwolniona atmosfera, ładna produkcja i przyjemnie wpleciona gitara po przyciężkim i przeprodukowanym "Humanz" działa naprawdę odświeżająco. "Tranz" to wreszcie mocniejsza kompozycja, niepozbawiona rytmiki i efektownego napięcia. Ba, nawet "Hollywood" ma sens, bo gość tak charakterystyczny jak Snoop Dogg wyróżnia się tylko jeśli jest umiejętnie dawkowany, poza tym piosenka nieśmiało wkracza na house'owe terytoria Hercules & Love Affair.


Szkoda zatem, że później objawiają się inne typowe dla Albarna bolączki i w efekcie "The Now Now" faktycznie kończy jako nieinwazyjna płyta na jedno lato. W miarę spójna i przystępna, wydaje się próbować wszystkiego po trochu i brakuje jej odwagi do głębszego zanurzenia się w którąkolwiek ze sygnalizowanych stylistyk. Większość pozostałych kompozycji okazuje się albo przyciężka, albo niezapamiętywalna, albo tak szkicowa, że potencjał do rozwinięcia w ciekawsze utwory w nich istotnie tkwi, ale w zalążkowej tylko formie. Dopiero "Souk Eye" na sam koniec okazuje się rzeczą prawdziwie przemyślaną, z łatwością mogącą uchodzić za część bardziej skupionej całości. Tropikana rodem z windy początkowo zwodzi, ale coś się w niej czai i utwór wreszcie eskaluje nabierając całkiem niezłego rozmachu.

Ze skupieniem Albarn miewa ostatnio problemy, "Everyday Robots" i "The Magic Whip" jasno pokazują, że jego muzyczna nadprodukcja przefiltrowana musi być przez zespołową wrażliwość. Problemem samych Gorillaz jest natomiast kwestia tożsamości. Na dwóch pierwszych albumach, różnorodnych, awanturniczych, ale spójnych, dzięki unikatowej atmosferze z łatwością można było uwierzyć w istnienie wyimaginowanego zespołu. "Plastic Beach" jako model Albarn + goście mogło się jeszcze sprawdzać, ale dziś już wiemy, że doprowadziło to do monstrualnego "Humanz". I tak oto zostajemy z "The Now Now" jako z kolejnym zeszytem pomysłów Albarna. Mimochodem, wracając do kluczowego dla niego okresu przełomu wieków odkryć można, że "Think Tank", ówcześnie "dziwna" płyta Blur, dziś sprawdziłaby się doskonale jako album Gorillaz właśnie. Sprawdźcie sami. 5.5/10 [Wojciech Nowacki]

30 lipca 2018


FLORENCE + THE MACHINE High As Hope, [2018] Virgin || Problemem nowej płyty Florence nie jest bynajmniej, być może koniunkturalne, ale całkiem oczywiste, założenie nagrania stripped-down albumu. Każdy prędzej czy później ulega pokusie zaprezentowania się w wersji podstawowej, pozbawionej choćby najbardziej nawet charakterystycznych przywar aranżacyjnych, produkcyjnych, kompozycyjnych. Paradoksalnie prowadzi to do eksperymentu, który ma potencjał przynajmniej połowicznego sukcesu ("Joanne"). "High As Hope" brakuje jednak konsekwencji. Florence porzuca pierwotne zamierzenie zmierzając w stronę autentycznego eksperymentowania, w efekcie żadnemu z tych kierunków nie poświęca się do końca. Kompozycje zaś zawodzą niejako przy okazji.

Próby powściągnięcia głosu Florence również nie mogą się udać. "June" na otwarcie płyty pokazywać ma nową, wyciszoną Florence, ale w efekcie brzmi jakby ktoś ją podduszał poduszką. Sama piosenka przynosi efektowne dźwięki pianina sparowane z niezłymi basowymi tąpnięciami, ale zamiast eskalować kompozycyjnie już tutaj markuje rozwój implementacją i oklasków, i smyczków, i wszystkiego, co nam się kojarzy z Florence bynajmniej nie wyciszoną. Większość kompozycji zresztą zmierza donikąd, charakter wielu z nich jest niemal szkicowy i opierający się na dość wątłym szkielecie. Nawet niby modelowy singiel "Hunger" okazuje się niezapamiętywalnym cieniem większych przebojów Florence. Niespecjalnie w recepcji płyty pomagają też teksty. Jeśli akurat nie przynoszą malowniczych obrazków z życia w Londynie to potrafią okazać się wyjątkowo przyciężkie i kanciaste ("Big God"). Podobno zresztą pierwotnie miały być tylko wierszami, stąd też i pewnie szufladowy charakter całych kompozycji.


