Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Liima. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Liima. Pokaż wszystkie posty

26 grudnia 2018


LIIMA 1982, [2017] City Slang || Debiut Liimy, czyli zasadniczo nagle zrelaksowanych Efterklang, faktycznie przyniósł poczucie uwolnienia się od zobowiązań, oczekiwań, tego zadumanego majestatu albumów pieczołowicie przygotowywanych pod uprzednim szyldem. O ile "ii" była raczej zwieńczeniem poszukiwań nowego brzmienia i entuzjastycznym zapisem nowo ujawnionych pokładów nieskrępowanej kreatywności (nieprzypadkowo zapewne jedna z kompozycji nosiła wcześniej roboczy tytuł "Weed Jar"), o tyle "1982", choć tylko rozwija odkryte na poprzedniku tropy, jest płytą, którą zestala brzmienie Liimy w ich własny, autorski język i spójną, wyróżniającą całość.


Jednocześnie grupa nie kryje się wcale z inspiracjami, które zdają się spontanicznie pączkować w ich głowach, ba, podają je wprost na dłoni, pinkfloydowy riff rodem z "Money" dał choćby przecież tytuł piosence "Roger Waters". "1982" jest w oczywisty sposób ewidentne, wystarczy rzut oka na nazwę, na okładkę, tym razem zarówno neonowe, jak i noir'owe lata osiemdziesiąte są po prostu motywem przewodnim spajającym klamrą całą płytę, w przeciwieństwie do kolażowo różnorodnego debiutu. Nie znaczy to bynajmniej, że "1982" nie jest zróżnicowany, ale już rozpoczynający go utwór tytułowy kreśli atmosferę utrzymującą się do samego końca. Wyobraźcie sobie świat z "Blade Runnera", ale z tlącymi się jeszcze resztkami życia. Jest w nim pewien spokój, majestat i przestrzeń, a choć muzyka może brzmieć syntetycznie to nawet nie zbliża się do bycia taneczną.

Najżywsze rytmicznie "People Like You" wywodzi się lekko ze współcześniejszej elektroniki, ale wraz z wejściem żywej perkusji przeradza się w rozbieganą post-punkową piosenkę. Vocoderowy wokal w "2-Hearted" może naturalnie irytować, ale ma sens o tyle, że utwór ten wydaje się być właśnie wariacją na temat popowego przeboju. Ejtisowy synth-pop najsilniej daje się we znaki w "Life Is Dangerous", brzmiącej jak muzyka do seksu z tej niezbyt chwalebnej dekady, zatem w tapirowych fryzurach i chmurze ciężkich perfum. To wszystko jednak tylko wahnięcia w tej szklanej przestrzeni, co najlepiej oddaje prawie siedmiominutowy "David Copperfield", niemal instrumentalny, z ową kruchą rytmiką i nagłym tąpnięciem, które w finale przynosi i prog-rockową zmianę tonacji, i elementy gospel. Reszta płyty to właśnie taki senny krajobraz z rysującymi się tu i ówdzie dziwnymi kształtami i nawet "Kirby's Dream Land" tylko tytułem sugeruje świat komiksowej wyobraźni Jacka Kirby'ego. Ciekawostka, najbardziej chwytliwym fragmentem jest naprawdę całkiem przebojowe "My Mind Is Yours", najkrótsze jednak na płycie i oddzielone ciszą od utworu ukrytego na samym końcu. Niedostępnego zresztą w wersji winylowej. Lśniąca tęczowym pobłyskiem płyta kompaktowa to w końcu kolejny kluczowy artefakt z lat osiemdziesiątych, nie dziwi więc jej dowartościowanie albumem tak nostalgicznym i autonomicznym zarazem. 8/10 [Wojciech Nowacki]

2 maja 2016


LIIMA ii, [2016] 4AD || Zmiana nazwy nie zawsze jest tak efektywna jak z New Yardbirds na Led Zeppelin czy z Joy Division na New Order. Jeśli duńscy Efterklang decydują się, wraz ze swym koncertowym perkusistą Finem Tatu Rönkkö, występować po nową i niewiele nikomu mówiącą nazwą Liima, to dopiero podczas koncertu obserwowanego przez kilkadziesiąt ledwie osób jasnym się staje, że taki był najprawdopodobniej plan.

