Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Fiordmoss. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Fiordmoss. Pokaż wszystkie posty

18 grudnia 2017


"I Don't Think So" to bez żadnej przesady jeden z najlepszych albumów tego roku. I jeden z najbardziej wyczekiwanych, Nvmeri pracowali nad nim bowiem aż cztery lata torturując nas okazjonalnie fenomenalnymi singlami. "Entropy" i "Scales" nie znalazły się zresztą na albumie, co nie jest w gruncie rzeczy złym pomysłem, więcej przestrzeni zdobyły sobie bowiem nowe kompozycje. Oraz "Art Of The Trial", modelowy wręcz dla Słowaków przebój. Ich muzyka nie jest jednak wydumanie artystowska, choć odnaleźć w niej można math-rockowe struktury to zmiękczają je odniesienia do indie-popu z połowy lat zerowych. A o tym, że są to tylko umiejętnie powplatane odniesienia a nie proste inspiracje świadczy całość albumu. Zaskakująco ujawniają się tu jazzujące elementy w czym pomaga żywa sekcja rytmiczna efektownie wprzęgnięta do współpracy z syntezatorami. Cytaty z lat osiemdziesiątych wyjątkowo nie irytują, pokazują raczej wiedzę i instynktowne rozumienie przebojowości, na miejscu są nawet zabawne przerywniki, łącznie z intrem, które zabrzmi znajomo wszystkim podróżującym po Czecho-Słowacji pewnymi żółtymi autobusami. To wszystko tylko połowa sukcesu Nvmeri, reszta należy do obłędnie zamszowego, delikatnego i pewnego siebie zarazem wokalu.


Ambient zazwyczaj może być albo kojący, albo niepokojący. Izanasz łączy obie te skrajności emocjonalnego spektra na, nomen omen, "Spectral Cascades", choć ostrzec trzeba, że z premedytacją niezbalansowane poziomy głośności mogą solidnie wystraszyć. Również dzięki temu jest to materiał wręcz geograficznie plastyczny, bardziej niż ewokować typowo ambientową senną sinusoidę sprawia wrażenie powolnego przesuwania się nas poszarzałym krajobrazem w którym z wolna wyłaniają się sporadyczne, lecz nieoczekiwane kształty. Taśma ta staje się zatem jednym na najjaśniejszych (heh) punktów w katalogu z uwagą przez nas obserwowanego Genot Centre.


Ventolin faktycznie niczym gwałtownie aplikowany aerozol przenika już przez nasze granice, pojawia się na koncertach, festiwalach, zbliża się do polskich techno-niezalowych środowisk. Wreszcie ma ku temu powód w postaci nowego albumu "Vitajte", który ukazał się aż po pięciu latach od długogrającego debiutu "Totem". Jeśli Jakub Adamec był dla kogoś zbyt kwaśny i kanciasty to niech sięgnie po Ventolin bez zbędnych obaw. "Vitajte" jest gęste, ale nie przytłaczające, ciepłe i przestrzenne brzmieniowo, melodyjne i taneczne zarazem, proste, lecz pomysłowe. Doszukać można się tu nawet lekko post-/dance-punkowego posmaku nieodżałowanego projektu Kazety, którego Ventolin był częścią. Wzrosło natomiast podobieństwo do Midi Lidi, być może odrobinę za bardzo, ale tożsamość Ventolina bardziej niż w słownych gierkach kryje się w satysfakcjonujących bitach. Nie wierzcie mu gdy śpiewa You're never gonna be satisfied.


Kolejne dwa lata minęły i mamy kolejną płytę Vložte kočku. "SEAT" nadjechał w 2013 roku, "Hedvika" pojawiła się w roku 2015 a dziś mamy tu "Klub Bublinka". Cieszą głupotki takie jak sampel z 2 Unlimited, bit ciągle jest twardy i nadal efektownie miesza się z góralskim niemal folklorem. Elektronika flirtuje z najgorętszymi spośród archaicznych trendów lat dziewięćdziesiątych i absolutnie nie należy się dziwić, że album nie dysponuje żadnymi bandcampowymi tagami. Vložte kočku konsekwentnie nie sposób zakwalifikować do choćby najbardziej sceny czy gatunku. Unikat ten najlepiej doświadczyć na żywo, wersje studyjne dla przygodnego ucha mogą okazać się odrobinę zbyt gęste, stąd też cieszy lekkie zredukowanie na "Klub Bublinka" mechanicznych wokali. Choć może mi się wydaje, u Vložte kočku łatwo stracić orientację.


