31 maja 2019


Nowość to bardzo eteryczna i łatwa do przeoczenia, ale nowy album Eluvium już od jakiegoś czasu zapowiadał się jako cichy bohater. Wydawać by się mogło, że kolejna porcja zaaranżowanej wyłącznie na pianino (neo)klasycznej muzyki nie ma większych szans w natłoku bardziej rozpoznawalnych konkurentów. Matthew Cooper zawsze łączył klasyczne elementy z łatwym, nieinwazyjnym ambientem i nienachalną piosenkowością, niezależnie jednak od rozłożenia tychże akcentów jego muzyka pozostawała dość jednowymiarowa. Redukując się na "Pianoworks" paradoksalnie zyskuje na wyrazistości, kompozycje są w oczywisty sposób kruche, nie chodzi tu ani o wirtuozerię, ani o manipulowanie nastrojami, brzmią zaś zaskakująco klasycznie i piosenkowo zarazem. Płycie towarzyszy nawet bardzo kuszący zapis nutowy i choć Eluvium wyróżniałby się nawet wśród adeptów Erased Tapes to cieszy fakt pochodzenia tej muzyki z Portland raczej niż z Europy.


Karolina Rec zręcznie przeplatała się ze swoją wiolonczelą przez obrzeża polskiej alternatywy (choćby Cieślak i Księżniczki), teraz jednak jako Resina jest jedną z najciekawszych polskich karier za granicą i z pewnością jedną z najbardziej wartych kibicowania. Jej świetny debiutancki album ukazał się nakładem 130701, okołoklasycznego sublabelu FatCat Records, i do dziś żałuję, że z racji niezbyt intensywnego śledzenia polskiej sceny nie miałem wtedy okazji o nim napisać. Płyta "Traces" nadal jest stosunkowo świeża, ale najnowszą okazją do zapoznania się z Resiną jest epka "Traces - Remixes". Zawartość jej jest oczywista, szczególnie atrakcyjnie wypadają na niej takie imiona jak Lotic i sam Ben Frost, do tego jeszcze znalazł się tu całkiem emocjonujący nowy utwór "Trigger". Rzecz niewielka, ale obowiązkowa.


Nie ukrywałam nigdy, że specjalnym fanem Sufjana Stevensa nie jestem ("Carrie & Lowell", ugh), ale jego najnowszy, podwójny singiel "Love Yourself / With My Whole Heart" jest, po pierwsze, rzeczą całkiem sympatyczną, po drugie zaś, powraca do elektronicznej strony jego twórczości, czyli tej którą od czasu "The Age Of Adz" akurat lubię. "Love Yourself" powstało w 1996 roku, oryginalne demo i krótką repryzę znajdujemy też w wersji cyfrowej, "With My Whole Heart" jest zaś całkowicie nową kompozycją. Singiel ukazał się z okazji tegorocznego Pride Month (jak zwykle maj), wkrótce wydany zostanie na siedmiocalowym winylu, ale część dochodów przekazana zostanie na rzecz LGBT i bezdomnej młodzieży w Stanach.


[Wojciech Nowacki]

29 maja 2019


NILS FRAHM Encores 2, [2019] Erased Tapes || "All Melody" nie było najlepszym dokonaniem Frahma, będąc zbyt długim i zbyt szkicowym jednocześnie. Wbrew nazwie album ten nie dostarczył również wielu pamiętnych melodii, uwagę najbardziej przykuwały niekoniecznie udane aranżacyjne zabiegi, na czele z wątpliwie wpasowanym w całość chórem. Za płytą tą stała koncepcyjna radość Frahma z organizacji swego imponującego berlińskiego studia, można zatem było się spodziewać większej ilości materiału, zwłaszcza, że nieobce są Frahmowi mniejsze i swobodniejsze z natury formy. Epki "Encores" z miejsca więc zapowiadały się bardziej obiecująco niż długogrająca płyta którą mają dopełniać.


Już od pierwszych dźwięków "Encores 1" jasne było, że Nils Frahm najlepiej sprawdza się w postaci zwięzłej i minimalistycznej, ale przez to znacznie swobodniejszej niż wydumane koncepty. Na epce tej pełno było szmerów, stukotów, pogłosów tła, unoszących się w przestrzeni niby opiłki z ołówka. Piękne, głębokie brzmienie pozwalało wreszcie skupić się na grze na pianinie, nadal niepopisującej się melodyką, ale znacznie bardziej niż na albumie organicznej, uwolnionej i rozsmakowanej w sobie samej, bez zbytecznych dodatków. Nawet jeśli dźwięki te wydawały się przypadkowe, spontaniczne, to w ramach niedługiej epki zdobywały sobie zasłużoną uwagę.

