23 maja 2020


The 1975 to nic więcej niż zręczne pogranicze indie-pop-rocka, ale na poprzednim albumie udało im się przekonać i krytykę, i publikę, o wielkości, ba, pokoleniowości nawet tamtego materiału. Bez przesady, kluczem do sukcesu okazało się zebranie wszystkiego nośnego we współczesnej muzyce w jedną, przyswajalną całość. "Notes On A Conditional Form" to próba powtórzenia dokładnie tego samego, z ambicjami rozciągającymi się na 22 utwory i 80 minut muzyki, które dlatego też nie pozwalają na nawiązanie z nią żadnej więzi. Wrażenie (i zaangażowanie) podobne do słuchania przypadkowego radia podczas podróży samochodem.


Pamiętacie jeszcze o Badly Drawn Boy? Jego włochata twarz była swego czasu niemal symbolem brzmienia wczesnych lat zerowych, plastycznego, akustycznego, swojsko-chwytliwego. "Banana Skin Shoes" nie jest bynajmniej powrotem specjalnie wyczekiwanym, ale odrobina słoneczniejszej muzyki dziś z pewnością nie zaszkodzi. Nawet jeśli ogólne wrażenia są równie letnie, co u opisanych powyżej, to przynajmniej pozostaje poczucie bezpretensjonalnej nostalgii.


O albumie "POST-" nie było niestety okazji tu napisać, nie tak dawno temu był to naprawdę fajny kawałek amerykańskiego punka, zwłaszcza w podaniu tak sympatycznej, ale i mądrze refleksyjnej osobowości jak Jeff Rosenstock. O ile tamta płyta może uchodzić za całkiem złożoną, oczywiście w gatunkowych ramach, o tyle "NO DREAM" jest… intensywny, już od pierwszej, niemającej nawet minuty piosenki. Jest więc szybko, krótko, gęsto od niemal pop-punkowo skandowanych wokali, ale też i od pierwotnej energii, która powinna zaspokoić choćby tęskniących za Japandroids.


[Wojciech Nowacki]

15 maja 2020


Perfume Genius prezentuje się na okładce "Set My Heart On Fire Immediately" w kruchym, lecz dumnym, monochromatycznym półnegliżu, na płycie jednak przystraja się w kolejne gatunkowe kostiumy: pop-rock, queer-indie, noir dansing, klasyczne pieśniopisarstwo, narracyjność musicalu. Wszystko to jednak okazuje się tylko pretekstem do zamyślonego, introwertycznego śpiewu, który jest emocjonalnym centrum albumu, ale pozostaje w zbytnim odłączeniu od muzyki by stworzyć bardziej pamiętną całość.


Dwa ostatnie albumy Amona Tobina, choć przypomniały nam jego, znany już przecież, dźwiękowy design, okazały się być niespecjalnie potrzebnymi. Rewitalizacji jego drugiego projektu Two Fingers towarzyszyły celowo kontrastujące z powyższymi deklaracje o jego bynajmniej nie utraconej "twardości". Faktycznie, "Fight! Fight! Fight!" bliżej ma do pozbawionego humoru Modeselektor, ale buńczucznie nażelowaną męskość dzieli raczej z mundialową estetyką i wypalanymi na CD-Rach latami dziewięćdziesiątymi.


Pozostając przypadkiem w temacie nagiej męskości. Moses Sumney na albumie "græ" uosabia całą drogę, jaką organiczne r'n'b przeszło światem, w którym wydarzył się James Blake, Sufjan Stevens i post-rock, od czasów, gdy jego twarzą, w innych produkcyjnych warunkach był Seal. Płycie pewnie nie zaszkodziłoby lekkie skrócenie, ale jej pełne, bogate brzmienie i gustownie bezpretensjonalny rozmach nie pozostawiają miejsca na przesyt. Kolejna z tegorocznych niespodzianek.


