29 lutego 2020


Nowa płyta Caribou była zdecydowanie wyczekiwaną, choć sam miałem spore wątpliwości, zwłaszcza po obraniu bardziej popowego kierunku na poprzednim albumie oraz w obliczu niezbyt zachęcających singli zapowiadających ten nowy. Produkcyjne ciekawostki faktycznie zasługują na zainteresowanie, ale dotąd okazjonalny tylko wokal Dana Snaitha, tutaj obecny w każdym utworze i wysunięty niemal na pierwszy plan, spłaszcza i rozwadnia brzmienie "Suddenly". Zawodzi też większość kompozycji, krótkich, chaotycznych, w gruncie rzeczy dość szkicowych. W efekcie album paradoksalnie sprawia wrażenie niedopracowanego i pozbawionego charakteru, ani popowego, ani tanecznego, ani eksperymentalnego.


Największą (i jedyną) niespodzianką na nowym albumie Tycho jest to, że ukazał się tak szybko, zaledwie parę miesięcy po swym poprzedniku. Poza tym zaskoczeń nie ma żadnych, największa zmiana dokonała się bowiem już przy okazji wspomnianej poprzedniej płyty i była rewolucją wyłącznie graficzną. Scott Hansen zrezygnował ze swego geometrycznego minimalizmu na rzecz naturalnych fotografii, ale nawet zmiana wydawcy z Ghostly International na Ninja Tune nie posunęła do przodu jego brzmienia. "Simulcast" to nadal coś pomiędzy synth-popem Com Truise a udomowionym post-rockiem, tym razem może z odrobiną chillwave'u i już znów bez wokali, które przelotnie najwidoczniej pojawiły się na "Weather".


Najbardziej więc satysfakcjonujące dźwiękowe ukojenie przyszło w tym tygodniu ze świata indie-rocka. Real Estate to ani pierwsza liga, ani oszałamiająca baza fanów, tym większą przyjemnostką jest ich album "The Main Thing". Płyta ładnie i beztrosko rozbrzmiewa dźwięczną gitarą i linią basu, spowija ją senna, pastelowa atmosfera, idealnie pasująca raczej do słonecznego początku jesieni niż do końca niby-zimy. Szkoda więc, że trochę nadużywa naszej gościny trwając odrobinę zbyt długo, bo ostatecznie całkiem urokliwe kompozycje zaczynają zlewać się ze sobą.


[Wojciech Nowacki]

23 lutego 2020


"Myopia" była pierwszym tegorocznym albumem wartym prawdziwego wyczekiwania i bez niespodzianek, za to z niekłamaną przyjemnością, okazuje się czołową płytą początku nowego roku. Agnes Obel swoje brzmienie ma po mistrzowsku opanowane, już przy okazji jej poprzednich płyt ciężko było znaleźć muzykę równie emocjonalnie i melodycznie intensywną, nowy zaś album zamiast błahego powtarzania formuły przynosi dalsze jej udoskonalenie. Kompozycje z miejsca wydają się klasyczne, gra na pianinie uwodzi, praca z głosem zadziwia, całość zanurzona jest w soczystej produkcji, która plastycznie i z narracyjnym rozmachem odmalowuje śpiewny i wciągający świat.


King Krule natomiast tworzy swój własny świat z jednej strony wysoce organicznym, z drugiej zaś pełnym dysonansów. Czuć ścieżkę przeplatającą się z Mount Kimbie i wspólnie z nimi meandrującą post-punkowymi polami. Na "Man Alive!" to jednak tylko jeden z wielu stylistycznych tropów. Odmienne strony wydają się ze sobą walczyć, nigdy nie stając się w pełni ze sobą kompatybilne, lecz to frapujące niedotarcie wydaje się być właśnie istotą brzmienia King Krule. Na tej płycie, w przeciwieństwie do zbyt długiego i męczącego poprzednika, poniekąd kuszącego i zachęcającego do odkrywania dalszych sensów.


Prawdziwe zaskoczenie. Grimes zawsze wydawała się być lekko irytującą, chaotycznie soundcloudową, bardziej skupioną na kreacji swego mniej lub bardziej wirtualnego wizerunku niż na kompozycjach i, mówiąc wprost, przereklamowaną. Do tego związek z Tonym Starkiem Elonem Muskiem i otrzymujemy postać co najmniej kłopotliwą. Tymczasem, "Miss Anthtropocene" nie tylko wprowadza przestrzeń do dotychczasowego zamętu, ale i sprowadza go do kompozycji atrakcyjnie pamiętnych, lecz niekoniecznie banalnie popowych, zaskakujących zaś w wielu miejscach produkcyjnymi chwytami, które nie pozwalają przejść obok tejże płyty obojętnie. Dojrzale i nowocześnie zarazem.


