10 marca 2011

Recenzja R.E.M. „Collapse Into Now”


R.E.M. Collapse Into Now, [2011] Warner || Z płytami R.E.M od paru lat jest podobnie jak z filmami, w których gra Nicolas Cage - nie ukazują one w najmniejszym stopniu ich talentu i możliwości. Są bezpieczne i zachowawcze, a przecież zespół tak jak i bratanek słynnego reżysera udowodnili parokrotnie, że ich możliwości są spore. Wspomnieć choćby „New Adventures in Hi-Fi”, „Up” czy „Automatic for the people”. Napisanie takich piosenek, jakie znajdują się na „Collapse into Now” to dla nich nie problem, a i tak dobrze je usłyszeć.

„Discoverer” otwiera płytę w dobrym stylu. Tnące dźwięki gitary, krzykliwy wokal i akcentujący bas. Po chwili konstrukcja przechodzi w jeszcze wyraźniejsze rockowe granie. „All the best” jest zbudowany podobnie, od poprzednika różni się hermetyczną partią perkusji. Singiel to odwołanie do takich utworów jak „Drive” oraz „Find the river”. Pozostawiający wiele przestrzeni dźwięk akustycznej gitary idealnie współgra z klawiszami, wysuwającymi się w refrenie naprzód. Sam refren zresztą wypada, pomimo sporego ładunku melancholii, chwytliwie. Klaskanie i elektroniczne ozdobniki dopełniają całość utworu.

Smutku nie brakuje też w następnych trzech piosenkach. Z nich zdecydowanie najlepiej prezentuje się „Every day is your to win”. Ponownie relacja gitara–bębny daje dobry efekt. Zmiana emocji przy pomocy przesteru wypada szczerze, jest dobrze poprowadzona, choć chwilami oszczędna. Zupełnie jakby zespół uważał by nie przesadzić z nadmiarem negatywnych emocji. W związku z tym następnie prezentuje zwrócenie się ku rock'n'rollowej energii. Pomimo, że „Mine smell like honey” nie jest skomplikowany i opiera się na złotej zasadzie: zwrotka - refren + przejście, to Stipe niemal wystękujący słowa tytułu, robi to w sposób, dzięki któremu wierzę mu od pierwszego zdania.


Zabarwione stylem country „Walk it back” jest przerwą od kolejnego czadu (oczywiście jak na R.E.M). Nie do końca udanego. Właściwie, gdy piosenka o dziwnym tytule - „Alligator_Aviator_Autopilot_Antimatter” dobiega końca, z trudem potrafię zanucić chociażby refren, a rozumiem, że miała to być gitarowa piosenka. To samo spotyka również następny kawałek.

Żegnamy w tym samym momencie gitary i przechodzimy do ostatnich dwóch dołów. Co prawda „Me, Marlon Brando, Marlon Brando And I” wypada odrobinę pretensjonalnie w warstwie lirycznej, ale nadrabia to muzyką. „Collapse into now” zamyka, najlepszy jej element. Chropowata melorecytacja i emocjonalna wokaliza Michael’a, przy podobnym zestawieniu ostrości i smutku w instrumentarium wypadają przejmująco. Swoje istotne trzy grosze w „Blue” dorzuca również Patti Smith.


R.E.M udało się idealnie wyważyć emocje i stworzyć najlepszy album od 10 lat. Pełen prostoty, z drobnymi akcentami artyzmu. Jest się z czego cieszyć, przecież wcale nie musiało być tak różowo. 7/10 [Paweł Samotik]

0 KOMENTARZE:

Prześlij komentarz