Na "Encores 2" Frahm jeszcze bardziej i niemal dosłownie oddala się od "All Melody". Jeśli "Encores 1" brzmiało jakbyśmy nadal znajdowali się w tym samym studiu, po godzinach, w ciepłej i intymnej atmosferze, to ta epka przypomina bardziej radiowy sygnał nadawany z oddali, szmery przerodziły się w ciągły, lecz nieinwazyjny szum, pianino wydaje się bardziej rozedrgane, jakby stopniowo przykrywały je zakłócenia, stygnący dystans, utrata zasięgu. Jednocześnie dawne ciepło kryje się w melodyce, w "Sweet Little Lie" mechanicznie pozytywkowej, w "A Walking Embrace" bardziej finezyjnej, lecz pokrytej patyną zbyt wiele razy odtwarzanej pocztówki dźwiękowej. "Talisman" przynosi lekko już zrezygnowany, ambientowy puls, ale Frahm otrząsa się z niego w "Spells", ponad dwunastominutowej, rozmigotanej kompozycji, nadawanej już czysto i zdecydowanie z kosmosu. raczej niż z nagraniowego studia. Z naciskiem położonym na syntezatory i powolne narastanie lepiej odnalazłaby się na, nomen omen, "Spaces" niż na "All Melody". Na epkach "Encores" mamy niewątpliwą przyjemność obserwować Frahma w ruchu i jeśli seria ta będzie kontynuowana to będziemy mogli się przekonać czy jest to lot wznoszący czy raczej zatoczenie koła. Obie opcje wydaja się dziś jednakowo atrakcyjne. 8/10 [Wojciech Nowacki]

27 maja 2019


Flying Lotus jest marka tak atrakcyjną i powszechnie podziwianą, że wraz z każdą zapowiedzią kolejnego albumu można mieć nadzieję na coś prawdziwie nowego. W ostatecznym rozrachunku jednak zawsze mamy do czynienia z mniej więcej tym samym, przy czym owo zdolne do przechylenia szali "mniej więcej" najczęściej łatwo przeoczyć w typowym natłoku dźwięków. "Flamagra" jest więc znów całością czasem mdląco kalejdoskopową, niełatwą do uchwycenia i pędzącą od jednego do drugiego średnio dwuminutowego utworu. Nic bardziej zaskakującego niż udział Davida Lyncha się tu nie dzieje, album jest odrobinę bardziej klasycznie jazzujący niż morbidne "You're Dead!", ale z tamtą płytą łączy pod względem produkcji "Flamagrę" jeszcze jedna rzecz. Czy aby nie powinno to brzmieć lepiej?


Podobnego szczęścia do sławy wydaje się nie mieć Primal Scream. Jest to jedna z tych grup, których nazwa tkwi jakoś w świadomości, znać ją z jakiegoś powodu wypada, ale i przyczyny ku temu się jakoś wymykają, i pamięć jakoś zawodzi przy próbach przypomnienia sobie konkretnego albumu lub płyty. Zespół, który spokojnie mógłby mieć status europejskiego The Flaming Lips choćby, w naszym akurat kręgu niespecjalnie się zaczepił i to pomimo singla zatytułowanego "Kowalski". Okazją zatem do ogarnięcia tematu Primal Scream jest objętościowo imponująca i na szczęście chronologiczna kompilacja "Maximum Rock'n'Roll: The Singles", łatwo więc prześledzić w jaki sposób stali się oni w początku lat dziewięćdziesiątych prekursorami brzmienia kojarzonego raczej z drugą połową tamtej dekady, czyli mieszania klasycznego rocka z elektroniką i muzyką taneczną. Dodajmy do tego i elementy stones'owskiego rhytm'n'bluesa, i rave'u, i gospel, i staje się jasne dokąd sięgają korzenie choćby Gorillaz.


Polska rozpoznawalność Sebadoh to temat jeszcze bardziej efemeryczny niż w przypadku powyższych. Amerykański indie-rock z lat dziewięćdziesiątych nigdy nie miał u nas specjalnie wielkich szans, będąc nieco zbyt hermetycznym i zbyt prostym w porównaniu z wszystkim innym, co oferowała tamta dekada. Archeolodzy chcący dokopać się do źródeł dzisiejszego kształtu muzycznej sceny docenili Pavement, również Dinosaur Jr., więc i personalnie bliscy tym ostatnim Sebadoh mają wciąż szanse. Grupa powróciła już w 2013 roku poprzedzonym epką "Secret" albumem "Defend Yourself", jego następca ukazuje się niespiesznie dopiero teraz. "Act Surprised" nadal brzmi jak popołudnie spędzone w amerykańskim barze, z whiskey-sodą, kraftowym dziś piwem, plakatami punkowych kapel na ścianach i może jakimś BBQ, ale mimo zwyczajowej popowej piosenkowości materiał ten wydaje się nieco twardszy, z elementami wspomnianego punka i nawet metalu.


