Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Caribou. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Caribou. Pokaż wszystkie posty

25 listopada 2014


CARIBOU Our Love, [2014] City Slang || “Can’t Do Without You” to najlepszy tegoroczny kandydat to niemal wymarłej już kategorii letniego przeboju. Wydany w lipcu singiel niesamowicie podgrzał atmosferę przed zapowiedzianym na październik albumem. I nic dziwnego, kontynuował taneczną, deep-house’ową stylistykę doskonale przyjętego „Swim”, ale jeszcze bardziej uwypuklał jej przebojowy potencjał, tutaj wręcz bezwstydnie popowy.

„Our Love” miało być zatem po raz pierwszy w przypadku Caribou wyraźną kontynuacją i poszerzeniem brzmienia poprzedniego albumu. Dan Snaith zawsze był twórcą rozpoznawalnym, ale każda z wcześniejszych płyt, choć poruszających się w szerokich granicach muzyki tanecznej, niosła ze sobą swój własny charakterystyczny sznyt. Na „The Milk Of Human Kindness” był to kraut/math/post-rock, na „Andorra” hippisowska psychodelia i pop lat 60-tych, wreszcie “Swim” zawędrowało w najbardziej oczywiste regiony współczesnej elektroniki, proponując jednak wyrafinowane i przystępne zarazem podejście znane choćby z płyt Four Tet.


Jeśli Snaith zdecydował się pozostać na drodze, która przyniosła mu największy i zasłużony sukces, należy tylko przyklasnąć, kto jak kto, ale Caribou może ją eksploatować nadal w ciekawy sposób. „Our Love”, owszem, kontynuuje elektroniczne podejście „Swim”, jest jeszcze przystępniejsze, ale zakłada bardziej „osobistą” i „emocjonalną” wymowę. W efekcie, zamiast „Swim” jeszcze bardziej tanecznego, otrzymujemy „Swim” spokojniejsze, ugładzone i pozbawione jakiegokolwiek intrygującego pierwiastka. „Can’t Do Without You”, pierwszy singiel i pierwszy utwór na płycie, okazuje się być zatem zmyłką.

Dotrzymywać mu kroku może jedynie kompozycja tytułowa, nabiera nagle zdecydowanie najwyraźniej house’owego charakteru. Jest też chyba jedyna, która w jakikolwiek sposób się rozwija i zaskakuje. Nie ma oczywiście nic złego w monotonni czy braku wewnętrznego progresu poszczególnych kompozycji, jeśli jednak oparte są na dostatecznie interesujących motywach. Tymczasem większość „Our Love” przemija lekko, łatwo i niezauważalnie. Utwory miewają niemal szkicowy charakter („All I Ever Need”) albo brzmią jak przerywniki wycięte z większej całości („Julia Brightly”), w większości jednak są równie ładne, co niezapamiętywalne (piosenkowe „Silver” czy „Back Home”, ten drugi niebezpiecznie bliski ostatnim poczynaniom Röyksopp, co dla Caribou nie jest bynajmniej komplementem).


„Mars” wyróżnia się jedynie afrobitowym brzmieniem, charakterystycznym dla Daphni, drugiego wcielenia Snaitha. „Second Chance” zaś tym, że jest wyjątkowo miałką kompozycją, niemającą nic wspólnego z dorobkiem Caribou. Dobieranie sobie nudnawych wokalistek to objaw starzenia się w stylu Bonobo, efekty mogą być jednak lepsze lub gorsze. Miałka Jessy Lanza jest bardzo słabym wyborem, co tylko potwierdziła swym wymęczonym występem na koncercie Caribou.

Nie twierdzę bynajmniej, że „Our Love” to zła płyta, zważywszy jednak na talent i dotychczasowe działania Caribou jest niezmiernie rozczarowująca. Nie ma też nic złego w łagodzeniu brzmienia i poszerzaniu przystępności. Jeśli jednak „Swim” było albumem niezwykle ciekawym i przy okazji przyjemnym, to na „Our Love” jest już tylko przyjemnie. 6.5/10 [Wojciech Nowacki]

19 października 2014


CARIBOU + JESSY LANZA [16.10.2014], MeetFactory, Praha || “Swim” należy do najczęściej słuchanych przeze mnie płyt a Caribou do mych najbardziej ulubionych wykonawców szeroko rozumianej muzyki elektronicznej. Samodzielnymi koncertami Polski nie rozpieszcza, tym większa moja radość, że przy okazji promocji nowego albumu „Our Love” Dan Snaith odskoczył na jeden wieczór do Pragi.

