29 marca 2020


Za wcześnie na werdykt, lecz jedna rzecz po pierwszym posłuchu jest pewna. "Gigaton" jest znacznie lepszy od nieszczęsnego "Lightning Bolt", jedynej płyty Pearl Jam, o której wspomnienie nie mówi mi nic. Owszem, jest tu i melodyka, i forma wokalna Veddera charakterystyczna raczej właśnie dla tych późnych albumów zespołu, ale i dawna, eksperymentalna zadziorność bliższa najlepszym czasom "Yield". Jest intensywnie, dzieje się tu wiele, nawet ballady są znów bardziej hipnotyczne niż ckliwe. Najlepsze momenty to jednak te, gdy pojawiają elementy dla grupy o trzydziestoletniej historii całkowicie nowe.


Wznowienie debiutanckiej epki "Blood Bank" przypomina nam o takim Bon Iver, jakiego dziś już brakuje. Zręczny, współczesny folk, dźwięczny, ale jeszcze nie pretensjonalny, bez niefortunnych eksperymentów, które później sprowadziły tą muzykę do czystej, lecz zagmatwanej formy. Choć zbyt wiara duża wiara we własne możliwości wokalne oraz w talent do domniemanej awangardy pojawiły się już tutaj, czego przykładem jest praktycznie niesłuchalne "Woods". Rocznicowe wykonania koncertowe pokazują jednak czym mógłby być Bon Iver trzymający się pierwotnego brzmienia.


Z każdą płytą Little Dragon pojawia się nadzieja na ostateczne zyskanie należnego im miejsca, tego, którego przebłysk pojawił się zbyt wcześnie na znakomitym "Machine Dreams" oraz w "Empire Ants", jedynym wartym pamiętania fragmencie dziwnie dziś przecenianego "Plastic Beach" Gorillaz. Szósty już album jest mniej kanciasty od inspirowanymi latami dziewięćdziesiątymi poprzednika, przynosi też więcej przestrzennej abstrakcji, do której grupa zawsze miała ciągoty, ale choć "New Me, Same Us" jest ich debiutem w barwach legendarnego wydawnictwa Ninja Tune, to, nomen omen, nowym otwarciem jednak nie jest.


Zapowiedzi były co najmniej intrygujące. "Aporia", którą Sufjan Stevens nagrał ze swym ojczymem Lowellem Bramsem, współbohaterem ostatniej standardowej jego płyty, mogła być pejzażem rozciągającym się pomiędzy Boards Of Canada a Com Truise, odmalowanym jednak przy pomocy tradycyjnego pieśniopisarstwa. Ostatecznie bliżej ma do instrumentalnych fragmentów M83 oraz do ścieżki dźwiękowej do okładek "Strażnicy". Dla regularnych fanów Stevensa pozostanie tylko ciekawostką, choć gdy w "The Runaround" w końcu pojawia się jego wokal, odsłania cały swój magiczny potencjał.


W natłoku nowości nowy album Nicolasa Jaara wydany pod jego własnym imieniem i nazwiskiem może okazać się rzeczą łatwą do przeoczenia, zwłaszcza w obliczu wyodrębnienia jego efektownie klubowego wcielenia pod szyldem Against All Logic. "Cenizas" przypomina o zadymionych przerywnikach dających chwile wytchnienia podczas jego intensywnych koncertów. Teatralna wręcz intymność łączy się tu z pierwszoligowym dźwiękowym designem, minimalizm dynamiki tonowany jest zaś wykorzystaniem takich instrumentów jak saksofon i pianino.


A jednak. Dirty Projectors, formacja od samych swych początków dysponująca charakterystycznie autorskim stylem, stała się z czasem praktycznie solowym projektem, następnie powróciła do bliższych sobie brzmień, by odrodzić się wraz ze skompletowaniem nowego składu. Świetny i opatrzony nostalgicznie nowojorskim teledyskiem "Overlord" miał tylko prezentować odnowione oblicze grupy, podążyła za nim jednak epka "Windows Open" urokliwie niezobowiązująca, skromna i efektowna zarazem, przywracająca też wreszcie silny żeński pierwistek.


[Wojciech Nowacki]

22 marca 2020


"Highlight" wydaje się być płytą bardziej przestrzenną niż poprzedni, comebackowy album Skalpel.  Bardziej przypomina snucie się nocnym miastem niż siedzenie w ciasnym pokoju wypełnionym winylami. W tym sensie faktycznie przypominać może debiut duetu, ale też na styl "Transit" bardziej stawia na atmosferę niż melodie. Co ciekawe, jest też niczym więcej niż idealną sumą twórczości Igora Boxxa i Meeting By Chance. Klasycznie i bez niespodzianek.