"Diviner" był jedną z najbardziej przeze mnie wyczekiwanych ostatnimi czasy premier. Wild Beasts to czołówka moich ulubionych zespołów, tym większa radość, że ich album "Boy King" okazał się całkiem zjawiskowym, ale tym większy smutek, że zarazem ostatnim. Karier solowych można było się spodziewać i choć niezmiernie mnie ciekawi co zdziała Tom Fleming, drugi spośród wokalistów grupy, to pierwszy zadebiutował Hayden Thorpe, czyli ten bardziej pewnie charakterystyczny. Wiodąca rola pianina jest na tej płycie ewidentna, ale powiedzieć, że to Wild Beasts w skromniejszych aranżacjach byłoby zbyt daleko idącym uproszczeniem. "Diviner" wydaje się bardziej organiczny niż często monumentalne brzmienie tamtego nieodżałowanego zespołu. Aranżacje wbrew pozorom nie są wcale aż tak skromne, niezmiernie za to gustowne, łącznie z subtelną elektroniką, smyczkami, neoklasycznym pianinem i zaskakującymi połączeniami (ejtisowa gitara plus jazzujący klimat w "Straight Lines"!). Do tego album ten jest pięknie wyprodukowany, pozostaje więc jeszcze na nim wiele do odkrywania.


[Wojciech Nowacki]

24 maja 2019


YO LA TENGO There's A Riot Going On, [2018] Matador || "Popular Songs", wbrew swojej nazwie, nie był może najpopularniejszym albumem Yo La Tengo, ale mam nadzieję, że stopniowo wyrośnie na klasyka, spośród ostatnich dokonań grupy wydaje się bowiem tym najatrakcyjniejszym. Pomijając oczywistą kwestię bardzo udanych kompozycji prawdziwie frapowała struktura tamtej płyty. Najpierw szereg stylistycznie różnorodnych indie-rockowych piosenek potem zaś ciąg utworów, długich, niemal instrumentalnych, eksperymentujących z noisem, psychodelią, post-rockiem. Tej strony Yo La Tengo zasadniczo brakowało na "Fade" i "Stuff Like That There", być może warto więc było poczekać, bo "There's A Riot Going On" wydaje się być w całości jej poświęcone.


Choć płyta rozpoczyna się pojawiającym się niemal znikąd swobodnym, motorycznym jamem "You Are Here", to paradoksalnie, pierwsza jej część jest dość zwodniczo piosenkowa. Parę klasycznych indie-popowych kompozycji, tchnących i latami sześćdziesiątymi, i lekko pustynną psychodelią, i akustyczną motoryką, w kontekście całości albumu wydaje się być niemal nie na miejscu, ale da się zauważyć, że wynikają one z bardziej twórczej atmosfery i wskazują mniej banalny kierunek reszty albumu. "She May, She Might" może być swobodną piosenką, ale enigmatycznie budującą, "For You Too" wyraźnie nabiera instrumentalnego rozpędu i tak oto w "Ashes", mimo nadal jeszcze piosenkowej formy, zaczynają się dziać naprawdę ciekawe rzeczy. Utwór ten bowiem bajecznie się wpisuje w tradycje zarówno avant-popu, jak i niemieckiej emotroniki, za pracą gitary spokojnie mogłaby stać Masha Qrella, Stereolab zaś za napędzaną automatem perkusyjnym atmosferą.

Duch Stereolab powraca zresztą wraz z bossanovą w paru późniejszych miejscach na płycie,  w krótkich, ale zdecydowanych i zabawowych fragmentach przełamujących okazjonalnie atrakcyjną senność albumu. "Dream Dream Away", nomen omen, inicjuje ją w niemal medytacyjny sposób i buduje ją na bazie ogniskowej, akustycznej motoryki i przestrzennie pustynnego klimatu. W "Shortwave" na nadal rozmarzony sposób przeskakujemy do całkowicie innej strefy klimatycznej, ten instrumentalny utwór najsilniej bowiem przypomina Sigur Rós z płyty "Valtari", pokazując jak udanie zadziałać może niepozorny ambient, jeśli tylko zamieszczony jest w kontekście większej całości. Wreszcie "Above The Sound" przynosi fantastycznie jazzowy klimat, z plemienną rytmiką, punktującym pianinem i przede wszystkim silnym, barwnym, wiodącym basem. To tylko najciekawsze z elementów przeplatających się ze sobą na "There's A Riot Going On". Mimo niełatwej wymowy i eksperymentującego charakteru album ten pokazuje, że dobra piosenka zrodzić się może praktycznie ze wszystkiego. Nawet niewątpliwie brzydka okładka ma pewien sens, przywodzi bowiem na myśl skupianie wzroku na moment przed osiągnięciem pełnej ostrości. W przypadku "There's A Riot Going On" określenie tej płyty muzyką do zasypiania nie mogłoby mieć bardziej pozytywnej wymowy. 8/10 [Wojciech Nowacki]

