22 kwietnia 2016

Recenzja PJ Harvey "The Hope Six Demolition Project"


PJ HARVEY The Hope Six Demolition Project, [2016] Island || Pięć lat po nagrodzonej Mercury Prize płycie "Let England Shake" PJ Harvey powraca z albumem, który prezentuje się dokładnie tak, jak jego okładka. Niczym antystresowa kolorowanka dla dorosłych, modny ostatnio prezent, na poły intelektualnie księgarniany, na poły artystyczny, a w istocie półprodukt służący do projekcji własnych wyobrażeń. W efekcie "The Hope Six Demolition Project" może okazać się czymkolwiek, splot pourywanych tropów nie wyjaśnia niczego ponad zapowiadaną "polityczność" albumu a jego szkicowy charakter nie ułatwia odgadnięcia pierwotnego zamysłu autorki.

Początkowe echa PJ Harvey z wczesnych lat dziewięćdziesiątych w brudnym, ale wyliczankowym "The Community Of Hope" brzmią całkiem odświeżająco. Choć najbardziej chwytliwy punkt zaczepienia w tej otwierającej album piosence idzie w parze z, delikatnie mówiąc, niezręcznym tekstem, to zdecydowana większość kompozycji na "The Hope Six Demolition Project" takich punktów nie posiada wcale. Linie melodyczne wahają się między śladowymi (ogniskowo-marynarskie szantowanie w "Chain Of Keys", boleśnie niejakie "The Orange Monkey") a zerowymi (pojedynczy zrytmizowany motyw w "The Ministry Of Defence" czy symboliczne bzyczenie saksofonu w "Medicinals"), stopniem skomplikowania i produkcji zbliżając się do ledwie naszkicowanego i niezapamiętywalnego dema ("River Anacostia").


Przy okazji saksofonu, jest to z pewnością najciekawszy element brzmienia "The Hope Six Demolition Project", ale podobnie jak na "★" Davida Bowiego mocno przereklamowany i w większości ciekawy jedynie per se, po prostu ze względu na swoją obecność. Najczęściej skrywa się gdzieś w tle surowego i chaotycznego miksu, rozkwita w szaleńczy free-jazz tak naprawdę jedynie w finale "The Ministry Of Social Affair". Jeśli miks amerykańskiego bluesa i frenetycznych dęciaków był na jakimś etapie pomysłem na dźwiękową charakterystykę albumu, to szkoda, że nie został zrealizowany bez większego polotu i zatonął w produkcyjnym chaosie. Zupełnie jakby jakaś nieokreślona wyjściowa idea z głowy PJ Harvey i jej zbytnio się tu wybijających męskich współpracowników pochłonęła późniejszy proces nagrywania.

Ale w refrenie "A Line In The Sand" wyraźnie słychać echa "Let England Shake". "Near The Memorials To Vietnam And Lincoln" znów, podobnie jak "The Community Of Hope", wyróżnia się jedną niezmiernie chwytliwą linią, z równie niezręcznym i zbyt dosłownym tekstem. I wreszcie niemal na sam koniec "The Wheel", najpełniejsza i jedyna sprawiająca wrażenie prawdziwie wykończonej kompozycji. Nie tylko najbliższa jest PJ z lat dziewięćdziesiątych, choć ujętej przez pryzmat "Let England Shake", ale i wszystkie bezładnie porozrzucane elementy "The Hope Six Demolition Project" dopiero tutaj splatają się w jedną spójną i sensowną całość, czy to saksofon, czy to męskie chórki, czy prosta rytmika. W tekście jednak nie tylko po raz kolejny na albumie pojawia się arabic, co dziś nie wydaje się niczym więcej niż tylko prostym elementem "szokującym", ale całościowy obraz jest konsekwentnie nieznośnie pocztówkowy.