W koncertowym podaniu Caribou przyjmuje niemal klasyczny kształt zespołowy. Jeśli ktoś spodziewa artysty nad Sammlerami, to zapewne zaznajomiony jest jedynie z tanecznymi przebojami ze „Swim”, czy z nowym singlem „Can’t Do Without You”. Kto jednak pamięta słonecznie-psychodelizującą „Andorrę” i niemal kraut-rockowę „The Milk Of Human Kindness”, wie, że Caribou dalekie jest od związanych z elektroniką stereotypów a koncertowy potencjał tej muzyki jest spory.

Niewątpliwie jednak sukces „Swim” i, co już dziś wydaje się nieuniknione, jego przebycie jeszcze przystępniejszym i bliższym powszechnemu słuchaczowi „Our Love”, był przyczyną całkowitego wyprzedania praskiego koncertu i wypełnienia MeetFactory do granic możliwości. Publiczność może nie była zupełnie przypadkowa, ale po reakcjach najsilniejszych na „Can’t Do Without You” i niewiele słabszych na najbardziej chwytliwe kompozycje ze „Swim”, widać, że Caribou zyskuje na odbiorze, co może tylko cieszyć, o ile odbije się to na jakości proponowanej muzyki.

„Our Love” wydaje się być elektronicznym ekwiwalentem muzyki wieku średniego, najnowsze utwory są delikatniejsze, łagodne, często oparte na niemal piosenkowej strukturze. Zaistniało niebezpieczeństwo, że Caribou może pójść drogą Bonobo, który oferuje przyjemną, ale podwieczorkową muzykę, bez większych emocji i zdecydowanie rozczarowującą w koncertowym, zespołowym podaniu. Snaithowi towarzyszą jednak znakomici muzycy, szczególnie (drugi) perkusista, udowadnia jak niesamowitej precyzji potrzeba, by żywymi instrumentami akompaniować elektronice i wzbogacać ją o nowe wymiary.


Nie wiem, czy przyczyną miękkiego brzmienia koncertu było nagłośnienie czy charakter nowych kompozycji i aranżacji, ale oczywiście najbardziej satysfakcjonujące były przejścia między częściami piosenkowymi a house’owo-tanecznymi. Kulminacją koncertu było zdecydowanie „Bowls”. Mimo, że podobnie jak w innych utworach brakowało tu najbardziej charakterystycznych elementów, i wydawało się, że utwór wybrzmi jako rytmiczny, krautowy instrumental, to mocny, dwuperkusyjny finał pokazał drapieżność bliską niemal „Aurory” Bena Frosta.

Dla przeciwwagi „Second Chance” ukazało niebezpieczną drogę bezbarwnych piosenek z nudnymi wokalistkami w czym zaczyna się specjalizować ostatnio Bonobo. Zaproszona na scenę Jessy Lanza obdarzona jest słabym, ledwie słyszalnym głosem, pozbawiona jest zaś jakiejkolwiek charyzmy i sama swoim występem wydawała się znudzona i śmiertelnie zmęczona. Jako support zaś brzmiała jako FKA twigs bez odpicowanych przez plejadę producentów podkładów, co nie wiem czy świadczy gorzej o Jessy, czy o twigs.

Ważne jednak, że sam Dan Snaith, o aparycji nudnego nauczyciela akademickiego (doktor matematyki, przypominam) ze słabością do sztruksowych marynarek, okazał się bardzo sympatycznym wykonawcą, a i towarzyszący mu muzycy wyraźnie radowali się reakcjami publiczności, zwłaszcza na najnowsze, liczące ledwie dwa tygodnie kompozycje. Wieczór był zdecydowanie udany, jeśli Snaith, sam lub z zespołem, pojawi się w Polsce, nie powinniście mieć wątpliwości go zobaczyć. Warto jednak obserwować, w jaką stronę podąży w przyszłości, wraz z „Our Love” Caribou zdecydowanie znalazło się w zwrotnym punkcie kariery. [Wojciech Nowacki]

11 grudnia 2012


DAPHNI Jiaolong, [2012] Jiaolong || Finiszowanie prac nad doktoratem to bardzo specyficzny okres. Z jednej strony sporo pracy, z drugiej zaś obawa, czy później w ogóle jakaś praca będzie. Pojawiają się kolejne plany, część się konkretyzuje, w efekcie zaczyna się zupełnie niespodziewany etap w życiu. Spójrzmy na kanadyjskiego matematyka o nazwisku Dan Snaith. Ojciec jest profesorem matematyki, siostra studentką tej samej dziedziny, Snaith zaś doktoryzował się w Imperial College London dysertacją pod tytułem „Overcovergent Siegel Modular Symbols”.