20 maja 2019


WYE OAK The Louder I Call, The Faster It Runs, [2018] Merge || Wg nalepki znajdującej się na okładce tejże płyty do czynienia mamy z "ożywczą kulminacją dekady stylistycznej ewolucji i eksperymentatorstwa". W też chyba cały problem. Nie ma wątpliwości co do tego, że Wye Oak dopracowali się własnego, charakterystycznego brzmienia z ogromnym potencjałem, ale do konkluzji doszli zbyt szybko. Ich muzyka stała się dość jednowymiarowa, wąska w swych zamierzeniach, zupełnie jakby duet zachłysnął się własną zręcznością i eksploatował swój warsztat, ale nie zauważył, że wiele jest jeszcze do zrobienia.


Przejście od indie-rocka do artowego synth-popu uchwycone zostało na "Shriek" i skupiło instrumentarium Wye Oak do gitar i syntezatorów, na "The Louder I Call, The Faster It Runs" nadal obecnych. Przeważają te drugie, nawet w utworze tytułowym, stosunkowo łatwo przyswajalnym, tworzą mechaniczne, niemal krautowe tło. Pierwszoplanowej roli doczekują się w "Symmetry", zdecydowanie mocniejszej kompozycji, przypominającej te twardsze i bardziej ponure zarazem utwory Goldfrapp. Gitara natomiast dość często się chowa, "The Instrument" całkiem intrygująco składa się z pozornie nieprzystających do siebie warstw i jedną z nich są właśnie niepozorne gitarowe frazy. Z każdym momentem w którym dźwięki gitary zdobywają sobie więcej miejsca robi się bardziej przestrzennie, naturalnie i piosenkowo, podciągnąć pod to możemy i gitarę basową w ciekawie śpiewnym "It Was Not Natural". Najczęściej jednak wszystko to ginie we frapująco brudnym produkcyjnym sosie, wszystkie niemal utwory mają jakiś mniej lub bardziej dominujący "zepsuty" element, jakiś zgrzyt czy chropowatość. Do tego cały album sprawia wrażenie silnie skompresowanego, jakby zbyt dużo zbyt podobnych do siebie dźwięków starano się upakować do całości będącej w istocie znacznie krótszą niż się wydaje. W efekcie już w połowie płyta ta zaczyna zaskakująco nużyć.

Dotyczy to i wokalu, Jenn Wasner ma charakterystyczny głos, ale najczęściej używa tutaj w ten sam sposób, z tą opowieściową jakby manierą. Dla Drowned In Sound opowiedziała o każdym z zamieszczonych na płycie utworów i lektura tego przewodnika jest jednocześnie błędem i wyjaśnieniem stanu zastanego na "The Louder I Call, The Faster It Runs". Wyjaśnienia sensów piosenek są bardziej skomplikowane i intelektualnie spętlone niż same teksty, widać wyraźnie, że w głowie wokalistki dzieje się naprawdę wiele i sporo tam ciekawych sensów, ale pozostawione powinny być były bardziej intuicyjnemu uchwyceniu. Tym właśnie jest ten album, przesyconym manifestem, który potrzebuje więcej czasu, więcej przestrzeni i więcej namysłu. 6/10 [Wojciech Nowacki]

17 maja 2019


Pierwsze sekundy nowego wydawnictwa Interpol są tak zgrzytliwe, że całkiem poważnie myślałem, że albo popsuły się moje ulubione słuchawki, albo z powodu jakiejś awarii Spotify strumieniować zaczął popsute bity. Ale nie, muzyka ta naprawdę jest w przeważającej części swych siedemnastu minut poważnie nieprzyjemna. Nie mam nic przeciwko problemom Interpol z radzeniem sobie z dziedzictwem ich debiutu i nowojorskiej legendy. Z jednej strony mają pecha i są zapewne traktowani zbyt surowo, z drugiej zaś już na zawsze będą dobrym przykładem pewnego typu kariery. Przeciętne piosenki to jedno, czemu nie, zawsze mają szanse się komuś spodobać, ale na ostatnich albumach trapi Interpol zła produkcja, płaska, nieprzyjemna i skompresowana, oraz wokal Paula Banksa, coraz bardziej żabi, wysiłkowy i drażniący. "A Fine Mess" jest kulminacją obu tych niedobrych tendencji i najlepszym elementem tej epki jest jej format, praktyczny, sensowny i w pełni zasługujący na równorzędne traktowanie z albumami.