[Wojciech Nowacki]

10 maja 2020


I Break Horses wydaje się być projektem dla alternatywnych koneserów, istniejącym w świadomości dość wąskich kręgów, lecz (być może właśnie dlatego) reakcje krytyki na nowy album są całkiem entuzjastyczne. Nic dziwnego, na następcę "Chiaroscuro" czekać musieliśmy aż siedem lat, groźba osunięcia się w zapomnienie była zatem całkiem realna. Upraszczając, powiedzieć można, że "Warnings" to rzecz przede wszystkim dla stęsknionych za Beach House, ale z odważniejszym manipulowaniem dynamiką i flirtowaniem z elektronicznym synth-popem.


Czyszczenia szuflad ciąg dalszy. Dema, rarytasy, pełno koncertówek, każdego tygodnia najróżniejsi wykonawcy rozpieszczają nas pandemicznymi prezentami, czasem nawet i za darmo, czasem na jakiś szczytny cel, czasem ot tak, po prostu. Zola Jesus wydała dość tradycyjny album koncertowy "Live At Roadburn 2018", który choć może nie oddaje w pełni jej szalonej, żywej energii, ale w ramach zgrabnej i spójnej całości przypomina o całkiem sporej ilości popowych piosenek w jej repertuarze. A przy okazji pozwala sprawdzić, jak radzi sobie w specyficznie festiwalowych warunkach.


Komu Mark Lanegan kojarzy się z noirowym, rockowym bardem, zasadniczo nie jest w błędzie, ale komu nie straszny skok w jego onieśmielająco obszerną dyskografię, temu "Straight Songs Of Sorrow" przynieść może przyjemne zaskoczenie. Lanegan swobodnie żongluje stylistykami, gra ze strukturą piosenek, wokalnie mieszcząc się gdzieś pomiędzy Iggym Popem a Leonardem Cohenem. Niemal coroczne wydawanie kolejnych płyt odsłania jednak w pewnym momencie lekką szkicowość materiału, zwłaszcza w połączeniu ze wspieraniem się perkusyjnym automatem.


Niespodziewanie udany debiut! Hayley Williams pozornie wyłoniła się znikąd, ale jej debiutancki album "Petals For Armor" zaskakuje dojrzałą i złożoną wizją, absolutnie niepozbawioną zapraszającej lekkości. Słychać tu zarówno współczesne, kobiece indie spod znaku Warpaint czy Sharon Van Etten, jak i radiowy pop-rock lat dziewięćdziesiątych w stylu Suzanne Vegi i Sheryl Crow, a do tego jeszcze migotliwe lata osiemdziesiąte gdzieś spomiędzy młodej Madonny i Whitney Houston. Ale, ale, Hayley debiutantką nie jest, mówimy bowiem o wokalistce średnio się kojarzącego pop-rockowego zespołu Paramore. Co tylko częściowo wyjaśnia artystyczny sukces tejże płyty.


[Wojciech Nowacki]

5 maja 2020


BON IVER i,i, [2019] Jagjaguwar || Jest lepiej, całkiem nieźle nawet. Czwarta płyta Bon Iver potrafi momentami zaintrygować, nawet jeśli tu i ówdzie zirytuje, to dość umiejętnie przebije to całkiem sympatyczną kolekcją efektownych zabiegów produkcyjnych. Słabością Justina Vernona nadal jest zbyt silna wiara, po pierwsze, we własne możliwości wokalne, po drugie zaś, w swój zmysł eksperymentatorski. Po raz kolejny mankamenty te stara się kamuflować może i zbytną kolażowością materiału, tym razem jednak z bardziej słuchalnym i rozluźnionym efektem niż na "22, A Million".