Ilustracyjność "Let Enlgand Shake" przypominała starą fotografię lub stylowy dagerotyp, przede wszystkim wynikała z własnej brytyjskiej tradycji i historii. "The Hope Six Demolition Project" przypomina raczej instagramowe zdjęcie opatrzone głębokimi hashtagami z którego wyłania zaskakująco powierzchowny i stereotypowy wizerunek Ameryki. Głupkowaty, choć nieznośnie chwytliwy wers They're gonna put a Walmart here z otwierającego całość "The Community Of Hope" może jeszcze rodzić nadzieję na ironiczność wymowy podejrzanie prostych sloganów. Identycznie funkcjonuje dosłowność "Near The Memorials To Vietnam And Lincoln", wreszcie w "A Line In The Sand", gdy PJ Harvey śpiewa I used to think progress was being made, that we could get something right, sprawia raczej wrażenie millenialsa rozczarowanego tym, że Bernie Sanders nie otrzyma demokratycznej nominacji.

Pamiętacie przy okazji jakiej płyty krytyka również wyłuskiwała pojedyncze frazy i popkulturowe odniesienia, zachwycając się nad głębią ich przekazu? PJ Harvey ze swoimi Walmartami i baseballówkami Redskinsów popisuje się identycznie powierzchowną refleksją nad amerykańskością co Lana Del Rey na "Honeymoon". I jest to zestawienie, które przy całej rozdzielnej sympatii do obu nie może wypadać dobrze. PJ Harvey tymczasem miała już na koncie "amerykański" album. Na "Stories From The City, Stories From The Sea", który był jednym z jej największych sukcesów artystycznych i komercyjnych, PJ spoglądała na Amerykę przez ściśle osobisty pryzmat jej zwichrowanego intymnego mikrokosmosu. Tak skupiony obraz oddziaływał na swój sposób równie politycznie i znacznie silniej niż proste slogany "The Hope Six Demolition Project". 5.5/10 [Wojciech Nowacki]

1 KOMENTARZE:

Roquentin Pneumokok pisze...

"Millenialsa rozczarowanego tym, że Bernie Sanders nie otrzyma demokratycznej nominacji." - A co w tym złego? Czy to nie byłby powód do frustracji? Poza tym dlaczego akurat "millenialsa"? Starsze roczniki nie zamierzają głosować na Sandersa?
Jeśli chodzi o "They're gonna put a Walmart here" - nie sądzę, żeby to była ironia. Walmart jest tutaj przecież symbolem czegoś o wiele, wiele większego - pewnego łańcucha zjawisk. Zresztą w takim pozornie prymitywnym zdaniu kryje się znacznie więcej treści niż może się wydawać. Na tym polega operowanie sloganami; są jak tabletki, które najpierw trzeba rozpuścić w wodzie - czytaj: rozpuścić w swoim umyśle, a dopiero potem zabrać się za interpretację.
Jasne, PJ Harvey mogłaby cały ten przekaz przepuścić przez swoją wrażliwość - wyszłoby coś subtelniejszego, bardziej poetyckiego. Ale chodziło jej właśnie o reporterski styl, bo widocznie uznała, że taka tematyka jest zbyt istotna, zbyt brutalna, żeby owijać ją w mgiełkę i zrobić z tego większą Sztukę. Na naszych oczach rzeczywistość się radykalizuje, więc przekaz musi być ostrzejszy - świat opisany tak, jak widzi się go gołym okiem, a nie przez obiektyw aparatu z nałożonymi filtrami - lub, tak jak napisałeś, przez "osobisty pryzmat". Chyba nie tylko Lamar i inni raperzy mają prawo opisywać rzeczy takimi, jakimi są, prawda? Dopóki świat będzie istniał pod taką postacią - tego typu płyty są potrzebne, szczególnie że jest ich tak mało (dokumentujące rzeczywistość AD20XX, z perspektywy wrażliwości, powiedzmy, lewicowej, z naciskiem na sprawy społeczno-gospodarcze, bo te są - powinny być - zawsze na pierwszym miejscu).

Prześlij komentarz