22 marca 2011

Recenzja Mjut "Akcja ratowania ślimaków"


MJUT Akcja Ratowania Ślimaków, [2011] Mystic || Okładka „Akcji Ratowania Ślimaków” jest bardzo myląca - budzi skojarzenia raczej z grafomańskimi notatkami nastolatków niż z naprawdę oryginalną muzyką jaką nagrali ci debiutanci. Album przepełniony jest ospałymi instrumentalnymi fragmentami, chwilami przestrzennymi a chwilami wyjątkowo ciasnymi tłami, wokalem, który luźno się do wszystkiego podłącza i najróżniejszymi szumami, przesterami czy piskami. Głównymi motywami utworów przeważnie są nie riffy gitarowe, perkusja czy wokal, a właśnie krótkie, ale ciekawe zapętlone dźwięki elektroniczne.

Jednak elektronika Mjut, to nic z okolic electro, a raczej ambientowych plam dźwiękowych i toksycznych pętli. Owszem, gdzieniegdzie gitary są wyraźnie słyszane („Najlepsza piosenka na płycie” czy „Prawdziwi młodzi rebelianci”), a czasem jest to wręcz najbardziej charakterystyczny element („Koni”), ale w wielu momentach są na tyle wycofane i zmieszane z innymi dźwiękami, że stanowią jedynie dodatek. Jeżeli chodzi o klimat, jest to jakaś mieszanina post-rockowych brzmień i trip-hopowej rytmiki, a to wszystko zabarwione tłami rodem ze ścieżek dźwiękowych czy ambientu. „Akcja Ratowania Ślimaków”, zarówno w muzyce, jak i warstwie lirycznej, to mnóstwo nostalgii i oglądania się za siebie. Wspomnienia podwórka z czasów dzieciństwa mieszają się tu z rozmyślaniem o przeprowadzce do nowego miasta, miłości czy strachem przed życiem. Ciekawostką jest również zupełne odejście od tradycyjnego układu utworów – brak tu podziału na zwrotki i refreny, a w zamian dostajemy anty-piosenkowe kompozycje, które płyną by niespodziewanie się urywać lub przeciwnie - wejść w kolejny utwór niezauważenie. Właściwie jest to jeden 42-minutowy utwór z krótkimi wyciszeniami w niektórych momentach.

Mjut to cztery osoby - Patryk Kienast, wokalista grający także na gitarze i syntezatorze, gitarzysta Marcin Świątek, basista Mateusz Lewandowski i perkusista Dawid Jaroszewski, odpowiedzialny również za sample i pętle.

Album rozpoczyna trwające niecałe 2 minuty „Białe łóżko” regularnie przecinane piskliwymi dźwiękami. Wokalista brzmi tu nieco jak Rojek (w ogóle skojarzenia z Myslovitz czy Lenny Valentino pojawiły się podczas odsłuchu kilkakrotnie). Intro wpada bezpośrednio w „Robert naszym mistrzem” witając nas odgłosami bawiących się na podwórku dzieci, zestawionymi z zapętlonymi wstawkami. Bardzo ciekawy efekt i podoba mi się to, że chłopaki nie bali się tego motywu przedłużyć.

Kiedy już skończą się te przeszło pięciominutowe, instrumentalne eksperymenty rozpoczyna się „Najlepsza piosenka na płycie” (chociaż moim zdaniem są na płycie utwory lepsze). Tu kolejne pętle, tym razem energiczne trzaski, bardzo nastrojowe gitary, ciekawe jęki w tle, a momentami nawet taki bardziej typowy beat. Zakończenie stworzone zostało z nagrania puszczonego od tyłu. „Prawdziwi młodzi rebelianci” mogłoby się nazywać (w duchu tytułu poprzednika) „Najbardziej rockowa piosenka na płycie”. Utwór jest oparty o gitary i perkusje, a elektronika jedynie go wzbogaca. To chyba najbliższa standardowym piosenkom kompozycja, ale nawet tutaj nie uświadczymy wyraźnego schematu refren-zwrotka.

