Pokazywanie postów oznaczonych etykietą The National. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą The National. Pokaż wszystkie posty

11 listopada 2017


THE NATIONAL Sleep Well Beast, [2017] 4AD || Fenomenu albumu "High Violet" nigdy specjalnie nie rozumiałem, choć przyznać trzeba, że jest to w istocie kolekcja całkiem udanych i przebojowych piosenek. Być może więc trochę z przekory, ale jego następca "Trouble Will Find Me" od samego początku spodobał mi się znacznie bardziej. W świecie The National był to odpowiednik syndromu drugiej płyty, bo przyznajcie ilu z was tak naprawdę słuchało grupy z płyt sprzed "High Violet". Ale uważniejsze przesłuchania sprawiły, że "Trouble Will Find Me" zaczęło mi się jednak wydawać płytą dość jednorodną, w tym też duchu napisałem jej recenzję, zyskało zaś "High Violet". Dziś z kolei "Trouble Will Find Me" znów wydaje mi się lepsze i bardziej różnorodne, do obu albumów mam jednak stosunek letni, tak jak i do samej grupy, cała ta zaś karuzela zmiennych emocji i jałowych dywagacji odsłania tak naprawdę tylko jedno. Między płytami The National nie ma różnicy.

The National jest ładne, The National jest stylowe. Jest też melancholijne, przebojowe, dobrze wyprodukowane, ale wszystkie te wartości znajdziemy u innych wykonawców w znacznie bardziej pasjonujących połączeniach i ilościach. Mam umowę z przyjaciółką, że jeśli pewnego dnia jedno z nas się obudzi i pomyśli, że ma ochotę posłuchać Stinga to drugie weźmie dubeltówkę i je miłosiernie zastrzeli. Czyżby więc The National byli Stingiem indie-rocka? Często się o nich pisze w oklepanym kontekście dojrzałości, może więc to kwestia wieku? Może lekkiego snobizmu? W końcu pozytywnym reakcjom na "Sleep Well Beast" towarzyszą wręcz ekstatyczne w odniesieniu do oprawy graficznej tej płyty. Mierzymy wręcz wyraźnie w target mogący docenić i pozwolić sobie na gustowne artefakty. Od razu przeprosić muszę za zestawienie ze Stingiem, bo The National jest naprawdę i ładne, i stylowe. Ale poranków z myślą, o, to dobry dzień na The National, nadal nie miewam.


"The System Only Dreams In Total Darkness" jako pierwszy singiel był jednak wyjątkowo zachęcający, punktujące pianino, zadziorna gitara, rytmiczne napięcie, ba, nawet solówka, wszystko to efektownie eskaluje i podbite jest gustownie intrygującą elektroniką. Jeśli zatem można było podejrzewać przynajmniej delikatną próbę eksperymentowania to standardowo nudnawe "Guilty Party" oraz "Carin At The Liquor Store" rozwiały większość złudzeń. Elektronika jest na "Sleep Well Beast" obecna, ale najczęściej przypomina jej popsutą wariację rodem z ostatniej płyty Bon Iver, w najlepszym zaś razie zbliża się do jej gustownego miksu z pianinem porównywalnego z nowym Lambchop. Okazjonalnie jednak robi się naprawdę ciekawie: nowoczesne, choć ostatecznie niewykorzystane brzmienie "Empire Line", świetny instrumentalny finał "I'll Still Destroy You", sigurrósowe tło "Nobody Else Will Be There" to jednak tylko poutykane tu i ówdzie drobiazgi ginące w typowych kompozycjach, typowym wokalu, typowym tempie i nastroju. Nietypowym natomiast braku przebojowości.