Niesie zatem nadzieję dla wszystkich muzycznych nerdów (ale i zawiść, skoro jego doktorat objętościowo liczy tyle, ile jeden rozdział mojego), niezbadane są bowiem koleje losu. Najpierw jako Manitoba, następnie jako Caribou, Snaith stał się jedną z najbardziej uznanych postaci współczesnej sceny elektronicznej. I w obrębie samego świata muzyki dokonuje kolejnych zwrotów, po wybitnym albumie „Swim” Caribou, swój najnowszy album sygnuje jako Daphni.

O ile porzucenie nazwy Manitoba wynikało z problemów prawnych, o tyle wyróżnienie części tworzonej przez siebie muzyki nowym szyldem wynika z powodów muzycznych. Snaith wyraźnie podkreśla różnicę, która nie sprowadza się tylko do tego, że Daphni ma być projektem stricte tanecznym. Płyty Caribou tworzone są precyzyjnie według konkretnego zamysłu i cyzelowane w najmniejszych szczegółach. Daphni po prostu powstaje. Nowe kompozycje, przeznaczone początkowo do setów didżejskich Snaitha, zebrane zostały na albumie „Jiaolong”, od razu pojawia się zatem pytanie o jego miejsce w dyskografii Pana Doktora.


Wydaje się bowiem, że nadzieje były całkiem precyzyjne. Każda płyta Caribou była stylistycznie odmienna, ale obojętnie czy mieliśmy do czynienia z krautowym „The Milk of Human Kindness”, czy hippisowskim „Andorra”, pierwiastek taneczny zawsze był tam obecny. Dopiero „Swim” przyniosło pełne zanurzenie w świecie house’u i współczesnej elektroniki, podanych jednak w wyrafinowanym stylu charakterystycznym dla Caribou. Po ogłoszeniu wydania albumu Daphni można zatem było się spodziewać całej płyty parkietowych wymiataczy, pozbawionych eksperymentów i wspomnianego bogactwa.

Faktycznie wyrafinowania na „Jiaolong” nie znajdziemy, gorzej jednak z taneczną przebojowością. Album jest bardzo minimalistyczny, by nie rzec wręcz surowy. Mocny element afrobeat’u zaś potrafi zaś niestety irytować. „Ye Ye” był utworem mogącym zaostrzyć apetyt. Skromny, ale wciągający, okazuje się jednak reprezentatywny dla całości będąc jednym z najlepszych jej elementów. Otwierający płytę „Yes, I Know” zaczyna się od deep-house’u nieco w stylu Gus Gus, szybko jednak pojawiają się sample, dęciaki i robi się niemal funkowo. W "Cos-Ber-Zam Ne Noya" afrobeat już zdecydowanie króluje, klucząc jednak między zaintrygowaniem a irytacją.


Afrykańskie rytmy dominują też w „Pairs”, choć bazując na bardziej tanecznej podstawie, a nawet w skromnych utworach bliskich minimal techno, jak „Light” czy „Jiao”. Pod koniec płyty wkrada się lekki chaos i można już czuć pewne zmęczenie brakiem napięcia i głębi aranżacyjno-prodykcyjnej. „Jiaolong” brzmi bowiem bardzo płasko, nawet w „Ahora”, utworze najbliższym dokonaniom Caribou, za schowaną popową melodią i krautowym posmakiem.

Przyznać zatem należy, że Daphni, mimo kunsztu Snaitha, trochę rozczarowuje. Nie jest to zbiór tanecznych killerów, nie jest to też „Swim” do drugiej potęgi. Faktycznie sprawia wrażenie szkiców przeznaczonych do klubowych setów i to w charakterze przerwy między mocniejszymi utworami. Również jako muzyka tła sprawdza się średnio, do uważnego zaś słuchania nie ma czym przyciągnąć. Następne Caribou z pewnością znów zaskoczy zmianą kierunku, można zatem mieć tylko nadzieję, że taneczna strona Snaitha wykorzysta szyld Daphni do koniecznej ewolucji. 5/10 [Wojciech Nowacki]