Od Rammstein oczekujemy przede wszystkim dobrej zabawy. Jasne, parę efektownych kontrowersji, trochę buchających płomieni, ale rzecz sprowadza się do dziwnie kojącej teutońskiej monumentalności i w istocie obłędnie popowych piosenek, które bezpiecznie puścić możecie swojej mamie (serio, to jeden z ulubionych zespołów mojej szanownej rodzicielki). Do tego odrobina stylistycznego puszczania oka i przepis na udaną płytę gotowy. "Liebe Ist Für Alle Da" przed laty te warunki nie do końca spełniło, czas mijał, nowa płyta nie była bynajmniej przeze mnie wyczekiwaną, ale ciekawość pozostała. Siódmy album okazał się być dokładnie tym, czego po Rammstein powinniśmy byli się spodziewać. Żadna rewolucja, żadne dramatyczne nowości, pięć gwiazdek od Teraz Rocka wjedzie pewnie jak w gorące masło, może brakuje jakiegoś chwilowego przełamania monolitycznej atmosfery, ale dostajemy kolekcję dobrych piosenek z potencjałem do świetnych wykonań koncertowych i kolejnych, hmm, charakterystycznych teledysków.


Skoro mowa o stałości to jak zawsze liczyć można na Com Truise. Choć przyznać trzeba, że "Persuasion System" jest w jego katalogu całością stosunkowo najbardziej eteryczną. Tym razem faktycznie czuć niemal jakiś narracyjny zamysł za syntetycznymi eskapadami, więcej tu ambientowych plam niż typowych, tłustych, ejtisowych bitów. Być może łatwiej niż dotąd stracić uwagę, ale jak zawsze jest to rzecz niezmiernie stylowa. Jeśli do tej pory elektronika Com Truise była określana jako w duchu bladerunnerowa, to tym razem bliżej ma do znakomitego sequela tego filmu.


Do The National, owszem, byłem uprzedzony. Na "Sleep Well Beast" pękać zaczęła fasada zespołu mocno przecenianego, markującego tylko jakieś eksperymentatorstwo i pełno własnych ograniczeń. I szczerze mówiąc, zapowiedzi następcy pojawiły się zbyt szybko, miałem wrażenie, że dopiero co przeminęły zachwyty, że, oh, jak pięknie i artystycznie wydana została poprzednia płyta. Nowe single też nie zachęcały, brzmiąc jakby schodziły z taśmociągu typowych i takich samych kompozycji The National, takie same progresje melodii, taki sam wokal, takie same tempa, takie samo wykorzystanie klasycznego instrumentarium. A do tego "I Am Easy To Find" zapowiedziany został jako album trwający ponad godzinę i liczący szesnaście utworów. Oho, ktoś tu ma znów ambicje wydania ważnej płyty. Niespodzianek nie ma, nawet skrócenie tego materiału niewiele by pomogło, choć ciekawiej robi się w drugiej połowie płyty, gdy więcej przestrzeni zdobywa sobie warstwa instrumentalna.  Najmocniej ciąży wokal Matta Berningera, maskowanie gościnnymi wokalistkami nie pomaga. Nie chodzi nawet o nużącą już w większych ilościach barwę jego głosu, ale przede wszystkim o bardzo ograniczony sposób frazowania, który najsilniej wpływa na to, że nawet najefektowniej wyprodukowane ich piosenki brzmią w ostatecznym rozrachunku tak samo. Właśnie, produkcja, nie ma wątpliwości, że w niej tkwi siła grupy, ale potwierdza to tylko, że The National ma być tylko ładnym, nieinwazyjnym i bezpiecznym produktem. Czyli na swój sposób perfekcyjnie popowym.


[Wojciech Nowacki]

15 maja 2019


TWIN SHADOW Caer, [2018] Reprise || Jest coś niezmiernie satysfakcjonującego w czyimś przyznaniu się błędu, co tylko wzmacnia sympatyczne ukontentowanie albumem "Caer". Twin Shadow zbłądził płytą "Eclipse". Liznął sławy, uwierzył pochlebcom mówiącym o prince'owskim potencjale, przeszedł do wielkiego wydawcy i wydał materiał mający być stadionowo-przebojowym a będący w istocie rozczarowująco miałkim. Trudno zatem o bardziej radykalny zwrot niż "Little Woman", pierwszy singiel zapowiadający następcę nieudanej płyty z przesadzonymi ambicjami.

Praktycznie antyprzebojowy, pozbawiony piosenkowej struktury, za to z gustownie skromnymi orkiestracjami i niemal kinematograficznym rozmachem. Kompozycja ta brzmiała jak doskonałe wprowadzenie do większej, prawdziwie intrygującej całości, największą zaś ulgę przyniosło porzucenie hiperpopowych pretensji na rzecz czegoś ambitniejszego i dojmującego przede wszystkim atmosferą. Smyczki pojawiają się jeszcze tu i ówdzie na albumie, bardziej charakterystyczną jego cechą jest jednak dość oszczędna, czasem wręcz swobodnie szkicowa produkcja, również i dzięki niej "Caer" wydaje się więc być płytą szczerze bezpośrednią i całkiem spontaniczną.