„Do końca wszystkiego” to piosenka o miłości z bardzo prostym, ale przyjemnym tekstem. Ciekawym dodatkiem jest nagle pojawiająca się i nagle ginąca zawodząca gitara (kojarzy mi się z projektem 16 Horsepower), a także instrumentalny fragment oparty o nieregularna perkusje, zgrzyt gitary i rozmaite dodatkowe hałasowanie (pukanie, echa itd.). Jeden z najciekawszych etapów płyty, „Zorientowani na sukces”, rozpoczyna się prostą, ale bardzo klimatyczną gitarą akustyczną i delikatnym tłem. To podobno pierwszy utwór jaki zespół nagrał po przeprowadzce z Działdowa do Trójmiasta - zresztą właśnie o tym miejscu słyszymy w tekście („Resztką sił znoszę ten chłód. Miasta trzy i żadne z nich nie moje”). Po zaledwie dwóch minutach i symbolicznym „Do biegu, do startu, start...” utwór nagle się urywa.

"Koni" rozpoczyna się od rytmicznej perkusji, do której dołącza gitara, a następnie silnie przerobione zawodzenie. Tekst opisuje lęk jaki odczuwa narrator przed tym, jak wszystko zostało zorganizowane, jak społeczeństwo funkcjonuje i jaką presję nakłada na swoich członków, a także jak on sam chroni się przed porażką („Nie szukam bo boję się, że nie znajdę/ nie biegnę, bo boję się, że nie zdążę/ a boję się tak, że aż strach, że aż lęk/ listonoszy, ewidencji ludności/ telefonów, ludzi i dzwonka do drzwi”). Utwór kontynuuje według mnie stan wywołany przez „Zorientowani na sukces” i staje się jednym z najlepszych punktów tej muzycznej wycieczki.

Tytułowa „Akcja ratowania ślimaków” jest skomponowana dobrze, zawiera śliczną smutną gitarę i świetne efekty nakładane chwilami na wokal, ale nie umieściłbym jej w najlepszej trójce albumu (umieściłbym za to „Zorientowani na sukces”, „Koni” i „Robert naszym mistrzem”). We wstępie „Szofeo” elektronika współgra z akustykiem i subtelnym wokalem. I tak właściwie przebiega znaczna część kawałka, aż do zakończenia, w którym zmiksowany został silnie przerobiony głos (przypominający mowę robota) powtarzający tekst z początku utworu. W tle usłyszymy także odgłosy, które skojarzyły mi się z jakimś językiem robotów z filmu science-fiction, a także ścieżką dźwiękową z gry „Machinarium”. Kolejny utwór, „Miss świata piękności”, rozpoczyna się od dziwnego powtarzanego dźwięku, ale dalej jest niestety słabo – to jedyna nudna kompozycja na płycie. Niby przyjemna gitara płacze w oddali, ale całość zupełnie nie porywa.

Album zamyka kontynuacja instrumentalnego „Robert naszym mistrzem”. Od pierwszych chwil przywraca ona elektroniczną pętlę z pierwszej części. Tym razem w tle usłyszymy znacznie szybszy i bardziej intensywny beat (podchodzący wręcz pod szalone rejony Infected Mushroom - chociażby z płyty „Vicious Delicious”), powolna, ale rytmiczna perkusja i syntezator. Poszczególne elementy zmieniają tempo, a także znikają i pojawiają się ponownie tworząc transowe elektroniczno-instrumentalne zakończenie. Uspokojenia zahaczającego o psytrance beatu następują jedynie na moment, by pozwolić gitarze brzdąknąć kilkakrotnie i powrócić w lekko zmodyfikowanej wersji.

Na podstawie tak skomponowanego materiału ciężko określić czy Patryk Kienast posiada jakieś ciekawe wokalne możliwości. W muzykę Mjut jego głos wkomponowuje się dobrze, ale przez większość czasu szepcze lub śpiewa schowany za najróżniejszymi efektami i dźwiękami. Bez wątpienia będę śledził dalsze losy tej czwórki - „Akcja Ratowania Ślimaków” to bowiem ciekawy debiut. Płyty dobrze jest słuchać wieczorem, najlepiej po ciemku, w dobrej jakości i na dobrych słuchawkach. Pozwoli to wychwycić często subtelne, ale ciekawe rzeczy, które dzieją się w tle. 7/10  [Michał Nowakowski]

0 KOMENTARZE:

Prześlij komentarz