Praski koncert Liimy był jednym z najdogłębniej zignorowanych koncertów sezonu i zachodziłem w głowę dlaczego całkowicie zakamuflowali szyld Efterklang, który pozwoliłby im nie tylko zapełnić, ale być może i wyprzedać znacznie większą koncertową salę. Znakomitość albumu "Piramida" zaakcentowali jeszcze potężniejszą płytą koncertową "The Piramida Concert" zarejestrowaną z udziałem kopenhaskiej filharmonii, poziom patosu zawieszony został więc niezmiernie wysoko. Następnie pojawiły się dwie informacje, pierwsza, że Efterklang pracować mają nad autorską operą, czyli jednak można przebić płytę symfoniczną, oraz druga, która wzbudziła panikę wśród miłośników grupy, dotycząca "ostatniego koncertu" grupy w dotychczasowej formie i potrzeby czasu na odnalezienie nowego kształtu jej działalności. Co przez niektórych zostało odczytane jako koniec Efterklang, dziś już wiadomo, że okazało się początkiem Liimy.

Jeśli muzycy marzą czasem o powrocie do swych początków, do bycia znów debiutantem, do niewinnej anonimowości, to Efterklang to marzenie zrealizowali. Powrót od orkiestry za plecami do klubowych koncertów dla wybranej garstki nie jest bowiem degradacją. Liima wypada na żywo świetnie, muzycy są zrelaksowani i autentycznie zainteresowani sprzężeniem zwrotnym z publicznością. Pomijając już kwestię swobody eksperymentowania i zabawy nowymi dźwiękami bez presji nagrania kolejnej "Piramidy". Choć jednak brzmienie Liimy różni się od Efterklang, to jednak "ii" nie jest bynajmniej albumem przesadnie eksperymentatorskim.


Modelowy utwór Liimy to już otwierające całość "Your Heart". Linia wokalna, gdzieś pomiędzy Efterklang a Apparat, snuje się nad delikatnym, koronkowo-mechanicznym mikro-bitem, mimo modulacji głosu całość brzmi całkiem przestrzennie, ale nie przechyla się ani w stronę zdecydowanej rytmiki, ani melodyjnej piosenkowości. Teoretycznie bowiem Liima bazować ma na perkusjonaliach, ba, nawet tytuły kompozycji częściej wychodzą z rytmicznych i dźwiękowych skojarzeń niż tekstów. "Trains In The Dark" to oczywiście syntetycznie-kraftwerkowy automat perkusyjny. "Russians" bazują na samplu z radzieckiego filmu. A co z intrygującym tytułem "Roger Waters"? Spróbujcie powstrzymać wasze umysły przed natychmiastowym skojarzeniem linii basu z pinkfloydowym "Money". Gitara basowa zresztą jest cichym bohaterem materiału Liimy, zaskakując znacznie częściej niż perkusja.

Rytm zdaje się bowiem być bazą kompozycji, ale nie okazuje się ich pierwszoplanowym elementem. Nie są nim też melodie, jak we wspomnianym już "Your Heart", Liima zatrzymuje się gdzieś w połowie, pierwszy plan oddając zaskakująco wokalowi. I choć to ten sam głos co w Efterklang, to znacznie częściej zbliża się tu bardziej do popowej elektroniki Moderat, nawet jeśli w "Amerika", drugim najlepszym obok "Rogera Watersa" utworze Liimy, radośnie zbliżają się do mikropopowego eksperymentu tUnE-yArDs. Szkoda, że takich urozmaiceń nie ma tu więcej, mniej więcej od połowy "ii" brzmieć zaczyna jak jeden długi utwór, poszczególne motywy wydają się powtarzać i brzmieć podejrzanie znajomo a utwory przenikać jeden w drugi więcej niż niezauważalnie.

Nie tyle selekcja materiału, co produkcja zaważyła na jednak umiarkowanym charakterze płyty. Liima na żywo wypada znacznie lepiej, wyraziście, spontanicznie, jednocześnie dziwnie i sympatycznie, czasem wręcz tanecznie, co w połączeniu z filuternością wokalisty naprawdę daje im większy popowy potencjał niż przereklamowanemu Moderatowi. Również podróżniczego charakteru materiału, który powstawał od Madery po Berlin, po wejściu do studia nie słychać. "ii" to raczej potencjał niż spełnienie wielowymiarowości, ale nawet pomimo tego nie jest płytą nudną. 6.5/10 [Wojciech Nowacki]