Twin Shadow bynajmniej nie odchodzi od popowych melodii i pisania przebojów, tym razem jest to po prostu szczersze, bezpretensjonalne i pozbawione jakiegokolwiek ciśnienia. "Saturday" to rozpędzona piosenka w duchu lat osiemdziesiątych, z efektowną gitarą i radiowym refrenem, dokładnie taka, jakiej się po Twin Shadow spodziewamy, od tego stopnia, że nawet udział Haim, choć sympatyczny, nie wydaje się konieczny. Taneczny macho powraca dla odmiany w "When You're Wrong", pulsująco-kroczącym kawałku niesionym męskim bitem. Więcej jednak na "Caer" słonecznie popowych melodii, czasem niemal disney'owskich, ale bez patosu i przesadnych pretensji.

Słowa czasem niewarte są większego przywiązywania wagi, czasem jednak, zwłaszcza w najbardziej autobiograficznych fragmentach, są naprawdę ładne. Niektóre piosenki mają luźny, przerywnikowy charakter, inne wydawać się mogą chaotyczne, ale Twin Shadow poskładał je z na tyle małej ilości składników, że w tym swobodnym podejściu jest metoda. Szkoda, że cały album nie podążył śladem "Little Woman", ale zamiast tego otrzymaliśmy płytę różnorodną, uwolnioną, przypominającą czyszczenie szuflady z wszelkich pomysłów ograniczanych dawniej ideami sławy i popowego formatu. Nie jest to może dzieło najwybitniejsze, ale wielki skok jakości po "Eclipse" i spora obietnica na przyszłość. 7.5/10 [Wojciech Nowacki]

12 maja 2019


THE SEA AND CAKE Any Day, [2018] Thrill Jockey || Stay focused and listen śpiewa Sam Prekop swym koktajlowym głosem w tytułowym utworze na jedenastym albumie w dwudziestopięcioletniej już karierze The Sea And Cake. Kariera to zresztą lekko drugoplanowa, niespiesznie tocząca się w tle, nie tylko dlatego, że dla wszystkich członków grupy jest to tylko jeden z wielu projektów. Brzmienie The Sea And Cake jest natychmiast rozpoznawalne, choć niekoniecznie pożądane. Z każdą spośród ich płyt spędzimy mądre i kojące chwile, jeśli tylko faktycznie się skupimy i zdecydujemy się ich posłuchać zamiast rzeczy, które wydawać się mogą pilniejsze czy istotniejsze.

Tymczasem nie mówimy przecież o żadnej drugiej lidze, ale o samym personalnym centrum chicagowskiego post-rocka, od lat dziewięćdziesiątych jednego z najbardziej wpływowych nurtów gitarowej alternatywy. Żywotność brzmienia The Sea And Cake sprowadza się do udanego wciśnięcia tejże muzyki w format bezpretensjonalnej i beztroskiej piosenki. "Any Day" jest kolejną kolekcją takich właśnie piosenek, dynamicznych, okazjonalnie bardziej melancholijnych, ale zawsze niemal dokądś się spieszących. Tym razem brakuje zerkania w stronę elektroniki i syntezatorów, podstawa jest w duchu zdecydowanie (indie-)rockowa, niuanse ją przecinające są lekko zawoalowane, choć nadal czytelne. Jazzująca, lecz precyzyjna perkusja, post-rockowe, gitarowe frazowanie, w najlepszych momentach bliskie miejskiemu folku.



The Sea And Cake bardziej są jednak aranżerami i producentami niż kompozytorami i pieśniopisarzami. Ich kompozycje są bez wyjątku stylowe i najlepiej rozbrzmiewają wyodrębnione, zebranie ich w formę albumu uwypukla tylko ich tonalne podobieństwo. Siłą grupy jest kreacja atmosfery, niemożliwej do pomylenia z kimkolwiek innym, rozbiegana piosenkowość "Any Day" tymczasem nie pozwala jej na ogół w pełni wybrzmieć. Stąd urzekają te nieliczne momenty wyciszenia, lekkiego wycofania się zespołu, rozluźnienia pędzącej dynamiki. "Occurs" momentalnie nabiera większej głębi w idealną fuzję piosenki i post-rocka, przypominając nam niemal zaginioną dziś muzykę sprzed dwóch dekad.