Niektóre produkcyjne i aranżacyjne zabiegi mają jednak wielki potencjał będąc najlepszymi mikro-fragmentami albumu. Ani Jamie xx, ani Kamasi Washington niestety nie zdobywają dla siebie na płycie większej przestrzeni. Szkoda zwłaszcza tego drugiego, najgorętsze imię jazzu tego sezonu wykorzystane zostało zdecydowanie poniżej swoich możliwości, ale wszystkie te ciekawostki z wolna prowadzą do ciągu najlepszych utworów na "High As Hope". "Grace" wprowadza zupełnie nową jakość z jazzującym pianinem (Sampha, kolejny gość zasługujący na znacznie większy wkład) i prawdziwie odświeżającą dla Florence atmosferą. "Patricia" to znakomita fuzja jej typowego emocjonalnego rozbiegania ze świetnie zaaranżowanymi, niemal dronowymi smyczkami. Wreszcie "100 Years" pokazuje, że można zbudować eskalującą i wciągającą kompozycję na bazie intrygującej rytmiki. Nawet głos w końcu udanie został tu wykorzystany jako nośnik rytmu, do tego smyczki jeszcze silniej przypominają aranżacje z "A Moon Shaped Pool", a i po raz kolejny pojawia się tu Kamasi Washington.

Więcej miejsca dla chwalebnych gości, równoważących i dopełniających rozedrganą osobowość Florence Welch. Eksperymentowanie, oczywiście jak na power-popowe standardy, z aranżacjami i strukturą kompozycji. Umiejętna rezygnacja z nachalnej przebojowości przy jednoczesnym utrzymaniu atrakcyjności piosenek. W tym to właśnie kierunku powinna była pójść Florence + The Machine i gdzieś w czasie nagrywania przebłysk tego pomysłu pojawił się w jej głowie. Tymczasem "High As Hope" kończy jako płyta którą ledwie zarejestrujemy, ale umiarkowanych nadziei na przyszłość całkowicie nie druzgocze. 6/10 [Wojciech Nowacki]

23 lipca 2018


GRANDADDY Last Place, [2017] 30th Century || Dzieje Grandaddy, Mercury Rev i The Flaming Lips splotły się w gatunek, który nigdy nie zdążył dorobić się własnej nazwy, szybko natomiast zapadł się pod rosnącym ciężarem ostatnich z wymienionych. The Flaming Lips głównie przy pomocy widowiskowych koncertów i ekstrawaganckich koncertów zdominowali psychodeliczno-cyrusowy zakątek indie-rocka, eksponując silnie jego narkotyczny aspekt. Tymczasem senne, czasem wręcz infantylne wokale, bliskie pokrewieństwo zarówno z dream-popem, jak i z amerykańskim indie, słabość do koncepcyjnych całości i konfrontowanie psychodelicznego popu lat sześćdziesiątych z technologicznym zafascynowaniem teraźniejszością i przyszłością, nie wystarczyły by przysporzyć większej u nas popularności Mercury Rev i Grandaddy. I to pomimo posiadania przez oba zespoły albumów definiujących alternatywne brzmienie przełomu wieków.

Mercury Rev nigdy formalnie nie zawieszali działalności, parokrotnie zdążyli objechać świat nostalgicznie odgrywając swój najpopularniejszy album "Deserter's Songs", zdołali jednak ostatecznie wykrzesać z siebie nowy materiał w postaci nadspodziewanie udanej płyty "The Light In You". Przypadek Grandaddy różni się w szczegółach. Ich kluczowy album "The Sophtware Slump" nie uzyskał tak kultowej skali jak "Deserter's Songs" a po dwóch kolejnych płytach zespół przestał de facto istnieć. Ich zeszłoroczny come-back "Last Place" poszedł natomiast w przeciwną stronę niż poszerzające dotychczasowe brzmienie Mercury Rev "The Light In You".


