Pokazywanie postów oznaczonych etykietą The Knife. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą The Knife. Pokaż wszystkie posty

6 kwietnia 2015


THE KNIFE Shaken Up Versions, [2014] Rabid || Od czego się to zaczęło? Od kolorowych piłeczek José Gonzáleza i odkrycia, że “Heartbeats” to cover pewnego szwedzkiego duetu? Od „What Else Is There”, największego przeboju Röyksopp, śpiewanego przez tajemniczą wokalistkę? Od nudnawej płyty Fever Ray? Największa popularność The Knife w każdym razie przyszła już po ich, jak się miało okazać, przedostatnim i intrygująco udanym albumie „Silent Shout”. W czasie wieloletniego oczekiwania na następcę fanów przybywało a napięcie rosło, rozładowane wreszcie przełomowym „Shaking The Habitual”.

Zaprzeczyć się nie da, że było to opus magnum The Knife, polityczny manifest w opakowaniu dwóch płyt, wypełnionych muzyką estetycznie kontrowersyjną, ale wciągającą i niepokojącą. To, co miało być wielkim powrotem duetu okazało się jego wielkim finałem. The Knife ruszyli w trasę koncertową zapowiadając jednocześnie zakończenie działalności. Koncerty zresztą okazały się nie mniej kontrowersyjnym przedsięwzięciem. Słyszałem opinie choćby uczestników festiwalu Colours of Ostrava, po zetknięciu się z artystowskim performensem, współczesnym quasi-przedstawieniem teatralnym i marginalnie potraktowaną muzyką, nieliczne były głosy zachwyconych, przeważało westchnienie rozczarowania.


Podsumowaniem ostatniego etapu działalności The Knife ma być minialbum „Shaken Up Versions” zbierający zarówno utwory z ostatniego albumu, jak i starsze kompozycje, w takich aranżacjach w jakich przedstawiane były podczas tejże ostatniej trasy koncertowej. Przyznaję, kusiło mnie kupno winylowej wersji „Shaken Up Versions”, ale tylko dlatego, że była taka ładna. Kolorowy czerwono-niebieski winyl, wyraźna okładka w tych samych barwach, dołączony plakat, to przedmiot jaki chciałoby się posiadać. Zawartość muzyczna przyniosła jednak otrzeźwienie.

„Shaken Up Versions” są na granicy słuchalności. Można przygryźć wargi i docenić zabieg spójnego przearanżowania starszych utworów w aktualnym dla duetu stylu „Shaking The Habitual”, ale co z tego, skoro styl ten zredukowany został do swych najbardziej bazowych elementów. Prosty rytm, oklaski, brak rozwoju, symbolicznie i miejscami tylko zarysowane melodie oraz mnóstwo irytujących dźwięków to wszystko co tu znajdziemy i usłyszymy już w otwierającym całość „We Share Our Mothers Health”. Plemienne elektro w „Bird” skutecznie naruszają piski, stuki i elektro-trąby. „Without You My Life Would Be Boring” jest po prostu nieprzyjemne. W “Pass This On” i “Silent Shout” ostał się przynajmniej zarys pierwotnej melodii. „Ready To Lose” nie przynosi nic poza efektownymi bębnami i chwilą wytchnienia, kontynuowaną w niemal instrumentalnym „Stay Out Here”. „Got 2 Let You” przynajmniej bawi porno-saksofonem i atmosferą pop-artowych teledysków z lat osiemdziesiątych.

Najgorsza chyba opinia jaką słyszałem o „Shaken Up Versions” to, że przypominają Nicki Minaj na zwolnionych obrotach. Najwierniejsi fani The Knife mogą być nawet zachwyceni i próbować dorabiać ideologię do czegoś, co może być najwyżej pamiątką. Reszta może to potraktować co najwyżej jako ciekawostkę, po którą jednak nie ma potrzeby sięgać jeśli nie jest się winylowym fetyszystą albo wspomnianym wyżej die-hard fanem. Szkoda jednak, że The Knife zdają się tym sugerować, że tak właśnie brzmieć mają ostateczne, finalne i skończone wersje ich kompozycji i nie daj Boże tak właśnie powinny zostać zapamiętane. Pozwólmy się nie zgodzić i z nostalgią sięgać po wcześniejsze, regularne albumy. 4.5/10 [Wojciech Nowacki]

9 kwietnia 2013


THE KNIFE  Shaking The Habitual, [2013] Rabid || Pierwszy utwór na krążku jest dla mnie niemal tak samo ważny jak pierwsze zdanie powieści. Kakofoniczne „A Tooth For An Eye” przechodzi ten test znakomicie. Jest jak zaproszenie do egzystencjalnej podróżny, która za moment nastąpi. Jak przyznaje rodzeństwo, cały album jest jednym wielkim kwestionowaniem przymiotów, które decydują jaką pozycję w społeczeństwie zajmuje dana jednostka. Ten utwór z kolei jest sygnałem od Karin, że ich pracę też można poddać próbie. Podkreśla to używając fragmentu powieści Jeanette Winterson pt. The Passion (I`m telling you stores, trust me). 

