13 marca 2011

Recenzja płyty Team Sleep


TEAM SLEEP Team Sleep, [2005] Maverick || Siedzę samotnie na wielkim kamieniu i wpatrując się rozmarzonym wzrokiem w zamarznięte wody zatoki X, słucham dźwięków Ataraxii. To idealne miejsce na tego typu doznania... Nie, to nie będzie opowiadanie science-fiction, chociaż biorąc po uwagę poprzednie dokonania Moreno, co niektórzy tak właśnie mogliby określić poboczny projekt tego pana.

Nie do tego bowiem przyzwyczaił nas na czterech pierwszych płytach swojej pierwotnej formacji z Sacramento. Team Sleep w składzie Chino Moreno (wokal), Todd Wilkinson (gitara), Zach Hill (perkusja, znany m.in z formacji Hella), Rick Verrett (bas/klawisze) i Dj Crook (miksery) tworzą muzykę niezwykle piękną. Gatunkowo obracają się gdzieś wśród eksperymentalnego alternatywnego rocka, dream-popu, post-rocka, elektroniki i trip-hopu.

Na początku chciałabym uspokoić tych, którzy martwią się o utratę męskości frontmana - jakby nie patrzeć - jednej z najbardziej wyróżniających się kapel nu-metalowych. Otóż te bardzo delikatne wokale na krążku należą do Roba Crowa, który podobnie jak Mary Timony udzielił swoich talentów w kilku kompozycjach (m.in „Princeton Review”, „11:11”).

Materiał na płytę był już właściwie gotowy w 2001 roku, jednak po wycieknięciu utworów do sieci zespół zaczął pracę od nowa i tym samym większość kawałków uległa modyfikacji, a część z nich (m.in. „Kool Aid Party” z gościnnym udziałem Mike'a Pattona) nie dopuszczono do ostatecznej wersji płyty. Dość sporym mankamentem jest ilość pozycji znajdujących się na krążku (aż 15!), jednak mimo tego Moreno z pomocą innych muzyków po raz kolejny w swoim życiu stworzył coś na prawdę dobrego.


Jako pierwsza wita nas wspaniała „Ataraxia”, której fundamentami są elektroniczne uderzenia i warczący bas, a na to wszystko nałożone delikatne pomruki gitary. Jest to jeden z lepszych kawałków. Za nim można wymienić „Ever” (sentymentalne gitary i liryki, a także cudownie przeciągane wokale Chino), „Blvd. Nights” (przesterowane gitary i nieco agresywniejsza perkusja jak zwykle świetnie zgrywają się z histerycznymi krzykami Chino), „Live From the Stage” zaczynające się delikatnym brzdąkaniem gitar z głosem Moreno gdzieś w tle (jakby wydobywał się zza mgły) i nagle w połowie utwór zamienia się w gwałtowny wybuch gitar i perkusji (jakby pierwsza część była jedynie oddechem przed rozpoczęciem instrumentalnego wrzasku) i w końcu „Our Ride To The Rectory”. Zresztą mogłabym wyliczyć więcej świetnych numerów, gorzej byłoby ze znalezieniem tych słabych.

Panowie i pani (bo o Mary Timony opowiadającej tajemniczą historię w „Tomb of Liegia” zapomnieć nie sposób) spisali się wyśmienicie. Stworzyli coś na kształt poematu zbudowanego z melancholijnych, niekiedy niespokojnych dźwięków i niemalże poetyckich liryk.

Co niektórzy mogą czuć się zawiedzeni kiedy okazuje się, że wokalistę, dla którego kupili płytę słychać zaledwie w połowie utworów, z drugiej jednak strony dzięki temu zabiegowi muzyka staje się barwniejsza i nieco egzotyczna. Oprócz tego na „Team Sleep” znajdują się dwie kompozycje czysto instrumentalne, a wśród nich bardzo przyjemne w odsłuchu „Delorian”, które jest taką gitarową wisienką, tyle że nie na czubku ale w środku muzycznego tortu. Z kolei „Staring At The Queen” nie za bardzo wpasowuje się w moje gusta.

Team Sleep towarzyszy mi już od pięciu lat, mimo to kiedy staram się opisać moje odczucia związane z tym albumem cały czas mam wrażenie, że brakuje mi na to słów. To jest po prostu rewelacyjna płyta, jedna z tych do których będę wracać bardzo często. Może się to wydać nieco przerażające, ale te utwory mogłyby pełnić funkcję ścieżek dźwiękowych w moich snach. Tym, którzy jeszcze nie poznali łagodniejszej strony mocy Deftones radzę jak najszybciej przesłuchać ten krążek, bo naprawdę warto poświęcić około godzinę na tak piękną muzyczną podróż. 9/10 [Agnieszka Hirt]

0 KOMENTARZE:

Prześlij komentarz