"Last Place" przynosi uproszczenie brzmienia i jego redukcję do pierwotnej postaci amerykańskiego, koledżowego indie-rocka, niespecjalnie po naszej stronie oceanu popularnego. W "Way We Won't" mamy na otwarcie kreskówkową atmosferę bliską zarówno The Flaming Lips, jak i Gorillaz, ale z wolna przeważać zaczyna rozleniwiona indie atmosfera rodem z kompozycji Sebadoh, tworząc ostatecznie zwyczajną, niezobowiązującą piosenkę. Stopniowo większe pole zyskuje sobie syntezatorowa rytmika, "Evermore" przypomina nawet chłód ostatnich płyt Blonde Redhead, "The Boat Is In The Barn" brzmi frapująco brytyjsko, ale pomimo oczekiwania na coś więcej żadne znaczące zaskoczenia nie następują. Ożywienie na moment przynosi "Chek Injin", rockowe i z połamaną strukturą, by w postaci ciągu "I Don't Wanna Live Here Anymore" - "That's What You Get For Gettin' Outta Bed" -"This Is The Part" wprowadzić emocjonalne centrum albumu, na który silnie wpłynęła tymczasowa przeprowadzka lidera grupy Jasona Lytle'a do Portland. "Last Place" demitologizuje zatem zarówno ideał hipsterskiej mekki, jak i przedmiejski sentymentalizm Arcade Fire, dotyka więc rzeczy stosunkowo, jak na Grandaddy, przyziemnych.

Na sam koniec dopiero powraca i duch dawnego Grandaddy, i powiew świeżości. "Jed The 4th" sprawia wrażenie bycia częścią większej, koncepcyjnej całości, i faktycznie, bohaterem piosenki jest potomek androida znanego z "The Sophtware Slump". Powrót do technologicznej tematyki i dźwiękowej więzi z Mercury Rev i The Flaming Lips umacnia "A Lost Machine", kompozycja, która wreszcie zdobywa sobie więcej przestrzeni na subtelną eskalację. Finałem zaś okazuje się "Songbird Son", utwór najzwyczajniej w świecie i odświeżająco folkowy. Choć "Last Place" nie jest płytą, która przyciągnęłaby do Grandaddy nowych fanów, nie była zresztą chyba jako taka planowana, to bezpretensjonalny powrót z solidnym albumem musiał tchnąć w szeregi grupy powiew zasłużonego optymizmu. Niestety, śmierć basisty zespołu niecałe dwa miesiące po wydaniu "Last Place" do dziś stawia ich przyszłość pod znakiem zapytania. 7/10 [Wojciech Nowacki]

3 lipca 2018


CHAZ BUNDICK MEETS THE MATTSON 2 Star Stuff, [2017] Company || Toro y Moi wydał w 2017 roku dwa albumy. "Boo Boo" nadal nie uwodzi i w różnorodnym przecież katalogu Chaza Bundicka pozostaje tytułem najbardziej nijakim, ale "Star Stuff", oh, to zupełnie inna historia. Znacznie bardziej ekscytująca płyta pominięta jednak została tylko dlatego, że nie ukazała się pod znanym wszystkim szyldem.

"Son Moi" idealnie wprowadza w przestrzenne, organiczne brzmienie płyty, pełne detali, ale ani nieprzeładowane, ani przyciężkie. Atmosfera zrodu psychodelii z pierwocin hard-rocka czytelnie i zręcznie wrzuca nas do przełomu lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, ale bynajmniej nie chodzi o kunsztowną imitację, raczej o podpięcie się pod tą samą pierwotną energię. Duch Jimi'ego Hendrixa zostaje tu nie tylko wywołany, lecz skonfrontowany z motoryką współczesnego avant-popu. Bundick pobłyskuje w roli basisty, ale szybko pojawia się charakterystyczna melodyka Toro y Moi, tak rozpoznawalna, że nawet dodatek w postaci wokalu nie jest tutaj specjalnie potrzebny. Od pejzażowych wokaliz stopniowo przechodzimy do form zdecydowanie piosenkowych, z tego punktu widzenia centrem albumu staje się zatem "JBS", znane już z "Live From Trona".


Tytułowe "Star Stuff", choć nadal piosenkowe, to wprowadza trochę odświeżającego wokalnego napięcia a akcenty stopniowo przesuwają się na rytmikę i coraz bardziej narracyjną rolę gitary. Zgodnie z nazwą projektu bardziej niż o nowe power-trio chodzi o spotkanie właśnie. Toro jako kompozytor, basista i wokalista znajduje w braciach Mattson więcej niż godne dopełnienie. Ich gitara i perkusja w drugiej połowie płyty powracają do swobodnej, płynnej atmosfery, która zawiera w sobie i psychodelię, i jazz, i math-rocka, tworząc spójną i awanturniczą zarazem całość.