Monika Načeva to na czeskiej scenie instytucja i przy okazji uosobienie jej historii w pigułce. Karierę rozpoczęła jako aktorka, jej debiut muzyczny przypadł na połowę lat dziewięćdziesiątych, złote czasy kaset i wszechobecnego pop-rocka (płyta "Možnosti tu sou..."). Nie tylko symboliczna przemiana dokonała się na albumie "Mami", pod którym podpisali się również gitarzysta Michal Pavlíček i turntablista DJ Five. Kolejna płyta "The Sick Rose", tym razem z producentem Timem Wrightem, okazała się jednym z najlepszych czeskich elektronicznych albumów ostatniej dekady. Z Justinem Lavashem powróciła do dźwięków akustycznej gitary na płycie "Milostný slabiky", z kwartetem smyczkowym zaś podsumowała własną karierę na albumie "Na svahu". Nie tylko zatem chętnie współpracuje z niezależnymi muzykami (słowacki Pkrek na płytach "Blízke stretnutie" i "Ariesynth"), ale przede wszystkim zasługuje na wielki szacunek tym, że w przeciwieństwie do większości wokalistek, które przeszły do kręgu alternatywy ze świata pop-rocka, nawet nie próbuje udawać, że jest to jej w pełni autorska twórczość, nie podpisuje się wyłącznie swoim imieniem i zawsze eksponuje swych równorzędnych partnerów. Do elektroniki powróciła na nowym albumie "Průvan v hlavě", który po raz kolejny łączy jej głos z niemal hiphopowym bitem za którym stoją słowacki beatmaker Tentato i po raz kolejny DJ Five.


Jednym z najbardziej w ostatnich latach wyczekiwanych albumów był formalny długogrający debiut grupy Fiordmoss. Dwie epki, "Gliese" z 2010 roku i "Ink Bitten" z roku 2012, dość mocno pobudziły czeską scenę, w międzyczasie zespół odegrał szereg naprawdę intrygujących koncertów, przeniósł się z Brna do Pragi, stąd ostatecznie do Berlina, gdzie powstała płyta "Kingdom Come". Fiordmoss to dość artystowski projekt, dopracowany do najmniejszego szczegółu, od oprawy wizualnej po pieczołowitą produkcję, widać wyraźnie lata wytężonej pracy nad własną tożsamością. Stąd też przy okazji "Kingdom Come" nie da się już mówić o "lokalnej odpowiedzi na skandynawski pop". To akurat popowy pierwiastek został na albumie najbardziej zredukowany, ale muzyka Fiordmoss nadal hipnotyzuje a swym półmroku skrywa całe konstelacje detali.


Na koniec drobnostka, ale istotna. Tomáš Havlen był połową duetu post-hudba, bywalcom praskich koncertów znany jest jako jeden z najlepszych dźwiękowców, w ostatnich latach zaś konsekwentnie wyrasta na topowego producenta. Sundays On Clarendon Road, Aid KidLukas Landa, Mayen, wszyscy doczekali się jego produkcji lub przynajmniej miksu, do tego masteringu od jego brata Martina. Ten niezwykle sympatyczny człowiek tła wreszcie robi mała krok wprzód i jako Spomenik wydaje epkę "Contingency". Na razie trzy utwory wystarczają by pokazać jak robi się gęstą i jednocześnie lekką elektronikę, ale zdecydowanie czekamy na więcej.



[Wojciech Nowacki]

14 października 2013


Lato w Pradze się skończyło. Poranki stały się mgliste, drzewa w parkach pięknie zmieniają kolory a muzyczny światek powoli budzi się z wakacyjnej hibernacji. Ostatniego dnia września miał miejsce koncert, który symbolicznie zakończył letni sezon i wyśmienicie przygotował nas do nadchodzącej jesieni. W Klubie Pilot wystąpili w ramach wspólnej trasy koncertowej po Czechach Fiordmoss oraz J, wyborni przedstawiciele nowej generacji czeskich wykonawców.