Skąpana słońcem okładka i folkowy zwrot w twórczości Myrkur niosą taką samą dozę zwodniczo podskórnej grozy co "Dźwięki muzyki" (bo naziści) i "Midsommar" (wiadomo). "Folkesange" mieści się gdzieś pomiędzy Zolą Jesus a Dead Can Dance, silniej faktycznie zerkając w stronę tych drugich, płyta od początku wydaje się imponująco czarowna, ale im dłużej trwa, im jaśniejszym jest, że nie prezentuje sobą niczego, czego byśmy już nie słyszeli.


GusGus zawsze chętnie, czy to ich autorskie brzmienia, czy równie satysfakcjonujące remiksy.  I w tym duchu "Remixes Are More Flexible Pt. 2" to bardziej kolejne wariacje na znany już temat niż jakaś dodana jakość do albumu, który, delikatnie mówiąc, do najbardziej pamiętnych w ich karierze nie należy.


Austriacy z Elektro Guzzi nadal czekają na należne im rozpoznanie i epka "Coexist", którą nagrał z nimi sam Cristian Vogel, ma szansę im z tym pomóc, nie wnosi jednak wiele nowego do typowego dla nich brzmienia. To nadal znane już rytmy, tym razem bardziej nieco abstrakcyjne i niezupełnie oddające ich fenomenalną formę koncertową.


[Wojciech Nowacki]

15 marca 2020


Ultraísta to formacja, którą kojarzy się wyłącznie poprzez osobę jej lidera Nigela Godricha, nadwornego producenta i nieformalnego członka Radiohead. Ich pierwszy album nie zapisał się niczym w pamięci, ale drugi promowany był całkiem chwytliwym singlem. "Sister" cechuje rytmika znana z albumu Atoms For Peace oraz blade wokale a'la Poliça, lecz płyta jest ostatecznie zbyt zwięzłą, by okazać się czymś więcej niż drobnostką do zapomnienia.



Nowy album CocoRosie z pewnością frapuje. Niegdysiejsze bohaterki queerowej fali freak-folku pierwszej dekady nowego wieku nadal mają się całkiem dobrze. Zamiast jednak kojarzącej się z nimi floralnej, wąsatej i pełnej bibelotów muzyki, na "Put The Shine On" zdają się oferować zmutowaną wersję hip-hopu, dość kanciastą i sięgającą poniekąd lat dziewięćdziesiątych. Płyta bynajmniej nie irytuje, ale za długą jednak jest.


Długogrająca płyta Four Tet zawsze jest wydarzeniem, zwłaszcza jeśli kolejny już raz zderza się z nowym albumem Pantha Du Prince. "Sixteen Oceans" jest bez wątpienia, i jak zawsze u Kierana Hebdena, niezwykle satysfakcjonująco słuchalnym doświadczeniem, ale jego charakter wymyka się jednoznacznej klasyfikacji. Przewija się tu i rytmiczna strona Four Tet, i nieznośnie przebojowa, miejscami jest całkiem odważnie, jednocześnie zaś szkicowo i niezobowiązująco.


Problem z Arturem Rojkiem jest taki, że nie do końca wiadomo, czego się po nim jako solowym artyście spodziewać. Przez dyrektorowanie jednemu z najbardziej wpływowych dziś festiwali jest bardziej personą polskiej alternatywy niż czynnym muzykiem. Powiedzmy sobie też szczerze, wokalistą był kontrowersyjnym, tekściarzem zaś kłopotliwym. "Kundel" nie odpowiada na pytanie o jego pozycję, najlepiej prezentuje się w "Intrze" i "Outrze", gdzie Graham Coxon spotyka się z brzmieniem lat zerowych.


Bokka zaś absolutnie bezpretensjonalnie dzieli się epką "Roll Down The Hill". Znajdziemy na niej dwie nowe wersje ich znanych i lubianych kompozycji, sprawdzonych koncertowo i zawsze budzących entuzjazm, przede wszystkim zaś trzy znakomite covery: ikonicznie "Bang Bang", pomnikowe "Love Will Tear Us Apart" oraz zaskakujące "Daydreaming" z ostatniego albumu Radiohead. Dokładnie to, czego pogranicze polskiego popu i alternatywy potrzebuje.