Owszem, przebojowość w sensie typowego warsztatu Toro y Moi jest na "Star Stuff" ograniczona na rzecz równie jednak chwytliwego poczucia wolności. "Star Stuff" wynika jednak w prostej linii z "Underneath The Pine" i "Live From Trona" stając się trzecim spośród najlepszych albumów Chaza Bundicka. Nie marginalizujemy bynajmniej jego bardziej syntetycznej ścieżki kariery, wszak to właśnie album koncertowy najlepiej pokazał jak ekscytująco obie strony Toro y Moi potrafią się splatać. Jeśli jednak po "What For?" żywy kierunek twórczości Bundicka zaczął lekko zawodzić, to znacznie lepszą reakcją niż samotniczy i radykalny zwrot w stronę elektroniki na "Boo Boo" okazała się współpraca z The Mattson 2 na bardziej zespołowym i mniej przemyślanym "Star Stuff". 8/10 [Wojciech Nowacki]

28 czerwca 2018


LITTLE DRAGON Season High, [2017] Because Music || Choć już na drugim albumie "Machine Dreams" Little Dragon ukuli swój własny język i autorskie brzmienie, to ich debiut zaczyna się po latach jawić się jako zaginione ogniwo między kanapowym trip-hopem lat dziewięćdziesiątych w stylu Morcheeby a dzisiejszym rozglitchowanym alternatywnym r'n'b. Nacisk na wokal i kompozycyjną abstrakcję na "Ritual Union" nadal rozczarowuje, ale przyznać też trzeba, że choć "Nabuma Rubberband" była znów naprawdę udaną płytą to z niej akurat w głowie nie zostało zbyt wiele. I to pomimo syntezy wszystkich opanowanych przez Little Dragon brzmień: jazzu, soulu, elektroniki.

Na tym tle "Season High" identyfikuje się jasno. Nie było w 2017 roku płyty tak czytelnie nawiązującej do (pierwszej raczej połowy) lat dziewięćdziesiątych co nowe Little Dragon właśnie. Od okładki przez teledyski aż po aranżacje, "Season High" mogłoby uchodzić za album Janet Jackson z czasów, gdy wizualna i produkcyjna przaśność lat osiemdziesiątych zachłysnęła się równie szybko starzejącą się technologiczną nowoczesnością następnej dekady. "Nabuma Rubberband" sięgała po lata dziewięćdziesiąte na poważnie i afirmująco, powracając do czasów, gdy zaczęły się łamać gatunkowe podziały tworzące w efekcie XXI-wieczne rozmycie mainstreamu i alternatywy. Początkowo wydawać się mogło, że "Season High" sięgając w czasie jeszcze głębiej czyni to żartobliwie. Ale okazuje się, że traktowana z pobłażaniem estetyka nie musi automatycznie oznaczać pastiszu.


Modelowe wręcz "Sweet" to pełna celebracja lat dziewięćdziesiątych i kluczowy zresztą dla albumu singiel. Poziom adrenaliny (czy może raczej glukozy) podnosi natychmiastowo, dosłownie i w przenośni, ale mogłaby to być zarówno plansza reklamowa z dawnego MTV, jak i ścieżka dźwiękowa do kasety video z tak ówcześnie popularnymi ćwiczeniami. Skoro jednak mowa o celebracji to "Celebrate" najlepiej łączy znajomy warsztat Little Dragon (soulowy wokal i kreskówkowa melodyka) z archaicznymi muzycznymi artefaktami (gitarowe solo i drumpady), ale i ze współczesnym elektronicznym pulsem, kojąco bliskim zarówno Hot Chip, jak i Hercules And Love Affair. House'owe fascynacje najsilniej zresztą przejawiają się w "Strobe Light".

Piosenki na "Season High" jawią się jednak, być może zresztą celowo, jako w większości kanciaste i chaotyczne. Dziesięć utworów to dość zwięzły i nieinwazyjny miks archaicznej elektroniki, połamanej rytmiki, ale też minimalizmu i nawet medytacyjnych pretensji. "High" urzeka przestrzenią i budującym optymizmem, ale już "The Pop Life" mówi o duchach umarłych w postaci wyjątkowo jak na Little Dragon skompresowanej piosenki. "Don't Cry" to niemal prototyp brzmienia FKA twigs i podobna atmosfera napięcia unosi się nad całą płytą. Mimo zabawowej otoczki gdzieś ulotniła się właśnie zabawa, brakuje tu zespołowości i sensu nabierają wieści o trudnej atmosferze podczas nagrywania tego albumu. Little Dragon na szczęście kontynuują działalność nieco bardziej relaksacyjnym sposobem wydając nowe i niezależne single. Tymczasem "Season High" pozostaje po prostu dobrym letnim albumem. 7/10 [Wojciech Nowacki]

12 czerwca 2018


NILS FRAHM All Melody, [2018] Erased Tapes || Nowe albumy Rival Consoles, pierwszego artysty związanego z Erased Tapes, oraz Nilsa Frahma, muzyka najszerzej niemal z tym wydawnictwem utożsamianego, mają ze sobą zaskakująco wiele wspólnego. Pomijając ich osadzenie na przeciwnych spektrach zawsze jednak spójnego brzmienia labelu, "Persona" i "All Melody" wywodzą się z równie wielkich ambicji i zamierzeń, jeszcze większych oczekiwań, intensyfikowanych tylko koncertową formą obu artystów, lecz paradoksalnie przynoszą redukcję brzmienia i kompozycyjnego warsztatu w postaci płyt niepotrafiących spełnić nawet obietnic zawartych w swych tytułach.

