Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mount Kimbie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mount Kimbie. Pokaż wszystkie posty

21 sierpnia 2018


MOUNT KIMBIE Love What Survives, [2017] Warp || Promujący płytę "Cold Spring Fault Less Youth" koncert Mount Kimbie, który odbył się w Pradze jesienią 2013 roku pamiętny był nie tylko dlatego, że tego samego dnia poznałem swojego przyszłego małżonka. Ewidentnie się starzeję, i nie mam problemu się z tym godzić, ale uczestnictwo w koncertach sprawia mi coraz mniejszą przyjemność. Mount Kimbie byli jednak po prostu bardzo dobrzy, dysponowali wtedy świeżym, naprawdę udanym i zaledwie drugim w karierze albumem a ich żywe podejście do efektownej elektroniki skutkowało wyśmienitą i angażującą formą koncertową.

Skoro jednak dopiero druga płyta jest tak udaną to oczekiwania przed trzecią naturalnie rosną. Duet wydawał się zdawać sobie z tego sprawę i wygasił działalność zarówno wydawniczą, jak i koncertową na parę lat. Powrót aż trzy lata później odbył się pod znakiem testowania nowych idei przed wydaniem kolejnego albumu. Przekształcenie Mount Kimbie, przynajmniej w koncertowej odsłonie, w niemal regularny zespół doprowadziło do lekko przyciężkiego i niezgranego efektu. Potwierdził to też jeszcze jeden koncert, już po wydaniu "Love What Survives", o czym słyszałem z drugiej ręki, uczestnictwo w nim zaledwie rok po poprzednim nie wydawało mi się bowiem ani zasadne, ani potrzebne. Zawłaszcza, że przeciętność nowego brzmienia potwierdziła również sama płyta.


Zamiast rozwijać swoje organiczne podejście do elektroniki w stronę emocjonująco w nim tkwiącego post-rockowego potencjału, Mount Kimbie zdecydowali się na stylizację post-punkową, w której być może byłoby im do twarzy, gdyby nie zawiodło wykonanie. Pełno tu dysonansów, najczęściej niemal na granicy fałszu. Przybrudzony automat perkusyjny i fałszująca linia basu mają być częścią post-punkowego anturażu, ale efekt jest wysoce nieprzyjemny, zwłaszcza dla osób pamiętających lata dziewięćdziesiąte i palpitacje serca towarzyszące każdemu zniekształceniu dźwięku rodzącemu myśl o wkręcającej się kasecie. Roboczemu charakterowi całości nie pomagają zresztą same kompozycje w większości nie mające na siebie pomysłu. Z drugiej zaś strony mamy tutaj utwory wyróżniające się w sposób oczywisty, czyli te z gościnnymi wokalistami. James Blake i King Krule to jednak nudne i bezpieczne wybory, pierwszy z nich staje się powoli karykaturą samego siebie, całkiem serio zbliżając się do Sama Smitha, przereklamowanie drugiego zaś staje się powoli coraz jaśniejsze. "Marylin" z Micachu również trochę się gubi, ale ma przyjemnie medytacyjny charakter, najlepiej jednak wypada "You Look Certain (I’m Not So Sure)" z wokalistką praktycznie nieznaną. Rozedrgane fałszowanie i tutaj daje się we znaki, ale Andrea Balency idealnie wręcz imituje manierę Stereolab z nakładającymi się pętlami melodyjnie motorycznego wokalu.

Chwali się, że "Love What Survives" przynajmniej stara się być płytą diametralnie różną od poprzedników. Angażujący artyzm "Cold Spring Fault Less Youth" pozostaje jednak niezagrożony a intymną wielkomiejskość z wyspiarskim posmakiem "Crooks & Lovers" lepiej dziś realizuje Gold Panda. 6/10 [Wojciech Nowacki]

18 grudnia 2013


MOUNT KIMBIE [30.11.2013], MeetFactory, Praha || Zakończenie jesiennego sezonu koncertowego nastąpiło dla mnie ledwie parę dni po fatalnym występie Starfucker. Na Mount Kimbie jednak zapatrywałem się optymistycznie, duet wydał w tym roku świetną płytę, elektronika zawsze sprawdza się w ścianach praskiego MeetFacory. I faktycznie, nie dość, że poza nie było rozczarowania, to koncert ten okazał się chyba najlepszym na jakim byłem w tym roku.

Już frekwencja pokazywała, że możemy mieć do czynienia z dobrym eventem. Spośród wszystkich tegorocznych koncertów w MeetFactory Mount Kimbie przyciągnęli zdecydowanie największą widownię. Duża sala wypełniona była niemal po brzegi, powietrze pod sceną dosłownie skraplało się na czołach uczestników, oddychać można jednak było niezwykle przestrzenną i intymną zarazem muzyką.

Mount Kimbie próbuje się wpisywać w kontekst współczesnego post-dubstepu i nowego soulu a'la James Blake i spółka. Nie twierdzę, że nie jest to całkowicie prawdą, ale inspiracje i horyzonty duetu sięgają znacznie dalej w czasie i przestrzeni niż większość skupiającej na "tu i teraz" dzisiejszej elektroniki. "Cold Spring Fault Less Youth" bez wahania zaliczyć można do najlepszych albumów roku 2013. Na żywo Dominic Maker i Kai Campos mało, że bezbłędnie oddali wszystko to, co w ich studyjnej pracy najlepsze, ale i uwypuklili to, co w ich muzyce jest wyjątkowe i często nie do końca uświadamiane.

Jasne, nadal jest to szeroko pojęta elektronika, ale zaskakująca wielką rolę pełnią tutaj żywe instrumenty w najbardziej klasycznym zestawieniu gitara + bas + perkusja. Szczególną uwagę zwraca właśnie szurająca, niemal jazzowa perkusja, a obok pulsującego, choć nie szaleńczego basu, to proste gitarowe frazy i repetycje zbliżają Mount Kimbie do klasycznego ponadgatunkowego post-rocka sprzed ponad dekady. Motoryka ich kompozycji również ma bardziej post-rockową niż elektroniczną genezę a gradacje dźwięków i napięcia wskazują, że jest to właściwa etykieta. Jednocześnie ważną rolę pełnią tutaj wokale, kruche i delikatne, ale nie pretensjonalnie soulowe. Mount Kimbie łączą zatem to, co najlepsze w dzisiejszych trendach z alternatywą początku lat 00'. W efekcie otrzymujemy muzykę melodyjną i taneczną, ale jednocześnie złożoną.

Recepcja koncertu była szalenie entuzjastyczna, sami wykonawcy byli wyraźnie i szczerze uradowani, może nawet zaskoczeni. Pościelowe "Home Recording", kroczący "Blood And Form", wsamplowany King Krule w "Break Well", gitarowe ściany i kwaśny taneczny bis, wszystko to wywoływało kolejne fale emocji. Czy czegoś zabrakło? A i owszem. Pomijając kwestię braku merchendisingu, która trapić może jedynie największych muzycznych geeków, to sam koncert okazał się rozczarowująco krótki. Dla mnie wyglądało to tak, że najpierw się spociłem, potem wycofałem na tył, wypiłem butelkę Club Mate, wróciłem na front a za moment już były bisy. Szkoda, wielka szkoda. [Wojciech Nowacki]