[Wojciech Nowacki]

8 marca 2020


Anna Calvi albumami nas nie rozpieszcza, po znakomitej płycie "Hunter" chętnie więc przyjmiemy i wariację na jej temat, nawet jeśli jest to rzecz raczej do już oddanych fanów. "Hunted" to wczesne dema, które dały początek tak wyczekiwanej trzeciej płycie, ale też zachowały pierwotną, nieokrzesaną jakość, stąd powrót do nich z towarzyszeniem paru zaproszonych gości. Jest zdecydowanie przestrzenniej niż na "Hunter", prościej nie znaczy w tym wypadku surowiej. Alchemiczne kulisy Calvi okazują się całkiem fascynujące, zwłaszcza sprowadzone do podstawowego napięcia między jej głosem a gitarą. Goście natomiast bynajmniej nie przytłaczają, delikatnie tylko dodają głębi, choć tak jednoznacznej męskości jak w kolaboracji z wokalistą Idles jeszcze u Anny Calvi nie było.


Dzwoneczki na sam początek i już wiemy, że to Pantha Du Prince, twórca wyśmienitego "Black Noise", czyli jednej z najlepszych elektronicznych płyt dwóch pierwszych dekad tego wieku. "Conference Of Trees" płynie jednak dalej, porzuca wokale ze średnio udanego "The Triad", za to implementuje i smyczki, i bardziej naturalne perkusjonalia, brzmiąc znacznie bardziej niż dotąd organicznie i cieplej niż na dwóch ostatnich albumach. Klubowa rytmika pojawia się tu dopiero po dłuższym czasie i jest tylko jednym ze środków odmalowania ambientowej w duchu całości. Łatwo sobie wyobrazić, że to ścieżka dźwiękowa do gry ze studia Amanita Design! Do długiego odkrywania.


Trupa Trupa jest popularna, format epki już niekoniecznie. Wydanie "I'll Find" jest więc znakomitym posunięciem, poniekąd też klamrą spinającą dzieje zespołu od czasów "zapomnianej" epki debiutanckiej. Mamy oto dziełko autonomiczne, pewne siebie, w ciągu zaledwie kilkunastu minut łączące w sobie to, co w muzyce grupy jest już znane (repetytywna prostota "End Of The Line", bajeczna motoryka utworu tytułowego), ale też paradoksalnie i znacznie więcej przestrzeni (kojąco hipnotyczny "Fitzcarraldo" i w duchu The Flaming Lips melodyjnie psychodelizujące "Invisible Door").


"Traditional Techniques" to dopiero czwarty solowy album, który Stephen Malkmus wydał po zakończeniu działalności Pavement, formacji kultowej, choć niekoniecznie u nas. Klasycznie indie-rockową drogę kontynuuje bowiem całkiem zapamiętale pod szyldem Stephen Malkmus & The Jicks, płyty podpisywane tylko jego imieniem i nazwiskiem wydają się zaś bardziej rozglądać na boki. Ta najnowsza przynosi zaskakująco przestrzenną interpretację psychodelicznego folku lat sześćdziesiątych, bliższą bardziej Jefferson Airplane niż wczesnemu Pink Floyd, ze zręcznie bowiem wplecioną typowo amerykańską melodyką wywodzącą się z country.


Coals pełni są kontrastów, z jednej strony węglowa nazwa, z drugiej dopracowany synth-popowy wizerunek, z kolejnej zaś sama muzyka, która w pierwszym momencie zdaje się potwierdzać ten kierunek, choć "docusoap" popową płytą nie jest. Większy nacisk położony jest na kreowanie atmosfery niż na melodie, dźwięki pełne są dysonansów i załamań, duet więc znacznie bliżej niż do dream-popu ma do liźniętej hiphopowym bitem abstrakcyjnej elektroniki spod znaku Nosaj Thing czy Lorn. Cieszy więc popularność Coals, smuci zaś spadająca dziś możliwość promocji koncertowej.


Na niemal instytucję czeskiej popularnej alternatywy wyrośli już Zrní. Do tego stopnia, że po płycie "Nebeský klid" wiadomo było czego można się mniej więcej spodziewać. Owszem, zaskakuje jeszcze silniejsze niż dotąd akcentowanie elektroniki, nowością są chyba ślady niemal post-punkowe, ale to nadal ta typowa dla czeskiej muzyki kolażowość, która nie popada w chłodne eksperymentowanie, ale w ciepłą i z folku się wywodzącą melodyjność. Przy zachowaniu oczywiście odpowiedniej skali mieści się gdzieś pomiędzy Bon Iver a Radiohead.


[Wojciech Nowacki]