Mówiąc o designerskiej neoklasyce miałem na myśli jak kompleksowo i pieczołowicie przygotowywane są wszystkie tytuły wydawane przez Erased Tapes. Graficzny koncept, gustowne opakowania, minimalistyczna, lecz często pomysłowa wizualna prezentacja, mogą uchodzić nawet za lekko snobistyczne, ale jednocześnie przystępne. Label sprzyja zatem kolekcjonerstwu i sprzedaży fizycznych nośników, co rzecz jasna chwali się, choć ubocznym efektem jest rosnąca baza miłośników kupujących odeń bezkrytycznie wszystko. Wydaje się, że podobne podejście do muzyki jako artefaktu koresponduje czy wręcz bezpośrednio wpływa na zgromadzonych wokół labelu artystów. Nowa płyta nie jest już tylko po prostu płytą, lecz albo nośnikiem, albo wynikiem większej idei.

Za "All Melody" stała w ten sposób budowa, czy raczej urządzenie, wymarzonego berlińskiego studia Frahma. Brzmienie albumu cechuje zatem bardzo dosłowna głębia, by doszukać się bowiem pełni urokliwych i organicznych detali, którymi płyta jest upstrzona, trzeba sięgnąć naprawdę głęboko. Tymczasem nie ułatwia tego ani długość albumu, ani jego luźna i ledwie uchwytna struktura, ani same kompozycje. Nie kompozycyjna wirtuozeria, lecz podporządkowanie się rytmice i repetycji jest większym wyznacznikiem warsztatu Frahma, niestety, w głowie po "All Melody" nie zostaje nic poza bardzo ulotnym wrażeniem oraz najmniej udanym spośród nowych dla Frahma elementów.


Chór paradoksalnie ujmuje płycie na organiczności, w "The Whole Universe Wants To Be Touched" typową dla Frahma nerdowską intymność przykrywa niemal monarszą noblesą, co jeszcze może w miarę zaintrygować, ale w każdym z pozostałych miejsc ("A Place", "Human Range") irytuje i przytłacza już i tak ledwie naszkicowane kompozycje. W większości zresztą niezróżnicowane, donikąd nieprowadzące i przydługie, choć przyznać trzeba, że na tyle lekkie, że liczący dość bezpodstawnie siedemdziesiąt cztery minuty album przynajmniej nie nuży. Utwory takie jak "Sunson" czy tytułowe "All Melody" brzmią jak wyizolowana ścieżka rytmiczna z zazwyczaj niezmiernie satysfakcjonujących kolaboracji Frahma z Ólafurem Arnaldsem. Zarówno pod względem dynamiki, jak i struktury nic się w nich i z nimi nie dzieje, na szczęście w skali albumu pojawia się kilka nowości znacznie bardziej trafionych niż nieszczęsny chór. Czasem użyte instrumentarium i ambientowa warstwa aranżacji silnie przypominają ścieżki dźwiękowe gier ze studia Amanita Design, z naciskiem na twórczość  Floexa, i ten bardziej ilustracyjny niż kontemplacyjny kierunek wydaje się być szczególnie atrakcyjnym. Trąbka pojawia się tylko w dwóch utworach, ale natychmiast dodaje im charakteru. Jednym z nich jest "Fundamental Values", przestrzenna kompozycja z wielkim potencjałem, w której też Frahm przypomina sobie o byciu pianistą. Podobnie w "My Friend The Forest", gdzie ta najbardziej oczywista rola Frahma okazuje się nadal najlepszą. Pianino oplecione tu jest dotknięciami, skrzypnięciami, ma podskórnie jazzujący charakter i tworzy jedno z nielicznych na "All Melody" miejsc, gdzie minimalizm i gra z ciszą kreują prawdziwe napięcie.

