21 października 2010

Recenzja Mudvayne „L.D. 50”


MUDVAYNE L.D. 50, [2000] Epic || „L.D. 50” jest jednym z najlepszych albumów z pod znaku nu metalowych szaleństw, jakie powstały. Chociaż ogólna tendencja zespołu Mudvayne jest raczej spadkowa, to zadebiutowali zjawiskowo, wznosząc nu metalowe wariactwo na imponujące wysokości. Jeżeli odrzuciło was od tej formacji po usłyszeniu na MTV utworu „Happy?” (jednego ze świeższych dokonań formacji), to nie skreślajcie ich jeszcze. Z kolei jeżeli „Happy?” was zachwyciło, jest szansa, że „L.D. 50” to nie wasza bajka. W obu wariantach nie zaszkodzi jednak spróbować.

Rozpiętość brzmień na „L.D. 50” jest całkiem duża - od elektronicznych dodatków, po mocne, szalone gitary, od naprawdę imponującego nu metalowego wrzasku po melodyjne śpiewanie (możliwości głosu wokalisty, Chada Graya, są naprawdę nieprzeciętne), od bardzo brutalnych kompozycji („Dig”) po zawierające subtelniejsze elementy („Nothing to Gein”). Znajdziemy nawet rapowany fragment, który pojawia się w utworze „Under My Skin”, w którym słychać wpływy Shawna Crahana, jednego z producentów albumu, a zarazem perkusisty Slipknota. Całość została przedstawiona w zimnej, technicznej formie, przez którą przedziera się głos Chada. Reprezentuje on frustrację, złamane marzenia ludzkości i jest jedynym ludzkim elementem na krążku. Sam zespół określał to brzmienie terminem „math metal” (matematyczny metal).

To za co przede wszystkim uwielbiam ten krążek to naturalność z jaką zespół manewruje pomiędzy subtelnością a brutalnością. Na „L.D. 50” nie mamy klarownego podziału na ballady i ostre utwory. Trudno określić to nawet przeplataniem, wszystko po prostu płynnie, niezauważenie i naturalnie w siebie przechodzi. Nie mamy do czynienia, jak w przypadku powiedzmy screamo, z nałożeniem dwóch wokalów - wrzasku i delikatnego - i bazowaniem na nietypowym kontraście, jaki wtedy jest osiągany. Mamy za to do czynienia z monologami wokalisty, którego stan bardzo gwałtownie się zmienia. Przejścia są chaotyczne, częste, nagłe, a kiedy się na tym nie zastanawiamy wręcz nieuchwytne.


Album porusza bardzo popularne wśród nu metalowych twórców zagadnienia - szczęscia i smutku, śmierci, próby rozszyfrowania otaczającego świata na swój sposób, bez przyjmowania wszystkiego, co się słyszy. Na tym polu Mudvayne nie wprowadza nic poza autentycznością muzyczną i moźe tą całą medyczno-społeczną otoczką. Sam tytuł nawiązuje do używanego w toksykologii terminu LD 50 (skrót od Lethal Dose, 50%), który oznacza dawkę toksyn, podawanej w miligramach na kilogram masy ciała, potrzebną by uśmiercić 50% badanej populacji. LD 50 arszeniku wynosi przykładowo 20 mg/kg. Nawiązań do medyczno-laboratoryjno-naukowych motywów jest więcej. Na okładce widzimy modele cząsteczek na tle jakiegoś ciała. Tytuł intro nawiązuje do filmu science-fiction „2001: Odyseja kosmiczna” Stanleya Kubricka, a także zawiera sample „Hallucinogens & Culture” (Halucynogeny i kultura) - mowy jaką w 1988 roku wygłosił pisarz, filozof i etnobotanik Terence McKenna. Dodatkowo, kawałki są naszpikowane elektronicznymi wstawkami, a wśród utworów znajdziemy zimne, techniczne przerywniki („Golden Ratio”, „Mutatis Mutandis”, „Recombinant Resurgence”), intro („Monolith”) i outro („Lethal Dosage”).


Gdybym miał wskazać dobre kawałki, wskazałbym całą płytę - dlatego wyróżnię te najlepsze. Utwór „Dig” za szalone szarpnięcia basisty Ryana Martinie świetnie kontrastujące z mocną perkusją, gitarą i wrzaskiem Chada. „Internal Primates Forever” za riffy Grega Tribbetta, które porywają moje raczej sztywne ciało, kilkakrotną zmianę tempa i jeden z bardziej rozpaczliwych wrzasków, jakie słyszałem w muzyce. „Prod” za perkusję Matthew McDonougha, która kojarzy mi się z bezdusznym (w przypadku technicznej muzyki to nie wada) nawiązaniem do bębnienia Danny'ego z Toola, za przeplatanie ciszy i hałasu, a także za przejmujące wrzaski Chada. „Under My Skin” za odstające brzmienie, nawiązujące do klimatów w stylu Slipknota, ale w sposób znacznie mniej plastikowy, a także rapowany fragment, który stopniowo przechodzi w krzyk.

Wiele osób na pewno dorzuciłoby także wpadające w ucho „Death Blooms”, w którym króluje bas Ryana, najdelikatniejsze „Nothing to Gein” czy dzikie „Cradle”. Są to również bardzo dobre utwory, po prostu wyróżniłem te, które pisząc recenzję wydawały mi się szczególnie porywające. „L.D. 50” to bardzo udany i wyrównany album, który bez wątpienia umieściłbym w dziesiątce najlepszych wydawnictw nu metalowych. Szkoda, że później zespół zamienił swój styl na czarno-smutne uśrednione granie. Niektóre z ich późniejszych dokonań również są warte polecenia, ale zdecydowanie wyżej debiutu, jak dotąd się nie wspięli. 9/10 [Michał Nowakowski]

0 KOMENTARZE:

Prześlij komentarz