Materiał zresztą wyłania się niczym ze studyjnego szkicownika, pełnego szmerów i pogłosów, co przewija się przez całą płytę, zaskakująco zbliżając ją do dźwiękowej islandzkości. Mamy więc tu powrót do przyziemnie swojskiego, folkowego tchnienia, ale raczej w tym polodowcowo rustykalnym wykonaniu niż pochodzącym z drewnianej chaty gdzieś w Wisconsin. Więcej jest tu zatem całkiem przyjemnego ciepła, którego zdecydowanie brakowało na kanciastym poprzedniku. Do tego na powierzchnię wypływa tu pełno drobnostek, dęciaki, abstrakcyjna elektronika, folkowy post-rock, minimalizm Devendry Banharta, twinpeaksowe syntezatory, ba, nawet echa trip-hopu zmieszane z post-bluesową plemiennością King Crimson. Vernon nadal jednak bardzo chciałby być Jamesem Blake'iem i cóż, konsekwentnie mu to nie wychodzi, zwłaszcza jeśli wspomagać się musi wokalnymi modyfikacjami.


Podobnie z dźwiękowymi eksperymentami, nawet najlepsze z nich nie są doprowadzane do końca, niemal natychmiast porzucane są na rzecz kolejnych i kolejnych, składając się w efekcie na mgliście niezapamiętywalną całość. I tak oto dochodzimy do zasadniczej konkluzji, błahostki wybaczyć bowiem ewentualnie można, ale pod warunkiem, że towarzyszą one dobrym kompozycjom. Z wyjątkiem może "Hey, Ma", jedynego kompletnego i śpiewnego utworu, Bon Iver brakuje kompozycyjnego skupienia wystarczającego do napisania pamiętnej piosenki, co w połączeniu z ograniczoną i oklepaną melodyką przypomina nam tylko, jak przewartościowanym jest ten projekt.

Wiele miesięcy po premierze wiemy już, że "i,i" jest albumem, który zgodnie z przewidywaniami po prostu przeminął. Bon Iver zaś zostanie zapamiętany jako wykonawca, który przynajmniej się starał, ale po czterech płytach wydaje się, że nie będzie już potrzeby by sięgać po kolejną. 6/10 [Wojciech Nowacki]

3 maja 2020


"HiRUDiN" cechuje na swój sposób pełniejsze brzmienie niż na, z perspektywy czasu, surowszym poprzedniku. Austra wydaje się być tutaj bardziej popową, bardziej otwartą na międzygatunkowe flirty, chętniej też sięga po żywe instrumentarium. I choć obie płyty nie dorastają towarzyszącym im oczekiwaniom, to jednak "Future Politcs" przyniosło przynajmniej kilka zjawiskowych kompozycji, nowy zaś album jest raczej ostatecznie szkicową i nieszczególnie pamiętną całością.


Na "I Grow Tired But Dare Not Fall Asleep" sama atmosfera jest tymczasem tym, co szczególnie fascynuje. Ghostpoet w ponadczasowy sposób sięga po trip-hop w najlepszych tradycjach Massive Attack lat dziewięćdziesiątych, spowity jazzującym dymem i niemal rockową swobodą. Egzystencjalne lęki zostały podane tu w tak sennie kojący sposób, że album ten może okazać się znakiem czasów i jednym z najmocniejszych tytułów tego roku.


Czasy te stają się też dla wielu wykonawców okazją do czyszczenia szuflad i oferowania małych prezentów swoim fanom, tak oto Editors upublicznili dwie części kolekcji swoich rozlicznych b-side'ów, dem i bonusowych utworów. Dla tego zespołu zawsze były one okazją do odważniejszego eksperymentowania, do którego potencjał tonowany jest niestety na ostatnich studyjnych albumach, "You Are Fading, Vol. 3 / Vol. 4" powinny być zatem równorzędną częścią ich dziedzictwa. 


Na temat seriali mam równie wiele do powiedzenia, co na temat muzyki, ale jako że jest to blog muzyczny powiem tylko, że "Devs" to najbardziej zjawiskowe i filozoficznie poruszające science-fiction ostatnich lat. Sporą częścią obezwładniającej siły miniserialu Alexa Garlanda jest muzyka, medytacyjnie wędrująca po falach dalekowschodniego namysłu, narracyjnego napięcia, chrześcijańskiej sakralności, technologicznej grozy i jazzowej paranoi. Majstersztyk za którym stoją Ben Salisbury, The Insects oraz znany z Beak> i Porstishead Geoff Barrow.


[Wojciech Nowacki]