Pod niemożliwym do wygooglowania pseudonimem J, czytanym z czeska jako Jéčko, skrywa się młody artysta Jakub Jirásek. Praktycznie jeszcze nastolatek, tworzy swoją muzykę wyłącznie przy pomocy gitary i swojego iPhone'a, w ten sam sposób odgrywa też koncerty. Podłącza gitarę do wzmacniacza oraz telefon na którym przechowuje bogate podkłady i zabiera nas do nadzwyczaj dojrzałego świata. Choć śpiewa o prostych rzeczach, o swojej dziewczynie, wyjazdach z przyjaciółmi, amerykańsko inspirowanych historyjkach, a robi to swym niezwykłym głosem, zaskakująco przypominającym Becka, silnym i mocno kontrastującym z tak młodą osobą. Nowe EP J ukaże się już w listopadzie, tymczasem warto zapoznać się z zeszłorocznym "Cold Cold Nights", wydanym w postaci samodzielnie przygotowanego przez Jakuba CDRa oraz jako darmowy download.



Fiordmoss natomiast powszechnie uznawani są za wykonawcę stojącego już na światowym poziomie. Prezentują się równie dojrzale i intymnie co Jéčko, choć do przekazu używają zupełnie innych środków. Ich opartą zdecydowanie na elektronice muzykę można spokojnie i bez kompleksów postawić pomiędzy The Knife a The xx. Pobrzmiewa tu zarówno skandynawska elektronika, jak i islandzki folk, całość wypada jednak oryginalnie i bez posądzeń o kopiowanie. Fiordmoss zaczynali jako duet studentów sztuki z Brna, Petry Hermanovej i Romana Přikryla, obecnie występują już jako pełen pięcioosobowy skład, choć zasadniczą część uwagi skupia na sobie urokliwie autystyczna Petra. Materiał z dwóch epek, "Gliese" oraz "Ink Bitten" w wersjach koncertowych brzmi zaskakująco mocno, a że zespół chętnie koncertuje, pojawił się już i w Polsce, to koniecznie trzeba go usłyszeć jeśli tylko nadarzy się ku temu okazja. Tymczasem zarówno "Gliese", jak i "Ink Bitten", pobrać możecie w zamian za podzielenie się zespołem adresem mailowym.



O Floexie już parokrotnie wspominałem, ostatnio o jego najnowszym wydawnictwie w naszym nowym bandcampowym cyklu pisała AgnieszkaJest to artysta zarówno znany, jak i nieznany poza granicami Czech. Pod swym prawdziwym imieniem i nazwiskiem Tomáš Dvořak uzyskał spory rozgłos jako twórca ścieżek dźwiękowych do gier komputerowych niezależnego studia Amanita Design „Samorost 2“ i przede wszystkim „Machinarium” (plus darmowy bonus). Jego dokonania wydawane pod szyldem Floex nie są jeszcze poza Czechami specjalne znane. Na albumach "Pocustone" i "Zorya" ukazał stylową elektronikę wzbogaconą żywymi instrumentami, przypominającą nieco twórczość Bonobo. Wydana pod koniec sierpnia na pięknym dziesięciocalowym winylu epka "Gone" to cztery kompozycje, w tym remix autorstwa samej The Hidden Orchestra. W wersji cyfrowej zaś znaleźć można jeszcze dwa teledyski oraz rewelacyjny remix utworu "Veronica's Dream" z albumu "Zorya".

Na koniec kilka krótkich newsów. Lenka Dusilová zapowiedziała wydanie koncertowego DVD "Live at Café v lese" kończącego etap "Baromantiki", jednego z najbardziej udanych czeskich albumów ostatnich paru lat. Również w paźdzerniku trzeci singiel ze znanej z naszej recenzji płyty "Sound of Unrest" wyda Autumnist. Po "Tiny Bit" i "A Distant Speck" przyszła kolej na "Some Ground", tym razem jednak Vlado Ďurajka ogłosił publiczny konkurs na remixy mające znaleźć się na wspomnianym wydawnictwie. Wreszcie wydanie nowego albumu pod tytułem "Maratonika" potwierdził jazzowy wokalista Dan Bárta, rzecz dla miłośników sjestowo-trójkowych klimatów. [Wojciech Nowacki]