Konflikt między intelektualną a emocjonalną odpowiedzią zawsze tkwił w centrum post-rocka i pochodnych. Nawet nazwa The Sea And Cake wydaje się go uchwycać, z jednej strony mamy bowiem coś nieskończenie niemal majestatycznego, z drugiej zaś coś dającego nam poczucie doraźnego, codziennego komfortu. Fascynujący temat pasjonuje dziś nielicznych i płyty w rodzaju "Any Day" tego najmniejszym stopniu nie zmienią. Chyba, że się skupimy i posłuchamy. 6/10 [Wojciech Nowacki]

10 maja 2019


Pierwszą z nowości do koniecznego posłuchania jest reedycja albumu wydanego w 2000 roku. Dzisiejsze wydawnictwa Biosphere, jak i niektóre spośród jego najbardziej klasycznych, często potrzebować mogą jakiejś intelektualnej podbudowy do zrozumienia o co chodzi w tym całym ambiencie. "Birmingham Frequencies" zarejestrowane wspólnie z Higher Intelligence Agency niemal natychmiast pokazuje, że chodzi po prostu o bynajmniej nie podprogową przyjemność. Brzmienie płyty jest ciepłe i organiczne, field-recording nadaje jej prowincjonalnej angielskości podobnej do "Foam Island" Darkstar, ale jakby mało tu było głębi to silnie odznaczają się tu i żywe instrumenty. Hipnotyczna i malownicza całość, która udowadnia wielowarstwowy i wciągający potencjał ambientu.


Nie mam pojęcia na jakich zasadach funkcjonuje kariera Woodkida, ale biorąc pod uwagę, że muzyka to tylko drobny ułamek jego działalności, spodziewać się należy, że zasad nie ma żadnych. I tak oto "The Golden Age" z 2013 roku pozostaje jedynym jego regularnym albumem, ale od tego czasu okazjonalnie pojawiają przeróżne drobnostki, single, kolaboracje i szczerze mówiąc, nie wiem czym dokładnie ma być podpisana jako Woodkid For Nicolas Ghesquière epka "Louis Vuitton Works One", ale rzecz to znakomita! Frenetyczny chór, rozdzierające orkiestracje, pełne rozmachu, lecz bez patosu, klasyczny francuski manieryzm i zdecydowane, choć niezmiernie stylowe elektroniczne manipulacje zupełnie by wystarczyły do pozostawienia silnego wrażenia. Tymczasem dostajemy tu jeszcze i zwyczajną, nową piosenkę z głosem Woodkida, gościnny udział Mosesa Sumneya oraz pomysłowe i piorunująco efektowne zastosowanie spoken-wordu w wykonaniu aktorki Jennifer Connelly. Damn, to naprawdę powinien być pełnowymiarowy album.


Z obozu Sigur Rós dobiega nas ostatnimi czasy sporo wiadomości najróżniejszej natury, a to nieskończone playlisty, a to obowiązkowe wznowienia, a to jakieś efemeryczne wydawnictwo, a to podatkowe przestępstwa, ale ten oto ruch Jónsi'ego już po pierwszym kontakcie okazał się naprawdę ekscytującym. Lider Sigur Rós nagrał album z Carlem Michaelem Von Hausswolff i jeśli ten duński kompozytor nie jest wam specjalnie znany to może przynajmniej jego nazwisko podpowie wam, że chodzi o tatę naszej ulubionej Anny Von Hausswolff. Płyta wydana pod szyldem Dark Morph zawiera dźwięki zarejestrowane na Fidżi i manipulowane następnie na statku badawczym "Dardanella". Jeśli zamiarem było pokazać, że natura może jednocześnie tchnąć spokojem i lekko przerażać to album ten sprawdza się znakomicie.


Trzeci album Bokki "Life On Planet B" po pierwszym i niebyt jednak pamiętnym przesłuchaniu nadal czeka w mojej recenzyjnej zamrażarce. Być może konkretniejszy powrót do tej płyty wreszcie wymusi właśnie wydana epka z remiksami "Satellites Of Planet B". Pięć utworów, niecałe dwadzieścia minut muzyki i być może fakt, że nadal nie jestem zaznajomiony z wersjami oryginalnymi działa tutaj na korzyść, bo przebojowy potencjał tychże piosenek jest tutaj całkiem oczywisty.


U Clinic irytuje mnie to, że był to zespół całkiem wpływowy, na początku wieku ich "Walking With Thee" można było spokojnie postawić niemal obok "Kid A" Radiohead, ale ich charakterystyczne brzmienie dziś zawłaszczone jest przez Suuns. Pierwowzór właśnie powrócił po ponad sześcioletniej przerwie z nowym albumem "Wheeltappers And Shunters" i przyznać trzeba, że żadnych zmian nie przynosi. To nadal w większości cyrkowe szaleństwo do którego klucza niemal nie ma się czasu odnaleźć, tym razem jednak silniej odznacza się charakterystyczna brytyjskość całości, od rustykalnej okładki po oczywiste echa psychodelicznej muzyki lat sześćdziesiątych.