Również "#2" potwierdza, że najciekawiej na tej płycie jest wtedy, kiedy kompozycyjna skromność używana jest do kreowania napięcia. Utwór ten nie tylko pętlowo eskaluje, ale jest też wyraźną odpowiedzią na poprzedzające go tytułowe "All Melody". Jeśli więc Rival Consoles musi wyjaśniać znaczenie "Persony" posługując się zewnętrznymi uzasadnieniami rodem z press-packu, o tyle zamysł stojący za "All Melody" pozwala odkryć sama muzyka. Nie chodzi bynajmniej o "wszechobecną melodyjność". Frahma interesują połączenia, sposoby w jakie muzyka się zapętla, odnosi sama do siebie, autocytuje. Album ten zatem musi być odbierany jako całość, choć emocjonalnej złożoności swego twórcy tym razem nie oddaje. 6.5/10 [Wojciech Nowacki]

8 czerwca 2018


RIVAL CONSOLES Persona, [2018] Erased Tapes || Od siłowni po euforyczny wkurw. "Odyssey" było utworem wyśmienicie pokrywającym potrzeby zarówno czysto fizyczne, jak i emocjonalne, eskalującym, zaczepnym, ale i zwięzłym zarazem. Rival Consoles, będąc dotąd czarnym koniem wytwórni Erased Tapes, kojarzonej przede wszystkim z designerską niemal neoklasyką, choć był pierwszym kontraktowym artystą labelu, dopiero gdzieś na wysokości epek "Odyssey" i "Sonne" zaczął zdobywać sobie zasłużone miejsce wśród topowych producentów elektroniki.

"Howl" rozwinęło tą samą formułę do postaci niezmiernie satysfakcjonującego albumu. Równie zwięzły, zadziorny i emocjonujący, na przestrzeni dziewięciu ledwie utworów zręcznie oscylował między ambientowymi płaszczyznami a podbiciem efektowną rytmiką, tworząc precyzyjnie skupioną całość pełną czasem dramatycznych niemal zwrotów i intensywności stopniowanej bez zbytecznej szarlatanerii. Kontynuacją tego podejścia było "Night Melody", oficjalnie minialbum a zatem forma jeszcze bardziej zwięzła, tu już jednak brzmienie Rival Consoles zdawało się być dość ujednolicone. Szczególnie rozwiązania melodyczne nadal intrygowały, ale kompozycje cieszące się pomysłową autonomicznością na "Howl" tutaj płynnie zlewały się w jedną i bardziej kojącą niż niepokojącą tym razem całość.


Ryan Lee West jest atrakcyjnym mężczyzną, co w świecie elektronicznych geeków nie musi być regułą, lecz nie jest to głównym powodem dla którego warto być na koncertach Rival Consoles pod samą sceną. Jego występy cieszą się zasłużoną renomą, wykraczającą już poza krąg istniejących fanów, z powodu samej natury kompozycji Rival Consoles. Inkorporują bowiem żywe instrumenty, zwłaszcza w warstwie rytmicznej, w bardzo naturalny i niemal niezauważalny sposób, bez zbytecznego dysonansu poznawczego.

"Persona" jednak poznaniu się wymyka. Precyzję i skupienie zastąpiło rozkojarzenie. Wydaje się, że West wziął na swoje barki zbyt wielki ciężar, w malignie więc przeskakuje między pomysłami żadnego w zasłużony sposób nie rozwijając. Albumowi nie pomaga też jego długość, dwanaście rozlewających się na przestrzeni niemalże godziny utworów jest nieudaną antytezą "Howl", ale udaną muzyką tła. Tylko że ambicje były większe. "Personie" brakuje zróżnicowania, płyta jest przyjemnie, ale jednak jednorodna. Może i jest tu więcej niż dotąd ambientowych fragmentów, ale przy albumie tej długości powinny być równoważone elementami bardziej tanecznymi. Tych znajdziemy tutaj sporo, a jakże, ale ich obecność sugeruje więcej niż nadchodzi. Jedynie "Hunter" w jakiś sposób operuje eskalacją i przestrzenią, reszcie kompozycji brakuje skupienia i struktury. Czasem jest odświeżająco minimalnie ("Be Kind"), czasem nerwowo technicznie ("Persona"), ale żaden z plejady motywów nie przynosi spełnienia a kompozycje w większości prowadzą donikąd. "Unfolding" jest jednym z najlepszych, a i najbardziej reprezentatywnych dla "Persony" utworów. Terkoczący rytm, zapętlone sekwencje i stopniowy taneczny bit tworzą obiecujący początek, ale w ciągu sześciu niemal minut traci skupienie i zwraca się w stronę ładnej banalności w stylu Jona Hopkinsa, kolejnego zresztą artysty z problematyczną tegoroczną płytą.

