20 sierpnia 2015

Recenzja Květy "Miláček slunce"


KVĚTY Miláček slunce, [2015] Indies Scope || O Květach myślę zawsze gdy pada pytanie o wyróżnik czeskiej muzyki. Nie tylko dlatego, że są jednym z moich ulubionych zespołów i jednym z pierwszych, w Polsce zasadniczo nieznanych, które w Czechach poznałem. Květy, czołowi reprezentanci morawskiej alternatywy, w typowo czeski sposób sięgają po lokalne tradycje i uwspółcześniają je zachowując jednak oryginalność i miejscową tożsamość.

Oficjalnym debiutem grupy był wydany w 2004 roku album „Jablko jejího peří”, jednak już wcześniej Květy własnym nakładem szereg domowych tytułów, spośród których ostatni „Daleko hle dům” doczekał się późniejszej reedycji. Oba te materiały powstały praktycznie w tym samym czasie i o ile bardziej dopracowane i klarowniejsze „Jablko jejího peří” było w swej ówczesnej dziwności przystępniejsze i bardziej piosenkowe pod względem struktury i treści kompozycji, to surowe „Daleko hle dům” przyniosło jeszcze odważniejszy i unikatowy zlepek alternatywnego folku, rocka i współczesnego szansonu. Sama muzyka, na wskroś teatralna i w duchu morawska, zdawała się opowiadać historie, miejscami w całkiem intensywny sposób. Wtedy właśnie, wśród korzeni Kwiatów, znaleźć można było wspólne dla brneńskiej alternatywy i tak charakterystyczny dla czeskiej sceny swobodne, uwolnione wręcz podejście do miejscowych folkowych tradycji naturalnie tłumaczonych na współczesny język. To samo brzmienie i ulotna atmosfera, którą inną gałęzią stało się później DVA.


Szybkie zdobycie i umocnienie swych pozycji Květy dokonały dzięki swoistej trylogii albumów „Kocourek a horečka”, „Střela zastavená v jantaru” oraz „Myjau”. „Kocourek…”, choć jako jedyny album stworzony wyłącznie w duecie, zdecydowanie opowiedział się po bardziej piosenkowej niż ilustracyjnej stronie Květów, ale jeszcze niekoniecznie przebojowej. Stopniowo też ich piosenki nabierały coraz mocniejszego rockowego charakteru, na pierwszy plan jednak zdecydowanie wysunął się Martin E. Kyšperský ze swym charakterystycznym głosem i sposobem frazowanie. Wokalne eksperymenty posunął do granic przyswajalności na „Střele…”, zarazem album ten, radośniejszy, bardziej melodyjny i znów bardziej rockowy, przyniósł pełniejsze zespołowe brzmienie i pierwsze prawdziwe przeboje.

Droga do „Myjau” była zatem logiczna i konsekwentna, ta najlepsza w dorobku Květów regularna płyta idealnie wyważyła wszystkie dotychczasowe elementy, nastroje, brzmienia w spójną, piosenkową, ale niebanalną całość. Mocne kompozycje bez wyjątku uwodziły, wokal stał się integralną częścią piosenek, które w swej morawską alternatywę doprowadziły niemal do post-rockowej intensywności. Powagę „Myjau” szybko skontrowało „V čajové konvici. Písně z projektu Svět podle Fagi” napisane jako ścieżka dźwiękowa do opartego na komiksowych paskach przedstawienia teatralnego, świata zatem całkowicie dla Květów naturalnego. Lekkość tego materiału niesamowicie uwodzi, pełne pomysłów i gości piosenkowe miniatury przyniosły jednorazowo znaczące poszerzenie brzmienia zespołu, stając się obok „Myjau” jego najlepszym zespołem.


Stąd też „Bílé včely” zainaugurowały stabilny okres w historii Květów, co znów jest rzeczą całkiem naturalną dla zespołu z tyloma już tytułami w dyskografii. Muzyka stała się może mniej ekscytująca i zaskakująca, Květy łatwiej już zakwalifikować po prostu do dziedziny piosenkowego alternatywnego rocka, ale zarazem zespół nie ustaje w modyfikowaniu swojego ustabilizowanego już brzmienia, tutaj choćby o subtelną elektronikę, ale i bardziej minimalistyczne podejście do kompozycji i aranżacji niż w rozbuchanych czasach „kociej” trylogii. Najnowszy „Miláček slunce” jest zatem zarówno kontynuacją i rozwinięciem brzmienia dojrzałych Květów z poprzedniego albumu.

"Je podzim" jest modelową piosenką Květów z typową dla nich rytmika, pogadankowymi zwrotkami i chwytliwie emocjonalnym refrenem oraz instrumentarium na które obok obowiązkowych smyczków i kontrabasu składają się, to nowość, organy. Znakomity, rozpędzony "Syn" to nerwowe, niemal punkowe podejście do folku z punktowanym, łamiącym język refrenem (Ty přece víš víc než já vím). Jeszcze mocna, prawie zeppelinowa, smyczkowa motoryka w "Opičí král (ještě přece je čas)" zagęszcza emocje, ale reszta płyty porzuca brzmienie grającego morawski folk Arcade Fire i eksploruje sygnalizowany już na "Bílé včely" minimalizm.

"ČKNO" zbliża się wręcz do ambientu, minimalizm, ale nie surowość, eksponuje tutaj wszystkie świetnie wyprodukowane aranżacyjne detale. Elektronika najsilniej odznacza się w piosence "Cizinec", swoiście anty-post-rockowej, bo tak nierockowe instrumenty jak wiolonczela i kontrabas użyte zostały w sposób jak najbardziej rockowy. Kontemplacyjnie brzmi "Kočičí dům", w finałowym "Psi" powracają zaś mocniejsze, hałaśliwe akcenty. "Miláček slunce" to jednak zdecydowanie album na którym mniejszy nacisk położono na kompozycje, chwytliwość, przebojowość, większy zaś na produkcję, wyeksponowanie poszczególnych brzmień, dawniej opadających na słuchacza lawiną, tutaj powoli, nomen omen, kwitnących.

Do Květów nie trzeba przekonywać nikogo na rodzimym rynku. Ich charakterystyczna poetyka i brzmienie od lat tworzą uznaną markę. Zespół ten jest najlepszym przykładem specyfiki czeskiej muzyki, która opiera się na lokalnych tradycjach bez oglądania się na zachodnie wzorce a brzmiącej przy tym nowocześnie, autorsko i intrygująco, podczas gdy w Polsce "mainstream alternatywy" zdaje się kopiować z mniejszym lub większym opóźnieniem światowe trendy tracąc autentyczność i konkurencyjność. Pomimo bariery językowej takie płyty jak "Myjau" i "V čajové konvici" powinny trafić do zaciekawionego polskiego słuchacza. "Miláček slunce" może być kolejnym krokiem na nadchodzącą jesień. 7.5/10 [Wojciech Nowacki]


0 KOMENTARZE:

Prześlij komentarz