Ależ oczywiście, że kompilacja "25Archive ukazała się w wersji dwu- i czteropłytowej. Bo, po pierwsze, spora koncentracja długich kompozycji, po drugie, na każdym z ich albumów było mniej lub więcej mielizn, składanka tych najlepszych fragmentów wydaje się więc idealnym i wystarczającym rozwiązaniem, po trzecie, od Francji po Polskę, wydanie takie skazane jest na sukces w krajach w których Archive zyskali status niemal kultowy. Czyli praktycznie cała Europa poza ich rodzimą Wielką Brytanią. Szkoda dla nich, bo w takiej masie satysfakcjonujące przyczyny ich popularności są całkiem jasne. Upierać się jednak nadal będę, że słychać tu również, że okres w którym ich jedynym wokalistą był Craig Walker był tym najbardziej stylowym.


[Wojciech Nowacki]

7 maja 2019


BEACH HOUSE 7, [2018] Sub Pop || Ucieczka do przodu, choć nadal tą samą drogą, ożywiła Beach House na tyle, że faktycznie mówić można o przezwyciężeniu stagnacji w jaką duet popadł wraz z dwoma ostatnimi studyjnymi albumami. "Depression Cherry" pokazało wyczerpanie się formuły, siostrzane "Thank Your Lucky Stars" specjalnie zaś nie ukrywało, że miało być swego rodzaju sentymentalną kompilacją najlepszych elementów z warsztatu Beach House. Wydanie "B-Sides And Rarities" potwierdziło nie tylko koniec pewnego etapu ich kariery, ale też i świadomość tego końca. Kompozycyjna wyobraźnia Beach House zawsze miała dość wąsko nakreślone granice i na "7" nie przynosi większych zmian na tym sprawdzonym już polu. To raczej wymiana producentów i otwarcie się na nowe rozwiązania przyniosła miejscami naprawdę intrygujące odświeżenie brzmienia.

"Dark Spring" na otwarcie jest jasnym tego manifestem, choć tu akurat chodzi bardziej o akceptację shoegaze'owej famy od samych początków Beach House im towarzyszącej. Gitara zamiast syntezatorów na pierwszym planie to jasny wyróżnik, bardziej chyba jednak zaskakuje zwiększona dynamika i żywa perkusja. Refren typowo dla nich rozkwita, ale zamiast powoli budowanej atmosfery piosenka ta przynosi raczej skok do strumienia i rzadką bezpośredniość. To "Lemon Glow" najbliżej ma tym piosenkom Beach House, które niezmiernie satysfakcjonująco mogłyby się ciągnąć w nieskończoność, efektowną dozę niepokoju wprowadza kontrast między balansującą na granicy dysonansu syntezatorową plamą a mechanicznym bitem automatu perkusyjnego. Piosenka do tego podskórnie eskaluje, tu i ówdzie pojawia się gitara, w finale zaś na moment walcująca perkusja. Wszystko to proste środki, ale z odrobiną skupienia można z nich nadal tworzyć efektowne całości.


Miejscami "7" powraca na bardziej utarte tory znajomej melodyki czy dansingowej atmosfery, ale zwłaszcza w drugiej połowie albumu zaskoczenia się koncentrują. "Dive" to pozornie takie właśnie typowe Beach House, lecz kompozycja gwałtownie przyspiesza i zamiast zwyczajowo się rozpłynąć prowadzi raczej w stronę rzadko spotykanej konkluzji. Świetnie brzmi "Black Car" zestawiając szklaną, choć ciepło pulsującą elektronikę z chłodnym, lekko odczłowieczonym wokalem. Jednocześnie subtelnie wplatając w całość niemal folkową gitarę, która większej roli doczeka się w praktycznie indie-popowym "Loose Your Smile". Album mógłby się właściwie skończyć na "Woo", znów silniej syntezatorowym i hipnotycznie uwodzącym ponakładanymi wokalami.

Beach House tym właśnie zawsze uwodziło najbardziej. "Teen Dream" jeszcze stawiało na bardzo dobre piosenki, ale na bajecznie kojącym "Bloom" otulone zostały hipnotyzującym komfortem tak udanie, że rozczarowanie "Depression Cherry" i "Thank Your Lucky Stars" było niemalże spodziewane. "7" nastraja optymistycznie i pozwala ostrożnie oczekiwać jeszcze paru zaskoczeń od Beach House. Piorunującego wrażenia raczej jednak nie robi i serc przygodnych słuchaczy najpewniej niestety nie ściśnie. Ale rumieńce na twarzy oddanych miłośników zasłużenie wywoła. 7.5/10 [Wojciech Nowacki]