Metoda jest w gruncie rzeczy dość prosta. Odrobina żywych instrumentów podbitych rytmiką oplecioną syntetycznym i dość przyciężkim brzmieniem. "Persona" nie jest ani senna, ani euforyczna, nie utrzymuje uwagi ani przy pobieżnym, ani przy uważnym przesłuchaniu. Elektronika Rival Consoles zawsze działa pozytywnie, jest świetnie wyprodukowana i chwali się ludzkim pierwiastkiem, pamiętać jednak trzeba, że ludzie bywają czasem po prostu nudni. 6.5/10 [Wojciech Nowacki]

27 kwietnia 2018


DNA muzyki udaje się na wakacje. Od czasu swych przenosin do Pragi w roku 2013 mam co prawda poczucie bycia na ciągłych, wymarzonych wakacjach, ale czas najwyższy zmienić otoczenie i w końcu udać się na cały miesiąc do Stanów Zjednoczonych. Najprawdopodobniej nie będę miał czasu na pisanie, choć kto wie, może pojawi się okazjonalna zaległa recenzja, może krótki reportaż z podróży, ale zanim wyruszę w drogę przyjrzyjmy się znów cóż to wydarzyło się w ostatnich miesiącach w czecho-słowackiej alternatywie.

Mara Jade wydają się w pełni celebrować swój status zespołu niemal zupełnie instrumentalnego. Wydany w grudniu album "Na zlomený srdce vedeš" wyróżnia nie tylko świetna stylowa okładka, ale i całkiem czytelnie swobodna atmosfera. Inspiracje są jasne, efekt zbliżony lekko do esyzlesy, lecz o ile tamta grupa pozwala sobie na niespieszne wybrzmienie kompozycji, to Mara Jade przechodzą od pomysłu do pomysłu tworząc zwięzłą, ale złożoną i intensywną całość.



Zespół Ghost Of You ze wsparciem labelu Indies Scope dość usilnie promowany jest na jeden z naczelnych czeskich towarów eksportowych. Niestety, oficjalną drogą wspieraną przez niedawno powstałe czeskie biuro eksportu muzyki jest turystyka showcase'owa, czyli wysyłanie muzyków na dość hermetyczne festiwale. Tymczasem Ghost Of You należy się uwaga choćby za odwagę, na nowym albumie "Black Yoga" eksperymentalnie wykracza bowiem poza bezpieczne ramy indie-rocka.


Wraz z Kieslowski i częściowo debiutem Never Sol zespół Ille stał na czele żeńskiego frontu tzw. nowego miejskiego folku, zjawiska specyficznie czeskiego, by nie powiedzieć praskiego. "Holka ve tvý skříni", czyli prawie tytułowy utwór z ich debiutanckiej płyty, pozostaje do dziś szalenie przebojowym, ale dopiero teraz zespół zyskał prawdziwie autorski głos i na albumie "Pohádky" wykorzystuje go w piosenkach z niewątpliwym radiowym urokiem, ale zarazem minimalistycznych i okazjonalnie rytmicznie zadziornych.


Trudo uwierzyć, że od poprzedniego albumu Autumnist upłynęło niemal pięć lat. Zaskoczeń jednak nie będzie, może i szkoda, ale mówimy o niszy tak stylowej, że kolejne kompozycje utrzymane w stylu płyty "Sound Of Unrest" możemy konsumować na pęczki. "False Beacon" swój ledwie skrywany niepokój również niesie już w tytule a miks gustownej elektroniki z dęciakami w połączeniu z różnorodnymi, lecz spójnymi wokalami nie byłby tak efektownie hipnotyczny, gdyby nie umiejętnie stopniowane napięcie.



Jeśli ktoś jest w stanie jednocześnie wykorzystywać dwa silne i powiązane ze sobą trendy w eksperymentalnej elektronice - możliwości oferowane przez Bandcampa oraz kasetowy renesans to jest to Izanasz. Ledwie co wspominaliśmy o wydanym przed Genot Centre "Spectral Cascades" a już musimy sięgnąć po CD-R "Karmanlinjen" z rumuńskiego labelu Sea Of Clouds, wydaną pod nowym szyldem kasetę Herbal Detonators z labelu ACR oraz split z szefem tegoż labelu skrywającym się pod pseudonimem Mt Accord, który to pod bardzo stosownym tytułem "No Rush" wydał kolejny i równie stosownie nazwany belgijski label Audio Visuals Atmosphere. Aktywności zatem rozdygotane, ale dźwięki nadzwyczaj plastycznie kojące.