Zaskakująco bowiem "Sleep Well Beast" wypada ostatecznie słabiej od swoich poprzedniczek, którym nie można było przecież odmówić całej plejady chwytliwych piosenek. Tutaj The National zatrzymali się w połowie drogi do odświeżenia brzmienia zostawiając za sobą niewątpliwą chwytliwość. "Day I Die" raczej irytuje i wydaje się dość wymuszone. Ale za to "Turtleneck" okazuje się jednym utworem w którym The National przekuwają swoją dojrzałość, na naprawdę efektownie cedzoną złość. Najlepszą zatem piosenką na potencjalnie eksperymentującym z elektroniką albumie okazuje się ta najbardziej korzennie rockowa. 6/10 [Wojciech Nowacki]

30 maja 2013


THE NATIONAL Trouble Will Find Me, [2013] 4AD || Mam problem z The National. Lubię “High Violet”, ale olbrzymi sukces tej płyty zawsze mnie zastanawiał. Długo do mnie docierała i dopiero teraz, przez porównanie z „Trouble Will Find Me”, w pełni widać, że jest to album klasyczny. Tymczasem o nowym wydawnictwie ciężko powiedzieć coś więcej niż to, że jest przyjemne.

Za to naprawdę przyjemne. Po pierwszym odsłuchaniu od razu pomyślałem, że to dobra płyta, złapała mnie zatem szybciej niż „High Violet”. Schody zaczęły się przy dalszym się w nią zagłębianiu. Satysfakcja z obcowania z „Trouble Will Find Me” jest spora, jest to album do którego chce się wracać. Być może dlatego, że jest po prostu przyjemny.

Dominującą jego cechą jest jednorodność. Zarazem jest to największa różnica w stosunku do poprzednika. Na nowym albumie zasadniczo wszystkie utwory utrzymane są w jednym, średnim tempie, Matt Berninger niemal cały czas śpiewa tak samo, korzystając z jednego patentu na frazowanie wersów i połączenia rymów. Za największą wokalną wpadkę uznać należy refren „Demons” i balansujące na granicy załamania zaniżanie głosu. Reszta płyty to jednak kojące i nieinwazyjne mruczenie. Berninger młodym Cohenem?

Niezaprzeczalnym atutem „Trouble Will Find Me” jest świetna produkcja. Już w otwierającym „I Should Live In Salt” czuć przestrzeń, finał „This Is The Last Time” pięknie wzbogaca żeński wokal, stylistycznie zaś wyróżnia się soft-rockowy „Pink Rabbits”. Na szczęście płyta nie jest na tyle jednowymiarowa, by nie móc na niej znaleźć zdecydowanych highlightów.


Pełen energii (jak na The National oczywiście) „Sea Of Love” to bezdyskusyjnie świetny wybór na singiel, poprzedza go jednak krótki „Fireproof”, delikatny, opleciony piękną gitarą, ale z niesamowitym nerwem i gradującym napięciem. Urokliwie prezentują się wspomniany już „This Is The Last Time” oraz „I Need My Girl”. Ukoronowaniem płyty jest jednak wspaniałe „Humiliation” z fajnie lejącym się refrenem, łkającą gitarą i chórkami w końcówce.

O cóż więc chodzi? Czy naprawdę żyjemy w czasach, gdy jedna z podstawowych wartości wynikających ze słuchania muzyki, czyli zwyczajna przyjemność z nią obcowania, to za mało? Musimy być stale zaskakiwani, bombardowani hookami, nowatorstwem, eksperymentami dla czystego eksperymentowania? Nie wiem jak wy, ale ja potrzebuję czasem spokoju, odpoczynku i ukojenia. Nawet w muzyce. I oto chyba tajemnica The National. „Trouble Will Find Me” nie jest płytą tak znaczącą jak „High Violet”. Jej jednorodność to dla wielu jej główna słabość, lecz tak naprawdę jest to świadectwo różnicy w stosunku do poprzedniczki. Klasycznie piękne „Trouble Will Find Me” to album, który się nie zestarzeje. A nie jestem pewien czy taki sam los czeka „High Violet”. 7/10 [Wojciech Nowacki]