"Shaking The Habitual” to kawał niezwykle dobrej ale i ciężkiej muzyki. Miłośnicy prostych i klarownych podziałów, zapewne poczują się sfrustrowani, kiedy przyjdzie im słuchać ponad ośmio a nawet dziewiętnastominutowych kompozycji. Jest to zresztą przyczyna podziału „Shaking The Habitual” na dwie płyty. Z tej pierwszej, niekwestionowanymi zwycięzcami są – wspomniane już wyżej – „A Tooth For An Eye”, znany już nam znakomicie psychodeliczny „Full Of Fire”, którego siłę przekazu wzmacnia videoklip wyreżyserowany przez Marit Östberg  oraz „Wrap Your Hands Around Me”. Słuchając wstępu tego ostatniego, na myśl przychodzi mi „Ark” Brendana Perry'ego. Chodzi mi tu o te ciężkie i powolne syntezatorowe dźwięki. Jest to jedyna ballada na tym albumie  i chyba najmniej oszczędny w słowa utwór. Karin śpiewająca wrap your arms around me, tell me all those things you haven`t told me, sprawia, że w człowieku budzą sie uśpione tęsknoty a głowa może odpocząć od dawki emocji zaserwowanej w czterech pierwszych utworach.

Najlżejszy dla ucha jest tu chyba “Without You My Life Would Be Boring”. Jeśli chodzi o instrumentarium to jest niesamowicie energetyzujący, nieco egzotyczny. Jakby inspirowany muzyką wschodu. Z kolei „Old Dreams Waiting To Be Realized”  został już przez kilku zagranicznych recenzentów okrzyknięty „niepotrzebnym” albo „okropnym”. Nic dziwnego. Jest to bardzo dziwna, niepokojąca i – jakby nie patrzeć – przeokropnie długa kompozycja, w której przeważają elektroniczne dźwięki poprzeplatane m.in. wyciem syren. Wokal wkrada się na chwilę, jednak robi to tak jakby przeciskał się nieśmiało przez szpary w ścianie. Co na to żeńska część duetu? W jednym z wywiadów powiedziała: it`s nice to play with people`s time these days. Ja traktuje to jako swego rodzaju katharsis, ale zdaję sobie sprawę że większa część odbiorców po prostu ukróci sobie odsłuch i wrzuci krążek nr dwa.


„Raging Lung” ma prawie jedenaście minut, ale ani przez chwilę nie męczy. Wręcz przeciwnie: chciałoby się więcej. Bardzo ciekawa i w dodatku spójna kompozycja, czego nie można powiedzieć o kolejnym numerze. Rozpoczęcie „Networking” to bowiem moment, w którym ma się ochotę powiedzieć „Nie dziękuję. Mam już pełen talerz wrażeń i nie potrzebuję dokładki”. Surowe potrzaskane techno. Aż nie mam na to przymiotnika, ale uczucie jest podobne do tego jakby ktoś przyłożył mi do głowy perkusyjny talerz a potem rytmicznie uderzał w niego drewnianym wałkiem do ciasta.

Po nim następuje krótki przerywnik „Oryx”, a następnie „Stay Out Here”, w którym gościnnie głosu udzieliły Shannon Funchess (z Light Asylum) oraz Emily Roysdon. Pozwolicie, że nie będę się rozpisywać nad pozostałymi dwoma utworami. Dodam tylko, że kolejny - „Frackling Fluid Injection” -został nagrany przy współpracy… łóżkowych sprężyn. W niektórych sytuacjach to może i przyjemny dźwięk, ale w tym zestawieniu działa jak katalizator migrenowego bólu głowy.

Generalnie nie polecam podchodzić do tego albumu jak do standardowej produkcji muzycznej. W przeciwnym wypadku czeka was rozczarowanie. Polecam przy tym zapoznać się z krótkim komiksem autorstwa Liv Strömquist „End Extreme Wealth”, który znajdziecie na oficjalnej stronie zespołu. No chyba, że zdecydujecie się zakupić krążek – wówczas historia graficzna w bonusie. „Shaking The Habitual” to odważne dzieło dwójki wspaniałych artystów. Mimo, że są na tej płycie męczące momenty, to  niczego bym stąd nie wyrzuciła. Jest to świetny koncept album i jeśli dla kogoś okaże się zbyt ciężki to cóż… kino awangardowe też nie dla wszystkich jest zrozumiałe. A to jest zdecydowanie muzyka, przy której potrzeba skupienia, absolutnie nie nadaje się na muzykę tła, chociaż dwa remiksy się już pojawiły także… potańczyć będzie jeszcze można.  Daje mu najwyższą ocenę, nie tylko za liryki i warstwę muzyczną, ale za przełamanie stereotypu i walkę w obronie człowieczeństwa. 10/10 [Agnieszka Hirt]