Do tradycji czeskich soundtracków łączących dźwięki gitary z subtelną i malowniczą elektroniką poniekąd nawiązuje dné, który nie tylko w kraju odniósł już wielki sukces swoim albumem "These Semi Feelings, They Are Everywhere". Wybornie sobie w Czechach radzące HBO przygotowało dokument "Nic jako dřív" o nastolatkach dorastających w przygranicznym miasteczku. Kruchą, cichą i naturalnie melancholijną ścieżkę dźwiękową "Nothing Like Before" zarejestrował w domu i wydał na pięknym marmurowo-niebieskim winylu.



Poczynaniom Dalibora Kociana przyglądamy się już od czasów, gdy jako Stroon wydał swoją pierwszą epkę "Ruine Noire". Po szeregu cyfrowych tytułów wydanych samodzielnie lub w ramach labelu Exitab nastał moment przełomowy, płyta "Vice Laboratory" ukazuje się bowiem wreszcie na winylu nakładem połączonych sił labeli Starcastic i Deadred. Charakterystyczne brzmienie Stroona kontrastowane jest tym razem z okazjonalnie rozszalałą rytmiką, nadal jednak miękczoną przestrzennymi dźwiękami wibrafonu.



[Wojciech Nowacki]

25 kwietnia 2018


PREOCCUPATIONS New Material, [2018] Jagjaguwar || Po płycie "Preoccupations" można było przeczuwać, że wyzwalając się z własnej skomplikowanej historii Kanadyjczycy śmielej i ponadpokoleniowo nawiążą od post-punkowych korzeni do współczesnego indie-rocka. "New Material" przy pierwszym zetknięciu się z tym albumem wyraźnie jednak sugeruje radykalny, minimalistyczny odwrót od poszerzania czy zmiękczania własnego brzmienia. Okazuje się ale, że nie jest to monumentalnie surowy betonowy blok, wręcz przeciwnie, ta zwięzła płyta jest pod wieloma względami ich najbardziej popową. Zamiast sięgając po dzisiejszą gitarową alternatywę Preoccupations wykorzystali swoje minimalistyczne podejście do dokopania się do już istniejącej w ramach post-punka popowej esencji.


"Espionage" na początek faktycznie naciera surowym syntezatorowym chłodem i typowym basowym klangorem, ale refren z prostym, lecz efektownym zaśpiewem w dwugłosie przywołuje turpistyczną melancholię popu ciemniejszej połowy lat osiemdziesiątych. Rozbiegane otwarcie wpada w zrazu niemal medytacyjne "Decompose", którego istotą jest zadziornie zapętlona rytmika. Słowa This is where we decompose / Through rivers of radiation jeszcze nigdy nie brzmiały tak ekstatycznie. Singlowe "Disarray" i "Antidote" akurat niespecjalnie odsłaniają siły albumu, ukazując niewiele ponad popowe refreny, surowość i perkusyjne pętle. Płyty Preoccupations nigdy nie wykraczały poza zwięzłą liczbę siedmiu, ośmiu kompozycji, tym razem ale rezygnują z utworu kilkunastominutowego i prób powtórzenia "Death" i "Memory". Zostajemy więc z kilkoma tylko czterominutowymi piosenkami, stopniowo, lecz wyraźnie odkrywającymi swoje charaktery. "Manipulation" zastępuje dotychczasowy noise medytacyjnością i oczyszczającym syntezatorowym dronem. "Doubt" jest rzeczą wyjątkowo powolną, ale też niemal gotycką w wyrazie, "Compliance" jest naprawdę satysfakcjonującym instrumentalnym zakończeniem, prawdziwe zaś zaskakuje "Solace", równie apokaliptyczne co "Decompose", ale z żywą linią basu, tnącymi gitarami i retro posmakiem, który zbliża Preoccupations prawie do klasyków chillwave'u i Ariela Pinka zarazem.

Album ten jest jednocześnie surowy i przystępny, jednolity i całkiem różnorodny, choć przy pierwszym się z nim zetknięciu może wydawać się lekkim krokiem wstecz na bezpieczne i utarte pozycje. "New Material" jest płytą w istocie dość eksperymentalną, zwłaszcza jeśli uświadomimy sobie, że opiera się głównie na perkusyjnych i syntezatorowych loopach, bynajmniej nie na gitarach. Lekkości Shame tu nie znajdziemy, ale Preoccupations udało się raz jeszcze doszlifować post-punkową stylistykę do satysfakcjonujących efektów. Pytanie tylko kiedy to zapamiętałe szlifowanie zacznie sypać nam opiłkami w oczy. 8/10 [Wojciech Nowacki]