9 czerwca 2015

Recenzja Calexico "Edge Of The Sun"


CALEXICO Edge Of The Sun, [2015] City Slang || Kontekst kulturowy w mało której muzycznej estetyce jest tak istotny jak w przypadku country. Poza Stanami Zjednoczonymi gatunek ten potrafi zgromadzić mniej lub bardziej wąskie grono miłośników, dla większości jednak będzie powodem do pobłażliwego rozbawienia niemal jako amerykański odpowiednik disco polo. Co tylko umocniła polska telewizja serwując w latach dziewięćdziesiątych teledyski nagrywane na podmiejskich stadninach koni tudzież śpiewane przez panie w średnim wieku na skórzanych kanapach przy kominku, w obowiązkowym kapeluszu i dżinsowym stroju. Taki nasz siermiężny wyraz amerykańskich tęsknot wczesnego polskiego kapitalizmu.

Country'n'western jest tymczasem jednym z kluczowych elementów kulturowej i historycznej tożsamości Stanów Zjednoczonych XX wieku. Żyje nie tylko jako nadal aktualny gatunek w ściśle określonych ramach, ale i inspiruje nieskończone szeregi innych artystów, od country-popu wczesnej Taylor Swift po noir klimaty Wovenhand. Wreszcie alt-country, bliskie Americanie i rozwodnionemu indie-folkowi, okazuje się jednym z twórczych nurtów rockowej alternatywy, niestety uchodzącym za dość hermetyczny. Lambchop mają pełny katalog pięknych piosenek, Wilco inkorporują w niebywały sposób elementy post- i kraut-rocka, potrafiliby zatem zgromadzić u nas minimalnie większą widownię niż Calexico, pełne stosunkowo najbardziej nam obcych cytatów z amerykańskiego Southwestu.

Joey Burns i John Convertino żyją w Tucson w Arizonie, stanie najbardziej westernowym z westernowych. Tradycje country'n'western są ledwie podstawą ich brzmienia sięgającego głęboko w stronę muzyki latynoskiej, meksykańskiego mariachi oraz tejano, czyli muzycznego ekwiwalentu kuchni Tex-Mex. Dla wypalonych słońcem przestrzeni Południa nie istnieje granica, latynoskie wpływy krążą po nich swobodnie wypełniając opowieściami, bohaterami i historią. Muzyka Calexico dla słuchaczy kojarzących te brzmienia w najlepszym razie z wystylizowanymi filmami Tarantino, wydawać się może akceptowalna jedynie jako półironiczny żart, fikcyjny, legendarny byt.

Szansą na zyskanie sobie słuchaczy spoza tradycyjnego kręgu mogła być dla Calexico płyta "Algiers". Owszem, usłyszymy tam trąby mariachi, latynoską rytmikę, hiszpańskie wokalizy, ale wplecione w spójną całość utrzymaną w zaskakująco poważnym tonie. Album ten powstał w Nowym Orleanie, huragan i woda zaważyły zatem w subtelny sposób na jego wymowie. zaś takie piosenki jak "Para" czy "Maybe On Monday" stanowiły prawdziwe emocjonalne wierzchołki.

Być może na "Edge Of The Sun" nie ma aż tak silnych kompozycji, przy pierwszym kontakcie album wydawać się może, mimo oczywistych dla Calexico i egzotycznych dla nas elementów, nieco bledszy od poprzednika. Tymczasem płyta, czerpiąc z wielu miejsc w których powstawała oraz imponującego szeregu zaproszonych gości, okazuje się nie tylko lżejsza w wymowie od "Algiers", ale też wprowadza do brzmienia Calexico nowe elementy, tworząc jeszcze żywszą i barwniejszą całość.


Płytę otwierają i zamykają najzwyczajniejsze w świecie piosnki. Rockową normalnością, pogodnym brzmieniem i dużą rolą perkusji zaskakuje pierwsze (i singlowe) "Falling From The Sky". Najbardziej sztandarowe elementy country pojawiają się później, pedal steel guitar w "When The Angels Played", liczne męsko-żeńskie dwugłosy (w "Tapping On The Line" z udziałem Neko Case), pogodny westernowy klimat w "Beneath The City Of Dreams". Meksyk w całej swej krasie rozbrzmiewa w instrumentalnym "Coyoacán", gdzie obok typowej sekcji dętej usłyszymy smyczki oraz meksykańską harfę jalisco, oraz w archetypowej wręcz piosence drogi i pogranicza "Cumbia De Donde".

Tradycyjne meksykańskie trąby brzmią jednak w tej samej jednak piosence jakby były odtworzone na 8-bitowej karcie dźwiękowej. W "Tapping On The Line", opartej na prostym gitarowym rytmie, dopiero po chwili zdajemy sobie sprawę z tego, że sekcję rytmiczną tworzy tu automat perkusyjny. Wreszcie "Moon Never Rises" brzmi jakby do tematu country'n'western podchodziło... Gorillaz. Najciekawiej jednak wypada ciemne, wieczorne country w "Bullets & Rocks" oraz przede wszystkim "Come Undone", najpoważniejsze na płycie, przestrzenne, pełne napięcia i najbliższe alt-country'owemu podejściu do post-rocka.

Celxico zatem puszczają do nas czasem na "Edge Of The Sun" oko, w większym niż na "Algiers" stopniu bawią się konwencją, ale jest to konwencja osadzona w żywej rzeczywistości. Może tym razem uda się im przekonać racjonalnych Europejczyków, że amerykański Southwest istnieje naprawdę. 7/10 [Wojciech Nowacki]

P.S.: Niech nie zmyli was José González w teledysku do "Falling From The Sky". Artyści połączyli siły we wspólnym projekcie, którego drugą częścią jest teledysk Gonzáleza do piosenki "Open Book" z płyty "Vestiges & Claws". Kolejny kroczek do przybliżenia nam Calexico.

0 KOMENTARZE:

Prześlij komentarz