Na mało kogo można liczyć tak bardzo jak na Amandę Palmer. I nie chodzi tu tylko o jej kompozycyjną i wydawniczą płodność, ale i jej dostępność w sieciach społecznościowych, bliskość słuchaczowi i społeczne zaangażowanie. Owszem, granica między jej regularnymi a okazjonalnymi wydawnictwami jest bardzo cienka, ale pokazuje tym samym, że w muzyce chodzi tak naprawdę tylko o piosenki i przyczyny do ich śpiewania. Charytatywne "Forty​-​Five Degrees: A Bushfire Charity Flash Record" powstało na fali troski o udręczoną pożarami Australię (bliskiej artystce przynajmniej od czasów "Amanda Palmer Goes Down Under") i kontynuuje zarówno jej autorskie epickie opowieści rodem z albumu "There Will Be No Intermission", jak i jej maestrię skromnego coverowania (odpowiednio zmodyfikowane "My Favorite Things (Bushfire Edition)" czy ogniście znajome "Beds Are Burning").


[Wojciech Nowacki]

14 lutego 2020


Całkiem możliwe, że żyjemy w czasach tak silnie podsyconych technologicznym postępem, otwartością zastosowań i rozbudowanym spektrum możliwych rozwiązań, że faktycznie produkcja staje się największą wartością współczesnej muzyki. Bo imponującym być przecież musi jak dobrze i umiejętnie się ktoś orientuje zarówno w nowatorstwie, jak i w jego implementowaniu do tradycyjnych dokonań. Tame Impala nie zachwyca bowiem ani pieśniopisarstwem, ani zlewającymi się ze sobą kompozycjami, "The Slow Rush" to przede wszystkim rzemieślnicza próba powtórzenia sukcesu poprzedniej płyty i sprzedaży zwyczajowej współczesnej elektroniki pod płaszczykiem niby z rocka się wywodzącej psychodelii. Być może zyska z czasem, być może jednak ulegniemy naciskowi zbyt silnej sugestii.


Pełen szacunek dla The Men. Ta niepozorna grupa podtrzymuje witalność klasycznie rockowej muzyki, nie zapominając jednocześnie o potrzebie ciągłego rewitalizowania własnego brzmienia. W ich intensywnej dyskografii znajdziemy albumy post-punkowo noisowe, po amerykańsku piosenkowe, dziwnie eksperymentujące czy punkowo zwięzłe i zadziorne. "Mercy" sugerowało powrót do eksperymentowania, lecz okazuje się płytą ponadczasową, ale i świeżo rockową. Siedem zwięzłych kompozycji, w tym i jedna rozkosznie dziesięciominutowa, gitarowe solówki, klasyczne rozwiązania, echa radiowego country, rzecz brzmi zwięźle, rześko i tak potrzebnie dziś bezpretensjonalnie.


Emika jak w wahadełku, raz elektronicznie, raz klasycznie, powraca do swego pianistycznego wcielenia wraz z kontynuacją płyty "Klavírní". Zapowiedzi sugerowały elektronicznie modyfikacje klasycznego instrumentarium, a więc swego rodzaju fuzję jak dotąd zasadniczo odrębnych brzmień Emiki, nowa płyta jednak zdecydowanie podtrzymuje minimalistyczną dźwięczność pianina. "Klavírni temná" jest dość niezręczna w swym czeskojęzycznym tytule, choć pokazuje subtelny rozwój Emiki jako pianistki. Melodie nadal są skromne i repetytywne, lecz odrobinę odważniejsze w swych melodycznych rozwiązaniach. Szkicowość materiału pozostaje, ale jego materia pozostaje atrakcyjnie zwiewną.


Ileż to już imponująco brzmiących albumów za nami? Jazzpospolita zasługuje na przynajmniej kosmetyczne zmiany, zwłaszcza, że dwie ostatnie płyty, aczkolwiek udane, specjalnie w pamięci się nie zapisały. "Przypływ" kładzie mniejszy nacisk na emocjonalnie zadziorne melodie, skupia się za to na teksturach kompozycji. Ma więc sens okładka płyty. Dźwięki wymykają się tym razem brzmieniom zarówno jednoznacznie jazzowym, jak i post-rockowym, wydają się złudnie jednorodne, ale wyłania się z nich nieoczywista struktura, pozornie prowadzona pianinem, lecz w istocie klasycznym rockowym triem gitara-bas-perkusja. W efekcie nabieramy pewności jak dobrze muzyka ta prezentować się będzie na żywo.


[Wojciech Nowacki]